Recenzja filmu “Czwarta władza”: The Washington Post vs USA, władza vs lud

Na tegorocznym rozdaniu Złotych Globów aktorki, nie tylko te nominowane do statuetek, przyprowadziły na czerwony dywan nie swoich mężów, partnerów czy rodziców, a aktywistki walczące o prawa kobiet. Od afery Weinsteina świat zaczął sobie coś uświadamiać. Niby żyjemy w XXI wieku, niby mężczyźni nas (nas, kobiet) szanują, niby możemy zostać głową państwa, a jednak wszystko pozostaje w sferze (NA) NIBY. Nowy film Spielberga nie tylko opowiada historię walki o wolną prasę, nie jest tylko dobrze skrojonym scenariuszem, w dodatku świetnie zrealizowanym. “Czwarta władza” także idealnie wpasowuje się w obecną walkę kobiet. O równość. O wolność. O bycie sobą i osiąganie wszystkiego.

Czytaj dalej “Recenzja filmu “Czwarta władza”: The Washington Post vs USA, władza vs lud”

Recenzja książki Anne B.Ragde ,,Na pastwiska zielone”: Podróż przez norweskie serca.

To już trzecia część Sagi rodziny Neshov i przyznaję czekałam na nią z niecierpliwością, ponieważ bardzo polubiłam historię tej rodziny i z zaciekawieniem chciałam wiedzieć, co dalej wymyśli Anne B. Ragde  i jak poprowadzi wątki, które tak świetnie zostały rozwinięte i niedokończone w ,,Rakach pustelnikach”. Czytaj dalej “Recenzja książki Anne B.Ragde ,,Na pastwiska zielone”: Podróż przez norweskie serca.”

Recenzja serialu “Masters of Sex”, sezonu pierwszego: rewolucja seksualna w pokoju badawczym

W latach 50. ubiegłego wieku seks był tematem tabu. Nie rozmawiało się o nim, ignorowano to, że istnieje, ludzie nie posiadali świadomości seksualnej, nie znali swojego ciała, a kobiety nie odróżniały aktu seksualnego od uczucia miłości. „Masters of Sex” pokazuje proces przemian w temacie, który do tej pory dla wielu stanowi tabu. Michelle Ashford mogła stworzyć serial, który byłby tanim, perwersyjnym skandalem, w którym pruderyjna Ameryka zderza się z nowoczesnością. Jednak wszystko poszło w dobrym kierunku i powstała znakomita produkcja podchodząca do tematu w sposób naukowy, gdzie nagość jest zrozumiała, obyczajowość niedawnych czasów została bardzo dobrze oddana, a bohaterowie to niejednoznaczni, kontrowersyjni prekursorzy, dzięki którym mężczyźni zrozumieli, czemu kobiety udają orgazm.

„Masters of Sex” to adaptacja biografii pt. „Masters of Sex: The Life and Times of Wliiam Masters and Virginia Johnson” Thomasa Maiera. USA, lata 50. XX wieku. Akcja serialu rozpoczyna się od spotkania Williama Mastersa (Michael Sheen), znanego położnika, ginekologa, badacza nad ludzką płodnością, i Virginii Johnson (Lizzy Caplan), obecnie sekretarki, a wcześniej piosenkarki. Dwie skrajne osobowości, znajdują swój wspólny cel. Masters od lat pragnie rozpocząć badania nad ludzką seksualnością, a dzięki innowacyjnemu podejściu Johnson i jej sprytowi, testy rozpoczynają się szybciej i sprawniej, zyskując status oficjalnych. Czytaj dalej “Recenzja serialu “Masters of Sex”, sezonu pierwszego: rewolucja seksualna w pokoju badawczym”

Recenzja filmu “Paddington 2”: miś o bardzo wielkim serduszku

Premiera “Paddingtona” w 2014 roku okazała się małą rewolucją, jeśli chodzi o kino familijne. Po raz pierwszy dostaliśmy produkt skierowany do każdego, który łączy w sobie mądrość Pixara, czyli umiejętność poruszania spraw ważnych i poważnych w przyswajalny dla dzieci sposób, ciepło Disneya oraz angielskie poczucie humoru. Ciężko zatem było nie nosić obawy w sercu, że “część druga” filmu nie utrzyma poziomu, że twórcy nie wykorzystają atutów “jedynki”. Na szczęście, nic takiego się nie stało. Ba, wyszło być może nawet lepiej, jeśli pochylimy się nad poszczególnymi aspektami produkcji.

