Recenzja serialu “Masters of Sex”, sezonu pierwszego: rewolucja seksualna w pokoju badawczym

W latach 50. ubiegłego wieku seks był tematem tabu. Nie rozmawiało się o nim, ignorowano to, że istnieje, ludzie nie posiadali świadomości seksualnej, nie znali swojego ciała, a kobiety nie odróżniały aktu seksualnego od uczucia miłości. „Masters of Sex” pokazuje proces przemian w temacie, który do tej pory dla wielu stanowi tabu. Michelle Ashford mogła stworzyć serial, który byłby tanim, perwersyjnym skandalem, w którym pruderyjna Ameryka zderza się z nowoczesnością. Jednak wszystko poszło w dobrym kierunku i powstała znakomita produkcja podchodząca do tematu w sposób naukowy, gdzie nagość jest zrozumiała, obyczajowość niedawnych czasów została bardzo dobrze oddana, a bohaterowie to niejednoznaczni, kontrowersyjni prekursorzy, dzięki którym mężczyźni zrozumieli, czemu kobiety udają orgazm.

„Masters of Sex” to adaptacja biografii pt. „Masters of Sex: The Life and Times of Wliiam Masters and Virginia Johnson” Thomasa Maiera. USA, lata 50. XX wieku. Akcja serialu rozpoczyna się od spotkania Williama Mastersa (Michael Sheen), znanego położnika, ginekologa, badacza nad ludzką płodnością, i Virginii Johnson (Lizzy Caplan), obecnie sekretarki, a wcześniej piosenkarki. Dwie skrajne osobowości, znajdują swój wspólny cel. Masters od lat pragnie rozpocząć badania nad ludzką seksualnością, a dzięki innowacyjnemu podejściu Johnson i jej sprytowi, testy rozpoczynają się szybciej i sprawniej, zyskując status oficjalnych. Czytaj dalej “Recenzja serialu “Masters of Sex”, sezonu pierwszego: rewolucja seksualna w pokoju badawczym”

Recenzja serialu “Mr. Robot”, sezonu pierwszego: hakowanie rzeczywistości

„Mr. Robot” okazał się jedną z najlepszych premier roku 2015. Niektórzy wręcz porównują serial do „Detektywa”, który zdobywał niemalże wyłącznie pozytywne opinie. Z oboma produkcjami jest także podobna sytuacja – na pozór fabuła wydaje się być dość sztampowa, banalna, z której, w teorii, nie da się wycisnąć już zbyt wiele. Jednak w obu przypadkach udało się stworzyć coś nowego, świeżego, z charakterem. Sam Esmail opowiedział po raz kolejny historię zniszczonego świata, który został owładnięty przez korporacje rządzące życiem maluczkich, lecz w inaczej niż robiono to dotychczas. Na czym więc polega ta świeżość? Na czym polega ta inność?

Elliot Alderson (Rami Malek) jest antyspołecznym, mającym zaburzenia psychiczne hakerem. Za dnia pracuje w firmie zajmującej się zabezpieczeniami w sieci, w nocy robi to, co nielegalne. Hakuje ludzi, odkrywając ich mroczne sekrety, co jest również dla niego najłatwiejszą drogą do kontaktu z nimi. Za sprawą swoich umiejętności zostaje dostrzeżony przez grupę anarchistycznych hakerów – Fsociety.Nienawidzący korporacji Elliot zamierza pomóc w zaburzeniu światowego stanu gospodarki i podjąć jawną walkę z tym, co zniewala społeczeństwo.

Jedną z pierwszych cech, jakie rzucają się odbiorcy w oczy, to rzeczywistość, która do bólu (zamierzone określenie) przypomina naszą. Niby akcja dzieje się w Nowym Jorku, lecz równie dobrze mogłoby to być każde inne miasto, w którym jest dużo miejsca na bilbordy i mało miejsca na oryginalność. Być może w naszej rzeczywistości nie jest to jedna korporacja, która nas zniewala, lecz kilkanaście, ale odwzorowanie wnikania w sferę prywatną w produkcji  Esmaila wypada naprawdę świetnie.

