Recenzja filmu “Nie jestem łatwy”: emancypacja mężczyzn

Ileż to filmów o zamianie ról oglądaliście? Trzy, cztery czy dziesięć? Co jakiś czas powstają głośne hollywoodzkie komedie, które traktują o tym, jak to bohaterowie – przyjaźniący się lub będący rodziną – o kompletnie różnych stylach bycia i charakterach przez przypadek wpadają na słup, trafia ich piorun czy inny niefortunny dar od losu. Wtedy zamieniają się swoimi życiami, wchodzą w czyjeś buty i dostają olśnienia, dlaczego im przez cały czas nie wychodziło. Niekiedy takie produkcje są bardziej śmieszne od innych. Niekiedy wydają się nieco świeższe. A niekiedy nawet nie pochodzą z fabryki snów, a z Francji. Czytaj dalej “Recenzja filmu “Nie jestem łatwy”: emancypacja mężczyzn”

Recenzja książki ,,15 Sierpnia” Michała Kamińskiego: Polska polityczna intryga

Brakowało mi książki, którą mogłabym  pochłonąć w jeden dzień. Całe szczęście trafiłam na ,,15 Sierpnia” Michała Kamińskiego. Dobrze też dla mnie, że dopiero po przeczytaniu zdałam sobie sprawę, że ten Michał Kamiński to TEN polityk Michał Kamiński. Dobrze dlatego, że nie podeszłam do lektury z żadnym politycznym uprzedzeniem i sianiem domysłów, czy ktoś znany jest właśnie opisywany w książce. Czytaj dalej “Recenzja książki ,,15 Sierpnia” Michała Kamińskiego: Polska polityczna intryga”

Recenzja książki ,,Ostatnie srebrniki” Tadeusza Biedzkiego: Kryminał z tajemniczym zakonem w tle

Kryminały z połączeniem wątków historycznych, religijnych to książki, których wielką fanką byłam w gimnazjum i liceum. Pamiętam, jak nie mogłam oderwać się od powieści Dana Browna i zawsze w mojej bibliotece miejskiej czyhałam na książki własnie z tej półki. Jednak stara miłość nie rdzewieje i wracam do tej literatury. Dane mi zostało przeczytać ,,Ostatnie srebrniki” polskiego autora – Tadeusza Biedzkiego – jeżeli chociaż w pewnej części zaciekawi mnie jak ,,Kod Leonarda da Vinci” to mamy sukces na rynku! Czytaj dalej “Recenzja książki ,,Ostatnie srebrniki” Tadeusza Biedzkiego: Kryminał z tajemniczym zakonem w tle”

Recenzja książki “Najtwardsza stal”, pierwszego tomu serii “Tatuaże” Scarlett Cole: same dziary blizn nie zakryją

Co jakiś czas sięgnąć muszę po erotyk, który odpędzi moje myśli od życia na Ziemi. Najlepiej jakby fabuła łączyła ze sobą jeszcze jakieś z moich zainteresowań. Dlatego też “Najtwardsza stal” Scarlett Cole w moment mnie kupiła krótkim opisem, który otrzymałam od Wydawnictwa Akurat. Nie dość, że data wydania powieści zbiegła się z moją zachcianką odmóżdżenia, to także z robieniem kolejnego tatuażu. Idealne zgranie odhaczone. Jednak jak z zaspokojeniem mojej potrzeby zapomnienia o całym świecie? Czy lektura okazała się na tyle lekka i wciągająca, aby nie myśleć o teraźniejszości? Czy tatuaże odgrywają w powieści ważną rolę, czy może grają jedynie rolę ozdobnika?

