Recenzja serialu “Santa Clarita Diet”, sezonu pierwszego: nieumarła mama i żywa rodzinka

Zapewne zauważyliście, że telewizja pokochała zombie (i to już jakieś osiem lat temu, gdy na ekrany weszło “The Walking Dead”, a widownia pochłaniała serial odcinek za odcinkiem). Można już dostrzec całe spektrum spojrzenia na nieumarłych – od wizji postapo, przez zmianę ustroju, po mamuśki mordujące złych ludzi na przedmieściach. Dziś parę słów o tej ostatniej grupie, czyli “Santa Clarita Diet” – serialu, który podbił moje serce od pierwszego ugryzienia. Czytaj dalej “Recenzja serialu “Santa Clarita Diet”, sezonu pierwszego: nieumarła mama i żywa rodzinka”

Recenzja serialu “Everything Sucks!”, sezonu pierwszego: słodko-gorzkie lata 90.

Wyraźnie trwa moda na tworzenie seriali o młodzieży, które niekoniecznie tylko dla młodzieży powstają. Trendem pozostaje także osadzanie akcji w latach 80. lub 90. XX wieku. W kreowaniu takich tytułów króluje Netflix – wystarczy przypomnieć sobie zeszłoroczne “Trzynaście powodów”, tegoroczne “The End of f***ing world czy, kultowe już, “Stranger Things”. To tylko te najgłośniejsze tytuły, a tych mniej udanych lub słabiej rozreklamowanych jest o wiele więcej. Czym na tle pozostałych wyróżnia się “Everything sucks!”? Czy może to już oznaka zmierzchu rzeczonego trendu i jedna z Netflixowych porażek? Czytaj dalej “Recenzja serialu “Everything Sucks!”, sezonu pierwszego: słodko-gorzkie lata 90.”

Recenzja serialu “Grace and Frankie”, sezonu czwartego: nienaprawialne kolano a starcie z dorosłymi dziećmi

Nie każdy serial jest w stanie utrzymać poziom przez dwa sezony, a co dopiero mówić o czterech. “Grace i Frankie” to ten chwalebny wyjątek produkcji, która jest konsekwentna, która z serii na serię staje się coraz bardziej dojrzała, dorasta wraz z bohaterami i porusza problematykę adekwatną do ich wieku. Czwarta odsłona serialu porusza, najbardziej z dotychczasowych sezonów, tę smutną stronę bycia siedemdziesięciolatkiem. Rozstania nadal są tak samo bolesne, jak wtedy, gdy miało się naście lat, a naprawianie błędów staje się coraz trudniejsze. Czytaj dalej “Recenzja serialu “Grace and Frankie”, sezonu czwartego: nienaprawialne kolano a starcie z dorosłymi dziećmi”

Recenzja serialu “Power”, sezonu pierwszego: klimat gangsterskich rapsów

Nie jestem i nigdy nie byłam fanką rapu ani jego klimatu. Będąc zagorzałym metalem  byłam wręcz negatywnie nastawiona wobec tej subkultury. Trudno się więc dziwić, że nie podchodziłam do serialu „Power” z entuzjazmem. Ale prowadząc bloga recenzenckiego trzeba przekraczać własne granice. I to właśnie zrobiłam. Porządnie się zdziwiłam, gdy okazało się, że serial Courtney Kemp Agboh prezentuje naprawdę przyzwoity poziom oraz bardzo mi się podoba. Wyprodukowana w tym roku gangsterska produkcja wyróżnia się przede wszystkim genialnie napisanymi i zagranymi postaciami, precyzyjnie skomponowanymi ujęciami, które doceni każdy serialoholik. Czytaj dalej “Recenzja serialu “Power”, sezonu pierwszego: klimat gangsterskich rapsów”

Recenzja serialu “Grace and Frankie”, sezonu pierwszego: mąż gejem, wróg przyjacielem, czyli rewolucja 70-latków

Z radością stwierdzam, że moda na seriale oraz filmy o ludziach po sześćdziesiątce, siedemdziesiątce, którzy są już raczej bliżej końca swojego życia niż jego początku ma się całkiem dobrze zarówno w kinie brytyjskim, jak i amerykańskim. Niejednokrotnie już zachwycałam się nad „Zamieszkajmy razem” czy „Hotelem Marigold”. Teraz przyszedł czas na serial „Grace and Frankie”.