Kolejnym atutem stają się monologi wewnętrzne Elliota, które prowadzi niby ze sobą, niby z wyimaginowanym przyjacielem, a widz odbiera je tak, jakby główny bohater mówił wprost do niego. Co ważne, kreując tę postać, Esmail nie posłużył się schematami. Cieszy to, że nie mamy po raz kolejny do czynienia z bohaterem-narcyzem, który ma nad wyraz wybujałe ego (taki typ postaci jest ostatnio niezwykle modny). Z autystycznymi cechami, lecz nie można nazwać go autystycznym. Z jednej strony nie lubi dotyku obcych ludzi, z drugiej strony zakochuje się i w jakiś sposób pragnie miłości oraz normalnego związku. Posiada przyjaciół, rozmawia z ludźmi (gdy musi), lecz jego samotność dosłownie wywołuje w nim płacz oraz rozpacz.Jest narkomanem-morfinistą, lecz bierze tylko dlatego że nie umie sobie poradzić ze swoją pustką, a nie dlatego że jego mózg po niej lepiej funkcjonuje.

Elliot chodzi na terapię do psychologa. Od początku wiemy, że ma zaburzenia psychiczne, lecz nie wiemy do końca, jak te zaburzenia wyglądają. Nie zdradza swojej terapeutce wszystkiego. Lecz tak, jak wszystkich innych, także ją hakuje. Szuka informacji o obcych ludziach, znajdując ich demony (co również przeraża jako dowód na to, że teraz wszystko można o nas znaleźć w sieci, że prywatność przestaje istnieć), co w pewien sposób czyni jedną z niewielu dróg kontaktu z nimi.

„Mr. Robot” prezentuje także drabinę hierarchii w korporacji. Jakie są różnice pomiędzy kolejnymi szczeblami, jak zachowuje się człowiek, który dąży do tego, aby uzyskać kolejną ekstra premię czy chce przejąć stanowisko przyjaciela od golfa. Jak Tyrell (Martin Wallström), którego można po prostu nazwać moralnie niepoprawną lub nad wyraz niepokojącą. Jednak pokazuje także, że nie każdy w tej machinie korporacyjnej musi być złym człowiekiem. Przykładem jest postać dyrektora AllSafe, który jest po prostu dobrym facetem chcącym wykonywać swoją pracę.

W produkcji możemy znaleźć tylko jedno wielkie nazwisko – Christiana Slatera. O ile znany aktor poprawnie odgrywa swoją rolę, to nie kradnie każdej sceny, w której się pojawia. Co innego Rami Malek. To także  w nim tkwi ogromna siła serialu. Wciela się w końcu w postać, której charakter pozwala na pokazanie wszelkich umiejętności aktorskich. Z jednej strony nieco autystyczny, z drugiej wściekły na rzeczywistość, a także okropnie samotny.

Od strony wizualnej zachwycił mnie przede wszystkim sposób kadrowania. Nawet mniej wprawne oko zauważy, że daleko twórcom do kina zerowego, jeśli chodzi o zdjęcia. Zwraca uwagę również użycie kolorów – wszystko zdaje się mieć odcień szarości, barwom brak intensywności, poza niektórymi lokalizacjami (jak ta, w której Fsociety pracuje i hakuje cały świat, po dawnym salonie gier). Całości dopełnia klimatyczna muzyka, na którą składają się między innymi utwory zespołów takich, jak M83, FKA Twigs czy Sonic Youth.

Właściwie każdy odcinek prezentuje niezwykle wysoki poziom, wliczając to w fenomenalnie zrealizowanego pilota, dlatego sam finał pierwszego sezonu nieco rozczarowuje. Zabrakło mi w nim potężnego tąpnięcia, nie tyle rozwiązania, co porządnego zwrotu akcji, jakiegoś zaskoczenia. Niestety, niespodzianki okazały się nieco… letnie.

„Mr. Robot” to antysystemowy serial, który opowiadając historię niszczenia świata przez korporację, jednocześnie skupia się na jednostce, która nie umie się odnaleźć w takiej rzeczywistości (a przy tym, oczywiście, „chce uratować świat”). Śmiało mogę głosić opinię, że to w moim mniemaniu, najlepsza zeszłoroczna premiera serialowa. Ciężko w tej produkcji znaleźć jakąś wadę, a zalety mnożą się od pierwszego odcinka. Tutaj żadna scena nie jest zbędna, każdy kadr jest przemyślany niczym w filmie krótkometrażowym.Idźcie i oglądajcie.

