Recenzja książki “Pod presją” Michelle Falkoff: nie lekceważ problemów nastolatka

pod-presja-b-iext47501329Każdy, komu udało się przeżyć wiek nastoletni oraz okres dorastania, wie, co to znaczy „być pod presją”. Nieważne, czy pod presją rodziców, znajomych, szkoły. Od młodego człowieka zazwyczaj wymaga się więcej, ponieważ właśnie właśnie w tym momencie się jego przyszłość. Przynajmniej w teorii. Jednak jakie konsekwencje niosą ze sobą oczekiwania innych? Czy osoba, która dopiero wkroczy w dorosłość, jest w stanie udźwignąć ciężar presji bez dalekoidących skutków?

Kara od lat nosi przydomek Perfekcyjna. Robi wszystko, aby spełnić oczekiwania rodziców oraz przyjaciółek. Żyje w nieustannym stresie. Wszystko się pogarsza, gdy buzujące hormony sprawiają, że jej twarz nie należy do tych bez skazy i zaczynają się na niej pojawiać drobne wypryski. Brzmi jak błahostka? Nie dla dojrzewającej nastolatki. Wstydząc się swojego wyglądu, dziewczyna zaczyna okłamywać swoje przyjaciółki, ostatecznie tracąc z nimi kontakt. Ostatecznie Kara oddaje się wyłącznie nauce, w czym dopingują ją jej ambitni rodzice. Gdy dochodzi do jednego z najważniejszych egzaminów, nastolatka dostaje ataku paniki. Nie zamierza ryzykować kolejny raz – aby go zaliczyć, w trakcie drugiego terminu, bierze stymulujące pracę mózgu tabletki zaproponowane przez nową koleżankę. Egzamin zaliczony, sprawa odeszła w niepamięć. Lecz czy na pewno? Ktoś przesyła Karze zdjęcie, na którym widnieje ona podczas kupowania tabletek. Ktoś zaczyna ją szantażować. Wkrótce okazuje się, że nie tylko ją…

Początkowo byłam zafascynowana powieścią Michelle Falkoff. Wydawało mi się, że będę miała do czynienia z dobrze skrojoną powieścią psychologiczną o młodzieży. Problem presji nakładanej na nastolatków wciąż pozostaje przemilczany, a przecież żyjemy w świecie, w którym trzeba pracować coraz ciężej i więcej, aby osiągnąć upragniony cel. Miałam ogromną nadzieję, że właśnie ten temat autorka rozwinie najmocniej. Niestety, postanowiła, aby akcję zawiązywał wątek kryminalno-detektywistyczny.

Właściwie każdy z bohaterów zmierza się z czyimiś oczekiwaniami. Jednak to Kara najmocniej odczuwa presję – potrzeba bycia idealną sprawia, że dziewczyna pogrąża się w samotności, nie umiejąc poradzić sobie ze swoimi problemami, oddając się jedynie logicznemu myśleniu. Przez jej postać Falkoff udowadnia, że to, co dla nas może być zwykłą błahostką, dla kogoś innego może oznaczać koniec świata. Każdy młody człowiek patrzy na siebie przez krzywe zwierciadło. Widzi w sobie jedynie (albo przeważnie) wady, umniejszając zalety. Właśnie z tego powodu życie Kary się rozsypuje – zaczyna wstydzić się samej siebie, co doprowadza do zaniechania podejmowania wielu działań.

Pierwszoosobowa narracja pozwala wczuć się nieco bardziej w emocje oraz przeżycia Kary, jednak zabrakło mi w tym wszystkim szczerości oraz głębi. Niby rozumiem przez co przechodzi dziewczyna (załóżmy, że nie tak dawno sama byłam nastolatką) i nie potrafię wczuć się w jej sytuację. Ów rys psychologiczny zanikł pod wątkiem szukania szantażysty, którego tożsamość dla uważnego czytelnika była znana od samego początku. W zasadzie w powieści występują jedynie dwie postacie, które nie są szantażowane, a mają bezpośredni związek ze szkołą. Rozwiązanie wobec tego jest proste od początku, dlatego nie rozumiem, czemu akurat na tym motywie Falkoff skupiła się najmocniej.