Harper Connelly jest pozornie zwykłą dziewczyną – pracuje w kawiarni, mieszka sama, nie spotyka się z żadnym mężczyzną. Jednak to tylko pozory. Ukrywa się pod przybranym nazwiskiem, próbując odciąć się od dramatycznej przeszłości, którą zafundował jej dawny chłopak-psychopata. Czytaj dalej “Recenzja książki “Najtwardsza stal”, pierwszego tomu serii “Tatuaże” Scarlett Cole: same dziary blizn nie zakryją”

Recenzja filmu “Scenariusz na miłość”: to nie jest kolejna hollywoodzka komedia romantyczna

Jestem w stanie zrozumieć, czemu znaczącej większości odbiorców nowy film Marca Lawrence’a nie przypadł do gustu. Zwiastun został zmontowany tak, aby rozreklamować „Scenariusz na miłość” jako niezwykle zabawną komedię romantyczną. Właśnie tego spodziewali się widzowie, którzy udali się do kin – lekkiej, śmiesznej produkcji. Lecz zostali okrutnie oszukani. Filmowi reżysera „Dwóch tygodni na miłość” bliżej do komediodramatu niż do romantycznej, sztampowej komedii. Lawrence’owi udało się uniknąć kolejnych klisz i ukazać dość smutną, lecz podnoszącą na duchu historię o człowieku, który nie potrafi ponownie znaleźć swojej życiowej drogi.

Keith Michaels (Hugh Grant) jest scenarzystą, który piętnaście lat temu podbił Hollywood. Dostał Oscara za swój scenariusz, a film na jego podstawie pokochali dorośli i dzieci na całym świecie. Niestety, smutna rzeczywistość uderzyła do jego drzwi. Teraz jest bez grosza przy duszy, rozwiedziony, nie utrzymuje kontaktu z synem, cierpi na brak weny, a każdy jego pomysł zostaje odrzucony przez wszystkie wytwórnie w Los Angeles. Nie widząc innych ofert, decyduje się na zostanie wykładowcą na małej uczelni w niewielkim miasteczku nieopodal Nowego Jorku. Ma nadzieję, że przetrwa tam swój kryzys twórczy i wróci do dawnej formy. W Binghampton poznaje Holly (Marisa Tomei), która pomaga mu inaczej spojrzeć na siebie oraz nieświadomie czyni go lepszym człowiekiem.

Marc Lawrence w pierwszej kolejności jest scenarzystą, dopiero później reżyserem. Historia Keitha Michaelsa wydaje się być sumą hollywoodzkich obserwacji dotyczących sukcesu oraz późniejszych losów twórców „jednego hitu”. Lawrence z pewnością w jakimś stopniu wzorował wykreowanego bohatera na samym sobie, na swoich doświadczeniach. Oszałamiający sukces w młodym wieku spowodował, że ego Michaelsa urosło do niebotycznych rozmiarów. Pomimo pasma porażek, nie mógł zrozumieć, że jego wenę blokuje gnuśność oraz gburowatość. Brutalność Hollywood wzmaga jego rozczarowanie, gdyż poszukiwanie coraz to nowych twarzy, głosów jest najważniejsze.

Lawrence nie boi się również brutalnie przedstawić swojego stanowiska w sprawie postaci kobiecych w Hollywood. Przez postać Keitha stwierdza, że ma dość całkowitej feminizacji kinematografii. Wręcz stawia nowe rozwiązania. Może zamiast poszukiwać kolejnej kobiecej wojowniczki, stworzyć film, w którym takowej nie ma? Bardziej niż sam feminizm, reżyser komentuje poprawność polityczną, która zawładnęła kinem oraz każdą inną dziedziną sztuki.

Reżyser „Dwóch tygodni na miłość” już po raz czwarty zdecydował się na współpracę z Hugh Grantem. Czuć na ekranie, że panowie dogadują się ze sobą doskonale. Niestety, ma to swoje dobre, jak i złe strony. Grant perfekcyjnie rozumie założenia twórcy, tworząc postać, jakiej oczekiwał. Jednak gorzki ton za bardzo wydziera się z duszy obu panów – rozczarowanych swoimi karierami, a raczej kierunkiem, jaki obrał po paśmie sukcesów. Starają się stworzyć na nowo zabawną komedię z wielopłaszczyznowym przesłaniem, jednak trudno przebić formułkę „każdy ma drugą szansę”, „ludzie się zmieniają”, itd. przez przygnębiające studium hollywoodzkiej kariery. Ostatecznie otrzymujemy letnie żarty, które nijak nas nie rozśmieszają, wielokrotnie widziane zwroty akcji, które są do bólu przewidywalne. Może należałoby zmienić formułę filmu? Zareklamować go  jako niezwykle wnikliwy komediodramat, a znalazłby swoich wiernych odbiorców? Niestety, osoby, które „Scenariusz na miłość” choć trochę zdołałyby docenić, za nic w świecie nie wybiorą się na niego do kina.