Ocena: 9/10

Recenzja serialu “The Affair”, sezonu pierwszego: o zdradzie w dwóch odsłonach

Ileż oglądaliśmy historii o rodzącym się uczuciu? Setki, tysiące, miliony. Ileż obejrzeliśmy opowieści o romansie, o zdradzie, o braku wierności, o namiętności? Trochę mniej setek, tysięcy i milionów. Czy kino lub telewizja są w stanie jeszcze opowiedzieć podobną historię w sposób porywający, niekonwencjonalny, świeży i zaskakujący? Jak się okazało, ku mojemu zdziwieniu, zdecydowanie tak. „The Affair” nie tyle ujmuje samą fabułą, co sposobem prowadzenia narracji, który jest zupełnie inny niż to, co do tej pory widzieliśmy w serialowym świecie.

Noah Solloway (Dominic West) jest pisarzem, ojcem czwórki dzieci i kochającym mężem. Wraz z nastaniem wakacji z całą rodziną opuszcza Nowy Jork, aby spędzić lato na sielskim odludziu, gdzie mieszkają tego teściowie.Początkowo zapowiada się jak kolejny, podobnie spędzony czas, w którym Noah będzie walczył ze swoją niemocą twórczą. Jednak zaraz na początku, w pierwszych dniach od przyjazdu na miejsce, mężczyzna spotyka Alison Bailey (Ruth Wilson). Pomimo tego, że oboje są w związkach małżeńskich, rodzi się pomiędzy nimi uczucie przepełnione namiętnością i pożądaniem. Czy ten romans skończy się po kilku spotkaniach? Czy ktoś dowie się o nim, zanim się skończy? Czy Noah i Alison porzucą swoich partnerów po to, aby być razem?

Jak już wspomniałam, „The Affair” opowiada z pozoru szablonową historię. Jednak twórcy zrobili wszystko, co mogli, aby widz spojrzał na nią z zupełnie innej perspektywy. Każdy odcinek bowiem został podzielony na dwie części – na tę, w której do głosu dochodzi Noah i na tę, w której swoją wersję opowiada Allison. Całą historię scalają jeszcze sceny z przesłuchania, na którym to właśnie dwójka głównych bohaterów referuje wszystko, co się zdarzyło w ciągu ostatnich tygodni. Niestety, odbiorca prędko się nie dowie, w jakiej sprawie jest to przesłuchanie, czemu ma służyć ani kiedy się rozgrywa (po zmianie wyglądu bohaterów możemy się jednak domyśleć, że minęło co najmniej kilka miesięcy).

Wydaje mi się, że zdarzenia opowiadane z perspektywy Noah częściej są bardziej przewidywalne, ukazujące pewne męskie, stereotypowe oczekiwania względem kobiet (choć może mój punkt widzenia uzależniony jest wyłącznie od mojej płci). W jego oczach Allison to ponętna, seksowna, uwodzicielska mężatka  zawsze zadbana, uśmiechnięta, pewna siebie. Podobnie prezentuje sam siebie – jako opiekuńczego ojca i zaangażowanego pisarza, który zbiera materiał do swojej nowej książki. Gdy spoglądamy na te same zdarzenia oczami Allison, spoglądamy na dwójkę zupełnie innych ludzi. Przede wszystkim kobietę cechuje raczej zagubienie, depresja, smutek, poddanie się sytuacji życiowej, w której się znalazła. W tej wizji już nie nosi delikatnego makijażu, a jej włosy trwają w nieładzie.

Gdy zestawiamy ze sobą dwie wersje wydarzeń okaże się, że nie tylko bohaterowie w zupełnie inny sposób postrzegają samych siebie, siebie nawzajem i zdarzenia, które doprowadziły do ich romansu (to chyba nie spoiler, skoro od pierwszego odcinka wiemy, jak prawdopodobnie skończy się ta historia), ale także kłamią. Niejednokrotnie co innego widzimy na ekranie, a co innego dociera do nas z głosu z offu. Okłamują policję, jak i siebie samych, mocno „koloryzując” bieg wydarzeń, które doprowadziły ich do danego momentu. Jedyne, co jest pewne, to to, że oboje skrywają jakieś tajemnice. Zarówno przed sobą, jak i przed światem.

