Recenzja książki “List od…” Katarzyny Ryrych: east or west, Mike is the best, yo!

Święta to nie tylko czas prezentów, sprzątania, gotowania i ogólnej radości. To także czas na pomoc innym oraz duża dozę empatii. W okresie bożonarodzeniowym spotkać się można z całym szeregiem akcji charytatywnych. W tym roku jedną z nich współorganizuje Empik Polska. Książka “List od…” Katarzyny Ryrych została stworzona na specjalnie zamówienie Empiku z myślą niesienia pomocy najmłodszym. Cały zysk z jej sprzedaży sieć przekaże na rzecz Fundacji Zaczytani.org, tworzącej biblioteki na dziecięcych oddziałach szpitalnych.

Linus (nazwany tak na cześć systemu operacyjnego) to dwunastolatek, który tuż przed Świętami Bożego Narodzenia trafia do szpitala z powodu złamanej nogi przez… przedwczesne, nieodpowiednie wykorzystanie prezentu gwiazdkowego. W trakcie pobytu w tym niezbyt miłym przybytku chłopak spotyka na swojej drodze współczesnego Świętego Mikołaja – Majka. Odbiega on znacząco od stereotypowego wyobrażenia rozdawacza prezentów. Czerwony kubraczek zamienił na skórzaną kurtkę, obszerne, za duże spodnie na dżinsy, a do grona swoich pomocników dołącza także dzieci. Czytaj dalej “Recenzja książki “List od…” Katarzyny Ryrych: east or west, Mike is the best, yo!”

Recenzja filmu “Gra o wszystko”: ze szczytu na szczyt

Gdy przeglądamy nazwiska twórców danej produkcji rzadko kiedy kojarzymy nazwisko scenarzysty. Jeśli nie jest to także reżyser-autor, raczej nie zwrócimy nawet uwagi na ten element filmu. Jednak istnieją wyjątki, a jednym z nich niewątpliwie jest Aaron Sorkin. Scenarzysta, który od kilkunastu lat tworzy teksty opowiadające biograficzne historie, wyróżnia się w swoim fachu znacząco. W tym roku dał się poznać z innej strony – jako reżyser. Po raz pierwszy. Czy odnalazł się w opowiadaniu nie tylko słowem, ale także obrazem? Czy udało mu się stworzyć postać, która budzi kontrowersje, zapada w pamięć będąc wyrazistą bohaterką?

Molly Bloom (Jessica Chainstain) w wieku dwudziestukilku lat była światowej klasy zawodniczką w jeżdżeniu na nartach po muldach. W trakcie decydującego zjazdu, który miał przesądzić o jej udziale na Olimpiadze, dziewczyna doznała kontuzji. Musiała całkowicie zrezygnować ze sportu. Przeprowadziła się, pracowała jako kelnerka w klubie, gdzie udało jej się poznać kogoś, kto włączył ją do świata hazardu. Szybko wystartowała z własną działalnością. Przez 10 lat prowadziła najbardziej ekskluzywny klub pokerowy w USA, goszcząc w nim biznesmenów, filantropów, sportowców i gwiazdy Hollywood. Niestety, jedną z konsekwencji stał się nalot FBI i aresztowanie Molly. Czy uda jej się wybronić opowiadając swoją wersję wydarzeń? Czytaj dalej “Recenzja filmu “Gra o wszystko”: ze szczytu na szczyt”

Recenzja książki Ilony Gołębiewskiej: ,,Tajemnice starego domu”: Powrót do przeszłości

Swoją przygodę z literaturą Gołębiewskiej zaczęłam od ,,Powrotu do starego domu”, a później udało mi się nawet przeprowadzić wywiad z autorką! Wspominam to bardzo miło, dlatego też czekałam na najnowszą książkę i kontynuację historii z Pniewa, jaką jest ,,Tajemnice starego domu”. Każdy, kto czytał pierwszą część, może z łatwością się domyślić, o czym będzie historia, jakie wątki będą poruszana, a także jakie motywy z poprzedniej części przeniosą się do nowej pozycji i będą kontynuowane.