Hugh Grant nie starzeje się pięknie, nie jest jak wyrośnięty, niegrzeczny chłopiec, którego włosy przyprószyła siwizna. Na jego twarzy widać zmęczenie, jakąś dozę wypalenia, a także stracił nieco swojego charyzmatycznego uroku. Z pewnymi przeinaczeniami postać, którą gra mogłaby być równie dobrze nim samym. Partnerująca mu na ekranie Marisa Tomei jest jego totalnym przeciwieństwem. Choć pięćdziesięcioletnia, czaruje widza swoim szczerym uśmiechem, nieukrywanymi zmarszczkami. Aktorka nic nie straciła ze swojego zewnętrznego piękna, dojrzewając niczym najlepsze wino.

Mark Lawrence pokazał wreszcie nieco inną twarz niż taśmowego twórcy komedii romantycznych. Okazał się gorzkim ironistą, sumującym swoje twórcze doświadczenie w jednym filmie. Znakomicie pomógł mu w tym Hugh Grant, będący na ekranie niezwykle autentyczny. Gdyby „Scenariusz na miłość” nie udawał czegoś innego niż to, czym jest w rzeczywistości mógłby być naprawdę bardzo dobrym filmem. Jednak ta osnowa sztuczności oraz źle ukierunkowane ambicje wszystko zniszczyły.

Ocena: 6/10

Recenzja serialu “Atypowy”, sezonu pierwszego: o autyzmie wokół seksu

Ostatnio przy recenzji „Aż do kości” wspominałam, że Netflix chyba obrał sobie za cel ratowanie świata. Przy każdej możliwej okazji stara się uświadamiać swoich odbiorców w jakimś trudnym temacie społecznym. Tym razem padło na „Atypowego” i problem autyzmu. Jednak czy sam wzniosły temat umie podźwignąć cały serial? Czy jednak trzeba do tego dobrze napisanego scenariusza, ciekawie rozpisanych postaci, konsekwencji w prowadzeniu fabuły, jak w przypadku każdego poprawnie zrealizowanego serialu?

Sam (Keir Gilchrist) jest osiemnastolatkiem z autyzmem. Postanawia w końcu wejść w świat randek i zdobyć dziewczynę. Ewentualnie chociaż próbną dziewczynę, zanim będzie gotów poderwać i być w związku ze swoją terapeutką Julią (Amy Okuda). Sam mieszka z mamą (Jennifer Jason Leigh), ojcem (Michael Rapaport) i siostrą Casey (Brigette Lundy-Paine), którzy muszą dostosowywać całe swoje życie pod niego. Rodzinny świat kręci się wokół dziecka z autyzmem, lecz na jak długo, skoro dziecko postanowiło dorosnąć?

„Atypowy” jest serialem, który chce jak najgłębiej przedstawić problem życia ludzi z autyzmem oraz to, jak wygląda życie z taką osobą. Bohaterowie więc co i rusz wygłaszają monologi na temat wypowiadania się o ludziach z takim zaburzeniem (scena w trakcie spotkania grupy wsparcia, w której psycholog krytykuje wypowiedzi ojca Sama), skomplikowanych rytuałów, problemów, jakie stwarza obcowanie z autyzmem i o czym trzeba pamiętać. Jednak w większości wypadków twórcy owe przemowy postaci, szczególnie matki głównego bohatera, wciskają w scenariusz na siłę, tak, jakby tworzyli film edukacyjny do pokazywania w szkole. Ostatecznie efekt przedstawia się wielce nienaturalnie i niekoniecznie pomaga zrozumieć sedno problemu.

Połączenie dorastania, chęci uprawiania seksu z autyzmem mogłoby się wydawać poruszaniem pewnego tabu. Jednak twórcy czynią to w sposób tak infantylny, że wychodzi to niekiedy śmieszne w żenujący sposób. Komizm sytuacyjny w tym przypadku jest zabawny w momencie, gdy główny bohater rozumie, z czego ów komizm wynika. Lecz w większości przypadków nie rozumie. Widz może się wręcz złapać na tym, że śmieje się z autyzmu jako takiego i trudności, jakie przysparza ta choroba, zamiast próbować zrozumieć.