Co ciekawe, bohaterowie wcale nie są skomplikowani – to typowi ludzie, których nagle dotknęło uczucie, którego wcale nie chcieli. Podminowani dramatami codzienności, pomimo posiadania kochających życiowych partnerów, nie mogą przestać się ze sobą spotykać i trwają dalej w tym uczuciu. Zdają sobie sprawę z konsekwencji (przecież to inteligentni ludzie, którzy podobnych historii również znają wiele) utrzymywania swojej relacji, ale emocje nimi targające są nie do ujarzmienia. Swoją drogą, „The Affair” w znakomity sposób ukazuje oddziaływanie tego romansu na otoczenie, w którym żyją bohaterowie.

Produkcja Hagai lebi oraz Sarah’y Treem nie byłaby jednak tak dobra i angażująca, gdyby nie dwójka brytyjskich aktorów (w amerykańskim serialu) wcielająca się w główne role. Pomiędzy Dominiciem Westem i Ruth Wilson czuć w jakiś sposób chemię i doskonałe zgranie na ekranie. Nie wiem, jak oni to zrobili, ale każdy odcinek pochłania wręcz ilością emocji, które się w nim znalazły. Aktorzy także znakomicie lawirują pomiędzy odgrywanymi przez siebie postaciami – w końcu tak naprawdę i West, i Wilson, odgrywają dwie role. W każdej z perspektyw są kimś innym, innym wyobrażeniem i odmienną wizją. Zaskakuje także Maura Tierney wcielająca się w żonę Noah, Helen, która swoją grą sporo dodaje tej przepełnionej emocjami postaci.

„The Affair” to studium namiętności, zdrady, rodzącego się romansu, które nie byłoby prawdopodobnie ciekawsze od niezłego melodramatu, gdyby nie sposób narracji i niezwykła chemia istniejąca między aktorami. Twórcy nie bali się ukazać kontrowersji, dużej ilości seksu, często bardzo odważnego, a w dialogach umieścić sporą ilość przekleństw. Mimo wszystko, wydaje mi się, że to historia wielce niejednoznaczna moralnie, w której trudno jest znienawidzić bohaterów za to, że pokochali kogoś innego. Przecież w życiu nie każdy musi mieć tylko jedną miłość, prawda?

Ocena: 8/10

Recenzja serialu “Atypowy”, sezonu pierwszego: o autyzmie wokół seksu

Ostatnio przy recenzji „Aż do kości” wspominałam, że Netflix chyba obrał sobie za cel ratowanie świata. Przy każdej możliwej okazji stara się uświadamiać swoich odbiorców w jakimś trudnym temacie społecznym. Tym razem padło na „Atypowego” i problem autyzmu. Jednak czy sam wzniosły temat umie podźwignąć cały serial? Czy jednak trzeba do tego dobrze napisanego scenariusza, ciekawie rozpisanych postaci, konsekwencji w prowadzeniu fabuły, jak w przypadku każdego poprawnie zrealizowanego serialu?

Sam (Keir Gilchrist) jest osiemnastolatkiem z autyzmem. Postanawia w końcu wejść w świat randek i zdobyć dziewczynę. Ewentualnie chociaż próbną dziewczynę, zanim będzie gotów poderwać i być w związku ze swoją terapeutką Julią (Amy Okuda). Sam mieszka z mamą (Jennifer Jason Leigh), ojcem (Michael Rapaport) i siostrą Casey (Brigette Lundy-Paine), którzy muszą dostosowywać całe swoje życie pod niego. Rodzinny świat kręci się wokół dziecka z autyzmem, lecz na jak długo, skoro dziecko postanowiło dorosnąć?

„Atypowy” jest serialem, który chce jak najgłębiej przedstawić problem życia ludzi z autyzmem oraz to, jak wygląda życie z taką osobą. Bohaterowie więc co i rusz wygłaszają monologi na temat wypowiadania się o ludziach z takim zaburzeniem (scena w trakcie spotkania grupy wsparcia, w której psycholog krytykuje wypowiedzi ojca Sama), skomplikowanych rytuałów, problemów, jakie stwarza obcowanie z autyzmem i o czym trzeba pamiętać. Jednak w większości wypadków twórcy owe przemowy postaci, szczególnie matki głównego bohatera, wciskają w scenariusz na siłę, tak, jakby tworzyli film edukacyjny do pokazywania w szkole. Ostatecznie efekt przedstawia się wielce nienaturalnie i niekoniecznie pomaga zrozumieć sedno problemu.