Zbliżają się setne urodziny cioci Lucy, więc Paddington chce kupić jej wyjątkowy prezent. W sklepie z antykami natrafia na album pop-up o Londynie, dzięki któremu jego opiekunka mogłaby się poczuć, jakby rzeczywiście przybyła do Anglii. Jednak sympatyczny Paddington nie wie, że książka jest o wiele więcej warta niż ktokolwiek może przypuszczać. Gdy wpada w tarapaty w trakcie zbierania funduszy na album tylko dobre wychowanie oraz zrozumienie dla innych jest w stanie go uratować. Czytaj dalej “Recenzja filmu “Paddington 2”: miś o bardzo wielkim serduszku”

Recenzja serialu “Mindhunter”, sezonu pierwszego: zrozumieć psychopatę (lub instrukcja jak nim zostać)

Kilkanaście dni temu zmarł Charles Manson. Seryjny zabójca, psychopata, idol. Przez niektórych nazywany „świrem”, przez wszystkich „mordercą”.  Dla pewnych kobiet stał się obiektem westchnień, co u większości ludzi znających historię Mansona budzi wstręt. Jednak prawie każdy zastanawia się, co sprawiło, że Manson zrobił to, co zrobił?  Jak rozpoznać psychopatę? Kiedy zły człowiek zaczyna być zły? Na te pytania zaczął odpowiadać John Douglas, agent FBI i pierwszy profiler, w latach 70. To właśnie o nim opowiada „Mindhunter”, najnowsze dziecko Davida Finchera.

Początek lat 70. XX wieku. Holden Ford (jonathan Groff) to młody agent FBI, który na razie zajmuje się karierą naukową, czyli wykłada w Quantico ucząc młodych kadetów. Jest behawiorystą, który zaczyna się zastanawiać nad funkcjonowaniem morderców, którzy dokonali kilku zabójstw. W swój projekt, polegający na poddaniu psychoanalizie osadzonych morderców, włącza Billa Tencha (Holt McCallany), kolegę po fachu. Obaj starają się zrozumieć oraz skatalogować dewiacje i motywy zabijających w seriach psychopatów przez rozmowy z nimi. Czytaj dalej “Recenzja serialu “Mindhunter”, sezonu pierwszego: zrozumieć psychopatę (lub instrukcja jak nim zostać)”

Recenzja filmu “Borg/McEnroe. Między odwagą a szaleństwem”: ogień i woda czy ogień z wodą?

Sportowe widowiska nigdy nie należały do mojego kręgu zainteresowań. Owszem, mecze tenisa ziemnego potrafiłam obejrzeć z wypiekami na twarzy, jednak nawet wzmianka o rozgrywce piłki nożnej czy siatkówce przyprawiała mnie wyłącznie o wymowny grymas. Lecz filmy sportowe to nieco inna historia. Duch walki, pragnienie wygranej, kultura współuczestnictwa na ekranie są skondensowane i nasycone do granic możliwości. Trudno się nie poddać tym kibicowskim emocjom, tym bardziej, gdy są podane w dobrej formie.

Wimbledon, 1980 rok. Björn Borg (Sverrir Gudnason) jest najlepszym tenisistą na świecie i musi po raz piąty obronić tytułu mistrza na kultowym korcie. Prawdopodobnie stanie naprzeciwko Johna McEnroe’a (Shia LaBeouf), wschodzącej gwiazdy. To dwa przeciwieństwa – 24-letni Borg to opanowany, spokojny, zdystansowany Szwed, a 20-letni Amerykanin słynie ze swojej wybuchowości i temperamentu. Czy walka, która ma rozegrać się na korcie wpłynie także na nich samych? Czy wytrzymają narastające napięcie poprzedzające starcie? Czy schodząc z kortu pozostaną tymi samymi ludźmi, którymi byli, gdy na niego wchodzili? Czytaj dalej “Recenzja filmu “Borg/McEnroe. Między odwagą a szaleństwem”: ogień i woda czy ogień z wodą?”