Grace (Jane Fonda) i Robert (Martin Sheen) oraz Frankie (Lily Tomlin) i Sol (Sam Waterston) przyjaźnią się od 40 lat, a ich małżeństwa trwają już od 20. Panowie prowadzą wspólnie dobrze prosperującą kancelarię i to właśnie oni spajają dwie rodziny ze sobą. Grace i Frankie za to wybitnie za sobą nie przepadają. Ich życie diametralnie się zmienia, gdy podczas wspólnej kolacji Sol z Robertem oświadczają, że… są w sobie zakochani i zamierzają się pobrać. Żony zostaną skazane na siebie, aby uporać się z nową sytuacją. Wspólne mieszkanie Gracie i Frankie przyniesie sporo zaskakujących sytuacji oraz przystosowywania się do życia bez długoletnich partnerów. Czytaj dalej “Recenzja serialu “Grace and Frankie”, sezonu pierwszego: mąż gejem, wróg przyjacielem, czyli rewolucja 70-latków”

Recenzja serialu “Galavant”, sezonu pierwszego: średniowieczny musical w sosie Disneya

W obecnym natłoku serialowych produkcji, niekiedy trudno znaleźć serial, który byłby innowacyjny na wielu płaszczyznach. Mnóstwo jest obrazów genialnych, doskonałych, których nie sposób nie pokochać, lecz coraz ciężej znaleźć coś, co biłoby po oczach (i uszach) swoją innością. W styczniu 2016 roku zostaje zaprezentowany przez stację ABC „Galavant” – ośmioodcinkowa produkcja, której każdy epizod trwa około 20 minut. To obraz świeży, dowcipny, w którym twórcy bawią się konwencją musicalu, bajki, serialu komediowego, że zdoła podzielić publiczność na dwa obozy. Albo „Galavanta” pokochacie (jak ja), albo z miejsca znienawidzicie. Czytaj dalej “Recenzja serialu “Galavant”, sezonu pierwszego: średniowieczny musical w sosie Disneya”

Recenzja serialu “Limitless”, sezonu pierwszego: zostać bogiem na sterydach

W zeszłym sezonie miały miejsce co najmniej dwie premiery seriali, które bazowały na popularnych, hollywoodzkich filmach. Jednym z nich jest “Raport mniejszości” (którego recenzję też zamierzam popełnić), a drugim – “Limitless”. Filmowa opowieść o narkotyku, który powoduje, że każdy, kto go weźmie staje się geniuszem i wykorzystuje w pełni, w 100% potencjał swojego mózgu, być może nie porwała rzeszy odbiorców, jednak sama koncepcja przyciągnęła przed ekran niejednego widza. Jej serialowa kontynuacja, bowiem tak można ją nazwać za sprawą pojawienia się postaci występującej w filmie z Bradleyem Cooperem, bazuje na historii “pigułki” z zupełnie innej strony. Czy taka forma sequela ma prawo się sprawdzić? Czy ci widzowie, którzy polubili “Jestem bogiem” sięgną po serial? Czy raczej liczy się sam plot, czyli to, co się stanie, gdy życiowy nieudacznik, ale dobry człowiek otrzyma od życia szansę stać się kolejnym Einsteinem (tyle, że pracującym dla FBI)? Czytaj dalej “Recenzja serialu “Limitless”, sezonu pierwszego: zostać bogiem na sterydach”

Recenzja serialu “Masters of Sex”, sezonu pierwszego: rewolucja seksualna w pokoju badawczym

W latach 50. ubiegłego wieku seks był tematem tabu. Nie rozmawiało się o nim, ignorowano to, że istnieje, ludzie nie posiadali świadomości seksualnej, nie znali swojego ciała, a kobiety nie odróżniały aktu seksualnego od uczucia miłości. „Masters of Sex” pokazuje proces przemian w temacie, który do tej pory dla wielu stanowi tabu. Michelle Ashford mogła stworzyć serial, który byłby tanim, perwersyjnym skandalem, w którym pruderyjna Ameryka zderza się z nowoczesnością. Jednak wszystko poszło w dobrym kierunku i powstała znakomita produkcja podchodząca do tematu w sposób naukowy, gdzie nagość jest zrozumiała, obyczajowość niedawnych czasów została bardzo dobrze oddana, a bohaterowie to niejednoznaczni, kontrowersyjni prekursorzy, dzięki którym mężczyźni zrozumieli, czemu kobiety udają orgazm.