Połączenie dorastania, chęci uprawiania seksu z autyzmem mogłoby się wydawać poruszaniem pewnego tabu. Jednak twórcy czynią to w sposób tak infantylny, że wychodzi to niekiedy śmieszne w żenujący sposób. Komizm sytuacyjny w tym przypadku jest zabawny w momencie, gdy główny bohater rozumie, z czego ów komizm wynika. Lecz w większości przypadków nie rozumie. Widz może się wręcz złapać na tym, że śmieje się z autyzmu jako takiego i trudności, jakie przysparza ta choroba, zamiast próbować zrozumieć.

Poboczne wątki „Atypowego” mogłyby stworzyć co najmniej dwa odrębne seriale. Matka, której całe życie kręciło się wokół autyzmu, nagle zaczyna rozumieć, że zaczyna dla niej brakować miejsca w rodzinie, że przestaje być potrzebna, a jednocześnie – że w końcu potrzebuje wyjść ze swojej roli. Przynajmniej na kilka godzin dziennie. Kobieta niby ma cały grafik zajęty, ale prawie nie widać, gdy te obowiązki wykonuje czy, chociażby, pracuje. Swoje miejsce w tym momencie życia Sama znajduje ojciec, który do tej pory syna nieco się wstydził. Doradza mu w kwestiach randkowania, podejścia do kobiet oraz pomaga mu przejść przez ten nadwrażliwy moment dojrzewania. Siostra Sama, Casey (notabene świetnie zagrana rola Brigette Lundy-Paine), bardzo kocha swojego brata, lecz jej pozycja w rodzinie jest bardzo słaba. Rodzice, co niejednokrotnie w bezczelny sposób (naprawdę można to było zrobić inaczej) ukazują, stawiają dziecko z autyzmem na piedestale, zapominając często o przyszłości swojego drugiego potomka. Mimo, że każdy z tych wątków wydaje się bardzo interesujący (przynajmniej dla mnie), wszystkie zostały przedstawione w sposób wielce sztampowy i powierzchowny.

Ostatecznie „Atypowy” to pozytywny serial, któremu po prostu nie wychodzi realizacja początkowych założeń. Wszechobecna sztuczność wygłaszanych rad, brak realizmu, nadmiar niewłaściwego komizmu, słabo rozpisane, choć sympatyczne postacie, czynią z niego produkcję, która popełnia kardynalne błędy. „Atypowemu” zabrakło nieco poważniejszego podejścia, głębszego spojrzenia i być może zrezygnowania z połowy elementów komediowych, aby stać się obrazem, który warto zapamiętać.

Ocena: 7/10

Recenzja serialu “Grace and Frankie”, sezonu drugiego: realność śmiertelności

325440id1_GraceAndFrankie_S2_24w_x_26h_4b4p_1200.inddPo bardzo dobrym pierwszym sezonie serialu nie bardzo wiedziałam, czego spodziewać się w drugim. Cliffhanger, który został zaserwowany w ostatnim odcinku zapowiedział dramat oraz kolejne kryzysy w relacji pomiędzy czwórką przyjaciół. Jednak o czym tak naprawdę będzie opowiadać kolejna odsłona, skoro już twórcy przedstawili najbardziej delikatne problemy ludzi po sześćdziesiątce (a nawet siedemdziesiątce), te będące zazwyczaj tematami tabu? Czy przyjdzie czas na rozliczanie przeszłości i snucie historii o niewykorzystanych szansach? A może o tym, z czym nie potrafi się nikt do końca pogodzić – o umieraniu i o gotowości na śmierć? Bo to, że “Grace and Frankie” nie jest tylko serialem komediowym, ale także bardzo przejmującym i poważnym wiemy na pewno.

