Blogerskie podsumowanie filmowe grudnia

Grudzień nigdy nie jest dobrym miesiącem dla nas pod względem kinowym z powodu licznych obowiązków, w które akurat nie wlicza się chodzenie do kina (c’mon, to też nasz obowiązek). W związku z tym zmieniamy nieco zasady oceny – wyjątkowo w tym podsumowaniu, wyłaniając zwycięzców, bierzemy pod uwagę filmy, które obejrzało przynajmniej dwoje z nas.

Niespodzianek i urozmaiceń jest jednak więcej. Kierując się hasłem “Nowy rok, nowi my!” i mając na uwadze zmieniające się zasady funkcjonowania filmowych tekstów kultury, postanowiliśmy od teraz zwracać uwagę także na premiery produkcji streamingowych gigantów. Skoro Netflixowe filmy walczą już o Oscary, mogą powalczyć także o naszą uwagę. Aby było przejrzyście, opinie o tych premierach, które możemy oglądać w domowych pieleszach, będziemy przedstawiać jako pierwsze. Jednak, w ostatecznym podsumowaniu miesiąca, biorąc pod uwagę punktację, nie będziemy rozgraniczać premier kinowych oraz streamingowych. Uff, mam nadzieję, że udało mi się to wyjaśnić przejrzyście, o co prosił Michał!

Zestawienie prezentują:

“Historia małżeńska”

(film dostępny już na platformie streamingowej Netflixa)

Ewa: Jeden z najpiękniejszych filmów o relacji partnerskiej i jej rozpadzie, jaki widziałam. O ile nie najpiękniejszy. Dlaczego? Ponieważ ciężko znaleźć bardziej realistyczną oraz lepiej realizowaną opowieść będącą czymś, z czym wielu ludzi może się utożsamić. Nie jest to historia o tym, że dwóch ludzi przestaje się kochać, tylko powoli przestaje patrzeć w tym samym kierunku pragnąc od życia zupełnie innych rzeczy. Baumbach prezentuje wszystkie gorzkie emocje, myśli, które obezwładniają wobec pożegnania; złość, której nie sposób opanować; tęsknotę za małymi rytuałami, które do niedawna wydawały się tak oczywistym składnikiem codzienności; pragnienie powrotu do tego co było, choć logika podpowiada, że nigdy to nie nastąpi. Gdy dwoje ludzi, będąc dla siebie całym światem, nagle nie potrafi się odnaleźć w nowej sytuacji, gdy nie dzielą już dni, łóżka, chwil z dzieckiem. Rozdzierające emocje towarzyszą nam przez cały film, a na koniec trudno nie płakać razem z bohaterami. W dodatku Adam Driver stworzył genialną kreację aktorską, która w tym sezonie dla mnie zasługuje na równą uwagę, co kreacja Jokera Joaquina Phoenixa. Pokochałam ten film miłością wielką i z pewnością będę do niego wracać.

Ewelina: Z bohaterami Baumbacha jest tak, że chcesz ustawić się z nimi na butelkę wina albo pięć i słuchać ich historii, jak prawdziwego kumpla, któremu dobrze życzysz. W przypadku Nicole i Charliego (rewelacyjne role) nie wiesz kogo bardziej chcesz przytulić. Te postaci są tak naturalnie prawdziwe, że nie sposób nie zmoczyć oczu (np. podczas czytania listu). Jest to jeden z tych filmów, które zostają w serduszku na dłużej 😉

Michał: Jeden z faworytów do najważniejszych nagród filmowych to spokojne, acz niezwykle gęste kino typowo „życiowe”. Dzieje się tu niewiele, jednak każda scena ma swoje znaczenie, liczy się tu (prawie) każdy gest. To kino dobre, jednak typowo „oscarowe” – za rok o tej produkcji już nikt pamiętać nie będzie. Najbardziej dziwi mnie tu jednak jedno: Adam Driver, owszem gra tu fantastycznie, ale jakim cudem wygrywa on nagrody od poszczególnych krytyków wyprzedzając Joaquina Phoenixa? Ok, dobrze wiecie, że wszelkie nagrody filmowe od dawna są chu.a warte (no chyba, że należysz do grona, które wciąż twierdzi, że Oscary są super – to nie czytaj tego), ale uważam, że chyba tylko patafian nie dostrzega tego, co odwalił aktor z „Jokera”. Adam do Joaquina nie ma nawet startu. Jeśli faktycznie Driver wygra Oscara, a  Phoenix przepadnie, to będzie to ostateczny dowód na to, że nagroda od Akademii jest warta nawet mniej niż połamany ołówek leżący na śmietniku.

“Słodziak”

Ewa: Autobiograficzna opowieść Shii LaBeoufa o jego dzieciństwie i trudnej relacji z ojcem. Aktor sam zagrał rolę swojego rodzica oraz napisał scenariusz do filmu. To swoista forma autoterapii, dzięki której Shia nie pokazuje swojego ojca jak totalnego skurczybyka, który zniszczył mu życie. Jest w tym obrazie ojca dużo czułości, zrozumienia po latach, ale ciągle też smutku, że tyle rzeczy mogło się potoczyć inaczej. Chociaż “Słodziak” w żaden sposób nie dotknął mnie emocjonalnie, to potrafię docenić samą intencje katharsis i brak stygmatyzacji.

“Młody Renifer Alex”

Agata: Przepiękny wizualnie (serio, turboprzepiękny!!!), ale wartości edukacyjnej powyżej poziomu nauczania wczesnoszkolnego tutaj nie doświadczymy. Adamczyk, kolejny już raz, świetnie sprawdza się w roli narratora. Jednak, czuję się oszukana, bo hasło reklamowe mówiło wprost, że tytułowy Alex chce dostać się do zaprzęgu świętego Mikołaja, a w filmie ANI RAZU nie było o tym mowy. Co więcej – Mikołaj nie pokazał się na ekranie L

Michał: Film ma jedną, wielką wadę – jest cholernie krótki. Ogromna to szkoda, gdyż posiada przecudne zdjęcia dzikiej przyrody, posiada kapitalną narrację w wykonaniu Adamczyka, ukazuje nam, w fajniutki sposób, życie, w nie tak odległej, Laponii (teraz wszędzie jest blisko, nie? :D). Owszem, wątek o świętym Mikołaju został dowalony na chama w polskiej wersji (może ze trzy zdania o tym), by sprzedać film na mikołajki, ale nie zmienia to faktu, że to niezwykle piękna, fenomenalnie zrealizowana (te zdjęcia!) opowieść! POLECAM!

“Śnieżna paczka”

Agata: Strasznie nierówny film. Momentami jest naprawdę ciekawie i zabawnie, a chwilami trąci nudą i brakiem pomysłu na nową scenę. Mimo wszystko, to całkiem pocieszne kino, więc nie mogę napisać o totalnie zmarnowanym czasie.

Michał: O filmie przed seansem nie wiedziałem praktycznie nic, stąd miałem ogromnego zonka, jak w czasie trwania napisów początkowych przelatywały przed moimi oczami same głośne nazwiska z oryginalnej obsady (m.in. Renner, Cleese, Franco, Sy). Myślę: WTF?! No, ale niestety, w polskodystrybucyjnym wypierdowie, film można było obejrzeć jedynie z dubbingiem. Ten może i zły nie jest, ale jednak wolałbym, w tym przypadku, oryginalne głosy. Sama produkcja od strony fabularnej niczym Was nie zaskoczy: jest jasna strona mocy, jest ciemna strona mocy, w finale dochodzi do starcia. To, co Was zaskoczy to to, że w filmie pełno jest żartów… skierowanych typowo do ludzi pełnoletnich. Czasem te żarty są serio bardzo gruuuube. Szkoda zatem ogromna, że dzieło to stoi w ogromnym rozkroku pomiędzy filmem familijnym, a filmem, który dość mocno uderza hardkorowymi tekstami. Mogło być lepiej, acz nie jest źle!