Recenzja filmu “Thor: Ragnarok”: kwintesencja marvelowskiego komiksu

17 filmów, 9 lat, miliony fanów na całym świecie. Trzy liczby, które mogą się kojarzyć z Marvel Cinematic Universe. Nasz świat potrzebuje superbohaterów bardziej niż kiedykolwiek oraz bardziej niż kiedykolwiek filmowcy dysponują takimi środkami wyrazu, aby oddać im należyty hołd (oczywiście  mam na myśli głównie o CGI). Historie z komiksów doczekują się należytych adaptacji, których poziom wzrasta z każdym filmem. Lecz dopiero „Strażnicy Galaktyki” pokazali, jak zaczerpnąć całymi garściami z pierwowzoru i stworzyć coś, co na ekranie do złudzenia będzie przypominało komiks. A gdy nastał „Thor: Ragnarok”… no cóż, dostaliśmy w końcu Thora jakiego znamy, wszelkie błędy poprzedników zostały naprawione, a Taika Waititi przypomniał (a może pokazał?), jak MCU powinno robić filmy.

Asgardowi grozi niebezpieczeństwo. Nieznana dotąd siostra Thora (Chris Hemsworth) i Lokiego (Tom Hiddleston), bogini śmierci, postanawia wywołać Ragnarok – tzw. zmierzch bogów. Hela (Cate Blanchett) dąży do zagłady swojej cywilizacji. Thor nie zamierza jednak na to pozwolić. Tworzy drużynę, aby pokonać siostrę. Czytaj dalej “Recenzja filmu “Thor: Ragnarok”: kwintesencja marvelowskiego komiksu”

Recenzja filmu “Ant-Man”: mrówki są super, czyli komiks i heist movie w jednym

Kończący drugą fazę MCU „Ant-Man” nie był najbardziej wyczekiwanym filmem roku. Wszyscy zacierali rączki na myśl o „Avengersach: Czasie Ultrona”, a opowieść o Langu wydawała się jedynie dodatkiem, potrzebnym do wprowadzenia nowego bohatera, który ma się pojawić w kolejnej części „Kapitana Ameryki” . Bałam się tej produkcji bardzo – po wszelkich informacjach z nią związanych oraz trailerach można było się spodziewać, że nie będzie ona do końca utrzymana w konwencji marvelowskiego filmu o superbohaterze. Niby wszystkie elementy są, ale dodatkowo został on osadzony w kinie gatunkowym. I wiecie co? Marvel (z namaszczeniem Edgara Wrighta) stworzył obraz przynależący do MCU, który cudownie się wyróżnia na wielu płaszczyznach, a przy tym jest wyjątkowo dobrze skonstruowaną rozrywką.

Scott Lang (Paul Rudd) jest inżynierem – włamywaczem, który właśnie wyszedł z więzienia. Rozwiedziony, musi płacić alimenty, na które go nie stać, aby móc widywać się z ukochaną córką Cassie (Abby Ryder Forston). Niespodziewanie otrzymuje propozycję od Hanka Pyma (Michael Douglas), naukowca, który niegdyś sam był superbohaterem, aby pomóc mu wykraść z laboratorium formułę pozwalającą na zmianę rozmiaru istoty żywej. Stworzona przez niego substancja niegdyś pozwalała mu ratować świat, teraz jego dawny uczeń chce ją wykorzystać jako masową broń i sprzedać Hydrze. Wyposażony w kombinezon umożliwiający zmniejszanie, Scott staje się nowym Ant-Manem i wraz z Doktorem Pymem oraz jego córką Hope (Evangeline Lilly) planuje skok, który ma zapobiec katastrofie.

„Ant-Man” został dość mocno osadzony w kinie gatunkowym. Otóż jest to typowy heist movie i zawiera wszystkie elementy dlań charakterystyczne (taka konwencja wyszła od Edgara Wrighta, którego ducha widać w całym obrazie, który miał pierwotnie reżyserować, a został jedynie jego scenarzystą). Przygotowania do skoku, samo planowanie, gromadzenie zespołu, w którym obowiązkowo muszą się znaleźć kierowca i spec komputerowy, oraz jego wykonanie to obowiązkowe składowe tego typu produkcji. Ta przyjemna odmiana w porównaniu z pozostałymi filmami z MCU jednak nie jest totalna. Znajdziemy w nim również ukochane (a jednocześnie doskonale znane) elementy obrazu z superbohaterami – czyli nieodzowny humor, nawiązania do całego uniwersum czy też klasyczne uratowanie świata przed zagrożeniem. Dzięki takiej mieszance „Ant-Man” jest zupełnie innym filmem od pozostałych ze stajni Marvela, co tylko wychodzi mu na plus.