Gdy Sol (Sam Waterston) wraca do domu po “pożegnaniu” z Frankie (Lily Tomlin), zastaje Roberta (Martin Sheen) nieprzytomnego na kuchennym stole. Okazuje się, że jego partner miał zawał. Cała rodzina spotyka się w szpitalu – wraz z Frankie i Grace (Jane Fonda). Gdy Robert jest przytomny lekarze stwierdzają, że potrzebna jest operacja. Przerażony śmiercią i tym, że może już nie mieć szansy spełnić swoich marzeń, prosi Sola o to, aby pobrali się jeszcze w szpitalu.Mimo, że byłego męża Frankie dręczą wyrzuty sumienia z powodu zdrady, zgadza się na prośbę Roberta. Frankie i Grace po raz kolejny będą musiały się zmierzyć z miłością swoich mężów, aby stać się poniekąd ich przyjaciółkami i wyruszyć dalej w swojej życiowej drodze.

W drugim sezonie “Grace and Frankie” śmiertelność staje się bardzo namacalna i realna. Przy czym twórcy, będący również już telewizyjnymi weteranami, nie popadają w dramatyzm opowiadając o tym, że umieranie jest rzeczą nieuniknioną i w pewnym wieku musimy się pogodzić z tym, że ktoś może odejść z dnia na dzień. Pierwszym przykładem jest na pewno operacja Roberta, przed którą Grace uświadamia sobie, że życzyła swojemu byłemu mężowi śmierci. Ileż to razy człowiek wykrzykuje coś w złości lub rozpaczy, a potem nie może sobie wybaczyć, gdy nie może już tej osoby przeprosić. Jednak temat ten staje się o wiele poważniejszy w ostatnich odcinkach serialu, gdy poznajemy nową postać. Nie zdradzając zbyt wiele odkrywają one kilka kontrowersyjnych kwestii, jak i w tych epizodach, w których pojawia się bohater cierpiący na Alzheimera. Czy związek z osobą, która Cię nie pamięta, nadal jest związkiem?

Dezycja Sola i Roberta spowodowała nie tylko to, że obaj mogli zacząć nowe, prawdziwe życie i mogli przestać się ukrywać, ale także otworzyło nowe drzwi dla ich byłych żon. Przynajmniej częściowo pogodzone z obecnym stanem rzeczy starają się na nowo przeżywać miłość. Ponownie, jak w pierwszym sezonie, niejednokrotnie zachowują się jak nastolatki przerażone swoimi uczuciami czy pierwszymi pocałunkami. Ba, nawet uciekają w alkohol, gdy nie mogą poradzić sobie ze swoją emocjonalnością i tym, że czują zbyt wiele.

W drugim sezonie pojawia się także wątek biznesowy pomiędzy Frankie i córką Grace, Brianną. Kobieta chce zacząć produkować na masową skalę swój nawilżacz, a młoda buissnesswoman chce wynieść swoją firmę na nowy poziom. Niestety, pomimo przyjaźni i wieloletnich rodzinnych wręcz stosunków, pojawiają się pomiędzy nimi zgrzyty natury… ideologicznej. Jeśli nie wiedzieliście, czym jest olej palmowy, teraz będziecie wiedzieć o nim wszystko. Przy czym twórcy również odsłaniają pewną brutalną prawdę – w dzisiejszym świecie ciężko być proekologicznym w każdym aspekcie, z powodu naszego trybu życia i wyzwań, jakie przed nami stawia rzeczywistość.

Ponownie w przepiękny sposób zostaje przedstawiona relacja Grace i Frankie. Tym razem nie oglądamy już tego, jak kobiety docierają się między sobą, tylko to, jak cudownie razem współegzystują. Rozumieją swoje fobie, przyzwyczajenia i starcia pomiędzy nimi mają jedynie uroczy charakter. Wspierają się na każdym kroku, przeżywają nawzajem swoje mniejsze i większe dramaty, jak i te radosne chwile. Wydaje mi się, że duża zasługa w tym pozaekranowej przyjaźni Tomlin i Fondy, pomiędzy którymi czuć wyraźną chemię.

“Grace and Frankie” to serial, który pokazuje, że nigdy nie jest za późno na zmiany. Na zmiany w naszym życiu, na sięgnięcie po szczęście, jak i na to, żeby udoskonalić swój charakter czy zdać sobie sprawę ze swoich wad. Pomimo, że nie myślałam tak o nim wcześniej, uważam, że to seria, którą powinni oglądać przede wszystkim młodzi ludzie. Aby nauczyć się, że zawsze istnieje szansa na szczęście i realizację marzeń (a przy tym tego, że każda decyzja, którą podejmujemy ma wpływ na innych ludzi i musimy się z tym liczyć).