“Dwóch papieży”

(film dostępny już na platformie streamingowej Netflixa)

Agata: Chyba każdy z nas choć raz w życiu doznał stresu związanego z wybieraniem filmu, który nadawałby się do wspólnego, rodzinnego oglądania, a  i tak poszukiwania te zwykle kończyły się fiaskiem. Jestem przekonana (i będę naprawdę szczerze zdziwiona, jeśli ktoś powie, że u niego było inaczej), że Dwóch papieży okaże się zbawieniem podczas kolejnych takich rozterek. To bardzo ciepłe, bezkonfliktowe i przyjemne kino, które obrazuje całkowicie ludzką stronę wielkich, kościelnych głów. Jest poważnie, ale bez zbędnego moralizowania i smęcenia, a także jest zabawnie, ale bez zbędnej jazdy po bandzie. Wszyscy o tym mówią, a ja też muszę napisać, że aktorsko – majstersztyk. Ogromne brawa dla osób odpowiedzialnych za casting, a następnie dla charakteryzatorów.

Ewa: Dwóch papieży to przede wszystkim mądry film o tym, że o różnicach w poglądach, nawet w Kościele katolickim, można rozmawiać ze zrozumieniem i obopólną nauką. Niesamowite kreacje Hopkinsa i Pryce’a, przewaga dialogu nad akcją, dużo ciekawych spostrzeżeń, brak złego bohatera. To naprawdę dobre, wręcz rodzinne kino, bardzo dobrze zrealizowane.

Ewelina: Przede wszystkim chcę powiedzieć, że Hopkins i Pryce nie grali papieży, oni nimi byli! rewelacyjna gra aktorska, świetnie nakręcone spotkanie dwóch zupełnie innych spojrzeń na kościół, co najważniejsze, w ciepłej atmosferze. Można? można.

Michał: Jak widać, nawet na żenującym Szitflixie, czasem trafi się produkcja godna uwagi. Film Meirellesa to kino świetne, genialnie ukazujące „starcie” dwóch watykańskich frakcji. Dzięki wybitnym kreacjom aktorskim (opad szczęki!), fenomenalnej muzyce i świetnym dialogom, film ten ogląda się jak najlepszy thriller. Dzieło to wsysa od pierwszej do ostatniej sekundy. A, że wybiela Imperatora Palpatine’a, zwanego Benkiem XVI? No cóż, nie można mieć wszystkiego 😉

Monika: Gdybym miała opisać jednym słowem ten film to użyła bym słowa “piękny”. Słoneczny Watykan, przyjaźń i zrozumienie pomimo różnic poglądowych oraz dwójka absolutnie genialnych aktorów! Nie łatwo zrobić film o dwóch mężczyznach, którzy przez 2 godziny rozmawiają, a jedyne co się zmienia to lokalizacja. Ogląda się to z ciekawością, mimo, że film jest całkiem przegadany i cały seans mija strasznie szybko, więc cieszcie się każdą minutą.

“Serce do walki”

Agata: Żałosne, że i tak mało popularny w naszym kraju sport, jakim jest kick boxing, zarobił dodatkowy cios od filmowców, którzy postanowili stworzyć jednego z najbardziej bezpłciowych, nudnych i amatorskich tworów, jakie pojawiły się w 2019r.na ekranach polskich kin. Wspomnieć muszę też o beznadziejnie drewnianym aktorstwie, od którego do teraz bolą mnie oczy. Zatrudnienie do głównej roli zawodowego kick boxera (Łukasz Wabnic) przyniosło opłakane skutki. Twórcy najwidoczniej zapomnieli, że to, co naturalnie i wiarygodnie prezentuje się w dokumentach jest niemożliwe do przeniesienia na płaszczyznę filmu fabularnego. Ale przynajmniej jest konsekwentnie, bo dosłownie wszyscy aktorzy byli solidarnie częścią tej marności.

Michał: Ten film jest tak zły, że aż spowodował u mnie głupawkę w trakcie seansu. Śmieszyło mnie autentycznie wszystko, każda scena, każdy „dialog”, każdy „bohater”. To dzieło tak złe, że aż brakuje słów, by skomentować jego chu….ść! Czego możecie się tu spodziewać? Debilnych dialogów, bohaterów – skończonych idiotów oraz crème de la crème: najgorzej zrealizowanych scen walk w historii kina (na Odyna, jakie to było żenujące!). Gdyby nie to, że autentycznie wzięła mnie głupawka i płakałem ze śmiechu, wystawiłbym soczyste zero na dziesięć. Szkoda tylko, że ta głupawka nie była przewidziana przez producentów, którzy stwierdzili, że to coś, zasługuje na dystrybucję kinową…

“Czarne święta”

 

Michał: Są filmy, o których lepiej szybko zapomnieć – to jeden z nich. Produkcja ta zaczyna się nawet spoko (typowo dla slasherów), ale im dalej w las, tym coraz gorzej. To dzieło cholernie głupie, niezwykle irytujące, powodujące chęć opuszczenia sali kinowej. Tego autentycznie nie da się oglądać! Ogromna wtopa Blumhouse’a.

Monika: Dawno nie miałam takiej ochoty wyjść z kina, jak na seansie “Czarnych Świąt”. Niedorzeczność goni niedorzeczność, nic się nie trzyma kupy. Niektórzy pisali o godnym następstwie “Krzyku”? Błagam! Prędzej zobaczę Perfekcyjną Panią Domu w Warsaw Shore niż uwierzę w tak nietrafione porównanie.

“Gwiezdne wojny: Skywalker. Odrodzenie”

Michał: To jest ten film, w którym zrozumiem zdanie każdego: w pełni rozumiem ludzi, którzy gnoją to dzieło za każdy element i w pełni rozumiem ludzi, którym dzieło to się podobało. Jestem jedynym człowiekiem na świecie, który twierdzi, że „Ostatni Jedi”, w końcu, pokazywał „Star Wars” poza ich schematami, był to film, który chciał coś w końcu zmienić w tej serii – przez to bardzo mi się podobał. No, ale, że psychofani „Gwiezdnych Wojen” to ludzie, którym wystarczy inny kolor buta względem starwarsowej książki, którą przeczytało pięć osób, by coś shejtować na maxa, to krytyka dzieła Johnsona mnie nie zdziwiła. Nie zdziwiło mnie zatem również to, że Abrams zrobił wszystko, by wrócić na utarte szlaki. Ktoś jest synem kogoś, ktoś jest córką kogoś, zza grobu wyskakuje piorunowy pan w kapturze… No czysty, starwarsowy, schemat. Najdziwniejsze w tym wszystkim jest to, że potrzebowałem dwóch seansów, by Abramsa jednak docenić. Owszem, ten film jest zły, ma pełno wad, debilnych rozwiązań, kretyńskich zwrotów akcji, ale jednocześnie czuć w tym filmie Moc: akcja gna na złamanie karku, chemia między bohaterami jest na maxa widoczna (kapitalne trio Ridley-Isaac-Boyenga), droidy robią robotę (robosuszarka jest czadowy!), a Babu Frik jest przewspaniały. Efekty specjalne są kapitalne, podniosła, finałowa bitwa powietrzna wywołała ciarki na moim ciele, a muzyka Williamsa urwała mi jajca. Długo wahałem się z oceną tej produkcji, trudno mi ją wciąż opisać. Chyba to, po prostu, ten dobryzły film 😉

“Osierocony Brooklyn”

Ewelina: Podobno łobuz kocha najbardziej, jednak nieśmiały Essrog mimo swojej niekomfortowej przypadłości byłby w stanie złamać nie jedno i nie pięć dziewiczych serc. Jest charyzmatyczny i na swój sposób tajemniczy, byłabym gotowała odłożyć status damy i sama zaprosić go do tańca przytulańca przy jednej z jazzowym melodii w zadymionej brooklińskiej knajpie. Sam film nie jest na pewno kryminalnym mistrzostwem kinematografii, ale od strony wizualnej zasługuje na wizytę w kinie.