Alicja – kobieta, które swoje szczęście odnalazła w Pniewie (rozwódka, wielokrotnie zdradzana przez byłego męża) odnalazła miłość swojego życia – Adama. Oprócz tego, zyskała miłość osieroconego chłopca – Michałka, który nazywa i traktuje ją jak mamę. Po tragicznych wydarzeniach, które miały miejsce w Warszawie bohaterka odnajduje spokój, ciszę, a co przede wszystkim szczęście. Jednak w drodze do stworzenia pełnej rodziny brakuje jej oficjalnej adopcji. Całe szczęście, że ma oparcie w Michałku, Adamie, Rozalce, babci Jasi, Dorocie – najlepszej przyjaciółce. Dąży do uzyskania praw rodzicielskich nad Michałkiem, by nikt nie mógł jej go nagle odebrać.  Pomimo całego szczęścia, które udało jej się osiągnąć, nadal ciągną się za nią nierozwiązane sprawy sprzed lat – sprawa dziadka, który był w obozie koncentracyjnym – Alicja odnajduje skrzynię z listami pomiędzy jej dziadkiem, a Elizabeth. W tym samym momencie dzwoni do niej wnuk kobiety i prosi o spotkanie. Drugą niewyjaśnioną sprawą jest rzekoma zdrada ojca Alicji i możliwość, że gdzieś na świecie może znaleźć swoją siostrę, o której tak bardzo marzyła. Oprócz tych dwóch śledztw, walki o adopcję, Alicja przeżywa sukcesy, ale też i problemy Doroty, która zawsze potrafi wplątać się w intrygę. Poza tym ważnym członkiem rodziny staje się Henryk Sokolski, który był przyjacielem dziadka i poprzednio uznawany przez społeczność Pniewa za dziwaka – a teraz stał się bohaterem, jednak takim, który nie chce zamieszkać w domu i nadal lubi swój schron w lesie. Czytaj dalej “Recenzja książki Ilony Gołębiewskiej: ,,Tajemnice starego domu”: Powrót do przeszłości”

Recenzja książki Charles’a Martina ,,Pomiędzy nami góry”: uwięzieni

Po powrocie z gór pierwszą książką, która wpadła w moje czytelnicze sidła była ,,Pomiędzy nami góry” Charlesa Martina. Może i dobrze, że zaczęłam ją czytać po, a nie tuż przed wyjazdem. Zawsze mogłabym zacząć sobie wyobrażać rożne katastrofy, uwięzienie, czy też masę wypadków – tak, gdy w głowie zawije pustka, to właśnie takie myśli same się narzucają, nie wiedzieć skąd i po co. Książka okrzyknięta bestsellerem, nawet została sfilmowana i niedługo ma swoją premierę (ja nawet o tym nie wiedziałam) – tak więc sprawdźmy co z tego będzie, i czy rzeczywiście lepiej jej nie czytać przed wyjazdem w góry i czy przekona mnie do pójścia do kina. Czytaj dalej “Recenzja książki Charles’a Martina ,,Pomiędzy nami góry”: uwięzieni”

Recenzja filmu “Ex machina”: co jeśli androidy zaczną śnić o elektrycznych owcach?

Ostatnimi czasy kino science-fiction kojarzy się z blockbusterami, które prześcigają się w ilości efektów specjalnych. Musi być widowiskowo, głośno, walecznie. Alex Garland, twórca „Dredda 3D”, wyłamuje się z panujących trendów tworząc minimalistyczny obraz o sztucznej inteligencji. Z pełną świadomością, że nie przyciągnie przed ekrany rzeszy odbiorców, stawia na kino wymagające cierpliwości oraz intelektualnego wysiłku. Bo w „Ex Machinie” trudno rozpoznać, kto jest człowiekiem, a kto androidem, czy wkraczamy już w sferę boskości, czy pozostajemy marnym, choć ambitnym kaprysem ewolucji.

Caleb (Domhnall Gleeson) to młody programista, który wygrywa firmowy konkurs – nagrodą jest tygodniowy wyjazd do laboratorium szefa firmy – Nathana (Oscar Isaac). Dopiero po dotarciu na miejsce dowiaduje się, jaki jest rzeczywisty cel jego przybycia. Ma za zadanie sprawdzić, czy android stworzony przez jego przełożonego, Ava (Alicia Vikander), zasługuje na miano sztucznej inteligencji. Caleb sprawdza, czy robot pod postacią kobiety rzeczywiście czuje, wzrusza się, reaguje jak człowiek. Jaki będzie wynik testów? Czy Nathan mówi programiście całą prawdę? Jak odróżnić androida od ludzkiej istoty?