Ocena: 8/10

88888

Recenzja serialu “13 powodów”, sezonu pierwszego: potrzebny czy lekceważący?

7783926.3Rzadko zdarza się, żeby można było napisać o serialu „potrzebny” w znaczeniu edukacyjnym, socjologicznym, wychowawczym, a nie tylko kulturowym. Jedna z najnowszych produkcji Netflixa taka właśnie jest – potrzebna na wielu poziomach, ze względu na to, że temat samobójstwa czy samookaleczeń pozostaje w strefie tabu. Szczególnie w naszym kraju. Historia Hannah wkradła się po cichu do repertuaru widzów Netflixa, na każdego działając w taki czy inny sposób. Fart chciał, że natrafiłam na serial w dniu jego premiery, połykając go w ciągu pierwszego weekendu. Od tamtej pory obejrzałam go dwukrotnie, sam finał – wielokrotnie. Dlaczego? Ponieważ jego premiera zbiegła się z moim nawrotem depresji.

„13 powodów” to adaptacja powieści Jay’a Ashera o tym samym tytule. Hannah Baker (Katherine Langford) popełnia samobójstwo. Tuż przed śmiercią pozostawia swojemu znajomemu 13 kaset magnetofonowych. Każda z nich jest jednym z powodów, dla których odebrała sobie życie. Jedna kaseta to jedna historia. Jedna kaseta to jedna osoba, która przyczyniła się do jej śmierci. Hannah żąda, aby każdy z bohaterów nagrań przesłuchał je i przekazał kolejnej osobie. W końcu docierają one do Clay’a (Dylan Minnette), który był zakochany w dziewczynie. Okazuje się, że on także znalazł się na jednej z kaset… Słuchanie nagrań przez Clay’a staje się początkiem jego krucjaty – szukania prawdy oraz sprawiedliwości.

„13 powodów” to serial, który opowiada o nastolatkach, ale nie do nich został skierowany. Większość odcinków ze względu na sceny szeroko pojętej przemocy dedykowany jest dla wieku 16+. Problem polega na tym, że produkcja nie uwzględnia do końca wiedzy oraz doświadczeń widza, który jest jego odbiorcą. Ci, będący już poza wiekiem nastoletnim, nie pamiętają, jak ogromną wagę przywiązywali do wydarzeń, które teraz wydawałyby się nic nieznaczącą błahostką. Wobec tego z odcinka na odcinek twórcy nadają historii Hannah coraz więcej tragizmu, wplatając w jej życie wydarzenia, do których niekoniecznie musiało dojść, aby dziewczyna odebrała sobie życie.

Od pierwszego odcinka odnieść można wrażenie, że twórcy serialu za wszelką cenę chcą utrzymać jego napięcie. Wychodzi im to znakomicie. Ciężko rozstać się z produkcją chociażby na chwilę. Jednak czy był to zabieg potrzebny? Oglądamy dramat życia nastolatki, a nie thriller czy kryminał. Jednocześnie ciężar wydarzeń niekiedy pozostaje trudny do wytrzymania. Hannah miała wystarczająco dużo powodów, aby się zabić już w trzecim, czwartym lub piątym odcinku. Dlaczego? Ponieważ nigdy nie wiemy, co staje się najważniejszym bodźcem zaburzającym psychikę danego człowieka. Czasem stan emocjonalny danej osoby, tym bardziej nastolatka, może pozostać na tyle rozchwiany, że wystarczy jedno odtrącenie miłosny, aby pojawiła się pierwsza samobójcza myśl.

Osoba będąca w depresji to w pewien sposób osoba ułomna. Z zaburzeniami, które sprawiają, że widzi rzeczywistość zniekształconą. Obarcza wszystkich winą, widzi tragedię w najmniejszej klęsce, potrafi rozpłakać się z powodu jednego słowa wymierzonego w jej stronę. Często nie może zrozumieć punktu widzenia innych ludzi, a siebie postrzega w sposób karykaturalny. Dlatego narracja niekiedy sugeruje, że Hannah była dość jednoznaczna w swoich osądach – nie próbowała szukać drugiego dnia i zrozumieć innego człowieka. To o tyle ciekawe, że jeśli zastanowimy się nad pozostałymi postaciami, każdy z nich mógł skończyć jak Hannah. Wcale nie mieli łatwiej w codzienności, gdybyśmy przyjrzeli się im tak samo blisko, jak głównej bohaterce, pewnie usłyszelibyśmy podobnie dramatyczną historię człowieka wrażliwego.