“Misiek i chiński skarb”

Agata: Całkowicie zgadzam się z opiniami, że fabuła w trzecim Miśku jest dla dzieciaków, a humor przede wszystkim dla dorosłych. Udany seans, polecam wszystkim!

Michał: Kolejna animacja w tym miesiącu, w której fabuła skierowana jest typowo dla dzieciaków, a poczucie humoru dla zdecydowanie dojrzalszego odbiorcy. Bywa tu serio hardkorowo, twórcy się nie szczypią. Miśka polubiłem już dawno, jego pomocne lemingi uwielbiam, „trójeczka” również mi się podobała. Ot, taki przyjemny film na niedzielne popołudnie.

“Futro z misia”

Agata: Gdy film obraża Ciebie, Ty masz prawo obrażać film, więc w tym miejscu powinnam zostawić soczystą wiązankę przekleństw. Gdybym nie była sobą, to najpewniej bym ją zostawiła. A tak, napiszę tylko, że ten nieśmieszny filmopodobny twór powinien mieć zakaz zbliżania się do ludzkich oczu. I uszu. Ogłupiające coś z fatalną fabułą, żałosnymi bohaterami, przemaglowanymi sucharami oraz nieskrywaną miłością Milowicza do Bani u cygana.

Michał: Nie oglądajcie, bo tylko się wkurwicie.

“Pan T.”

Agata: Już dawno nie było mi aż tak bardzo szkoda zmarnowanego potencjału. Mniej-więcej połowa filmu jest równie ciekawa, co jego zwiastuny. Później jednak, na pierwszy plan wysunięte zostały filozoficzno-bełkotliwe wizje, tempo siadło i zaczęłam tracić wiarę w udany finał. Jak się okazało, całkiem słusznie. Podkreślę to jeszcze raz: szkoda, niesamowicie szkoda. Film został nakręcony w oryginalny i estetyczny sposób (scena z pieniążkiem jest taka ładna!), charakteryzacje i scenografia są dopracowane w każdym szczególe (Warszawa odbudowująca się z gruzów wygląda niesamowicie realistycznie), a do tego możemy podziwiać cały ogrom zarówno topowych, jak i tych już lekko zapomnianych, zdolnych aktorów (niektórzy nawet w malutkich epizodach). Spory mętlik w głowie pozostawił ten seans, ale przede wszystkim niedosyt i smutek, że wyszło, jak wyszło.

Michał: Niewykorzystany potencjał. Pierwsza połowa filmu to arcydzieło, wspaniale prowadzona akcja i fajnie osadzeni w latach „komuny” bohaterowie. Dużo do śmiechu, dużo do przemyśleń. W drugiej połowie produkcji dzieje się jednak coś dla mnie niezrozumiałego: dzieło to staje się strasznie nudne i ślamazarne, tempo siada, nic się nie dzieje. Bohater zaczyna się snuć, wszystko traci impet – tak, jakby, scenarzystom zabrakło pomysłów na coś dłuższego niż produkcja 45-minutowa. Szkoda, bo w czasie pierwszej połowy już byłem pewny, że obcuję z dziełem kapitalnym – niestety, obcowałem jedynie z dziełem, ostatecznie, niezłym.

“Jumanji. Następny poziom”

Agata: Po wtopie z dubbingiem w poprzedniej części, dystrybutor na szczęście nie popełnił drugi raz tego samego błędu i dał widzom prawo wyboru: napisy lub ponownie dubbing. Co oczywiste, wybrałam wariant A i wyszłam z seansu w bardzo dobrym nastroju! Lekkie, zabawne, typowo rozrywkowe kino, w sam raz na leniwe popołudnie. Warto też zobaczyć The Rocka, który udowadnia, jak bardzo ma bogatą mimikę oraz z jaką łatwością naśladuje innych bohaterów (a w zasadzie, to jednego, konkretnego bohatera :D).

Michał: Nie da się ukryć, że fabuła do odkrywczych nie należy, a schemat goni tu schemat. Film ten jednak potrafi rozbawić do łez, potrafi porwać nas do swego świata w genialnym stylu. Dwayne Johnson jako Danny de Vito wymiata, Karen Gillan jak zwykle jest sobą (czyli, z deka, spizganą, zabawną typiarą), nawet Kevin Hart, którego nie trawię, spowodował, że mocno się zaśmiałem. Dzieło to traktuję jako świetną porcję rozrywki, która dostarczy masę frajdy całej rodzinie (choć większej osobom starszym). A to, że niczym nas nie zaskoczy? To schodzi, zdecydowanie, na dalszy plan. Rozrywka na bardzo wysokim poziomie!

Monika: Ostatnie Jumanji: Przygoda w Jungli zaprezentowało nową jakość w moim filmowym życiu! A mianowicie: najgorszy możliwy dubbing ever! Postanowiłam, że prędzej utnę sobie rękę, nim znowu popełnię ten błąd. I powiem Wam, że u mnie to “pykło”. Były momenty, że rzeczywiście szczerze się zaśmiałam! Oczywiście nie ma tej jakości jak w pierwszym “jedynym słusznym” Jumanji, ale jest lepiej jak bylo 2 (teraz już 3!) lata temu. No i Jack Black ❤

“Oficer i szpieg”

Agata: Wynudziłam się dość mocno na tym seansie. Poza tym, denerwujące było rozciąganie jednych wątków, kosztem strasznego skracania innych. Jestem przekonana, że za miesiąc będę mieć problem nie tyle z przypomnieniem sobie fabuły, co nawet tytułu filmu.

Ewelina: Nadal będę twierdzić, że słabszy Polański to co najmniej dobry Polański. Wciągnął mnie w historię Dreyfusa, pozwolił się zaprzyjaźnić z pułkownikiem Picquartem i śledzić jego poczynania bez znudzenia. Wyszedł mu z tego niezły misz-masz, po części historyczno-polityczny dreszczowiec, po części przyzwoity film szpiegowski.

Michał: Tak fatalnej narracji filmowej to ja dawno nie widziałem. Film miał przepotężny potencjał na genialną, kinową opowieść, jednak niezdecydowanie Polańskiego zaważyło na tym, że otrzymaliśmy dzieło jedynie niezłe. Reżyser ma tu wiele momentów, gdy skupia się na scenach totalnie niepotrzebnych, nie wpływających na fabułę, a chwilę później totalnie przyspiesza momenty, które na akcję wpływ mają. Ogląda się to naprawdę dziwnie, bo z jednej strony mamy fajne zdjęcia, dobrych aktorów, niezłą muzykę, dużo dobrych scen, a z drugiej strony panuje tu taki chaos, że czasem trudno się połapać, o co w tej produkcji chodzi. Jeśli chcecie to dzieło obejrzeć, przeczytajcie sobie najpierw o sprawie Dreyfusa – wtedy, jako tako, ogarniecie fabułę.

Premiery produkcji streamingowych bez premiery kinowej

“6 underground”

Ewa: Nadal uważam, że Michael Bay w takim wydaniu jest bardzo potrzebny światu! Nikt nie tworzy tak absurdalnych scenariuszy z myślą, że wcale nie są absurdalne, a czysto rozrywkowe. Szybka akcja, Ryan Reynolds będący Ryanem Reynoldsem (i za to go uwielbiam), świetne efekty specjalne, ani chwili wytchnienia na spacer, bo trzeba biegać po budynkach, ratować świat i zabijać dyktatorów. Oj tam, co z tego, że Bay znów chce być patetyczny, tych fragmentów dialogów wcale nie trzeba słuchać.

Michał: Ten film zdefiniować prosto: typowy Michael Bay. Efekciarskie pościgi, efekciarskie strzelaniny, akcja gnająca na złamanie karku, fabuły brak. Idealne kino na odmóżdżenie po ciężkim dniu pracy.