Poboczne wątki „Atypowego” mogłyby stworzyć co najmniej dwa odrębne seriale. Matka, której całe życie kręciło się wokół autyzmu, nagle zaczyna rozumieć, że zaczyna dla niej brakować miejsca w rodzinie, że przestaje być potrzebna, a jednocześnie – że w końcu potrzebuje wyjść ze swojej roli. Przynajmniej na kilka godzin dziennie. Kobieta niby ma cały grafik zajęty, ale prawie nie widać, gdy te obowiązki wykonuje czy, chociażby, pracuje. Swoje miejsce w tym momencie życia Sama znajduje ojciec, który do tej pory syna nieco się wstydził. Doradza mu w kwestiach randkowania, podejścia do kobiet oraz pomaga mu przejść przez ten nadwrażliwy moment dojrzewania. Siostra Sama, Casey (notabene świetnie zagrana rola Brigette Lundy-Paine), bardzo kocha swojego brata, lecz jej pozycja w rodzinie jest bardzo słaba. Rodzice, co niejednokrotnie w bezczelny sposób (naprawdę można to było zrobić inaczej) ukazują, stawiają dziecko z autyzmem na piedestale, zapominając często o przyszłości swojego drugiego potomka. Mimo, że każdy z tych wątków wydaje się bardzo interesujący (przynajmniej dla mnie), wszystkie zostały przedstawione w sposób wielce sztampowy i powierzchowny.

Ostatecznie „Atypowy” to pozytywny serial, któremu po prostu nie wychodzi realizacja początkowych założeń. Wszechobecna sztuczność wygłaszanych rad, brak realizmu, nadmiar niewłaściwego komizmu, słabo rozpisane, choć sympatyczne postacie, czynią z niego produkcję, która popełnia kardynalne błędy. „Atypowemu” zabrakło nieco poważniejszego podejścia, głębszego spojrzenia i być może zrezygnowania z połowy elementów komediowych, aby stać się obrazem, który warto zapamiętać.

Ocena: 7/10

Recenzja książki “Magia olewania” Sarah Knight: budżet rzeczy, na których nam zależy

magia-olewania-b-iext47920349Należą do tego typu osób, które wiecznie się przejmują. Przejmuję się, gdy robię imprezę i zastanawiam się, czy kupiłam wystarczającą ilość coli; gdy ktoś niespodziewanie mnie odwiedza, a ja nie mam zmytej podłogi; gdy niezbyt uprzejmie odezwę się do przyjaciółki i myślę, czy się na mnie obraziła. Przeżywam wszystko za bardzo i zdecydowanie brakuje mi dystansu. Przy czym (co oczywiste) jestem osobą szalenie nieasertywną, dającą się wykorzystywać i mówiącą na wszystko „TAK”. Gdy na jednej z promocji wypatrzyłam „Magię olewania” od razu pomyślałam, że prawdopodobnie ta lektura nie zmieni mojego życia, ale może przyczyni się do podjęcia małych kroków, aby nieznacznie je ulepszyć. Czy filozofia Knight okazała się stworzona dla mnie? Czy to kolejny poradnik powtarzający to samo, co inne?

Sarah Knight pewnego dnia porzuciła pracę w korporacji i rozpoczęła karierę wolnego strzelca. Ta decyzja pozwoliła jej na nieprzejmowanie się tym, co zawsze ją irytowało, a co robiła tylko i wyłącznie ze względu na innych. W „Magii olewania” przedstawia nowy sposób na życie, czyli metodę, jak zacząć odpuszczać rzeczy, które są nieistotne oraz jak zacząć oddzielać to, czym się powinniśmy przejmować, od tego o czym nie warto nawet myśleć.