„Pod presją” stwarzało pozory rzetelnie napisanej powieści dla młodzieży, która wpisuje się w obecny trend odkrywania problemów nastolatków i zaprzestania ich umniejszania przez dorosłych. Wydawało mi się, że być może będzie w pewien sposób korespondować z popularnym ostatnio serialem „13 powodów” (recenzja tutaj). Niestety, autorka tytułowy temat „bycia pod presją” oraz samego trudu dorastania potraktowała bardzo zachowawczo, schematycznie, nie wnosząc nic więcej niż to, co potrzeba, aby książkę szybko i sprawnie się czytało. A szkoda, bo jej najnowsza powieść miała zadatki na stanie się czymś więcej niż kolejną schematyczną lekturą dla młodzieży.

Ocena: 6/10

6666

Recenzja książki “Pragnienie” Richarda Flanagana: kolonializm i barbarzyństwo w XIX wieku

Flanagan_Pragnienie_mCo czyni nas „człowiekiem cywilizowanym” – tak można zaprezentować książkę Richarda Flangana ,,Pragnienie”.  W takim razie powinniśmy zadać sobie pytanie, co różni ,,białego człowieka” od ,,kolorowego”? To temat teraz bardzo aktualny, jeżeli odniesiemy go do wydarzeń w ostatnich czasach, chodzi mi tutaj o wszechobecny rasizm. Jakie są jego przyczyny? Czy to nieznajomość innych kultur, lęk przed nieznanym go potęguje? Właśnie na te pytanie stara się odpowiedzieć Flangan.

Akcja osadzona jest w XIX wieku, gdzie spotykamy się z pisarzem Dickensem i panią Jane Franklin, która przychodzi do niego z prośbą o napisanie sztuki. I to nie byle jakiej sztuki – takiej, gdzie główną postacią będzie jej mąż, który wyruszył na wyprawę podróżniczą i, niestety, z niej nie powrócił. Wszyscy dookoła kobiety byli przekonani, że mężczyzna zginął, a jego współtowarzysze posunęli się do kanibalizmu. Żona jednak  nie traci wiary i utrzymuje, że tak na pewno się nie stało – jej celem jest oczyszczenie imienia męża. Zanim jednak o sztuce, to wcześniej dowiadujemy się o epizodzie z życia małżeństwa, gdy to adoptowali małą Aborygenkę. Stało się tak, ponieważ zamieszkali w kolonii karnej i tam właśnie mała Mathinna zauroczyła Lady Jane, której nie dane było zajść w ciążę. Dziewczynka zostaje wyrwana ze swojego naturalnego środowiska, gdzie miała mnóstwo ,,mam” i ,,tatusiów”. Wrzucona do świata kompletnie jej nieznajomego musi ,,zachowywać się” z gracją, ale nie to jest dla niej najgorsze… Najuciążliwsze i nie do zaakceptowania staje się noszenie butów, które ją ograniczają i sprawiają, że nie czuje się wolnym, swobodnym człowiekiem. Dziewczynka uczy się pisać, funkcjonować w świecie ,,białych”, jednak z czasem  zaczynają wychodzić na jaw różnice kulturowe. Zaprowadzona do znajomych państwa Franklinów przynosi im wstyd, ponieważ nie zachowuje się ,,należycie” – otoczenie mówi o niej jako o ,,dzikusce”, której nie można reformować. Po wielu próbach postanawiają oddać dziewczynkę z powrotem do adopcji. W tym momencie zaczyna się najsmutniejsza historia Mathinny, która znowu jest zagubiona, nie wie, co zrobiła źle, nie jest świadoma swojego ,,niedopasowania” do środowiska.