„Ex Machina” wymaga od odbiorcy ogromu cierpliwości. W laboratorium Nathana, jak i w całej rzeczywistości przedstawionej przez reżysera, nie można niczego wziąć za pewnik. Od pewnego momentu zastanawiamy się nawet, czy któryś z dwóch męskich bohaterów nie jest maszyną, a nawet oni sami zaczynają wątpić w swoje istnienie. Garland zmusza widza do niemałego intelektualnego wysiłku, zadając mu pytania natury filozoficznej, bo przecież czym byłby film o sztucznej inteligencji bez poruszenia zagrożeń płynących z jej powstania?

Reżyserowi udaje się wprowadzić pewną dość zaskakującą cechę androida – Ava jest bowiem świadoma swojej płci, atrakcyjności. Pomiędzy nią a Calebem od pierwszego spotkania czuć fascynację, którą potęguje manipulacja robota. Nie chcę zdradzić zbyt wiele z intelektualnej układanki, lecz wydaje mi się, że Garlandowi udało się stworzyć naprawdę znaczący film o AI. Prezentacja zagrożeń jest dość bezpośrednia, a sama niejasność istnienia człowieka oraz robota wywołuje dość kontrowersyjne pytania.

W laboratorium mieszkają tylko cztery osoby: Caleb, Nathan, Ava i Kyoko. Czworo aktorów znakomicie spisało się w swoich rolach. Domhnall Gleeson hipnotyzujący, wywołujący sympatię, wzbudza jednocześnie niepokój; przepiękna Alicia Vikander doskonale obojętna, uwodzicielska, a także w jakiś sposób niebezpieczna; przypakowany Oscar Isaac udowadnia, że sprawdza się w każdej nadanej mu roli, nawet tutaj, gdy wciela się w postać bardzo niejasną, niejednoznaczną; Sonoya Mizuno, cudownie „robocia”, automatyczna, nie wyrażająca ani grama emocji jako wszechstronna służąca swojego pana.

Garland postawił na minimalizm w niemalże każdej sferze swojej produkcji. Nieziemskie efekty specjalne, czyli przede wszystkim postura Ava’y, jej budowa, wbijają w fotel. Lecz nie one są tutaj najważniejsze – nie spotkamy się z jakimikolwiek pościgami, futurystyczną bronią czy niezniszczalnymi cyborgami. Brak widowiskowości jest ogromną zaletą „Ex Machiny”. Ascetyczna scenografia ogromnego laboratorium z kilometrami światłowodów połączonych z domem znajdującym się w samym środku rozkwitającej natury. Zestawienie androida, jego „boskiego” twórcy, programisty jako proroka z rajskimi widokami zieleni, wodospadów i głuszy przywołuje na myśl oczywiste skojarzenia. Całości dopełnia wyciszony, lecz intrygujący soundtrack, który również przyczynia się do budowania napięcia.

„Ex Machina” to stonowane science fiction o sztucznej inteligencji, które na pewno nie przyciągnie fanów modnych ostatnio blockbusterów. Wymagające skupienia, cierpliwości, poddające w wątpliwość istotę człowieczeństwa kino jednak ma szansę trafić do grupy odbiorców zafascynowanych tematem,  a także do tych, którzy wolą niejednoznaczną, minimalistyczną rozrywkę.

Ocena: 8/10

Recenzja filmu „Zacznijmy od nowa”: muzyka ratuje ludzkie życia

Jestem tym typem fana filmu “Once”, który nie dość, że kocha jego muzykę, atmosferę, magiczność, wykonawców, reżysera, to ma jeszcze z tym obrazem przepiękne wspomnienia. Trudno uniknąć porównywania “Zacznijmy od nowa” z wcześniejszym obrazem Johna Carneya, skoro fabularnie jest łudząco podobny, a także został stworzony na podobnej zasadzie. Jednak czy jego pierwszy film hollywoodzki wytrwał w przepięknym, idealistycznym przekazie bez skalania go omdlewającą słodkością amerykańskich komedii romantycznych? Zdecydowanie Carney nie ulega wobec klisz i banałów, przedstawiając swoją własną wizję cudowności muzyki, która potrafi ratować ludzkie życia.

