Recenzja książki “Suka śmieje się ostatnia” Madame Connasse: bycie suką nie jest takie złe

Hej, kobiety! Kojarzycie te memy z dużą ilością słodkich kotków, które czekają na nakarmienie przez tajemnicze ręce? Oraz to, że znaleźć je możecie głównie na fanpage’ach grup typu “Jestem wredna i złośliwa” z podpisem “to ja za dziesięć lat”? Widujecie czasem memy z winem, pod którymi oznaczacie swoje przyjaciółki lub jakieś Wasze znajome oznaczają was? A jak to jest z lubieniem stron dotyczących nienawiści do płci przeciwnej lub szukania księcia na białym koniu? Na pewno chociaż na jedno z tych pytań odpowiecie “TAK”. Dla Madame Connasse możecie już pretendować do uzyskania tytułu “suki”. Czytaj dalej “Recenzja książki “Suka śmieje się ostatnia” Madame Connasse: bycie suką nie jest takie złe”

Recenzja książki Nancy Clark ,,Jedz i trenuj. Poradnik odżywiania dla aktywnych”: Nie dieta, a zmiana nawyków

Diety mają to do siebie, że są i przemijają. Znam mnóstwo dziewczyn, które albo są całe życie na diecie, albo zmieniają je co jakiś czas (oczywiście każda kończy się porażką). Wyczekują tego jednego dnia, w którym będzie można zgrzeszyć, dnia gdzie będą opychać się słodyczami, czy burgerami. Przecież nie o to w tym wszystkim chodzi – grunt to dobrze się odżywiać i słuchać własnego ciała, a przede wszystkim traktować je z szacunkiem, a nie jak śmietnik. Czytaj dalej “Recenzja książki Nancy Clark ,,Jedz i trenuj. Poradnik odżywiania dla aktywnych”: Nie dieta, a zmiana nawyków”

Recenzja książki Ireny Stanisławskiej ,,Najsztub i Sumińska. O Polsce, strachu i kobietach”: dwa bieguny przy jednym stole

Wywiady rzeki są jednym z moich ulubionych rodzajów rozmów, ponieważ nie są krótkie, można w nich pozwolić naszemu rozmówcy się ,,rozkręcić” i wypytać go o większość rzeczy, które interesują, aby krok po kroku dowiedzieć się i odkrywać nowe karty. To właśnie podczas takich wywiadów na świat wychodzą nowe informacje. Osoba przeprowadzająca taki wywiad musi być profesjonalistą w 100% – dba o dobrą i komfortową atmosferę, tak by rozmowa był jak najmniej sztuczna, przygotowuje dużo tematów i pytań (gdyby rozmówca, nie był skory do dzielenia się), poza tym musi być cierpliwa i budzić zaufanie tak, by pozwolić rozmowie płynąć. W przypadku książki, którą miałam przyjemność czytać, mamy dwóch rozmówców  – Piotra Najsztuba i Dorotę Sumińską i jednego prowadzącego – Irenę Stanisławską. Postacie zostały tak dobrane, by nie zgadzały się ze sobą w każdej kwestii, by mogły dyskutować. Zestawienie dwóch różnych osób – Pani Dorota to kobieta-altruista we wszystkim szukająca dobra, z zawodu weterynarz i miłośniczka zwierząt, a Pan Piotr to natomiast twardy mężczyzna, nie przywiązujący dużej wagi do relacji międzyludzkich, dziennikarz, który nie boi się niczego. Czytaj dalej “Recenzja książki Ireny Stanisławskiej ,,Najsztub i Sumińska. O Polsce, strachu i kobietach”: dwa bieguny przy jednym stole”

Recenzja książki “Złote spinki Jeffreya Banksa” Marcina Brzostowskiego: Królik Roger w Sin City

Nie oszukujmy się, ciężko jest sięgać po książki self-publisherów. Zazwyczaj od razu zastanawiamy się, co im poszło nie tak, na jaki kicz i chłam trafimy, dlaczego dany autor nie znalazł wydawcy. Bardzo często w takich przypadkach nastawiamy się na „nie”, nie dając szansy pisarzowi, który sam wydaje swoje książki. Takie wyobrażenia potrafią być wyjątkowo mylące i takim wyjątkiem, przykładem dobrego pióra, jest Marcin Brzostowski.