Kolejnym ważnym wątkiem jest życie i charakter Dickensa. Został on przedstawiony jako mąż niekochający – jego żona urodziła mu dziesiątkę dzieci i od tego czasu para zaczęła się od siebie oddalać, a mąż zaczął gardzić otyłą i leniwą żoną, którą dodatkowo obwinia za złe wychowywanie ich potomstwa. Podczas prób i wystawiania spektaklu wdaje się w romans z młodą aktorką, która pociąga go coraz bardziej. Okazuje się mężczyzną bez serca, ale jednak z wielkim talentem. Wystawia sztukę, o którą prosiła go lady Franklin i poznaje różnice pomiędzy ludźmi czy kulturami. Jednak przede wszystkim zaczyna zgłębiać tematykę barbarzyństwa.  W dodatku sam w tej sztuce jest aktorem.

Książka ,,Pragnienie” to świetnie przedstawiony kontrast pomiędzy ludźmi z tak zwanych ,,wyższych sfer” a ludźmi wyzwolonymi, nieuznającymi żadnych reguł, zasad, żyjących w zgodzie ze sobą i naturą. Pokazuje przede wszystkim, że różnice leżą w podejściu ludzi do życia. Zaznacza również, jak wielką rolę odgrywają w rozwoju dziecka rodzice i jak bardzo biorą za nie odpowiedzialność – na przykładzie małej Mathinny takie porzucenie ją przez matkę adopcyjną sprawiło, że jej życie posypało się jak domek z kart. Stała się nieprzystosowana do otaczającego ją świata, do którego nie potrafiła się wpasować.

Kolejnym ważnym wątkiem jest pokazanie braku szacunku męża do żony, tego, jak osoby nie potrafią ze sobą funkcjonować, jak kiedyś mężczyźni wymagali od kobiet wychowywania dzieci i spełniania miliona różnych funkcji.

Nie można zapomnieć o wpływie kolonizacji i osiedleń ,,białych”, którzy wypleniani tubylców zamieszkujących tamtejsze tereny. Ludzie bez żadnych skrupułów niszczyli kulturę, dziedzictwo innych, tylko dlatego że nie byli tacy jak oni – kazali im się albo dostosowywać, albo zakańczali ich życie.  Teraz wydaje nam się to niewyobrażalne, ale kiedyś było to na porządku dziennym. Nie do końca jestem w stanie pojąć, dlaczego tak się działo – czy to przez ten lęk przed nieznanym, a może chęć pokazania wyższości jednych nad drugimi?

„Pragnienie” jest książką wielowątkową poruszającą szereg problemów i wiele historii, a przede wszystkim problemów, które moim zdaniem są aktualne nawet teraz, w XXI wieku, tylko przybierają inną formę. Według mnie jest to po prostu wpisane w naturę ludzką i pomimo setek lat, które dzielą nas od bohaterów książki, myślę że można byłoby ją zastosować do naszego pokolenia i odnaleźlibyśmy w tym wszystkim smutną analogię.

Ocena: 6/10

 

6666

Recenzja filmu “Moonlight”: kategoria: skrojone pod Oscara

7774878.6 (1)Muszę przyznać, że od kilku dni mam okropny problem z produkcją Barry’ego Jenkinsa. Z jednej strony staram się zrozumieć jego liryczność oraz uniwersalność, z drugiej – nie mogę się pogodzić ze sztampowością samej historii. Trudno nie uznać, że “Moonlight” należy do kategorii filmów skrojonych pod Oscara. Czy jest jednak filmem przełomowym? W zakresie zaprezentowanej intymności, przedstawionych problemów, podjęcia, jak twierdzą niektórzy, tematów tabu?

Ubogi, czarny chłopiec dorasta w jednej z najniebezpieczniejszych dzielnic Miami. Little, jak nazywają go koledzy, stara się znaleźć swoje miejsce w świecie. Matka chłopca coraz mocniej pogrąża się w wyniszczającym ją nałogu narkotykowym. Na szczęście Chiron/Little, poznaje Juana (Mahershala Ali), który staje się dla niego swego rodzaju ojcem zastępczym. Czysty, widny, przestrzenny dom mężczyzny, w którym mieszka ze swoją dziewczyną Teresą (Janelle Monae), staje się dla chłopca oazą stabilności, spokoju, bezpieczeństwa. Obserwujemy życie Chirona na jego trzech etapach – dzieciństwa, nastoletniości oraz dorosłości. W każdym z nich główny bohater nadal stara się odnaleźć samego siebie.