“Pół wieku poezji później”

Michał: Ten film stanowić powinien wzór na „jak tworzyć fanowskie produkcje?”. Owszem, trochę tu niedociągnięć, trochę braków, ale generalnie, jest to dzieło, które pokazuje Shitflixowi, jak stworzyć opowieść o wiedźminie! Fabuła, choć schematyczna, wciąga, muzyka to klasa światowa, zdjęcia są fenomenalne, lokacje przekozackie, a aktorzy serio dają radę (ogromne brawa dla Kamili Kamińskiej – rewelacyjna kreacja!). Długo przyszło nam na dzieło to czekać, wiele problemów napotkało, jednak, w ostatecznym rozrachunku, chylę czoła przed twórcami (przypomnę: film ten powstał ze zrzutki crowdfundingowej): cholernie warto było czekać! Świetnie się bawiłem, bardzo mocno się w tę fabułę wkręciłem. Mam prośbę, jeśli czyta to jeden z twórców: stwórzcie sequel, będę pierwszym donatorem, będę pierwszym widzem! Błagam, ja chcę drugą część!

 

Jak widzicie “Futro z misia” okazało się bezkonkurencyjne w swojej paździerzowatości! Dobrze, że Michał i Agata w porę nas ostrzegli, aby nie marnować życia na to zuo. “Historia małżeńska” została najlepszym filmem grudnia ’19, jednak o włos na podium nie znalazło się “Dwóch papieży”. Wszyscy mamy na 2020 rok podobne postanowienie – oglądać jeszcze więcej! 😉

Blogerskie podsumowanie sierpnia (filmowe)

Chyba wszyscy wiemy, która z sierpniowych premier nas oczarowała i w której zakochaliśmy się bez pamięci, czyż nie? Niemniej, warto przyjrzeć się naszej argumentacji, dlaczego nowy film Tarantino to arcydzieło, oraz sprawdzić, które tytuły z zeszłego miesiąca warto jeszcze nadrobić na dużym ekranie. Zestawienie prezentują:

“Yuli”

Agata: Udany seans! I jedna myśl nie daje mi spokoju do dziś – jak smutne może być życie człowieka obarczonego talentem, którego tak naprawdę nie lubi. Świetne przeplatanie teraźniejszości z przeszłością, ogromny plus za występ Carlosa Acosty oraz brawo za elementy narracji za pomocą układów choreograficznych.

Ewa: Wielowymiarowa historia pierwszego czarnoskórego Romea w historii sztuki. Opowieść o życiu Carlosa Acosty to opowieść o rodzinnych dramatach, o tęsknocie za prostym życiem u boku bliskich, o trudnej drodze do akceptacji swojego talentu i zrozumienia, że to on może cię definiować. Choć “Yuli” przepełniony jest muzyką, tańcem, to jednak o wiele więcej w nim porywów serca, buntu, emocji. Przepiękny pomysł na konstrukcję filmu, w którym przeplata się teraźniejszość, w której Carlos Acosta (grający samego siebie) przygotowuje balet o swoim życiu, z retrospekcjami, głównie z okresu dzieciństwa i dorastania, ale także pierwszych kroków na wielkich scenach. Nie zawsze także można rozróżnić, które wspomnienia Acosty są prawdziwe, a które jedynie metaforą służącą do opowiedzenia niełatwych relacji pomiędzy nim a resztą członków rodziny. Interesujące zabiegi narracyjne czy dosłowność przeplatająca się z metaforycznością sprawiają, że film wzmacnia emocjonalność historii życia Carlosa Acosty.

Czytaj dalej “Blogerskie podsumowanie sierpnia (filmowe)”

Recenzja powieści “Balony” (M. Sajnog): kwieciście mroczne postapo

Porządne literackie postapo to jest “to” w dzisiejszych czasach. To nic, że jesteśmy na ostatniej prostej do zagłady ludzkości! Coraz chętniej zaczytujemy się w wyobrażeniach o naszym końcu czy po prostu upadku. Snujemy różne scenariusze, a w tym pomagają nam pisarze czy scenarzyści z kolejnymi wizjami tego, jak ów upadek może się rozpocząć bądź w jakiej gehennie przyjdzie nam żyć. Swoją cegiełkę do tego zbioru wyobrażeń dokłada także debiutująca autorka, M. Sajnog. Czy jej wizja globalnej katastrofy jest choć trochę intrygująca? Czy zbiera ślady schematów z różnych, znanych już nam, tekstów kultury? Czym wyróżniają się “Balony” na tle innych powieści postapokalipstycznego fantasy? Czytaj dalej “Recenzja powieści “Balony” (M. Sajnog): kwieciście mroczne postapo”

Blogerskie podsumowanie maja

Nieco później niż zazwyczaj publikujemy blogerskie filmowe podsumowanie maja. Miesiąc o tyle ciekawy, że obfitujący w premiery, a jednocześnie bez wyraźnego faworyta na paździerz oraz arcydzieło. Tym razem poznacie opinie:

“Cała prawda o Szekspirze”

Magda: Kenneth Branagh ponownie bierze się za Szekspira. Jednak tym razem nie za jedną z jego sztuk, a za jego życie. I wychodzi mu to całkiem niezłe. Na plus na pewno przepiękne zdjęcia i wspaniałe aktorstwo. W końcu mamy do czynienia ze „śmietanką” brytyjskiego aktorstwa – Judi Dench, Ian McKellen, a i sam Branagh w tytułowej roli sprawdzają się wyśmienicie. Na minus – nieco nieprzemyślany scenariusz i zbyt duża dawka melodramatyzmu rodem z filmów telewizyjnych. Czytaj dalej “Blogerskie podsumowanie maja”

Recenzja książki “Międzynarodowy Dzień Mafii” (Marcin Brzostowski): gdy Krzysztof Jarzyna ze Szczecina przeszedł na emeryturę

Im dłużej żyję na tym świecie, tym bardziej zaczynam odczuwać, że brakuje nam książek z dystansem. Z dystansem do rzeczywistości, do podejmowanych tematów, do swoich bohaterów, do siebie samych (i nie, nie mam tutaj na myśli tworów zwyczajnie złych czy obrażających inteligencję czytelników jak “365 dni”). Książek, które są zabawne, lekkie, lecz nie ogłupiające. Nie każdy tekst kultury musi być określony gatunkowo, jak i nie każdy musi mieć wielką do wypełnienia misję. W tę lukę wpasowuje się ze swoim piórem Marcin Brzostowski, tworzący krótkie powieści pełne absurdu, czarnego humoru czy satyry. Czytaj dalej “Recenzja książki “Międzynarodowy Dzień Mafii” (Marcin Brzostowski): gdy Krzysztof Jarzyna ze Szczecina przeszedł na emeryturę”

Blogerskie podsumowanie stycznia

Wow, po raz pierwszy blogerskie filmowe podsumowanie miesiąca (choć w mocno okrojonym składzie) na Popkulturze! Znajdziecie tutaj opinie (oprócz moich):

“Mój piękny syn”

Monika: Piękny film o desperacji i walce z nałogiem. Zarówno syna, czyli tego kogo problem dotyczy bezpośrednio, jak i jego ojca. Obraz pokazujący, jak poszkodowani są najbliżsi, gdy cała uwaga skupiona jest na jednej konkretnej osobie, która wydaje się nam –  pomocy potrzebuje najbardziej. Genialny Carell, nie mogłam oderwać oczu.

Emilia: „Mój piękny syn” to film skrojony pod masową publiczność, dlatego nie epatuje „brzydką” twarzą narkomanii. Nie ma dzieciaków w brudnych, przepoconych podkoszulkach śpiących na ulicy ze strzykawkami u boku. Są za to emocje, których wszystkie odcienie malują się na twarzach aktorów. Aktorskie kreacje to najmocniejsza strona filmu, zarówno Carell jak i Timothée Chalamet dają tu wyśmienity popis aktorski. Wiedzą, kiedy pociągnąć za emocjonalne sznurki, kiedy stonować swoją postać, by odpowiednio wpłynąć na uczucia widza. I choćby dla tego duetu warto ten film obejrzeć.