Dan (Mark Ruffalo) w latach 90. był wziętym nowojorskim producentem muzycznym, lecz uzależnienie od alkoholu, natłok problemów z żoną sprawił, że całkowicie stracił kontrolę nad swoim życiem. Pomimo zapoznawania się z coraz to nowszymi wokalistami i zespołami, od 9 lat nie zakontraktował żadnego muzyka. Ostatniecznie traci pracę. W trakcie depresyjnej, alkoholowej podróży po barach trafia na występ Grety (Keira Knightley). Słyszy tylko jedną jej piosenkę, lecz w głowie już przygotowuje do niej aranżacje (swoją drogą, to genialna scena) i marzy o podpisaniu z nią kontraktu. Greta też nie przeżywa najlepszego okresu w swoim życiu – opuściła rodzinne miasto, aby być ze swoim chłopakiem w Nowym Jorku. Niestety, facet został popularnym muzykiem i szybko spotkał inną kobietę. Rozczarowana Greta ma już wracać do domu, lecz na jej drodze pojawia się Dan. To spotkanie odmieni życie ich obojga już na zawsze.

“Zacznijmy od nowa” to obraz niezwykle poruszający oraz autentyczny emocjonalnie. Z ekranu przebija szczerość reżysera, bo doskonale wiemy, że przez nastawienie stworzonych przez siebie bohaterów prezentuje swoje własną muzyczną ideologię. Film Irlandczyka wygrywa rozbrajającą wiarygodnością także z powodu umieszczenia pewnych utartych schematów w otoczce niezwykłej atmosfery. Brak w nim słodkości charakterystycznej dla podobnych hollywoodzkich produkcji, popularnych komedii romantycznych. Gdy rozpoczynamy seans nie myślimy o tym, że bardzo byśmy chcieli, aby główna para bohaterów się zeszła po burzliwej kłótni. Jeśli już – oglądamy ich poczynania z wielkim uśmiechem na ustach, zastanawiając się, czy możliwym jest, aby drogi takich wrażliwców się skrzyżowały (w przełomowych momentach życia). Carney tworząc swoich bohaterów, a także całą fabułę filmu,  unika kiczu, ckliwości czy emocjonalnego szantażu widza. Cieszę się, że ta produkcja jest tym, czym jest i nie udaje niczego innego.

Idealistyczny przekaz Irandczyka jest niezwykle prosty – muzyka istnieje ponad podziałami, leczy ludzkie dusze i jest niezastąpionym lirycznym środkiem komunikacji. Obok tak prostej ideologii, Carney analizuje również pewną przemianę rynku muzycznego, która zaszła w ciągu ostatnich dwóch, trzech dekad. Pojmowanie muzyki obecne w latach 90. się zdezaluowało. Dan, który niegdyś założył z przyjacielem niezależną wytwórnię i był wziętym producentem muzycznym, teraz nie może pojąć rzeczywistości, w której się znalazł. Połowa utworów brzmi tak samo, druga połowa jest po prostu zła – wokalnie i instrumentalnie. Dan, tak jak Carney, jest pasjonatem, który nie umie zaprzedać swojej duszy komercji (w przeciwieństwie do jego dawnego wspólnika). Wytwórnia, którą niegdyś stworzył nie ma już nic wspólnego ze słowem “niezależność”, a jego podejście do muzyki odeszło do lamusa. Na tym przykładzie widać także, że irlandzki reżyser stworzył film na zasadzie zestawiania przeciwieństw – komercja i alternatywa, kobieta i mężczyzna, młodość i dojrzałość, optymizm i rezygnacja.

Niestety, “Zacznijmy od nowa” muzycznie zdecydowanie odstaje od “Once”. Pomimo tego, że utwory skomponowane przez Gregga Alexandra są nośne, z chwytającymi za serce tekstami, nie udało się mu stworzyć żadnego utworu, który zostanie w naszych głowach po seansie. Jedynie “Lost Stars” ma potencjał, jednak przearanżowanie go na utwory filmu i jego wykorzystanie fabularne nieco do niego zniechęca. Zabrakło tutaj nie tylko muzycznej wyrazistości, ale także nieco bardziej charyzmatycznych, zapadających w pamięć charakterów. Mimo, że Keira Knightley okazała się przyzwoitą wokalistką, a pewne głosowe niedociągnięcia przytłumił jej urok, czegoś tutaj definitywnie zabrakło (a to, że Adam Levine dobrze śpiewa, wcale nie oznacza, że zakamufluje drewnianą grę aktorską).