Trudno nie oprzeć się wrażeniu, że najważniejszym powodem, dla którego produkcja Jenkinsa otrzymała Oscara, jest sama charakterystyka głównego bohatera. Czarnoskóry gej mieszkający z niedbającą o niego matką narkomanką, bez ojca, gnębiony przez kolegów. Oscara czuć nosem już po jednym zdaniu. Nie dajcie się zwieść – to naprawdę sztampowa historia. Jedynie opowiedziana w przemyślany sposób. Bowiem Jenkins prezentuje najważniejsze pod względem emocjonalnym wydarzenia z życia chłopca, pomijając wszystko to, co pomiędzy. Wbrew pozorom niezwykle usystematyzowany schemat opowieści sprawia, że ta historia wiele zyskuje. Prawdopodobnie gdyby nie to, byłaby stawiana w o wiele gorszym świetle.

Wszystko to zostało opakowane w pięknie skomponowane kadry; niemalże romantyczne sceny przepełnione małymi, udramatyzowanymi gestami mieszają się z tymi przepełnionymi przemocą i brakiem zrozumienia. Skupienie się na niewielkich gestach, obserwacja każdego najdrobniejszego drgnięcia ust, grymasu czy spojrzenia do pewnego momentu urzekały nawet i mnie. Starałam się dostrzec coś unikatowego w zabawie światłem i nocą. Jednak im dalej w las, tym bardziej te zabiegi stawały się nijakie. Mimo że w ostatniej sekwencji, opowiadającej o Blacku, niektórych zbliżenia oraz detale mogły uderzyć ze zdwojoną siłą. Patrząc na miotającego się w sobie samym dorosłego faceta, zabrakło mi do tego cierpliwości. To wszystko mogło się perfekcyjnie uzupełnić, jednak nawet w sferze wizualnej zdecydowanie brakowało mi szczerości. Uczucie sztuczności i zimnej kalkulacji nie opuściło mnie do końca seansu – zarówno oceniając scenariusz, jak i mise-en-scene.

Trudno za to nie zwrócić uwagi na aktorski popis dwójki czarnoskórych aktorów: Janelle Monae i Mahershala Ali. Aktorka wznosi się na szczyty swoich możliwości w momentach, w których najbardziej widać pogłębiające się szaleństwo bohaterki, w którą się wciela. Monae gra kochającą matkę, by po chwili zamienić się w sadystyczną szantażystkę. Mahershala Ali święci triumfy właściwie w każdej scenie, w której się pojawia, chociaż najlepiej wypada w scenie kłótni z matką Chirona.

„Moonlight”, choć nie jest filmem złym, prezentuje się raczej jako pusta, bezrefleksyjna wydmuszka, która widzowi oferuje złote góry, a pozostawia z ogromnym niedosytem. Hollywood po raz kolejny pokazało, że – jak mawia Ken Loach – w stosunku do kinematografii światowej nie ma zbyt wiele do zaoferowania. A przynajmniej nie wnosi nic odkrywczego i porywającego. Nadal będę uważać, że poprawność polityczna kieruje każdym wyborem Akademii.

Ocena: 6/10

6666

Recenzja filmu “Człowiek, który poznał nieskończoność”: matematyk-romantyk

cz_owiek-markusCoraz częściej okazuje się, że połową sukcesu dobrego filmu biograficznego to dramatyczna, chwytająca za serce historia. Jeszcze lepiej, gdy ta historia jednocześnie wywołuje u widza podziw oraz współczucie dla głównego bohatera. Potem zostaje tylko zatrudnienie obsady, której uda udźwignąć się jej ciężar i oddać najważniejsze elementy, czy stworzyć klimat za pomocą wiernie odwzorowanych kostiumów i scenografii. Niektóre z takich produkcji to dzieła wybitne, inne to po prostu dobrze nakręcone opowieści z doskonałą podstawą scenariuszową. A jaki w takim razie jest obraz przedstawiający losy Srinivasa Ramanujana? Co go wyróżnia, a co ociera się o sztampę?