„Złote spinki Jeffreya Banksa” opowiadają historię pewnego Ministra, gangstera Ezekiela Horna i jego osiłków oraz najlepszej damy do towarzystwa w mieście. Akcja książki rozgrywa się w ciągu jednego dnia w Londynie, gdy każdy z bohaterów zostaje postawiony przed… sytuacją podbramkową.

Od pierwszych akapitów klimat „Złotych spinek Jeffreya Banksa” zaczął mi się kojarzyć z klimatem „Sin City” Franka Millera. Dostrzegałam bohaterów w monochromatycznych barwach, jedynie tytułowy rekwizyt mienił się na żółto. Bądź, w scenie walki, krew z czarnej przemieniała się w czerwoną czy barw nabierał jedynie szalik Chelsea (o tym ważnym aspekcie za chwilę). Wyobrażałam sobie kreskę Franka Millera, komiksowość całej opowieści od jej początku do jej końca. Skąd wzięły się w mojej głowie te konotacje? Ponieważ to kolejne miasto grzechu, które jest Londynem, lecz tak samo mogłoby być Berlinem czy Paryżem. Brak w nim hierarchii wartości, a skorumpowanie, narkotyki, nielegalne interesy są na porządku dziennym – właściwie akceptowalne przez wszystkich.

Czytelnik nie ma prawa zgubić się w rozpoznawaniu postaci. Krótko scharakteryzowani bohaterowie, lecz bardzo konkretnie, posiadają unikatowe cechy. Każdy z nich jest delikatnie przerysowany, jak w komiksie, a autor nie stara się dorabiać do swoich bohaterów niepotrzebnej psychologii, która psułaby lekkość lektury.

Marcin Brzostowski obdarzył swoich bohaterów pewną konkretnością, czego efektem stały się treściwe, wręcz filmowe dialogi. To historia, którą z łatwością można by przenieść na ekran… jednak ten mały. Dlaczego? „Złote spinki Jeffreya Banksa” to świetnie napisana książka, lecz… za krótka. Czytając ostatnie zdanie mamy wrażenie, jakbyśmy znaleźli się na końcu pilotażowego odcinka obiecującego serialu, który mógłby pozostać z nami na lata. Czuć niedosyt, który może zrozumieć jedynie serialoholik pragnący więcej i więcej, zaledwie po pierwszym epizodzie.

Książka Brzostowskiego okraszona jest sporą dozą absurdu, przez co jest przezabawna w dość nietypowy sposób. Otóż w życiu bohaterów niebagatelną rolę odgrywa… kibicowanie klubom piłkarskim. Autor wykorzystuje to w wieloraki sposób. Może być to przyczynek do problemów natury emocjonalnej bądź podstawa groźby śmierci. Gangsterska historia, w której występują wszystkie grzechy główne (cieszę się, że znalazło się także miejsce na adekwatne wulgaryzmy), nie wydaje się dzięki temu być zbyt poważna i patetyczna.

„Złote spinki Jeffreya Banksa” bardzo pozytywnie mnie zaskoczyły swoim klimatem, jak i wyjątkowymi chwytami fabularnymi. Brzostowski ma talent do pisania z dystansem, ogromnym poczuciem humoru i wydaje mi się, że mógłby się sprawdzić jako scenarzysta seriali. Mam nadzieję, że nadejdzie kontynuacja historii Jeffreya Banksa, skoro już poznaliśmy genezę jego spinek.

Ocena: 7/10

Recenzja serialu “The Good Place”, sezonu pierwszego: co to znaczy być dobrym?