Nie zabrakło także emocjonalnych scen czy wątków dramatycznych. Choć pozostawiają wiele do życzenia i większość z nich prezentuje się dość topornie, jakby zostały wyciągnięte z przeciętnego hollywoodzkiego obrazu, to sam motyw córki, jej utraty, zagubienia ojca jako człowieka i rodzica można zaakceptować bez większych zastrzeżeń (tym bardziej, że podobny problem dotyczy zarówno Scotta, jak i Hanka). Jest też taka cudowna scena, w której dochodzi do szczerej rozmowy pomiędzy dwójką bohaterów, a Lang cały jej dramatyzm doszczętnie psuje komentarzem, który równie dobrze mógłby wypowiedzieć z sali kinowej widz.

Scott Land mógł stać się kolejnym Tony’m Starkiem – zadufanym, pewnym siebie bucem (pomimo, że cudownie uroczym i kochanym przez większość fanów MCU), który na każdą chwilę ma przygotowane zabawne powiedzonko. Jednak zarówno dzięki Ruddowi, jak i twórcom filmu, udało się z niego zrobić bardzo fajnego, spokojnego, nietypowego herosa, któremu nie brakuje poczucia humoru. Bardzo ciekawie wypada również Hank Pym jako emerytowany superbohater. Chce jeszcze ratować świat, wiemy, że bardzo sam chciałby nadal być Ant-Manem, lecz już nie może. Jego potrzeba niesienia pomocy oraz naprawy własnych błędów jednak nie słabnie ani na chwilę. Łączy w sobie cechy mentora, momentami zgorzkniałego faceta, który nie może się pogodzić z przemijającym czasem, a i nie boi rzucić złośliwą uwagą. Przy tym jest wyjątkowo sympatycznym bohaterem, którego trudno nie polubić. Hope nie została w pełni rozwinięta jako postać, ale scena końcowa po napisach obiecuje, że w przyszłości z pewnością się to zmieni. Luis (Michael Pena), przyjaciel Scotta, to najcieplejszy i najbardziej uczynny człowiek, jakiego moglibyście sobie wyobrazić. Gdy kumpel wychodzi z więzienia oferuje mu zostanie u niego, a potem robi mu gofry z bitą śmietaną. Niby przestępca, niby przygłupi, jednak, gdy zaczyna opowiadać swoje historyjki okazuje się, że to kulturalny facet, który reprezentuje sobą coś więcej. Ach, i każdy tekst, który wypowiada wywołuje salwy śmiechu. Darren Cross jako szwarccharakter wypada zdecydowanie blado. Okazał się postacią średnio ciekawą, nijaką, choć z całkiem zrozumiałymi motywacjami. Ostatnim bohaterem, niemalże tak samo ważnym jak Ant-Man, są… mrówki. Wierzcie mi, że po tym filmie zdołacie je pokochać prawie tak samo mocno jak koty.

„Ant-Man” bardzo dobrze nawiązuje do całego uniwersum. Już w retrospektywnej scenie otwierającej film pojawia się Howard Stark i Agentka Carter. Scott Lang jest również superbohaterem świadomym istnienia innych i pyta, czemu nikt nie zadzwoni po Avengersów (to jeden z dialogów, który zapadnie Wam w pamięci dzięki komizmowi). Oczywiście pojawi się także Stan Lee, więc jak zawsze, z niecierpliwością, go wypatrujcie. Nie zabrakło także odniesień popkulturowych, których nie sposób zignorować.

Ponownie Marvel dokonał świetnych wyborów obsadowych. Począwszy od tytułowego Ant-Mana, Paula Rudda. Znany przede wszystkim z ról komediowych aktor doskonale wczuł się w rolę wyluzowanego superbohatera. Zaskakująco dobrze odnalazł się w tego typu komiksowej produkcji Michael Douglas. Wszystkie sceny, w których się pojawia skrada Michael Pena. To typ aktora, którego komizm nie jest wymuszony, a uśmiech mógłby podźwignąć na nogi każdego pogrążonego w rozpaczy. Evangeline Lilly nie miała okazji się wykazać, szczególnie przez to, że obdarzono ją bardzo nienaturalną fryzurą, którą ciężko zaakceptować przez cały czas trwania filmu.