Indie, 1913 rok. Srinivasa Ramanujan (Dev Patel), 25-letni hinduski samouk mieszka w Madrasie. To matematyczny geniusz, którego zapisów niemalże nikt nie potrafi zrozumieć, więc zmuszony jest do życia jako ubogi urzędnik. Pragnąc zapewnić lepszy żywot swojej żonie, za sprawą swojego zwierzchnika, udaje mu się wysłać pocztą fragmenty swoich matematycznych teorii kilku brytyjskim profesorom. Jeden z nich, Godfrey Harold Hardy (Jeremy Irons), dostrzega geniusz młodego geniusza i zaprasza Srinivasa do Anglii. Sceptycznie nastawieni profesorowie nie są zadowoleni z obecności hindusa bez wykształcenia na kampusie, lecz Ramanujan ciężko pracuje, aby zyskać ich uznanie. Niestety, będzie musiał stawić czoła nie tylko swoim przeciwnikom, ale także uprzedzeniom rasowym. Czytaj dalej “Recenzja filmu “Człowiek, który poznał nieskończoność”: matematyk-romantyk”

Recenzja książki “Kobiety w mafii” Milki Kahn, Anne Veron: strażniczki tradycji vs zdrajczynie

kobiety-w-mafiiMacie całkowite prawo (po raz kolejny) nazwać mnie całkowitą ignorantką. Nie czytałam książki Roberto Saviano, nie oglądałam jej filmowej adaptacji ani serialu „Gomorra”. Jakiekolwiek pojęcie o mafii, zapewne dość mgliste i fantazyjne, miałam jedynie za sprawą pojedynczych dokumentów telewizyjnych czy produkcji fabularnych z lat 70. i 80. W związku z tym, naprawdę byłam przekonana, że rodziny mafijne nie mają już takiego wpływu na Sycylii, w Neapolu i w Kalabrii. Książka Milki Kahn i Anne Veron otworzyła mi jednak szeroko oczy. Historie o kobietach w mafii i ich roli okazały się także cennym źródłem informacji o samych ich przywódcach. Kim tak naprawdę są żony, córki, siostry, kuzynki mafiozów? Czy sprawują rolę bierną czy czynną? Pomagają zbrodniarzom, chronią ich, czy chronią swoje rodziny wydając ich policji? Czy od mafii da się uciec?

Autorki podzieliły swoją książkę na trzy części. Pierwsza z nich opowiada o cosa nostrze, czyli o mafii sycylijskiej; druga – o ‘ndranghercie, czyli o mafii z Kalabrii; trzecia – o kamorze, czyli o mafii z Neapolu. W każdym z rozdziałów znajdziemy historie opowiadające o losach konkretnych kobiet. Historie, które tak samo wiele łączy, jak i dzieli. Poznamy Ninettę Bagarellę, żonę „rzeźnika z Corleone”, czyli kobietę, która nigdy nie wyrzekła się swojego pochodzenia, rodziny i tradycji; Giusy Vitale, dziewczynę, która jako pierwsza sprawowała realną władzę w cosa nostrze (mimo, że przez bardzo krótki okres); Leę Garofalo, silną matkę, która zdradziła wszystko i wszystkich, aby tylko zapewnić swojej córce bezpieczne, godne życie; Marię Licciardi, siostrę szefa Przymierza z Secondigliano, zaniedbanej dzielnicy Neapolu, która po aresztowaniu brata zastąpiła go i kieruje do dzisiaj żelazną ręką wymuszeniami i handlem narkotykami. A przy tym jeszcze kilka innych opowieści z mafijnego świata, którego zasady oraz bezwzględność szokują na każdym kroku.