Znacie taki problem, pojawiający się szczególnie jesienią, tuż przed rozpoczęciem nowych sezonów ulubionych seriali? Albo wtedy, gdy zakończyliście właśnie oglądać wszystkie odcinki ulubionego sitcomu? Problem zawiera się w pytaniu „Co dalej?”, czyli „co obejrzeć jako następne?”. Po obejrzeniu wszystkich sezonów „Plotkary”, co posłużyło mi jako terapię dla mojego zdrowia psychicznego, nie wiedziałam, co ze sobą zrobić. Kliknęłam więc pierwszą proponowaną pozycję na Netflixie. W ten oto sposób znalazłam „The Good Place”.

Eleanor Shellstrop (Kristen Bell) trafia do nieba. Jej zdezorientowanie wzmaga fakt, że kobieta zdaje sobie sprawę, że całkowicie do tego miejsca nie pasuje. Za życia nie była zbyt dobrą osobą, ubliżając innym, ignorując cudze problemy i nie mając w sobie za grosz empatii. Eleanor przyznaje tylko przed swoją „bratnią duszą”, Chidim (William Jackson Harper), że nastąpiła ogromna pomyłka. Mężczyzna postanawia jej pomóc i przystosowuje do życia w „dobrym miejscu”.

„The Good Place” zdecydowanie wyróżnia się wśród obecnie emitowanych sitcomów. Przede wszystkim, wygrywa intrygującym pomysłem. Przedstawienie kolejnej koncepcji raju czy życia po śmierci, w dodatku w komediowej formie, okazuje się całkiem dużym polem do popisu. Już w pierwszym odcinku dowiadujemy się, że istnieje także Złe Miejsce, o którym wiemy tyle, że nie jest w nim zbyt przyjemnie. Wraz z każdym kolejnym epizodem nasza wiedza o życiu pozagrobowym przedstawionym w serialu się rozszerza, poszerzając przy tym także nasze spojrzenie na różne koncepcje w tym temacie.

Michael Schur tworzy niezwykle barwny  serial. Żywe kolory świata przedstawionego, przerysowana rzeczywistość pozagrobowa – to wszystko wygląda trochę jak park rozrywki. Wizualnie produkcja zachęca już od pierwszego odcinka, ciesząc oko w każdej minucie, przywołując niekiedy na myśl nawet surrealizm. W ciągu nieco ponad dwudziestu minut poznajemy świat przepełniony absurdem, zarówno w warstwie wizualnej i fabularnej.

„The Good Place” to także zabawny serial, który nie uderza w widza prostackim humorem. Wręcz stara się zarzucać odbiorcę wyrafinowanymi żartami, nieobrażającymi w żaden sposób inteligencji odbiorcy. Przyczynia się do tego nie tylko scenariusz, ale i aktorzy, którzy tworzą świetne kreacje. Ted Danson, wcielający się w architekta dzielnicy Michaela, maksymalnie wykorzystuje swoje umiejętności. Jego bohater bywa nieporadny, popada w histerię, samobiczuje się, nie potrafi zrozumieć ludzi, co wytwarza kolejne pokłady komizmu. Sprawdza się także Kristen Bell jako niesympatyczna bohaterka, która musi ulec przemianie. Trochę w tym wątku sztampy, lecz gra aktorska rekompensuje pewne schematyczne zachowania bohaterki.

Produkcja przede wszystkim stawia przed sobą, jak i przed widzem, pytanie „co to oznacza być dobrym?”. Można dostrzec, że każda z postaci ma wady, które każą widzowi kwestionować ich, niby całkowitą, dobroć. Serial uczy bohaterów, jak i widzów, niektórych koncepcji filozoficznych, pokazując, że pojęcia dobra i zła można postrzegać w przeróżny sposób. Co z tego, że spełniamy dobre uczynki, skoro nasza motywacja nie wypływa z potrzeby niesienia pomocy, a wyłącznie z egoizmu? Gdy dłużej się nad tym zastanowić, pod pokładami komizmu „The Good Place” to serial zadający fundamentalne pytania w niebanalny sposób.