Carney stworzył niezwykle uroczą parę z dwójki głównych bohaterów. Uzupełniają się oni na każdej płaszczyźnie, razem się ucząc, wspomagając, dzieląc doświadczeniem. Ich sympatyczność łączy się również z aktorskimi kreacjami Marka Ruffalo i Keiry Knightley. Dla mnie zagrali niezwykle równo, nie walcząc o zainteresowanie widza na ekranie. Stworzyli tandem, który być może szybko umknie naszej pamięci, lecz w trakcie trwania filmu zatrzyma dla nas czas, wywoła uśmiech (szczególnie Knightley rzuca przepełnione humorem kwestie) i zabierze w miejsce, gdzie spełniają się marzenia.

Być może brak tutaj tej magiczności, uniesienia, nieuchwytnego nastroju, ale z pewnością w “Zacznijmy od nowa” jest coś cudownego. Pewnie to głupio zabrzmi, lecz to film dający nadzieję na spełnianie marzeń, o możliwości przeformułowania swojego życia wyłącznie dzięki chęciom i pracy, o hierarchii wartości, o autentycznej pasji. Wyświechtane slogany w koncepcji Johna Carney’a nadal są banałami, lecz brzmiącymi niezwykle wiarygodnie.Warto sięgnąć po pierwszy hollywoodzki film Irlandczyka dla tego ułamka nienamacalności i nastrojowości.

Ocena: 8/10

Recenzja książki “Myszka w paski i pierwsza pomoc”: czyli jak mały człowiek ma pomóc drugiemu małemu człowiekowi

Nadszedł rok szkolny, a wraz z nim mój bratanek poszedł po raz pierwszy do przedszkola. Żeby umilić mu czas adaptacji ponownie zaczęłam nadsyłać mu książeczki (na które prawdopodobnie jest jeszcze za mały). Młody często zagląda na MiniMini+ lub na TVP ACB, choć nie wiem dokładnie, jakie bajki ogląda – w tym „Myszkę w paski”, która uczy przedszkolaki, jak zachowywać się w trudnych sytuacjach czy przedstawia dobre maniery, aby dzieci od najmłodszych lat znały zasady savoir-vivre. Nakładem Wydawnictwa Edipresse Książki ukazała się przed wakacjami książeczka, w której Myszka prezentuje standardy pierwszej pomocy.

Pozycja pod szyldem kanały MiniMini+ składa się z dziesięciu rozdziałów. Każdy traktuje o innym kłopocie zdrowotnym, który jest powszechny wśród najmłodszych. Myszka w paski opowiada historie związane z krwawiącym nosem, zakrztuszeniem, drzazgą w palcu, przemarzniętymi dłońmi, poparzeniem czy stłuczonym kolanem. Każdy rozdział zaczyna się od opowieści przedszkolaków – Lenki, Szymka, Zosi i Franka – przedstawiającej dany problem. Kończą się one w sposób, który nie jest najlepszy w przypadku, gdy mamy do czynienia z poszkodowanym maluchem. Wtedy wkracza Myszka w paski, która wyjaśnia dzieciom, jak powinny się zachować w danej sytuacji i poznajemy drugą wersję opowieści, w której postępują one zgodnie ze wskazówkami swojego zwierzęcego doradcy. Po jej przeczytaniu Myszka ponownie przypomina działania, które trzeba podjąć w konkretnym przypadku. Dopiero dziecko może przejść do zadań i zabaw mających na celu utrwalenie poznanych zasad.

Książeczka „Myszka w paski i pierwsza pomoc” przekazuje dzieciom wiedzę na temat umiejętności radzenia sobie w trudnych sytuacjach, wymagających opanowania. W każdym rozdziale podkreślona zostaje zdolność empatii, czyli mentorka przedszkolaków przypomina, aby poszkodowanego przyjaciela pocieszyć, ponieważ prawdopodobnie odczuwa ból. Dzięki temu pozycja, która przedstawia większość typowych dla dzieciaków okaleczeń czy dolegliwości, wiele zyskuje. Podkreślona niejednokrotnie zostaje rola dorosłych, których w niemalże każdym przypadku należy zawiadomić i poinformować o wypadku. Nie zapomniano także o nauce alarmowych numerów telefonów.

Zadania, mające na celu ugruntowanie wiedzy nabytej w trakcie czytania historyjki, są różnorakie. Od kolorowanek, przez labirynty czy szlaczki, po naukę słów (ćwiczenia mające na celu zaznaczenie wszystkich rysunków przedmiotów, których nazwa ma w sobie literę Ł) czy poznawanie norm rozsądnego ubioru adekwatnego do pogody. Na końcu każdego rozdziału znalazło się także miejsce na szkicownik, który dziecko może zapełnić w dowolny sposób.