„Ant-Man” okazał się zabawnym, wyluzowanym filmem, w którym wreszcie nie oglądamy ratowania całego świata, zniszczonego Nowego Jorku czy latających miast (choć wiemy, że to kochamy, to widzieliśmy to wszystko nie raz). Tym razem wszystko jest na nieco mniejszą skalę, bo i nasz bohater kurczy się, a nie rozrasta jak Hulk. Przednia rozrywka gwarantowana, z dużą ilością humoru, a także mądrością, że mrówki są super.

Ocena: 9/10

Recenzja książki ,,Przejażdżka” Jacka Ketchuma: Ostra jazda

Mam swoich ulubionych autorów – Kinga Mastertona, Pilipuka, Sapkowskiego, Sandersona, czy innych. Do tego grona zalicza się również Jack Ketchum – moim zdaniem autor jednych z najbardziej pokręconych i wzburzających krew w żyłach książek. Największe dreszcze miałam podczas lektury ,,Dziewczyny z sąsiedztwa”, czy ,,Jedynego dziecka”. Przyznaję, że jego książek nie mogę czytać jedna po drugiej – mój umysł potrzebuje chwili uspokojenia się, by móc przyswoić kolejną dawkę grozy. Poza tym sam King wypowiedział się, że Ketchum jest najprawdopodobniej jednym z najbardziej przerażających facetów w Ameryce. Tak więc z ciekawością i biciem serca sięgnęłam po ,,Przejażdżkę”. Czytaj dalej “Recenzja książki ,,Przejażdżka” Jacka Ketchuma: Ostra jazda”

Recenzja serialu “Mr. Robot”, sezonu pierwszego: hakowanie rzeczywistości

„Mr. Robot” okazał się jedną z najlepszych premier roku 2015. Niektórzy wręcz porównują serial do „Detektywa”, który zdobywał niemalże wyłącznie pozytywne opinie. Z oboma produkcjami jest także podobna sytuacja – na pozór fabuła wydaje się być dość sztampowa, banalna, z której, w teorii, nie da się wycisnąć już zbyt wiele. Jednak w obu przypadkach udało się stworzyć coś nowego, świeżego, z charakterem. Sam Esmail opowiedział po raz kolejny historię zniszczonego świata, który został owładnięty przez korporacje rządzące życiem maluczkich, lecz w inaczej niż robiono to dotychczas. Na czym więc polega ta świeżość? Na czym polega ta inność?

Elliot Alderson (Rami Malek) jest antyspołecznym, mającym zaburzenia psychiczne hakerem. Za dnia pracuje w firmie zajmującej się zabezpieczeniami w sieci, w nocy robi to, co nielegalne. Hakuje ludzi, odkrywając ich mroczne sekrety, co jest również dla niego najłatwiejszą drogą do kontaktu z nimi. Za sprawą swoich umiejętności zostaje dostrzeżony przez grupę anarchistycznych hakerów – Fsociety.Nienawidzący korporacji Elliot zamierza pomóc w zaburzeniu światowego stanu gospodarki i podjąć jawną walkę z tym, co zniewala społeczeństwo.

Jedną z pierwszych cech, jakie rzucają się odbiorcy w oczy, to rzeczywistość, która do bólu (zamierzone określenie) przypomina naszą. Niby akcja dzieje się w Nowym Jorku, lecz równie dobrze mogłoby to być każde inne miasto, w którym jest dużo miejsca na bilbordy i mało miejsca na oryginalność. Być może w naszej rzeczywistości nie jest to jedna korporacja, która nas zniewala, lecz kilkanaście, ale odwzorowanie wnikania w sferę prywatną w produkcji  Esmaila wypada naprawdę świetnie.