Produkcja Michaela Shura wyłamuje się z większości koncepcji, które prezentują obecne na ekranach sitcomy. Czuć w nim powiew świeżości, a także pomysł, który być może zbyt szybko się nie przeje. Upstrzony kolorami świat po dłuższym zastanowieniu nie wydaje się taki idealny, mimo, że przepełniony absurdem i groteską. Warto poświęcić te parę godzin na obejrzenie pierwszego sezonu „The Good Place”, chociażby dlatego że to gwarancja dobrej rozrywki i miło spędzonego wieczoru. A nóż, pozostawi nam nad głową jakiś znak zapytania dotyczący naszego życia.

Ocena: 7/10

 

Recenzja książki Raphaelle Giordano ,,Twoje drugie życie zaczyna się, kiedy zrozumiesz, że życie jest tylko jedno”: Coaching na fali

Książki coachingowe stały się ostatnio bardzo popularne i na czasie. Doradzają nam wszyscy i we wszystkim – celebryci, lekarze, doktorzy, psychologowie, podróżnicy. Ułatwiają i pokazują nam świetne rozwiązania na co dzień, w każdym aspekcie naszego życia – jak być szczęśliwym, jak dbać o dobre relacje z partnerem/dzieckiem/teściową/kolegami z pracy itd., jak podlewać kwiatki, jak dobrze organizować sobie czas, jak dobrze spać. Równie dobrze moglibyśmy wstawać i kłaść się i dla każdej minuty naszego życia znaleźć świetną poradę z książki-poradnika coachingowego. Przecież Ty możesz wszystko, to tylko Twój umysł Cię hamuje i jesteś zwycięzcą! Nigdy nie czytałam tego typu książek, tak więc kiedyś musi być ten pierwszy raz i postanowiłam  go przeżyć z Raphaelle Giordano ,,Twoje drugie życie zaczyna się, kiedy zrozumiesz, że życie jest jedno”. Czytaj dalej “Recenzja książki Raphaelle Giordano ,,Twoje drugie życie zaczyna się, kiedy zrozumiesz, że życie jest tylko jedno”: Coaching na fali”

Recenzja filmu “Magia w blasku księżyca”: gdzie ten nowojorski neurotyk?

Kocham Woody’ego Allena miłością wieczną. Nieważne, jakiego filmu by nie popełnił, moje uczucia wobec niego oraz jego twórczości nie ulegną zmianie. Wobec tego ta recenzja pozostaje dla mnie pewnym wyzwaniem. Prawdopodobnie żaden film Allena nie wywołał we mnie tak mieszanych emocji, zmuszając mnie do zastanowienia się, jak go w ogóle ocenić. Bo przecież to już nie ten sam nowojorski neurotyk, którego pamiętamy jako twórcę “Annie Hall”, ale nadal geniusz dialogu. Ten tekst będzie próbą odpowiedzi na pytanie, czy wielkiej fance Woody’ego film się podobał, czy raczej nie.

  Akcja “Magii w blasku księżyca” rozgrywa się w latach 20. XX wieku w Europie. Na początku przenosimy się do Berlina, gdzie swój występ prezentuje Wei Ling Soo, czyli Anglik – iluzjonista przebierający się za Chińczyka (Colin Firth). Stanley Crawford to arogancki, napuszony bufon, w dodatku perfekcjonista. Jednak swoją sławę zawdzięcza nie tylko iluzjonistycznym prezentacjom. Świat poznał go również jako demaskatora wszelkich spirytystów, telepatów, wróżek, etc. Na prośbę przyjaciela Stanley udaje się do Francji, aby uratować przed takową oszustką rodzinę Catledge’ów. Po przybyciu na miejsce, Anglik poznaje piękną Sophie Baker (Emma Stone), kobietę-medium, która rzekomo potrafi czytać w myślach oraz kontaktować się z duchami. Stanley zaczyna mieć coraz więcej wątpliwości, czy dziewczyna rzeczywiście jest oszustką. Powoli zaczyna wierzyć, że może irracjonalny świat również istnieje, tuż obok naszego…

  W obrazie Allena najbardziej kuleje fabuła. Dla niemalże z każdego widzów przebieg wydarzeń będzie oczywisty od pierwszej sceny filmu. Naprawdę zaskoczeń fabularnych tutaj nie ma żadnych. Dodatkowo, pojawia się zbyt dużo “dłużyzn”, gdzie akcja zdecydowanie zbyt spowalnia. Na przykład scena w obserwatorium. Z samej koncepcji kipi romantyzm, ale czegoś jej zabrakło, przez co zamiast się zachwycać, zaczynamy ziewać. Jednak nie ma to aż tak wielkiego znaczenia przy całkowitej atmosferze filmu – miłej, ciepłej, budującej, nastrajającej optymistycznie.