„Myszka w paski i pierwsza pomoc” nie tylko uczy konkretnych zachowań czy podstawowej higieny, lecz także ogromnej wrażliwości. Każda historia zawiera w sobie przykłady empatii wśród dzieci, którą należy naśladować. Zadowala także wielokrotne powtarzanie reguł postępowania w trudnych sytuacjach, które wymagają od dzieci więcej niż w codzienności. Przypuszczam, że wielu rodziców będzie zadowolonych z efektów, jakie przyniesie praca z tą pozycją.

Ocena: 8/10

Recenzja filmu “Obdarowani”: niewykalkulowane Problemy Milenijne

Ileż to razy narzekam na podobne produkcje… Gwarancja „chusteczkowego seansu” (proszę bez skojarzeń, Panowie) pojawia się nie tylko na poziomie zwiastuna, lecz już w trzyzdaniowym opisie fabuły. Zazwyczaj wybieram tego typu filmy z pełną świadomością nadchodzącego rozczarowania, irytacji spowodowanych głównie manipulowaniem moimi emocjami. Jednak „Obdarowani” zachęcili mnie Chrisem Evansem… i, no cóż, musiałam wybrać jakiś film, który strawi moja mama, a w kinowym repertuarze żaden inny tytuł nie wpisywał się w jej standardy. Bo kogóż ma nie rozczulić płaczący Kapitan Ameryka opiekujący się kilkuletnią, w dodatku bardzo wyjątkową, dziewczynką?

Frank Adler (Chris Evans) mieszka w małym miasteczku na Florydzie zajmując się reperowaniem łodzi. Wychowuje siostrzenicę Mary (Mckenna Grace), która jest genialnym dzieckiem. Mężczyzna pragnie, aby dziewczynka uczyła się w zwykłej szkole, ponieważ taka była wola jej matki. Jednak, gdy Evelyn (Lindsay Duncan), matka Franka, dowiaduje się o jego planach względem Mary, wkracza do ich życia z pozwem i gromadą prawników. Czy uda się znaleźć rozwiązanie, które będzie satysfakcjonowało obie strony? Czy ktokolwiek wie, co jest najlepsze dla wybitnie uzdolnionej Mary?

„Obdarowani” zdają się być zlepkiem doskonale nam znanych filmów. Dostrzeżemy tam motywy fabularne obecne wcześniej w „Sprawie Kramerów”, „Pięknym umyśle” czy „Dowodzie”. Po tych dwóch zdaniach można odnieść wrażenie, że po raz kolejny oglądamy ten sam film. Nic bardziej mylnego. Marc Webb tylko pozornie tworzy prostą, łatwą w odbiorze ckliwą opowieść. Po kilku scenach orientujemy się, że w tym przypadku to nie historia łatwa, lecz wybija z niej jakaś prawdziwość.

Frank staje przed nielada dylematem, podobnie, jak i widz. Trudno nie dostrzec racji po dwóch stronach konfliktu. Z jednej strony rozumiemy troskę mężczyzny o to, aby siostrzenica nie podzieliła losu jego siostry, która nie wychowywała się z normalnymi dziećmi, mając normalne problemy i normalne rozrywki. Z drugiej, czujemy, że Evelyn, tak samo, jak Fran, chce dla dziewczynki dobrze. Chce pielęgnować jej unikatowy talent, który porzucił jej syn, a w pewnym sensie także córka. Dysonans moralny, który odbiorca odczuwa wraz z pozostałymi bohaterami pozostaje nawet po seansie i poznaniu zakończenia całej historii.

Twórca „500 dni miłości” niby kreuje klasyczną hollywoodzką historię, jednak da się w niej wyczuć pewien Sundance’owy klimat. Mimo wszystko to film kameralny, toczący się powoli w dość zamkniętym gronie bohaterów, z delikatnymi pastelowymi kolorami królującymi latem, mający kilka genialnych ujęć (jak ta o zachodzie słońca na plaży). Dochodzi do tego zgrabnie napisany scenariusz obfitujący w dojrzałe oraz dość kreatywne dialogi toczące się między Frankiem a Mary. To właśnie ta dwójka rozładowuje niewątpliwy ciężar historii, który wzrasta wraz z każdą kolejną minutą.