Madzia: Kiedy zobaczyłam trailer filmu gdzieś przy okazji w internecie, byłam święcie przekonana, że idę na film o uzależnieniu i o tym jak rodzina pomaga (bądź nie) z tego uzależnienia wyjść. Jakie było moje zdziwienie, gdy okazało się, że wcale nie o tym ten film traktuje. Tzn. jest to podstawa do historii, ale jednak „Mój piękny syn” to przede wszystkim historia ojca i syna. O ich stosunkach i miłości jednego do drugiego. Przy tym wszystkim jest to film przede wszystkim ładny – takie „pocztówkowe” spojrzenie na nałóg, na osobę z nim się zmagającą oraz jej rodzinę. Jak ktoś lubi ładne filmy – polecam.

“Bumblebee”

Monika: Nie jestem fanką Transformersów (chwila na oburzenie męskiej części czytelników), ale sympatyczny garbusik przemieniający się w jeszcze sympatyczniejszego Bumblebee ucieszył moje oko. Kilka razy zaśmiałam się nawet do ekranu.

Madzia: No to mamy zaskoczenie już na samym początku roku! Filmy z serii „Transformers” przestałam oglądać mniej więcej w tym czasie, kiedy Megan Fox przestała w nich grać (choć te dwa fakty nie miały ze sobą nic wspólnego). Jednak Bumblebee od samego początku był moją ulubioną postacią, więc nie mogłam nie iść na film o jego przygodach. I, ku mojemu zdziwieniu, wcale się nie zawiodłam. Kawał dobrej rozrywki, o milion razy lepszy niż wszystkie części „Transformers” razem wzięte.

Michał: Seria „Transformers” nigdy (lekko mówiąc) nie należała do moich ulubionych. Filmy te prezentowały poziom ocierający się o dno, a Michael Bay dążył w nich chyba tylko do tego, by wysadzić wszystko, co się da. No szmiry straszne. Ale, o dziwo, „Bumblebee” to niezwykle pozytywne zaskoczenie! Zmiana reżysera, cofnięcie akcji do lat 80 XX wieku, oddanie głosu innej obsadzie i nowej scenarzystce, spowodowały, że powstał film, który okazał się rewelacyjnym blockbusterem! Masa humoru, dobrze napisani bohaterowie, rozpierducha ograniczona do minimum oraz położenie dużego nacisku na relacje rodzinne spowodowały, że otrzymaliśmy kino niezwykle przyjemne, niezwykle wciągające i powodujące, że po zakończeniu projekcji mamy wrażenie niedosytu. Niedosytu, bo tak dobrze, żadnego filmu z serii „Transformers” się nie oglądało. Osobne pochwały kieruję ku Hailee Steifeld, która idealnie odnalazła się w roli zbuntowanej, acz charyzmatycznej, nastolatki – świetna kreacja. No i brawo dla jej bohaterki za gust (choć może i dla samej Hailee?) – koszulki Motorhead i Stonesów robią robotę <3

“Zabawa zabawa”

Monika: Mało który reżyser zna się na psychice kobiet tak dobrze, jak Kinga Dębska. W tym wypadku oglądamy upadek trzech kobiet na poziomie, które w pewnym momencie niczym nie różnią się od tych “z pod sklepu”. Chciałabym napisać, że jest to kolejny film o walce z nałogiem, ale nie ma tu jej, jest za to obezwładniająca bezradność. Jak to często przy nałogach bywa. Oklaski dla Agaty Kuleszy, Doroty Kolak i nie odstającej Marii Dębskiej. Wiele osób pisze o urwanym zakończeniu, dla mnie było ono symbolem: “Co zrobisz, jak nic nie zrobisz?”.

Ewa: Kinga Dębska czuje swoje bohaterki, jak mało która reżyserka. Nie piętnuje ich, nie użala się nad nimi, nie rozkłada czerwonego dywanu nad ich paskudnym/niepaskudnym losem. Jej mocną stroną jest przedstawianie naturalnego stanu rzeczy, o którym, w przypadku tego filmu, niewiele jeszcze w Polsce się mówi. Świetny scenariuszowo, doskonałe castingowe wybory i wyborny epizodyczny występ Mariana Dziędziela, który, jak zdystansowany do rzeczywistości filozof rzecze, że wódka jest najlepsza, bo najlepszego świra daje.

Michał: Na filmy Kingi Dębskiej mogę chodzić w ciemno. Reżyserka ta tworzy kino niezwykle mądre i idealnie przedstawiające obraz współczesnej Polski. Podobnie jest i z jej najnowszym filmem. Reżyserka zwraca tym razem uwagę na problem alkoholizmu wśród kobiet, ukazuje, jak wielkie zniszczenie może przynieść im w życiu. Dzięki wybornym kreacjom Agaty Kuleszy, Marii Dębskiej (bardzo mocno zaplusowała u mnie tą kreacją – choć do tej pory mam w pamięci jej rolę w żenującym „Pech to nie grzech”) oraz Marcina Dorocińskiego obraz wciąga nas w świat przedstawiony już od pierwszych chwil. Szkoda, że tym razem Kinga Dębska nie pokusiła się jednak o dłuższe kino – seans jest krótki i intensywny, jednak niektóre wątki chciałbym zobaczyć w wersji bardziej rozbudowanej.

“Sekretny świat kotów”

Madzia: Uwielbiam polskich tłumaczy tytułów. Szłam na film myśląc, że zobaczę kolejną część „Sekretnego życia zwierzaków domowych”, a dostałam kompletnie oderwaną od tego filmu chińską (!) animację. Żeby nie było – nie mam nic do azjatyckich animacji – studio Ghibli na przykład zawsze wypuszcza animacje, którymi się zachwycam i które uwielbiam. „Sekretny świat kotów” to jednak zdecydowanie bajeczka dla dzieci. I to raczej takich młodszych dzieci – 5 lat max. Dzieciom raczej się spodoba, dorośli się wynudzą.

“Władca Paryża”

Madzia:  Gdybym wiedziała, że w tym filmie gra Vincent Kassel, pewnie w życiu bym na niego nie poszła. I nic takiego bym raczej nie straciła. „Właca Paryża” to dla mnie film niedokończony. Jest kilka wątków, które warto byłoby jeszcze rozwinąć, które wydają się być potraktowane po macoszemu. No ale wtedy dostalibyśmy pewnie ok. 4-godzinny film. Do tego, może to wina zmęczenia, ale były momenty kiedy patrzyłam na zegarek i marzyłam tylko o tym, żeby wreszcie wyjść z sali kinowej.

“Sergio i Siergiej”

Ewa: Ujmująca historia o przyjaźni, która wprawi widza w dobry nastrój. Niektóre dialogi bolą uszy, niektóre “efekty specjalne” również, jednak ostateczne pozostawia pozytywne (choć krótkie) wrażenie. Najpiękniejsza jest tutaj Hawana – pełna życia i koloru, którą oglądamy z perspektywy dziecięcej wyobraźni (czyli mocno podkoloryzowanej). Miała chyba z tego wyjść bardziej polityczna satyra niż sympatyczny film o radiowej komunikacji, ale może koniec końców wyszło to twórcom na dobre.

“Vice”

Monika: Anty-laurka dla podobno największego z wiceprezydentów – Dicka Cheneya. Gorzka i smutna prawda o największych grzechach ówczesnej polityki. Najbardziej wymownym momentem filmu jest pytanie – W co wierzymy? – skierowane przez młodego adepta polityki oraz głośny śmiech polityka, który na tym zawodzie zjadł już zęby. A co do tego, że Christian Bale jest aktorem z prawdziwego zdarzenia nikt nie ma wątpliwości.