  “Magia w blasku księżyca” to zdecydowanie film autotematyczny. Allen od początku swojej twórczości lubował się w tworzeniu fabuł o pisarzach, komikach czy reżyserach (ba, iluzjonista też już był! Pamiętacie “Scoop-gorący temat”?). Stanley zaczyna wątpić w całą swoją filozofię życiową, a także sens jego działalności artystycznej. Będąc przez całe życie ogromnym sceptykiem, nie kryjąc tego, że wszelka jego aktywność na scenie jest zwykłą iluzją, zaczyna się zastanawiać, czy od wielu, wielu lat nie żył w błędzie. Poza tym, w każdym z filmów Allena można odnaleźć hołd złożony konkretnym dziełom oraz twórcom X Muzy. W “Magii w blasku księżyca” z łatwością dostrzec można nawiązanie do “Błękitnego anioła” Josefa von Sternberga oraz do samej Marleny Dietrich (owszem, to zaledwie kilku sekundowe ujęcie, ale jakże wyraźne i klarowne).

  Ogromnym atutem “Magii w blasku księżyca” jest również obsada aktorska. Colin Firth stara się jak najlepiej wejść w skórę Woody’ego Allena. Widać, że stara się bardzo. Jednak dla mnie jego próby bywały irytujące. Najlepiej oczami wyobraźni wyobrazić sobie na ekranie samego reżysera, wtedy film stanie się doskonały. Znakomicie zdała egzamin również Emma Stone, która zagrała jednocześnie piękne niewiniątko, a zarazem wiecznie głodne dziwadło. Serio, to takie zabawne patrzeć, jak jej postać Sophie Baker, ciągle pożera ciastka, owoce, dodatkowe śniadania. Zaskoczyła mnie również jej mimika, która dodawała jej postaci realizmu.

  Niezmiennie Allen jest mistrzem dialogu. Na tej płaszczyźnie widać u niego najmniejszy spadek formy. Monologi filmowego Stanleya (szczególnie ten ostatni) prawdopodobnie będą bawić wszystkich. Dodatkowo, wszelkie rozmowy, w których uczestniczy bohater grany przez Firtha, ociekają literackimi cytatami bądź nawiązaniami do kultury generalnie.

  Allena nadal nurtują pytania o sens życia oraz istnienie Boga. Stanley, podobnie jak sam reżyser, ma do tematów spraw ostatecznych spory dystans oraz stara się nie przekraczać granicy dzielącej dwa światy – a właściwie wcale jej nie odkrywać. Okazuje się, że receptą na sceptycyzm oraz pesymizm jest miłość. Niezależnie od epoki, wieku, płci, charakteru, bohaterowie Allena pragną tego jednego. I tutaj, po tylu latach, filozofia reżysera się nie zmienia. Miłość jest lekarstwem na całe zło, a przynajmniej pomaga przetrwać człowiekowi do końca.

  Allen przez każdy środek wizualny przenosi nas w czasie do lat 20. XX wieku. Akcja rozgrywa się przede wszystkim we Francji, przy Lazurowym Wybrzeżu. W strojach bohaterów, w postaci Wei Ling Soo, w scenografii nie można nie dostrzec niegdysiejszego zachwytu orientem. W warstwie dźwiękowej króluje Leo Reisman z piosenką Cole’a Portera “You Do Something To Me” z 1929 roku. Obok tego wiodącego utworu znajdziemy szereg kompozycji z lat 20-30 oraz kilka klasycznych symfonii. Jeśli jeszcze nie poczuliście, że skorzystaliście z wehikułu czasu, pozostają jeszcze genialne zdjęcia będące zasługą Dariusa Khondija, operatora, z którym Allen współpracował już dwukrotnie.