Znakomicie wypada młodziutka Mckenna Grace, której mimika oraz swoboda wywołują bardzo dużo emocji, a Chris Evans po raz kolejny udowadnia, że tak samo, jak w MCU, jego miejsce jest także w kinie indie. Lindsay Duncan jako stylowa femme fatale irytuje (czyli tak, jak być powinno), choć trudno nie przyznać jej bohaterce racji, a Octavia Spencer ponownie wciela się w postać, którą poznaliśmy w „Służących” – wrażliwą, lecz stanowczą oraz walczącą o siebie i najbliższych czarnoskórą kobietę.

„Obdarowanych” z łatwością można źle osądzić i odebrać go cynicznie. Jednak pod warstwą typowego ckliwego, wykalkulowanego na emocje obrazu, kryje się produkcja, która zadaje ważne pytania. Sposób radzenia sobie z genialnymi dziećmi oraz problemy moralne z tego wynikające często bazują na rodzinnych niesnaskach, gdy stajemy się egoistami i zapominamy o dobru dziecka. Zdecydowanie to jedna z lepszych produkcji tego lata oraz widmo szansy na powrót Marca Webba do kina bardziej niezależnego.

Ocena: 8/10

Recenzja książki ,,Chłopiec z Aleppo, który namalował wojnę”: Widzący kolorami

Pisanie książki o wojnie w Syrii jest z jednej strony odważne, a z drugiej strony można zostać posądzonym o wzbogacanie się na czyimś cierpieniu. Dlatego też do ,,Chłopca z Aleppo, który namalował wojnę” podchodziłam bardzo sceptycznie, bo nie wiedziałam, czego można się spodziewać? Czy krwawych opisów, czy może ckliwej opowieści wymuszającej łzy. Wojna to ciężki kawałek historii i na pewno nie taki, którego możemy być dumni. Najgorsze jest to, że dzieje się to na naszych oczach, które niestety tak bardzo próbujemy zamknąć, bo należy pamiętać, że pomimo całej nagonki na uchodźców w Syrii giną ludzie i są to ludzie niewinni i bezbronni. Właśnie to udowodniła mi książka. Czytaj dalej “Recenzja książki ,,Chłopiec z Aleppo, który namalował wojnę”: Widzący kolorami”

Recenzja serialu “The Affair”, sezonu pierwszego: o zdradzie w dwóch odsłonach

Ileż oglądaliśmy historii o rodzącym się uczuciu? Setki, tysiące, miliony. Ileż obejrzeliśmy opowieści o romansie, o zdradzie, o braku wierności, o namiętności? Trochę mniej setek, tysięcy i milionów. Czy kino lub telewizja są w stanie jeszcze opowiedzieć podobną historię w sposób porywający, niekonwencjonalny, świeży i zaskakujący? Jak się okazało, ku mojemu zdziwieniu, zdecydowanie tak. „The Affair” nie tyle ujmuje samą fabułą, co sposobem prowadzenia narracji, który jest zupełnie inny niż to, co do tej pory widzieliśmy w serialowym świecie.

Noah Solloway (Dominic West) jest pisarzem, ojcem czwórki dzieci i kochającym mężem. Wraz z nastaniem wakacji z całą rodziną opuszcza Nowy Jork, aby spędzić lato na sielskim odludziu, gdzie mieszkają tego teściowie.Początkowo zapowiada się jak kolejny, podobnie spędzony czas, w którym Noah będzie walczył ze swoją niemocą twórczą. Jednak zaraz na początku, w pierwszych dniach od przyjazdu na miejsce, mężczyzna spotyka Alison Bailey (Ruth Wilson). Pomimo tego, że oboje są w związkach małżeńskich, rodzi się pomiędzy nimi uczucie przepełnione namiętnością i pożądaniem. Czy ten romans skończy się po kilku spotkaniach? Czy ktoś dowie się o nim, zanim się skończy? Czy Noah i Alison porzucą swoich partnerów po to, aby być razem?