Ewa: Dzieło niemalże doskonałe. Adam McKay po raz kolejny udowodnił, że przekracza kolejne reżyserskie granice. Celowe oszukiwanie widza, przełamywanie czwartej ściany, cięty, inteligentny humor, metafory w obrazie i dźwięku, doskonały montaż. Orany, jakie to było dobre! Kreacje aktorskie na miarę najważniejszych nagród filmowych – szczególnie Christian Bale i Steve Carell. Otwierający oczy obraz światowej polityki, pełnej machinacji, intryg, w której absolutnie nie ma miejsca na skrupuły.

Emilia: Nie jestem fanką kina politycznego. Szczególnie w wersji amerykańskiej, bo ich system polityczny jest strasznie zawiły 🙂 Jednak Bale w roli Dicka Cheneya jest niesamowicie charyzmatyczny. Dynamiczna historia o szarej eminencji amerykańskiej polityki, który udowadnia, że wystarczy odrobina sprytu i inteligencji, by wspiąć się na szczyt i pociągać za najważniejsze sznurki. Świetny montaż, ekscytująca narracja pełna twistów. Warto!

Madzia: Nie cierpię Christiana Bale’a. I to tak bardzo, że unikam jak ognia filmów z jego udziałem. Nie mogłam się jednak oprzeć pokusie zobaczenia Sama Rockwell’a w roli Busha. I nie żałuję – bo nie ma czego. W końcu to film Adama McKay’a. Może i „Vice” jest filmem nieco słabszym niż „Big Short”, jednak dostarcza równie dobrej rozrywki.

Michał: Adam McKay w swoim „Big Short” udowodnił, że ma olbrzymi potencjał reżyserski. Filmem „Vice” nie tylko utwierdził mnie w tym przekonaniu, ale i spowodował, że na jego kolejne dzieło będę czekał z wypiekami na twarzy! To szalona, postmodernistyczna jazda bez trzymanki! Humor miesza się tu z rzeczywistością, polityczni idioci zestawiani są tu z geniuszami napędzającymi kraj, USA wydaje się tu być państwem, które tylko cudem trzyma się na nogach. McKay w niezwykle barwny i dowcipny sposób opowiada tu historię Dicka Cheneya, jednego z najbardziej rozpoznawalnych człeków współczesnych Stanów Zjednoczonych. Jego życie i chęć do przejęcia jak największej władzy idealnie uzupełniają się z szaloną wizją fabularną reżysera. W tym wszystkie idealnie odnajduje się, co zaskoczeniem nie jest, Christian Bale. Aktor wybitny, wszechstronny, niesamowity. Tym razem, ledwo rozpoznawalny po kolejnej metamorfozie, Bale atakuje ze zdwojoną siłą. Brawurowa rola Cheneya zasługuje na wszelkie możliwe laury – wybitna kreacja! Świetnie wypada też Sam Rockwell portretujący George’a W.  Busha – w bardzo dobrym stylu oddaje zachowania byłego prezydenta oraz ukazuje to, co wszyscy już doskonale wiedzą: był zwyczajną marionetką w rękach ludzi o wiele inteligentniejszych niż on sam. „Vice” to kino wspaniałe, które koniecznie trzeba znać!

“Ralph Demolka w Internecie”

Monika: Trzeba mieć bezgraniczną wyobraźnię by stworzyć cały świat – jak np. J.K. Rowling. Jednak równie niezła wyobraźnia przydaje się do przedstawienia w błyskotliwy sposób świata, w którym już żyjemy. Brawo! Nieźle się bawiłam!

Ewa: Dobrze poprowadzona zabawa z popkulturą – nawiązania do MCU, King Konga, Star Wars – która sprawi, że lepiej będą się na tym filmie bawić dorośli niźli ich pociechy. Wielki szacunek dla twórców za pomysł zobrazowania w ten sposób internetu. W którymś momencie jednak może się okazać, że śmiejemy się z samych siebie – z naszego ograniczonego zastosowania medium względem jego możliwości, z którego korzystamy w każdej godzinie dnie. Dla dzieciaków świetna rozrywka, zabawna i pouczająca, jak to animacja o przyjaźni – o oddaniu, odwadze, rezygnacji z egoizmu.

Madzia: Długo przyszło nam czekać na sequel „Ralpha Demolki”, ale zdecydowanie było warto. Jest kolorowo, jest zabawnie – jest po prostu świetna rozrywka i odstresowanie się od całego świata spoza sali kinowej, a przecież właśnie tego powinien dostarczać nam film. I uwierzcie mi na słowo – bawiłam się równie świetnie co dzieci na sali ze mną.

Michał: Tym razem nasz niezbyt ogarniający, acz sympatyczny, bohater trafia do czeluści piekieł, do miejsca zwanego internetem. Wraz z Wandelopą muszą zdobyć pad do automatu z grą, aby maszyna nie trafiła na złom. Punkt wyjścia staje się tu początkiem niezwykle zabawnej historii, która choć ma parę dłużyzn, wciąga widza od samego początku. Film ten w świetny sposób ukazuje prawa rządzące współczesnymi mediami, ukazuje głupotę widzów youtube’a, pokazuje do czego prowadzi popularność i konsumpcjonizm. Masa kapitalnych cameo (Baby Groot, Szturmowcy, Iron Man…), świetne dialogi, mocna piosenka „Spaliny i Krew” (dlaczego wciąż nie ma jej w internecie?!) – tak, Ralph powrócił w bardzo dobrym stylu!

“Underdog”

Monika: Jeżeli coś w Polsce nie jest reklamowane jako “najlepsza komedia roku” to są spore szanse, że będzie to dobry film. Nawet jeśli tyczy się KSW. Mnie o dziwo się podobało.

Madzia: Przez nadmiar pracy chyba stałam się filmowym ignorantem, bo idąc na „Underdog” nie wiedziałam nawet, że to polski film. Fakt – najbardziej lubię chodzić na filmy, o których nie wiem nic, ale tutaj to już chyba była przesada. Tak czy siak – film mnie zaskoczył i to bardzo pozytywnie. Lubos jak zwykle na ekranie daje czadu i nawet Chalidow jakoś strasznie nie przeszkadza. To co przeszkadza w odbiorze tego filmu to muzyka – nie wiem to brak pieniędzy, czy taki pomysł reżyserski, ale nie zgrywała się ona w ogóle z tym co widzieliśmy na ekranie.

Michał: Po tej produkcji spodziewałem się wszystkiego, co najgorsze, a otrzymałem coś, co najgorsze zdecydowanie nie było. Film debiutującego jako reżyser Macieja Kawulskiego (który, jak wszyscy wiemy, na MMA zjadł zęby) okazał się pozytywną niespodzianką! Fajne kreacje aktorskie Lubosa i Chalidowa, niezwykle efekciarsko nakręcone walki, bardzo dobre zdjęcia i parę naprawdę niezłych one-linerów spowodowały, że dzieło to okazało całkiem niezłą odpowiedzią na klasyczne „kino walki” rodem z USA (choć do tego poziomu jeszcze sporo zabrakło). Niestety, film ten ma jedną, ale cholernie potężną, wadę – ścieżkę dźwiękową! Tak źle dobranej do produkcji muzyki dawno nie słyszałem! Soundtrack prezentuje się tak, jakby randomowo wylosowaną playlistę wkleić, bez żadnego pomyślunku, do filmu i uznać, że może coś z tego będzie. No nie będzie! Autentycznie w pewnych momentach od muzyki bolała mnie już głowa, utwory powodowały, że nie byłem w stanie skupić się na tym, co dzieje się na ekranie! Kto zaakceptował ten soundtrack?! Na minus zaliczyłbym też słabo umotywowane zakończenie – jest totalnie z „pupy”… Nie zmienia to jednak faktu, że otrzymaliśmy niezły film, który nie powoduje bólu zębów. Warto się z tą produkcją zapoznać.