Temat gospodarowania swoim czasem to obecnie temat niezwykle nośny. Niemalże każdy, niezależnie od wieku, zadaje sobie pytanie, jak w dobie wszechobecnego pędu wyselekcjonować rzeczy ważne, ważniejsze i nieważne. Powstaje na ten temat coraz więcej poradników, cieszących się mniejszym lub większym zainteresowaniem. Czym wyróżnia się w szczególności „Magia olewania”? To pozycja szalenie zabawna, która gwarantuje wbrew pozorom liczne wybuchy śmiechu i niezłą rozrywkę. Najwięcej radości przynoszą przykładowe sytuacje przytaczane przez autorkę, z którymi każdy w taki, czy inny sposób w swoim życiu się zetknął. To również znakomity sposób, aby łatwiej dotrzeć do czytelnika, zmobilizować go i sprawić, że szybciej utożsami się z historią Knight.

Już na samym początku Amerykanka zaznacza, że reorganizacja „budżetu rzeczy, na których nam zależy” to dość długi proces, wymagający konsekwencji oraz samoświadomości. Metoda Zero Żalu uwzględnia trzy podstawowe zasady – szczerość, uprzejmość i tzw. „nie bycie suką”. Wydaje się, że rzeczy, o których pisze, są dość oczywiste dla większości czytelników. Nawet tych, którzy, tak, jak ja, cierpią na nadmierne przejmowanie się oraz stresowanie sprawami, które tak naprawdę ich nie obchodzą.

Jak w podobnych lekturach znajdziemy strony, które za zadanie ma wypełnić sam czytelnik. Głównie to miejsca na wypisanie rzeczy, które zamierzamy zacząć olewać, a które są dla nas istotne. Autorka zwraca się do czytelnika wprost, pisze do niego per „ty”, to kolejny zabieg mający na celu zmniejszenie dystansu.

To, czego zabrakło mi w lekturze, to brak większych konkretów, aby przystąpić do działania. Niestety, nie poczułam się zmobilizowana do tego, aby zmienić swoje życie. Zdaję sobie sprawę, że powinnam pozmieniać priorytety, jednak nie znalazłam naprawę rozwiązania, pomimo wykonania wszystkich zadań. Czy olewanie niektórych spraw może sprawić, że będziemy szczęśliwsi? Z pewnością. Jednak czy nieranienie uczuć innych to taka prosta sprawa? Wątpię. Nie zawsze będziemy potrafili przekonująco, szczerze i uprzejmie komuś wyjaśnić, że ta konkretna sprawa, która wpływa na tę osobę, nas zwyczajnie nie obchodzi. Obawiam się, że niektóre metody przytoczone przez autorkę mogą spowodować zniszczenie relacji międzyludzkich, na którym nam zależy.

„Magia olewania” sprawdziła się jako przyjemne, łatwo podane, źródło rozrywki. W prosty sposób utożsamimy się z autorką oraz jej historią, wyłapując elementy wspólne dla naszych żyć. Pomimo, że metoda Zero Żalu brzmi pięknie, uważam, że w praktyce nie zawsze się sprawdzi. Olewanie może być zgubne oraz egoistyczne, dlatego wszędzie warto znaleźć konsensus. Czasem wyjście na quiz do pubu z przyjaciółmi (czego nie znosimy), nie jest takie złe, jeśli im sprawi to radość. A radość naszych bliskich to nasza radość, czyż nie?

Ocena: 6/10

6666

Recenzja książki “Tajemnica zamku”, pierwszego tomu sagi rodu Cantendorfów Krystyny Mirek: romans, śmierć i tajemnice

saga-rodu-cantendorfow-tom-1-tajemnica-zamku-b-iext47447486Czasem potrzebujemy się oderwać od świata rzeczywistego, nawet od literatury ,którą czytamy na co dzień i zrobić coś ,,na opak”. Nawet nasz mózg domaga się tzw. „resetu” . I takim właśnie literackim odmóżdżaczem jest ,,Tajemnica zamku” Krystyny Mirek – książka nawet została przedstawiona jako pozycja ,,lekka”, dlatego nie wymagam od niej górnolotnych treści, ani tego, że wniesie coś ważnego do mojego życia i wywróci je do góry nogami. Miałam nadzieję, że umili mi czas; sprawi, iż na chwilę oderwę się od tego, co czytam zazwyczaj, czyli od fantastyki, kryminału i zaprowadzi mnie do świata intryg, możnowładców, romansów i zamkowego życia. Czy to się udało?