  Pomimo tego, że trudno nie zarzucić w ostatnich latach Allenowi wtórności oraz spadku artystycznej formy, to nadal potrafi zaczarować swoich widzów na kilkadziesiąt minut. Zabawne dialogi, dobra gra aktorska, żonglerka parodią oraz absurdem, przeniesienie się w czasie, a także piękne zdjęcia gwarantują, że nie zmarnujecie czasu, jeśli zdecydujecie się na seans “Magii w blasku księżyca”.

Ocena: 7/10

Recenzja książki “Kod Himmlera” Przemysława Piotrowskiego: odkrycie tajemnicy Wunderwaffe, czyli tajne misje Hitlera na Antarktydzie

„Kod Himmlera to debiut, który – jak większość w Polsce – przeszedł bez echa. A szkoda, bo rzadko na polskim rynku pojawiają się podobne pozycje – zarówno pod względem umiejętności prowadzenia fabuły, jak i samej gatunkowości.Przemysław Piotrowski umiejętnie połączył w swojej powieści cztery gatunki, tworząc mroczną książkę z odniesieniami do II wojny światowej oraz tajemnic XX wieku.

Na okładce utrzymanej w morskim, seledynowym kolorze widać zakrwawioną dłoń, która wystaje spod śniegu. Taka kolorystyka z pewnością inspirowana jest tym, jak wygląda dzień na Antarktydzie, w mroźnym klimacie. Z oddali widać zarysy dwóch postaci, podążających w nieznanym kierunku. Już po okładce możemy stwierdzić, że będzie to mroczna historia, w której nie zabraknie krwi oraz trupów.

Czytaj dalej “Recenzja książki “Kod Himmlera” Przemysława Piotrowskiego: odkrycie tajemnicy Wunderwaffe, czyli tajne misje Hitlera na Antarktydzie”

Recenzja książki “Alfabet aktywnie. Kolorowanka”: pierwsza edukacja dla przedszkolaka

Mamą jeszcze nie jestem, ale coraz częściej interesuję się pozycjami dla najmłodszych czytelników. Wiecie, jak to się mówi, prawda? „Ale te dzieci szybko rosną!” Nim się obejrzałam mój bratanek skończył już trzy lata. Odziedziczył po mnie całą kolekcję bajek Disneya oraz pozycje, które dla mnie i mojego brata (a jego ojca), były ważną częścią naszego dzieciństwa (jak np. „Porwanie Baltazara Gąbki”). Jednak ostatnimi czasy zaczęłam się rozglądać za książeczkami bardziej edukacyjnymi, które pomogą Lewkowi przygotować się do pójścia do przedszkola, co nieuchronnie zbliża się wielkimi krokami.

„Alfabet aktywnie. Kolorowanka” to jeden z pierwszych tego rodzaju tytułów, który ode mnie otrzyma. Książka ma za zadanie nauczyć dziecko wszystkich liter polskiego alfabetu za pomocą zabaw, a przede wszystkim kolorowanek. Jednak znajdziemy w niej o wiele więcej. Każdy rozdział, czyli każdą literkę, przedstawia zwierzę oraz wierszyk o nim. Maluch zaczynający swoją edukację poznaje zatem nie tylko alfabet, ale także całą plejadę stworzeń żyjących na naszej planecie.

Poznając daną literkę dziecko może także zacząć ćwiczyć swoją pamięć ucząc się, zazwyczaj czterowersowego, wierszyku o danym zwierzęciu. Niektóre z nich nawet wy możecie kojarzyć z najmłodszych lat, jednak wiele z nich jest autorska i niestandardowa. Jeśli mówimy o pierwszych krokach w danym rozdziale jedynie jedna rzecz mnie nie przekonuje – przedstawienie zwierząt w 3D. Książka sygnowana przez kanał telewizyjny TVP ABC powinna wykazać się nieco ciekawszą prezentacją graficzną, tym bardziej, że dla niektórych dzieci będzie to pierwsze spotkanie z alfabetem oraz lekturą edukacyjną.