“Powrót Bena”

Michał: Oglądacie filmy festiwalowe? To pokochacie to dzieło. Filmy festiwalowe wydają się Wam co rok takie same? Mocno się wynudzicie. Dla mnie to kolejny film o życiu, jakich otrzymaliśmy już pierdyliardy, który tak naprawdę nie ma się czym wyróżnić. Jest poprawny i tyle można o nim rzec. Wspomnę tylko, że dzieło to widziałem 8 stycznia i teraz nic już z niego nie pamiętam. Ba, nawet nie pamiętam kreacji Julii Roberts, która miała ciągnąć ten film. Nuda.

“Glass”

Monika: Rozczarowanie miesiąca. Przykład na to, że nawet największe nazwiska nie ocalą kulejącego scenariusza. A szkoda! Split podobał mi się bardzo, bardzo! Już nawet nie chcę o tym pisać. Serce pęka!

Michał: Mieliśmy otrzymać zwieńczenie trylogii i otrzymaliśmy. Szkoda tylko, że tak słabe. Przez ¾ projekcji nie dzieje się nic, a gdy coś zaczyna się dziać,  to bzdura goni bzdurę. Ma to parę smaczków (choćby to, że aktor grający syna Willisa w „Niezniszczalnym”, gra syna Willisa również i w „Glass”), ma niezłą rolę McAvoya (choć tym razem przeszarżował), miało chęć na bycie czymś innym. Szkoda, że to ostatnie zdecydowanie się nie udało. Shyamalan, niestety, wrócił do swojej, znanej z ostatnich lat, formy. Do zapomnienia.

“Dom, który zbudował Jack”

Michał: Spytacie, dlaczego hejter von Triera poszedł na ten film? Po pierwsze – ciekawość. Po drugie – Unlimited. No i co tu mogę rzec – chyba tylko to co zwykle. Ten totalny psychopata nakręcił film, który spodoba się chyba tylko innym psychopatom. Albo fanom von Triera, których nigdy nie rozumiałem. Najnowsze dzieło psychola to kompletnie idiotyczna, choć podobno metaforyczna, opowieść o debilach żyjących wśród innych debili. Czytaj: von Trier w swoim świecie. O ile pierwszy segment nawet dało się strawić (dzięki Umie), tak reszta tej produkcji to jeden wielki fapping von Triera do swojej własnej twórczości. Lars ukazał nam to, o czym wszyscy wiedzieli: onanizuje się do swoich filmów krzycząc przy tym, że jest bogiem. Seans „Domu…” to posrane doświadczenie, które ledwo da się przeżyć (z mojej sali połowa osób wyszła w trakcie projekcji). Jeśli lubicie schizy von Triera, to dalej będziecie go kochać. Jeśli zaś twierdzicie, że to skończony pojeb – omińcie to zdecydowanie. Mam nadzieję, że Lars skończy tam, gdzie dawno powinien być – w zamkniętym ośrodku psychiatrycznym.

“Diablo. Wyścig o wszystko”

Michał: Do pewnego momentu myślałem, że będzie to najgorsza projekcja 2019 roku (w recenzji jednego z poniższych filmów dowiecie się dlaczego jednak nie była). Ten film to zło! Bzdurny, drewniany, pocięty, idiotyczny. Ktoś, dysponując pięcioma groszami budżetu, postanowił nakręcić film o nielegalnych wyścigach samochodowych i efekt był do przewidzenia. Tego nie da się oglądać! Co gorsze – w filmie, który miał opowiadać o wyścigach samochodowych, te są najgorszym elementem projekcji! Na ekranie zamiast szybkości widzimy pościgi, w których wypożyczone autka, aby ich nie zarysować lub ich nie zniszczyć, poruszają się z prędkością 3 km/h! Co gorsze – nikt nie pomyślał, że będzie to na ekranie cholernie widoczne  i nie pofatygowano się nawet, by dodać efekt przyspieszający obraz! „Diablo” to dzieło sztuczne, fatalne, irytujące i pozostawiające po sobie niesmak. Totalna padaka!

“Asteriks i Obeliks. Tajemnica magicznego wywaru”

Michał: Jako turbofan przygód kultowych Galów czekałem na tę projekcję z olbrzymimi nadziejami. Twórcy… nie tylko je spełnili, ale nawet i je przebili! Świetna historia, potężna dawka humoru, rewelacyjna strona wizualna (zwróćcie uwagę na tła – część z nich jest malowana ręcznie!) – ten film to spełnienie marzeń każdego, kto uwielbia Asteriksa i Obeliksa! Olbrzymim atutem produkcji jest kapitalny polski dubbing, który skierowany jest bardziej ku dorosłemu odbiorcy (masa „współczesnych” smaczków do wyłapania!). Jestem zachwycony – do „Tajemnicy magicznego wywaru” będę wracał wielokrotnie!

“Miszmasz, czyli Kogel Mogel 3”

Michał: Mamy styczeń, a ja już widziałem dwa najgorsze filmy (mam przynajmniej taką nadzieję) 2019 roku! Przy okazji „Diablo” zaspoilerowałem Wam właśnie dzieło Piwowarskiego. O tym czymś można tylko napisać jedno: wszyscy, podkreślam WSZYSCY, którzy przyłożyli rękę do powstania tego gunfa, powinni zostać skazani na dożywocie w więzieniu na Księżycu. Bez skafandrów. Ten film zadawał mi ból większy niż najgorsze tortury, tu nie ma niczego, o czym można by napisać, że było chociaż przyzwoite. To zlepek idiotycznych scen, w których idioci wykonują idiotyczne czynności. Nie wspominając już o tym, że pewien polityczny fragment jest żenujący nawet jak na standardy pisiorówy, pani Łepkowskiej. „Kogel Mogel 3” to skandal, dzieło, którego nie umieściłbym na półce nawet koło „Kac Wawy”. To dzieło tak złe jak „Smoleńsk” i trzymam kciuki, by obie te produkcje zdechły zakurzone na półkach magazynów…

“Maria, królowa Szkotów”

Michał: Olbrzymie nadzieje, olbrzymie rozczarowanie! Nuda, historyczne bzdury, beznadziejne aktorstwo, fatalne dialogi… Absolutnie nie dziwię się, że film przechodzi przez kina bez echa! Oglądanie tego to katorga, produkcja dłuży się, zdaje się nie mieć końca. Jeszcze dałoby się to wybaczyć, w końcu to kostiumówka, gdyby aktorzy dawali coś od siebie. A tu ch…, du.. i kamieni kupa! Ronanowa udowadnia, że jest przehajpowaną aktoreczką, równie fatalnie radzą sobie partnerujący jej Lowden i Alwyn. Dlaczego nie wspominam o Margot Robbie? Powód jest prosty – na ekranie znajduje się łącznie koło 5 minut, a żadna ze scen z jej udziałem nie wnosi nic do fabuły (no może prócz sceny w chatce). Kurna mać! Masz Margot Robbie w obsadzie i nie pozwalasz jej grać?! Trza być naprawdę skończonym debilem – brawo pani Rourke. Ten film to idealny przepis na to, jak spieprzyć zajebiście wielkie potencjał historyczny. Omijajcie ten padzioch, bo szkoda nerwów. No chyba, że chcecie tylko podziwiać zdjęcia, to wtedy możecie przed ekranem zasiąść.

“Złe wychowanie Cameron Post”

Emilia: Pewne tematy aż wołają o poruszające filmy. Takie, które dadzą do myślenia, wywołają krzyk sprzeciwu, zachęcą do dyskusji i podania w wątpliwość przekonań niektórych. „Złe wychowanie Cameron Post” nie robi żadnej z tych rzeczy, a szkoda, bo porusza temat ważny dla dzisiejszej rzeczywistości, w której żyjemy. Największym mankamentem filmu jest to, że nie angażuje widza. Oglądałam go z całkowitą obojętnością. Brakuje mi w nim emocji, poruszenia, czegoś, co wywołałoby mój wewnętrzny sprzeciw. Oczywiście, praktyki ośrodka, który pod banderą religii i wiary, próbuje wmówić młodym ludziom, że są chorzy są absurdalne. Jednak mam wrażenie, że nawet bohaterów nie oburza to tak jak mnie, dlatego trudno mi uwierzyć w ich dramat.