Każda z poślubionych przez hrabię kobiet po pewnym czasie umiera w niewyjaśnionych okolicznościach, jednak nie można go za nic oskarżyć, ponieważ są to zazwyczaj przyczyny naturalne. Jednak dziwnie składa się, że wszystkie po kolei odchodzą. Kolejne boją się go poślubić, a mężczyzna musi mieć przecież potomka. Dlatego też rodzina Miltonów, będąca na skraju bankructwa, chce, aby ich najmłodsza córka wyszła za hrabiego Aleksandra, co pomogłoby im pozbyć się przeogromnych długów. Jak to zazwyczaj bywa córka ma już miłość swojego życia i ani na myśl jej nie przyjdzie, żeby zostać żoną hrabiego. Kochanka Aleksandra – Isabelle – jest mężatką, lecz jej mąż nie przywiązuje do niej wielkiej wagi. Dla niej zaś liczy się, że jest starszy i ma ogromny majątek, który po jego śmierci będzie jej przepisany. Dlatego też ze swoim romansem nie może się za bardzo publicznie obnosić. Jednak, gdy mąż umiera, na jaw wychodzą niespodziewane sekrety, a miłość i związek Izabelle z młodym hrabią staje pod znakiem zapytania.

W ,,Tajemnicy zamku” pojawia wiele barwnych bohaterów – typowych dla tego właśnie gatunku literackiego. Między innymi przedstawione zostają: „wiedźma”, której wszyscy się boją – chodzą nawet plotki, że to ona stoi za śmiercią żon hrabiego;  Izabella – podlotek uwikłany w romans, który wyszedł za mąż wyłącznie dla pieniędzy i swojej wygody; dwie siostry – Kate i Amelia – będące swoimi przeciwieństwami. Pierwsza z nich to raczej chłopczyca, a druga to zakochana romantyczka. Ich rodzice to małżeństwo na skraju bankructwa. Można ich określić jako ludzi, którzy od dawna nie mają ze sobą nic wspólnego i nie dzielą nawet ze sobą łózka, a łączy ich jedynie formalność oraz potomstwo. W powieści pojawia się także dużo ciotek, dam dworu, które, jak to zazwyczaj bywa, są najmądrzejsze i chcą znaleźć jak najlepszą żonę dla Aleksandra. Gosposia, która wręcz nie może zaakceptować Izabelli i robi jej na złość to najciekawsza reprezentantka służby. Każda z tych postaci została ukształtowana dość sztampowo oraz rozpisana według typowego dla tego typu powieści schematu. Wiemy, czego możemy się po nich spodziewać, ich zachowania i wybory nie będą nas ani dziwić, ani szokować.

Książka Krystyny Mirek jest napisana językiem prostym, takim , jakim powinna – łatwo przyswajalnym dla czytelnika. Odbiorca przy tej lekturze nie powinien zbyt dużo myśleć, a jedynie odprężyć się i bezboleśnie ,,przejść” przez powieść. Przy okazji sami możemy wytężyć nasze komórki i zastanowić się, jakie sekrety kryje w sobie zamek Cantendorów.

,,Tajemnica zamku” to książka nade poprawna, wpisująca się we wszystkie warunki i założenia tego gatunku. Nie zaskoczy nawet niewytrwanego czytelnika, jednak nie powinna nikogo zbytnio zanudzić. Chociaż jest mi bardzo daleko od czytania tego typu książek, to na pewno nie uważam, że jest to lektura zła. Raczej należy do gatunku mniej ambitnych, nastawionych na czystą rozrywkę. Tak, jak wiele osób ogląda seriale w telewizji, typu ,,Na wspólnej” czy ,,M jak Miłość”, to właśnie dla tych osób dedykowana jest książka autorstwa Krystyny Mirek.