Jak już wspomniałam, „The Affair” opowiada z pozoru szablonową historię. Jednak twórcy zrobili wszystko, co mogli, aby widz spojrzał na nią z zupełnie innej perspektywy. Każdy odcinek bowiem został podzielony na dwie części – na tę, w której do głosu dochodzi Noah i na tę, w której swoją wersję opowiada Allison. Całą historię scalają jeszcze sceny z przesłuchania, na którym to właśnie dwójka głównych bohaterów referuje wszystko, co się zdarzyło w ciągu ostatnich tygodni. Niestety, odbiorca prędko się nie dowie, w jakiej sprawie jest to przesłuchanie, czemu ma służyć ani kiedy się rozgrywa (po zmianie wyglądu bohaterów możemy się jednak domyśleć, że minęło co najmniej kilka miesięcy).

Wydaje mi się, że zdarzenia opowiadane z perspektywy Noah częściej są bardziej przewidywalne, ukazujące pewne męskie, stereotypowe oczekiwania względem kobiet (choć może mój punkt widzenia uzależniony jest wyłącznie od mojej płci). W jego oczach Allison to ponętna, seksowna, uwodzicielska mężatka  zawsze zadbana, uśmiechnięta, pewna siebie. Podobnie prezentuje sam siebie – jako opiekuńczego ojca i zaangażowanego pisarza, który zbiera materiał do swojej nowej książki. Gdy spoglądamy na te same zdarzenia oczami Allison, spoglądamy na dwójkę zupełnie innych ludzi. Przede wszystkim kobietę cechuje raczej zagubienie, depresja, smutek, poddanie się sytuacji życiowej, w której się znalazła. W tej wizji już nie nosi delikatnego makijażu, a jej włosy trwają w nieładzie.

Gdy zestawiamy ze sobą dwie wersje wydarzeń okaże się, że nie tylko bohaterowie w zupełnie inny sposób postrzegają samych siebie, siebie nawzajem i zdarzenia, które doprowadziły do ich romansu (to chyba nie spoiler, skoro od pierwszego odcinka wiemy, jak prawdopodobnie skończy się ta historia), ale także kłamią. Niejednokrotnie co innego widzimy na ekranie, a co innego dociera do nas z głosu z offu. Okłamują policję, jak i siebie samych, mocno „koloryzując” bieg wydarzeń, które doprowadziły ich do danego momentu. Jedyne, co jest pewne, to to, że oboje skrywają jakieś tajemnice. Zarówno przed sobą, jak i przed światem.

Co ciekawe, bohaterowie wcale nie są skomplikowani – to typowi ludzie, których nagle dotknęło uczucie, którego wcale nie chcieli. Podminowani dramatami codzienności, pomimo posiadania kochających życiowych partnerów, nie mogą przestać się ze sobą spotykać i trwają dalej w tym uczuciu. Zdają sobie sprawę z konsekwencji (przecież to inteligentni ludzie, którzy podobnych historii również znają wiele) utrzymywania swojej relacji, ale emocje nimi targające są nie do ujarzmienia. Swoją drogą, „The Affair” w znakomity sposób ukazuje oddziaływanie tego romansu na otoczenie, w którym żyją bohaterowie.

Produkcja Hagai lebi oraz Sarah’y Treem nie byłaby jednak tak dobra i angażująca, gdyby nie dwójka brytyjskich aktorów (w amerykańskim serialu) wcielająca się w główne role. Pomiędzy Dominiciem Westem i Ruth Wilson czuć w jakiś sposób chemię i doskonałe zgranie na ekranie. Nie wiem, jak oni to zrobili, ale każdy odcinek pochłania wręcz ilością emocji, które się w nim znalazły. Aktorzy także znakomicie lawirują pomiędzy odgrywanymi przez siebie postaciami – w końcu tak naprawdę i West, i Wilson, odgrywają dwie role. W każdej z perspektyw są kimś innym, innym wyobrażeniem i odmienną wizją. Zaskakuje także Maura Tierney wcielająca się w żonę Noah, Helen, która swoją grą sporo dodaje tej przepełnionej emocjami postaci.

„The Affair” to studium namiętności, zdrady, rodzącego się romansu, które nie byłoby prawdopodobnie ciekawsze od niezłego melodramatu, gdyby nie sposób narracji i niezwykła chemia istniejąca między aktorami. Twórcy nie bali się ukazać kontrowersji, dużej ilości seksu, często bardzo odważnego, a w dialogach umieścić sporą ilość przekleństw. Mimo wszystko, wydaje mi się, że to historia wielce niejednoznaczna moralnie, w której trudno jest znienawidzić bohaterów za to, że pokochali kogoś innego. Przecież w życiu nie każdy musi mieć tylko jedną miłość, prawda?

Ocena: 8/10