Czytaj dalej “Recenzja książki “Kobiety w mafii” Milki Kahn, Anne Veron: strażniczki tradycji vs zdrajczynie”

Recenzja książki “Mafia na Wybrzeżu” Krzysztofa Wójcika: był chłop i nie ma chłopa

mafia-na-wybrzezuJako, że bardzo lubię historie gangsterskie, wojny mafijne i tym podobne tematy postanowiłam sięgnąć po ,,Mafię na Wybrzeżu”. Zakochałam się już dawno temu w “Sons of Anarchy”, jednak tam akcja odbywała się w Ameryce, zupełnie innych warunkach niż Polska, poza tym – to jedynie fikcja. W dodatku jakiś czas temu czytałam książkę popularnego już gangstera, którego można nawet posądzić o bycie celebrytą – ,,Masa o kobietach polskiej mafii”. Jej lektura wywarła na mnie ogromnie wrażenie, wręcz wgniatając mnie w fotel. Temat mafii oraz gangów znowu wrócił “na tapetę” wraz z pojawieniem się Masy i “Pitbulla”. Jak w porównaniu do Masy wypadnie ,,Mafia z wybrzeża”? Tak bardzo nie uczepiłabym się tego porównania, gdyby nie to, że na okładce pod tytułem mamy podpis głoszący ,,Krwawe zbrodnie, do których nie posunąłby się Masa”. Czy to już nie markowanie książki ksywą innego człowieka, przestępcy i jego ,,osiągnięć”?  Warto dodać, że autorem “Mafii na Wybrzeżu” jest Krzysztof Wójcik – dziennikarz śledczy – dzięki temu wiemy, że będziemy mieli do czynienia z pewnego rodzaju reportażem.

Zaczynamy od zapoznania się z głównymi postaciami opisywanych wydarzeń, a zaznajomienie się z ich ksywami i nazwiskami pomaga w późniejszej orientacji w historii. Poznajemy półświatek trójmiejskiej “gangsterki”: ,,Iwana”, ,,Ruprechta”, Nowosada, Sienkieva, ,,Gajowego”, ,,Jędrzeja” i ,,Sienę”, ,,Czestera” i ,,Lechię”. Pierwsze morderstwo, będące kluczowym dla wszystkich dalszych zdarzeń, ma istotnie miejsce w ciągu przyczynowo-skutkowym. Chodzi o zlecenie przez ,,Gajowego” zabójstwa Adama Kwaśnego – partnera jego byłej konkubiny Iwony Ciszewskiej. Zorganizowanie całej akcji zostawia pośrednikowi, a zabić mają ,,Lechia” i Drzewicki. Do morderstwa dochodzi w biały dzień, na środku ulicy, gdzie oddane zostają śmiertelne strzały. Gangsterzy uciekają z miejsca zdarzenia i od razu widać, że to amatorzy, którzy chcieli jedynie zarobi dodatkowe grosze. Trzęsą im się ręce i dochodzi do kuriozalnie śmiesznej sytuacji, gdy wyrzucają pistolet o wody, ale to zima i pistolet, zamiast zostać zatopiony, osiadł na lodzie. Czytaj dalej “Recenzja książki “Mafia na Wybrzeżu” Krzysztofa Wójcika: był chłop i nie ma chłopa”

Recenzja książki “Noc ognia” Erica-Emmanuela Schmitta: momenty graniczne

schmitt_nocognia

Niejednokrotnie deklarowałam w różnych miejscach w blogosferze (na blogu, na portalach czytelniczych, na platformach społecznościowych) swoją miłość do Erica-Emmanuela Schmitta. Trudno nie zafascynować się autorem, który w prosty sposób, bez zbędnego patosu czy rozpaczy potrafi pisać o rzeczach najbardziej skomplikowanych w Wszechświecie (czyli przede wszystkim o ludziach, emocjach, umiejętności rozróżniania dobra od zła). Jednak jego najnowsza książka wydana w Polsce jest wyjątkowa jeszcze pod dwoma innymi względami. Po pierwsze, opowiada o jego własnym doświadczeniu, które sprawiło, że został pisarzem; po drugie, część wydania zajmują puste, białe strony, które zachęcają czytelnika do spisania swojego własnego momentu granicznego.