Ocena: 6/10

66666

Recenzja książki ,,Wszystko jest dobrze w moim świecie” Beaty Pawlikowskiej: kolorowo i mądrze

wszystko-jest-dobrze-w-moim-swiecie-b-iext46998873Zbiór myśli Beaty Pawlikowskiej ,,Wszystko jest dobrze w moim świecie” to zestaw porad, wskazówek, złotych rad i przemyśleń autorki na co dzień. Nie jestem pewna, czy warto sięgać po takie gotowe przepisy. Rady „mądrych głów” i „kołczy”, których zalew w mediach jest ostatnio wszechobecny nieco mnie odstręczają. Poza tym, czy trzeba aż z tej okazji wydawać książkę, by umieścić w niej parę motywacyjnych zwrotów?

Na pewno nasze oko będzie cieszyło samo wydanie książki – piękna grafika i przekłuwająca uwagę okładka. Każda ze stron została dopracowana w najdrobniejszym szczególe – jest bardzo kolorowo. Znajdziemy również charakterystyczne dla Pawlikowskiej żółte karteczki z wypowiedziami i jej rysunki postaci. Co ważniejsze, grafika współgra z treścią, nie jest przypadkowa i dopełnia tekst. Znajdziemy nawet miejsca do notatek, gdzie możemy zapisać własne przemyślenia, postanowienia czy refleksje.

Co do samych porad, to znajdziemy tu dużo mądrych myśli, takich, które na pewno przydadzą nam się, jeżeli tylko będziemy chcieli się do nich zastosować i wprowadzić niektóre w życie. Najbardziej spodobało mi się, że Pani Beata radzi nam, by wyprowadzić siebie i swoje myśli na spacer – pozwolić im pobiegać, być swobodnymi, po prostu odprężyć się i nie myśleć o problemach, słabościach, cieszyć się taką chwilą dla siebie. Sporo znajdziemy w tej książce złotych myśli dla ludzi XXI wieku – zabieganych, zapracowanych, którzy zagubili się w codzienności. Pawlikowska mówi o rzeczach tak oczywistych, jednak często w biegu zapominanych przez nas. O tym, by zatrzymać się na chwilę i na spokojnie pobyć z samym sobą.

Kolejną rzeczą, o której zapominamy to to, by nie podążać za tłumem. Warto niekiedy powiedzieć ,,nie”, zawalczyć o swoje i nie bać się nieznanego. Autorka często podkreśla, by odszukać w sobie balans pomiędzy ciałem a duszą.  O czym jeszcze nagminnie zapomina nasze społeczeństwo? O tym, by cieszyć się z drobnostek, ze słońca oświetlającego nasze dni, ze śpiewu ptaków, czy z tego, że po prostu żyjemy. Tu zgodzę się z Panią Beatą, że większość ludzi chce więcej i więcej, i w pogoni za pieniądzem, władzą zapominają o podstawowych rzeczach, które rozświetlają nasze życie i sprawiają, że jest piękne.

Jednak niektóre ,,mądre zdania” są zbyt ogólne – prawdy oklepane, a nie zawsze sprawdzające się ze względu na charakter – mimo wszystko każdy z nas jest inny. Pawlikowska odradza krzyk – a przecież dla niektórych jest to najlepsza forma oczyszczenia się ze złych emocji i wyrzucenia z siebie wszystkiego, co negatywne – jeżeli nie krzyczymy na kogoś, a do ściany – to czemu by nie? Kolejną ,,prawdą objawioną” jest oklepane powiedzenie ,,nie martw się” – jest to chyba jedno z najgorszych stwierdzeń, jakie możemy powiedzieć osobie, która ma problemy. ,,Będzie dobrze, nie martw się” – ile razy można to słyszeć? Dla niektórych, niekiedy, właśnie to zamartwianie powoduje motywację do działania i rozwiązywania problemów.