W tym momencie pojawia się jedno z pytań, na które nawet po dwóch seansach serialu, nie umiem odpowiedzieć jednoznacznie. Czy w tej produkcji mamy do czynienia z bohaterami stereotypowymi? Czy może są to bohaterowie jedynie pozornie stereotypowi? Popularny prymus, przewodniczący szkolnej rady, który zrobi wszystko, aby utrzymać swoją reputację; sportowiec, który musi pochwalić się wyczynami z nową dziewczyną przez kolegami z drużyny; outsider, który trzyma się z boku… Brzmi schematycznie, prawda? Jednak za każdą z tych postaci czają się emocje, których byśmy nie dostrzegli w prawdziwym życiu. Każda z tych postaci nosi potężną maskę, która pozwala im przeżyć liceum. O ironio, ciężko polubić któregokolwiek z nich. Nawet Clay’a czy Hannah.

Ukazana w serialu brutalność, znieczulica oraz cyberprzemoc budzą nie tylko przerażenie w widzu, ale także obrzydzenie. Czy my, chodząc do szkoły, też potrafiliśmy tak gnoić innych, nie zdając sobie sprawy z konsekwencji? Czy platformy społecznościowe i rozwarstwienie społeczne powodują, że zjawisko gnębienia się wzmaga? Czy to po prostu inne metody, ale skutki te same? Z pewnością nie możemy osądzać bohaterów jako złych, przynajmniej nie wszystkich. Raczej nieświadomych oraz niedojrzałych emocjonalnie. Czy każdy szesnastolatek musi wiedzieć, że jego tolerancja może sprawiać komuś ból (jakkolwiek dziwnie to brzmi)?

Świetnie poprowadzone retrospekcje przeplatają się z aktualnymi wydarzeniami, bez problemu pozwalając odróżnić dwie płaszczyzny czasowe. Na podobne słowa pochwały zasługuje sam sposób narracji, wykorzystanie kaset magnetofonowych jako łącznika między dwoma światami.

„13 powodów” ukazuje, że nie potrzeba wielkich nazwisk, aby stworzyć doborową obsadę. Wiarygodni w swoich rolach młodzi aktorzy nie walczą o uwagę na ekranie, lecz tworzą jedność. Nie zwracamy uwagi jedynie na Dylana Minnette czy Katherine Lanford. Tak samo wyraziste kreacje tworzą Alisha Boe w roli Jessici czy Brandon Flynn w roli Justina. Dodatkową wisienką na torcie staje się obecność Kate Walsh, która znakomicie wypada jako matka w żałobie.

Nie sposób nie zwrócić uwagi na genialny soundtrack serialu. Utwory, które możemy zakwalifikować dość ogólnie jako należące do alternatywnego rocka, czyli „Love Will Tear Us Apart” czy „Fascination Street”, nadają produkcji niepowtarzalnego charakteru. Wszystkie jednak, zarówno te wykonywane przez Chromatics, M83, The Moth&The Flame, jak i Selenę Gomez, można określić jako romantyczne i smutne w warstwie tekstowej.

Mam nadzieję, że w wielu kręgach „13 powodów” wywoła potrzebną dyskusję na temat depresji, samobójstw oraz cyberprzemocy. Mimo, że jest to produkcja niepozbawiona wad, może pozostać dosadnym nośnikiem pomocy. Już teraz możemy dostrzec na portalach społecznościowych falę wyznań młodych ludzi, którzy zaczynają otwarcie mówić o swoich problemach z poczuciem własnej wartości czy ogólnym stanem psychicznym. W całej tej historii jest jakaś prawdziwość, którą trudno znieść. Może dlatego że wiemy, że takie osoby jak Hannah otaczają nas na co dzień? Może dlatego że uświadamiamy sobie, że czasem nieważne, czy widzimy, czy ktoś się rozsypuje, (czy na odwrót – nie umiemy tego dostrzec) pewnych rzeczy nie powstrzymamy?

Ocena: 7/10

77777

[embedyt] http://www.youtube.com/watch?v=lzZXkIRV6Gw[/embedyt]