Michał: Kolejne kino festiwalowe, które to miało zamiar być ambitne, a wyszło lipne i nudne. Punkt wyjścia jakiś nawet jest, jednak później staje się to, co dzieje się z każdym filmem festiwalowym: nie dzieje się tu nic. Bohaterowie snują się i pieprzą pseudoambitne frazesy, z których totalnie nic nie wynika. Nawet starająca się grać Moretzowa nie jest w stanie udźwignąć tak przeciętnego scenariusza. Choć fani Oscarów i innych takich syfów pewnie się ze mną nie zgodzą i stwierdzą, że to kino, co najmniej, dobre…

“Nienawiść, którą dajesz”

Emilia: „Nienawiść, którą dajesz” wydaje się być zrobionym pod gimnazjalistów. Proste chwyty manipulujące emocjami, kilka patetycznie wypowiedzianych kwestii, a wszystko w aurze kiepskiej powieści young adult. Być może młodsze pokolenie to łyknie i nawet wysmaruje kilka tweedów o tym, jak bardzo poruszył ich seans, nie zapominając przy tym dorzucić hashtagu #blacklivesmatter. Brakuje tu prawdziwych emocji, mięsa, poczucia, że wszystko co pada z ust bohaterów to nie tylko frazesy wepchnięte tam przez scenarzystów. Temat jest zbyt ważny, by tak naiwnie go przedstawiać.

Michał: Mógł to być niezwykle ważny głos czarnoskórej części amerykańskiego społeczeństwa i przez dłuższy czas projekcji nim był. Mniej więcej w ¾  czasu trwania, film zmienia się jednak w mocno przeidealizowany obraz, który mógłby wybrzmieć dostatecznie chyba tylko w latach 50 i 60… Gwałtowna i dziwna zmiana narracji mocno wpływa na to, że z dzieła naprawdę mocnego i przejmującego, „Nienawiść, którą dajesz” zmienia się w swoją własną parodię. A szkoda, bo gdyby bohaterka posłuchała mądrej rady policjanta, wujka Ramosa (kapitalny Common!) o tym, jak działają stróże prawa (nawet czarnoskórzy) mogliśmy otrzymać naprawdę wybitne kino. Szkoda, że Tillman Jr. się w tym wszystkim pogubił, bo przez dłuższą część seansu, obraz ten, po prostu, jest petardą.

“O psie, który wrócił do domu”

Michał: Tytuł i trailer ukazały nam już obraz finału projekcji, co jest bzdurą nawet jak na kino familijne. Pytanie tylko, czy można ten film traktować jako kino familijne? Osobiście, osób poniżej 13 roku życia na seans bym nie zabrał. Bywa brutalnie, twórcy dość mocno prezentują choćby obraz weterana wojennego we współczesnej Ameryce, nie szczędzą także i zwierzaków. Historia, ukazująca świat ludzi i świat zwierząt, mimo schematu podróży psa, wciąga, a nawet powoduje lekkie wzruszenie. Piękne zdjęcia, ciekawe spojrzenie na Amerykę oczami niewinnych zwierząt, mocne wątki – dzieło Smitha to kawał dobrego kina, choć zdecydowanie skierowanego bardziej do dojrzałego odbiorcy.

 

Bez żadnych wątpliwości możemy stwierdzić, że filmem miesiąca został “Vice” – obejrzeliśmy go wszyscy i wszyscy najwyżej oceniliśmy. W sprawie najgorszego… cóż, ufamy Michałowi vel Wikingowi! That’s all Folks!

Recenzja książki “Uwikłana” (Natasha Preston): aborcja i zdrada ważniejsze od seryjnego mordercy

Natasha Preston przyzwyczaiła nas, że z każdą kolejną książką, opowiadane przez nią historie stają się coraz bardziej mroczne. Choć należą one do literatury young adult, dotyczą nastoletnich miłości, relacji chłopak – dziewczyna, to także traktować je należy jak thrillery. Doskonale to widać po najnowszej powieści autorki, “Uwikłanej”. Mimo, że jak zawsze przeżywamy wraz z bohaterami kryzysy przyjaźni czy związków, to za rogiem czai się seryjny morderca, którego wszyscy znają od lat. Lecz kto może nienawidzić tak bardzo swoich najbliższych znajomych, że zaczyna ich zabijać? Czytaj dalej “Recenzja książki “Uwikłana” (Natasha Preston): aborcja i zdrada ważniejsze od seryjnego mordercy”

Recenzja serialu “Sex Education”, sezonu pierwszego: banan nie do zjedzenia

W naszym kraju temat seksu nadal pozostaje tabu. W szkołach widać to chyba jednak najmocniej. Mimo, że wszyscy zdajemy sobie sprawę z dojrzewania i jego konsekwencji, z odkrywania przez nastolatków seksualności, z tego, w którym okresie większość ludzi przechodzi przez pierwsze intymne doświadczenia, postanawiamy nie edukować (my jako społeczeństwo) uczniów w tych sprawach i udawać, że rozmowy o seksie są czymś złym. Oglądając nowy serial Netflixa, “Sex Education”, łatwo zrozumieć, dlaczego takie podejście ciągnie za sobą liczne konsekwencje, szczególnie na poziomie braku komunikacji. Uświadamiająca, ciepła, wzruszająca, zabawna produkcja ze znakomicie napisanymi bohaterami o wieku nastoletnim i seksie to coś, czego zdecydowanie brakowało nam od lat (choć o tym nie wiedzieliśmy). Czytaj dalej “Recenzja serialu “Sex Education”, sezonu pierwszego: banan nie do zjedzenia”

Recenzja książki “Story of Bad Boys II”, drugiego tomu serii “Story of Bad Boys” Mathilde Aloha: miłość ci wszystko wybaczy

Recenzja pierwszego tomu “Story of Bad Boys” być może nie była w pełni peanem pochwalnym, jednak opis pozytywnych wrażeń bił z każdego akapitu. Starałam się wtedy być w miarę zachowawcza, będąc pełna obaw, że druga część historii nie dorówna jej początkowi. Ależ się zaskoczyłam! Kolejna odsłona serii, nie dość, że utrzymuje poziom, to zachowuje wrażenie “serialowości”, budząc nowe emocje, przygotowując czytelnika na wielki finał. Lecz czy cukierkowości nie jest w niej zbyt wiele? Czy da się czytać cały czas o prawdziwej miłości, którą los co chwila wystawia na próbę? Czytaj dalej “Recenzja książki “Story of Bad Boys II”, drugiego tomu serii “Story of Bad Boys” Mathilde Aloha: miłość ci wszystko wybaczy”

Recenzja filmu “Sergio i Siergiej” (reż. Ernesto Daranas): kubański marksista na ratunek radzieckiemu kosmonaucie

Ponoć pierwszy seans kinowy w danym roku ma dla kinofila duże znaczenie. Mówi się, że wyznacza on trend na cały przyszły rok. Nie zrodziło się we mnie nigdy takie przekonanie, jednak jeśli tak rzeczywiście jest, to anno domini 2019 w sali kinowej mi nie straszny. Bowiem “Sergio i Siergiej” to przyjemna, mocno ironiczna historia, która wprawiła mnie w pozytywny nastrój, choć nie zatrzęsła moim pojmowaniem świata. Czytaj dalej “Recenzja filmu “Sergio i Siergiej” (reż. Ernesto Daranas): kubański marksista na ratunek radzieckiemu kosmonaucie”