Kolejnym atutem stają się monologi wewnętrzne Elliota, które prowadzi niby ze sobą, niby z wyimaginowanym przyjacielem, a widz odbiera je tak, jakby główny bohater mówił wprost do niego. Co ważne, kreując tę postać, Esmail nie posłużył się schematami. Cieszy to, że nie mamy po raz kolejny do czynienia z bohaterem-narcyzem, który ma nad wyraz wybujałe ego (taki typ postaci jest ostatnio niezwykle modny). Z autystycznymi cechami, lecz nie można nazwać go autystycznym. Z jednej strony nie lubi dotyku obcych ludzi, z drugiej strony zakochuje się i w jakiś sposób pragnie miłości oraz normalnego związku. Posiada przyjaciół, rozmawia z ludźmi (gdy musi), lecz jego samotność dosłownie wywołuje w nim płacz oraz rozpacz.Jest narkomanem-morfinistą, lecz bierze tylko dlatego że nie umie sobie poradzić ze swoją pustką, a nie dlatego że jego mózg po niej lepiej funkcjonuje.

Elliot chodzi na terapię do psychologa. Od początku wiemy, że ma zaburzenia psychiczne, lecz nie wiemy do końca, jak te zaburzenia wyglądają. Nie zdradza swojej terapeutce wszystkiego. Lecz tak, jak wszystkich innych, także ją hakuje. Szuka informacji o obcych ludziach, znajdując ich demony (co również przeraża jako dowód na to, że teraz wszystko można o nas znaleźć w sieci, że prywatność przestaje istnieć), co w pewien sposób czyni jedną z niewielu dróg kontaktu z nimi.

„Mr. Robot” prezentuje także drabinę hierarchii w korporacji. Jakie są różnice pomiędzy kolejnymi szczeblami, jak zachowuje się człowiek, który dąży do tego, aby uzyskać kolejną ekstra premię czy chce przejąć stanowisko przyjaciela od golfa. Jak Tyrell (Martin Wallström), którego można po prostu nazwać moralnie niepoprawną lub nad wyraz niepokojącą. Jednak pokazuje także, że nie każdy w tej machinie korporacyjnej musi być złym człowiekiem. Przykładem jest postać dyrektora AllSafe, który jest po prostu dobrym facetem chcącym wykonywać swoją pracę.

W produkcji możemy znaleźć tylko jedno wielkie nazwisko – Christiana Slatera. O ile znany aktor poprawnie odgrywa swoją rolę, to nie kradnie każdej sceny, w której się pojawia. Co innego Rami Malek. To także  w nim tkwi ogromna siła serialu. Wciela się w końcu w postać, której charakter pozwala na pokazanie wszelkich umiejętności aktorskich. Z jednej strony nieco autystyczny, z drugiej wściekły na rzeczywistość, a także okropnie samotny.

Od strony wizualnej zachwycił mnie przede wszystkim sposób kadrowania. Nawet mniej wprawne oko zauważy, że daleko twórcom do kina zerowego, jeśli chodzi o zdjęcia. Zwraca uwagę również użycie kolorów – wszystko zdaje się mieć odcień szarości, barwom brak intensywności, poza niektórymi lokalizacjami (jak ta, w której Fsociety pracuje i hakuje cały świat, po dawnym salonie gier). Całości dopełnia klimatyczna muzyka, na którą składają się między innymi utwory zespołów takich, jak M83, FKA Twigs czy Sonic Youth.

Właściwie każdy odcinek prezentuje niezwykle wysoki poziom, wliczając to w fenomenalnie zrealizowanego pilota, dlatego sam finał pierwszego sezonu nieco rozczarowuje. Zabrakło mi w nim potężnego tąpnięcia, nie tyle rozwiązania, co porządnego zwrotu akcji, jakiegoś zaskoczenia. Niestety, niespodzianki okazały się nieco… letnie.

„Mr. Robot” to antysystemowy serial, który opowiadając historię niszczenia świata przez korporację, jednocześnie skupia się na jednostce, która nie umie się odnaleźć w takiej rzeczywistości (a przy tym, oczywiście, „chce uratować świat”). Śmiało mogę głosić opinię, że to w moim mniemaniu, najlepsza zeszłoroczna premiera serialowa. Ciężko w tej produkcji znaleźć jakąś wadę, a zalety mnożą się od pierwszego odcinka. Tutaj żadna scena nie jest zbędna, każdy kadr jest przemyślany niczym w filmie krótkometrażowym.Idźcie i oglądajcie.

Ocena: 9/10