“Noc ognia” to historia o wydarzeniu, o doznaniu, które całkowicie zmieniło życie Erica-Emmanuela Schmitta. Gdy pisarz miał dwadzieścia osiem lat wraz z reżyserem, z którym współpracował, udał się na wyprawę na Saharę, aby zbierać materiały do filmu. Wtedy był jedynie filozofem, ateistą i człowiekiem, który zazdrościł tym, którzy wierzą. Jego życie odmieniło się właśnie tam, na pustyni, zgubił karawanę i spędził samotnie noc na pustyni. Lecz czy aby na pewno był całkowicie sam…?

Chyba w żadnej ze swojej powieści Schmitt nie otworzył się tak bardzo przed swoimi czytelnikami. Potwierdzać tę tezę może chociażby epilog, w którym autor zdradza, że zdaje sobie sprawę z tego, że ta historia nikogo nie przekona. Może niektórzy podejdą do niej emocjonalnie, lecz nikt nie uwierzy w opowieść nawrócenia i spotkania z Bogiem. Przez tę świadomość reakcji odbiorców nagle ta historia stała się dla mnie o wiele bardziej wiarygodna i sugestywna. Czytaj dalej “Recenzja książki “Noc ognia” Erica-Emmanuela Schmitta: momenty graniczne”

Recenzja książki “Utrata” Rachel Van Dyken, pierwszego tomu serii “Zatraceni”: schematy, które dobrze się czyta

utrata-b-iext28103245

Uważam, że po literaturę młodzieżową można sięgać w każdym wieku. Wybieramy tylko gatunek, a w dobrze napisanej książce nie przeszkadza pewna doza infantylności. Ostatnimi czasy dobrze się mają powieści New Adult (czyli tzw. literatura dla młodych dorosłych). Wystarczy spojrzeć na niemały sukces Colleen Hoover i jej „Hopeless”. Tak wielu czytelników (a raczej czytelniczek) pokochało jej twórczość w dość krótkim czasie. Choć nowy trend zdecydowanie zyskuje coraz to większą przychylność odbiorców, mnie niekoniecznie przekonuje. Jednak „Utrata” Rachel Van Dyken wciągnęła mnie bezmiernie, pomimo stosowania schematów, które znane są nie od dziś.

Kiersten to niewinna, nieśmiała dziewczyna zaczynająca pierwszy rok nauki w college’u. Jednak ciągną się za nią demony przeszłości, które nie pozwalają jej spać oraz cieszyć się życiem. W nowym miejscu od razu zaprzyjaźnia się z przydzieloną jej współlokatorką – Lisą, która okazuje się być jej zupełnym przeciwieństwem. Kiersten nigdy się nie całowała, a Lisa nie kryje się z tym, że miała facetów na pęczki. Jednak najważniejsza znajomość to ta z opiekunem roku, Westonem. Iskry błyskają między nimi od pierwszego dotyku, pierwszego spotkania. Jednak starszy od Kiersten Wes też ma sekrety, którymi nie chce dzielić się ze światem. Czy uda im się pomóc sobie nawzajem? Czy powoli wyjawiane tajemnice zbliżą ich do siebie czy raczej oddalą? Czy będą razem szczęśliwi?

Pierwszy tom „Zatraconych” to przede wszystkim opowieść o radzeniu sobie z tytułową „Utratą”. Nie zdradzę chyba zbyt wiele, jeśli powiem, że zarówno Kiersten, jak i Wes starają się uporać ze śmiercią bliskich osób. Oboje są zamknięci w sobie, jednak reagują na stratę w inny sposób. Wes stara się dostrzec pozytywne aspekty w swoim życiu, kieruje się pozytywnym myśleniem, robi co może, aby cieszyć się każdą chwilą. To właśnie on uczy Kiersten pogodzenia się ze swoimi demonami, a także spojrzenia na przeszłość i teraźniejszość z innej, lepszej perspektywy. Czytaj dalej “Recenzja książki “Utrata” Rachel Van Dyken, pierwszego tomu serii “Zatraceni”: schematy, które dobrze się czyta”