„Alfabet aktywnie. Kolorowanka” proponuje najmłodszym wiele możliwości rozwoju swoich zmysłów plastycznych oraz rozwija kreatywność. Bardzo dużo w niej kolorowania, wobec tego nadaje się idealnie dla dzieci w wieku wczesno przedszkolnym. Znajdziemy tutaj też ćwiczenia na naukę rysowania oraz bardzo dużo zadań z tzw. „szlaczkami”. To są te najprostsze treningi na inwencję oraz pomysłowość maluchów.

Niemniej, zastaniemy także cały szereg ćwiczeń rozwijających naukę logicznego myślenia, takich, jak różnego rodzaju labirynty czy zadania na spostrzegawczość, takich, jak „znajdź różnicę” lub lustrzane odbicia. Autorzy książki nie zapomnieli także, aby przygotować dzieci do pierwszych kroków w szkole. Dziecko dzięki niej dowie się m.in. co to są sylaby, jakie wyróżniamy figury geometryczne, pozna podstawowe kolory, pory roku, warzywa oraz owoce, a nieco bardziej szczegółową wiedzę uzyska na temat niektórych zwierząt. Jednocześnie niejednokrotnie pojawią się zadania na liczenie. Młody czytelnik będzie miał dzięki temu okazję przećwiczyć wszystkie cyfry.

„Alfabet aktywnie. Kolorowanka” to pozycja, którą śmiało wysyłam swojemu ponad trzyletniemu bratankowi. Pomimo tego, że mam zastrzeżenia co do oprawy graficznej (nieco karykaturalnego przedstawienia zwierząt techniką 3D), to same zadania wydają się być idealne dla dzieci w wieku czterech, pięciu lat. Nie rozwijają tylko jednego rodzaju umiejętności, ale wpływają zarówno na kreatywność, jak i na naukę logicznego myślenia, dostarczając podstawowej wiedzy i ćwicząc pamięć najmłodszych.

Ocena: 7/10

Za egzemplarz książki dziękuję:

Recenzja książki “Wstyd” Rachel Van Dyken, trzeciego tomu serii “Zatraceni”: wszystkie dusze naprawione, czyli ostatnia z księżniczek znajduje księcia

Wydaje mi się, jakby premiera „Utraty” była zaledwie wczoraj. Seria „Zatraceni” ukazała się w Polsce w błyskawicznym tempie, a jeszcze szybciej zyskała przychylność tak wielu czytelniczek New Adult. Pierwszy tom był nieco schematyczny, cukierkowy, lecz świetnie się go czytało; drugi – prezentował się bardziej dorośle, trochę mroczniej; a trzeci? „Wstyd” na szczęście nie popada w sztampowość i przedstawia się jeszcze poważniej. Powiela błędy z poprzednich tomów serii, lecz z łatwością można spostrzec, jak duży poczyniła Rachel Van Dyken postęp w konstruowaniu fabuły.

Podobnie jak poprzednio na okładce widnieje zdjęcie młodej, około dwudziestoletniej dziewczyny. Utrzymany w chromatycznych barwach projekt przedstawia z pewnością główną bohaterkę. Postać ma założony na głowę kaptur oraz nosi skórzaną kurtkę; wyraźnie zaznaczony został makijaż. Dziewczyna sprawia wrażenie lekko zagubionej, lecz przy tym odważnej i zdeterminowanej (modelka może się pochwalić naprawdę przepięknymi oczami).

Lisa, przyjaciółka dwóch małżeństw – Wesa i Kiersten oraz Gabe’a i Sailor, podobnie jak niegdyś jej bliscy, nosi ze sobą bagaż wspomnień oraz cierpienia z przeszłości. Kiedyś przeszła przez prawdziwe piekło, za sprawą swojego chłopaka, o czym do dzisiaj nie może zapomnieć. Jej drogi przecinają się z tajemniczym Tristanem, jednym z wykładowców na jej kierunku. Początkowo mężczyzna jest do niej bardzo wrogo nastawiony, bo Lisa prawdopodobnie związania jest ze śmiercią osoby, na której mu zależało. Pomiędzy tą dwójką iskrzy namiętność, która zajmuje miejsce początkowej niechęci. Czy uda im się uporać z przeszłością? Czy śmierć Taylora wpłynie na ich relacje? Czy Lisa może się już czuć bezpiecznie?