„Masters of Sex” to adaptacja biografii pt. „Masters of Sex: The Life and Times of Wliiam Masters and Virginia Johnson” Thomasa Maiera. USA, lata 50. XX wieku. Akcja serialu rozpoczyna się od spotkania Williama Mastersa (Michael Sheen), znanego położnika, ginekologa, badacza nad ludzką płodnością, i Virginii Johnson (Lizzy Caplan), obecnie sekretarki, a wcześniej piosenkarki. Dwie skrajne osobowości, znajdują swój wspólny cel. Masters od lat pragnie rozpocząć badania nad ludzką seksualnością, a dzięki innowacyjnemu podejściu Johnson i jej sprytowi, testy rozpoczynają się szybciej i sprawniej, zyskując status oficjalnych. Czytaj dalej “Recenzja serialu “Masters of Sex”, sezonu pierwszego: rewolucja seksualna w pokoju badawczym”

Recenzja serialu “Mindhunter”, sezonu pierwszego: zrozumieć psychopatę (lub instrukcja jak nim zostać)

Kilkanaście dni temu zmarł Charles Manson. Seryjny zabójca, psychopata, idol. Przez niektórych nazywany „świrem”, przez wszystkich „mordercą”.  Dla pewnych kobiet stał się obiektem westchnień, co u większości ludzi znających historię Mansona budzi wstręt. Jednak prawie każdy zastanawia się, co sprawiło, że Manson zrobił to, co zrobił?  Jak rozpoznać psychopatę? Kiedy zły człowiek zaczyna być zły? Na te pytania zaczął odpowiadać John Douglas, agent FBI i pierwszy profiler, w latach 70. To właśnie o nim opowiada „Mindhunter”, najnowsze dziecko Davida Finchera.

Początek lat 70. XX wieku. Holden Ford (jonathan Groff) to młody agent FBI, który na razie zajmuje się karierą naukową, czyli wykłada w Quantico ucząc młodych kadetów. Jest behawiorystą, który zaczyna się zastanawiać nad funkcjonowaniem morderców, którzy dokonali kilku zabójstw. W swój projekt, polegający na poddaniu psychoanalizie osadzonych morderców, włącza Billa Tencha (Holt McCallany), kolegę po fachu. Obaj starają się zrozumieć oraz skatalogować dewiacje i motywy zabijających w seriach psychopatów przez rozmowy z nimi. Czytaj dalej “Recenzja serialu “Mindhunter”, sezonu pierwszego: zrozumieć psychopatę (lub instrukcja jak nim zostać)”

Recenzja serialu “Mr. Robot”, sezonu pierwszego: hakowanie rzeczywistości

„Mr. Robot” okazał się jedną z najlepszych premier roku 2015. Niektórzy wręcz porównują serial do „Detektywa”, który zdobywał niemalże wyłącznie pozytywne opinie. Z oboma produkcjami jest także podobna sytuacja – na pozór fabuła wydaje się być dość sztampowa, banalna, z której, w teorii, nie da się wycisnąć już zbyt wiele. Jednak w obu przypadkach udało się stworzyć coś nowego, świeżego, z charakterem. Sam Esmail opowiedział po raz kolejny historię zniszczonego świata, który został owładnięty przez korporacje rządzące życiem maluczkich, lecz w inaczej niż robiono to dotychczas. Na czym więc polega ta świeżość? Na czym polega ta inność?

Elliot Alderson (Rami Malek) jest antyspołecznym, mającym zaburzenia psychiczne hakerem. Za dnia pracuje w firmie zajmującej się zabezpieczeniami w sieci, w nocy robi to, co nielegalne. Hakuje ludzi, odkrywając ich mroczne sekrety, co jest również dla niego najłatwiejszą drogą do kontaktu z nimi. Za sprawą swoich umiejętności zostaje dostrzeżony przez grupę anarchistycznych hakerów – Fsociety.Nienawidzący korporacji Elliot zamierza pomóc w zaburzeniu światowego stanu gospodarki i podjąć jawną walkę z tym, co zniewala społeczeństwo.

Jedną z pierwszych cech, jakie rzucają się odbiorcy w oczy, to rzeczywistość, która do bólu (zamierzone określenie) przypomina naszą. Niby akcja dzieje się w Nowym Jorku, lecz równie dobrze mogłoby to być każde inne miasto, w którym jest dużo miejsca na bilbordy i mało miejsca na oryginalność. Być może w naszej rzeczywistości nie jest to jedna korporacja, która nas zniewala, lecz kilkanaście, ale odwzorowanie wnikania w sferę prywatną w produkcji  Esmaila wypada naprawdę świetnie.

Kolejnym atutem stają się monologi wewnętrzne Elliota, które prowadzi niby ze sobą, niby z wyimaginowanym przyjacielem, a widz odbiera je tak, jakby główny bohater mówił wprost do niego. Co ważne, kreując tę postać, Esmail nie posłużył się schematami. Cieszy to, że nie mamy po raz kolejny do czynienia z bohaterem-narcyzem, który ma nad wyraz wybujałe ego (taki typ postaci jest ostatnio niezwykle modny). Z autystycznymi cechami, lecz nie można nazwać go autystycznym. Z jednej strony nie lubi dotyku obcych ludzi, z drugiej strony zakochuje się i w jakiś sposób pragnie miłości oraz normalnego związku. Posiada przyjaciół, rozmawia z ludźmi (gdy musi), lecz jego samotność dosłownie wywołuje w nim płacz oraz rozpacz.Jest narkomanem-morfinistą, lecz bierze tylko dlatego że nie umie sobie poradzić ze swoją pustką, a nie dlatego że jego mózg po niej lepiej funkcjonuje.

Elliot chodzi na terapię do psychologa. Od początku wiemy, że ma zaburzenia psychiczne, lecz nie wiemy do końca, jak te zaburzenia wyglądają. Nie zdradza swojej terapeutce wszystkiego. Lecz tak, jak wszystkich innych, także ją hakuje. Szuka informacji o obcych ludziach, znajdując ich demony (co również przeraża jako dowód na to, że teraz wszystko można o nas znaleźć w sieci, że prywatność przestaje istnieć), co w pewien sposób czyni jedną z niewielu dróg kontaktu z nimi.

„Mr. Robot” prezentuje także drabinę hierarchii w korporacji. Jakie są różnice pomiędzy kolejnymi szczeblami, jak zachowuje się człowiek, który dąży do tego, aby uzyskać kolejną ekstra premię czy chce przejąć stanowisko przyjaciela od golfa. Jak Tyrell (Martin Wallström), którego można po prostu nazwać moralnie niepoprawną lub nad wyraz niepokojącą. Jednak pokazuje także, że nie każdy w tej machinie korporacyjnej musi być złym człowiekiem. Przykładem jest postać dyrektora AllSafe, który jest po prostu dobrym facetem chcącym wykonywać swoją pracę.

W produkcji możemy znaleźć tylko jedno wielkie nazwisko – Christiana Slatera. O ile znany aktor poprawnie odgrywa swoją rolę, to nie kradnie każdej sceny, w której się pojawia. Co innego Rami Malek. To także  w nim tkwi ogromna siła serialu. Wciela się w końcu w postać, której charakter pozwala na pokazanie wszelkich umiejętności aktorskich. Z jednej strony nieco autystyczny, z drugiej wściekły na rzeczywistość, a także okropnie samotny.

Od strony wizualnej zachwycił mnie przede wszystkim sposób kadrowania. Nawet mniej wprawne oko zauważy, że daleko twórcom do kina zerowego, jeśli chodzi o zdjęcia. Zwraca uwagę również użycie kolorów – wszystko zdaje się mieć odcień szarości, barwom brak intensywności, poza niektórymi lokalizacjami (jak ta, w której Fsociety pracuje i hakuje cały świat, po dawnym salonie gier). Całości dopełnia klimatyczna muzyka, na którą składają się między innymi utwory zespołów takich, jak M83, FKA Twigs czy Sonic Youth.

Właściwie każdy odcinek prezentuje niezwykle wysoki poziom, wliczając to w fenomenalnie zrealizowanego pilota, dlatego sam finał pierwszego sezonu nieco rozczarowuje. Zabrakło mi w nim potężnego tąpnięcia, nie tyle rozwiązania, co porządnego zwrotu akcji, jakiegoś zaskoczenia. Niestety, niespodzianki okazały się nieco… letnie.

„Mr. Robot” to antysystemowy serial, który opowiadając historię niszczenia świata przez korporację, jednocześnie skupia się na jednostce, która nie umie się odnaleźć w takiej rzeczywistości (a przy tym, oczywiście, „chce uratować świat”). Śmiało mogę głosić opinię, że to w moim mniemaniu, najlepsza zeszłoroczna premiera serialowa. Ciężko w tej produkcji znaleźć jakąś wadę, a zalety mnożą się od pierwszego odcinka. Tutaj żadna scena nie jest zbędna, każdy kadr jest przemyślany niczym w filmie krótkometrażowym.Idźcie i oglądajcie.

Ocena: 9/10