Historia przedstawiona we „Wstydzie” wydaje mi się być jeszcze bardziej mroczna, ociekająca niebezpieczeństwem niż ta w „Toxic”. W tym tomie najlepiej widać, że to seria niejako o ratowaniu samego siebie, o tym, że ludzie, których spotykamy na naszej drodze mogą być tymi, na których czekaliśmy całe życie. O tym, że nawet w wieku kilkunastu lat można się spotkać z poważnymi problemami, z jakimi zazwyczaj borykają się dorośli. O mocy wybaczania oraz o sile zmian, które wprowadzamy w naszą codzienność. O radzeniu sobie z kolejną emocją, kolejnym piętnem, jakim jest wstyd i stawianie czoła popełnionym niegdyś czynom. Wiem, że brzmi to dość płytko, lecz w rzeczywistości być może właśnie takie przekazy najlepiej docierają do kształtujących się dopiero Młodych Dorosłych?

Mimo, że już po kilkudziesięciu stronach oraz poznaniu wszystkich postaci można się z łatwością domyślić zakończenia powieści, nie ujmuje to temu, że to książka, którą znakomicie, lekko się czyta. Dużo zasługi w tym, że po pierwszej części Van Dyken zrezygnowała z bazowania wyłącznie na fabularnych stereotypach. Podobnie jak „Toxic”, nie jest to powieść przerażająco sztampowa. Dodatkowo, pewien rys thrillera czyni ją jeszcze bardziej wciągającą

Ku mojemu rozczarowaniu i tym razem nowy bohater prezentuje się wręcz idealnie. Tristan to już trzeci książę z bajki, jeszcze bardziej majętny i bogaty niż Gabe i Wes razem wzięci. W dodatku jest zaskakująco dobry, cierpliwy oraz wyrozumiały (pomimo płonącej w nim namiętności nie rzuca się od razu na Lisę). Niestety, wszyscy bohaterowie są do bólu doskonali, a jedyne z czym walczą to czyny z przeszłości, których konsekwencje wciąż odczuwają – dopóki nie zaznają katharsis.

Porównując historię Lisy ze „Wstydu” z zarysowaniem jej charakteru w poprzednich tomach pojawiają się pewne niezgodności. W trzecim tomie poznajemy ją jako dziewczynę, która boi się dotyku, a każda znajomość dość szybko się dla niej kończy. W pierwszym przedstawiana była raczej jako ta, która facetów miała na pęczki (a przynajmniej ja ją tak zapamiętałam – pewną siebie, zdecydowaną, flirtującą). Niekiedy odnosiłam wrażenie, że główna bohaterka została w finalnej części bardzo spłaszczona, pomimo, że poprzednie tomy zapowiadały postać raczej dynamiczną i o wiele ciekawszą.

Po raz kolejny Rachel Van Dyken zastosowała dwutorową narrację – wydarzenia śledzimy z perspektywy Lisy oraz Tristana. Tym razem początku rozdziałów zostały jeszcze wzbogacone o fragmenty dziennika Taylora, które opowiadają o wydarzeniach z przeszłości oraz prezentują, jak bardzo zmienił Lisę i jak duży miał na nią wpływ.

Pomimo ewidentnych, irygujących wad, w tym nadmiernej słodyczy i zbyt idealnych bohaterów, uważam, że „Zatraceni” to naprawdę przyzwoita, gatunkowa seria. Wciągająca, być może pouczająca dla młodszych, dorastających odbiorców, trzymająca w napięciu, a przy tym nie obsceniczna czy wulgarna. Zazwyczaj unikam podobnych książek jak ognia, lecz Rachel Van Dyken sprawiła, że udało mi się przekonać do niezobowiązujących młodzieżówek i zacząć je doceniać. Mam nadzieję, że autorka jeszcze czymś nas zaskoczy.

Ocena: 7/10