,,Wszystko jest dobrze w moim świecie” to zbiór bardzo pozytywny i optymistyczny, ale to zasługa przede wszystkim grafiki oraz pięknego wydania książki. Czytając tę pozycję, czułam się jakbym zażywała pigułkę zbioru mądrych myśli Pani Beaty Pawlikowskiej z jej pierwszych trzech tomów ,,Dżungli” – jeżeli przeczytaliście kiedykolwiek te pozycje, to ,,Wszystko jest dobrze w moim świecie” nic nowego nie wniesie, a nawet może zdenerwować.  Wydaje mi się, że Pani Beacie brakuje pomysłów na siebie i zamiast pisać dobre książki podróżnicze, zabiera się za bycie motywatorką. Oczywiście, nie mogę zaprzeczyć, że jest kobietą mądrą, z doświadczeniem zebranym z różnych kultur, ale może właśnie to przede wszystkim o tym powinna pisać? Jak to powiadają, jak się robi wszystko, to tak naprawdę robi się nic, a według mnie wartko skupić się na jednej rzeczy porządnie. Nie potępiam oczywiście tej pozycji – zależy, kto czego od niej oczekuje – dla osób, które będą co jakiś czas zaglądały na pewno będzie to sporą dawką optymizmu i motywacji. Dla mnie jednak to kolejny motywacyjno-optymistyczny powtarzany wciąż tekst ubrany w piękną szatę graficzną.

Ocena: 6/10

6666

Za egzemplarz recenzencki książki dziękuję Wydawnictwu Edipresse Książki:Edipresse Ksiazki_logo (2)

Recenzja książki “Pod presją” Michelle Falkoff: nie lekceważ problemów nastolatka

pod-presja-b-iext47501329Każdy, komu udało się przeżyć wiek nastoletni oraz okres dorastania, wie, co to znaczy „być pod presją”. Nieważne, czy pod presją rodziców, znajomych, szkoły. Od młodego człowieka zazwyczaj wymaga się więcej, ponieważ właśnie właśnie w tym momencie się jego przyszłość. Przynajmniej w teorii. Jednak jakie konsekwencje niosą ze sobą oczekiwania innych? Czy osoba, która dopiero wkroczy w dorosłość, jest w stanie udźwignąć ciężar presji bez dalekoidących skutków?

Kara od lat nosi przydomek Perfekcyjna. Robi wszystko, aby spełnić oczekiwania rodziców oraz przyjaciółek. Żyje w nieustannym stresie. Wszystko się pogarsza, gdy buzujące hormony sprawiają, że jej twarz nie należy do tych bez skazy i zaczynają się na niej pojawiać drobne wypryski. Brzmi jak błahostka? Nie dla dojrzewającej nastolatki. Wstydząc się swojego wyglądu, dziewczyna zaczyna okłamywać swoje przyjaciółki, ostatecznie tracąc z nimi kontakt. Ostatecznie Kara oddaje się wyłącznie nauce, w czym dopingują ją jej ambitni rodzice. Gdy dochodzi do jednego z najważniejszych egzaminów, nastolatka dostaje ataku paniki. Nie zamierza ryzykować kolejny raz – aby go zaliczyć, w trakcie drugiego terminu, bierze stymulujące pracę mózgu tabletki zaproponowane przez nową koleżankę. Egzamin zaliczony, sprawa odeszła w niepamięć. Lecz czy na pewno? Ktoś przesyła Karze zdjęcie, na którym widnieje ona podczas kupowania tabletek. Ktoś zaczyna ją szantażować. Wkrótce okazuje się, że nie tylko ją…

Początkowo byłam zafascynowana powieścią Michelle Falkoff. Wydawało mi się, że będę miała do czynienia z dobrze skrojoną powieścią psychologiczną o młodzieży. Problem presji nakładanej na nastolatków wciąż pozostaje przemilczany, a przecież żyjemy w świecie, w którym trzeba pracować coraz ciężej i więcej, aby osiągnąć upragniony cel. Miałam ogromną nadzieję, że właśnie ten temat autorka rozwinie najmocniej. Niestety, postanowiła, aby akcję zawiązywał wątek kryminalno-detektywistyczny.

Właściwie każdy z bohaterów zmierza się z czyimiś oczekiwaniami. Jednak to Kara najmocniej odczuwa presję – potrzeba bycia idealną sprawia, że dziewczyna pogrąża się w samotności, nie umiejąc poradzić sobie ze swoimi problemami, oddając się jedynie logicznemu myśleniu. Przez jej postać Falkoff udowadnia, że to, co dla nas może być zwykłą błahostką, dla kogoś innego może oznaczać koniec świata. Każdy młody człowiek patrzy na siebie przez krzywe zwierciadło. Widzi w sobie jedynie (albo przeważnie) wady, umniejszając zalety. Właśnie z tego powodu życie Kary się rozsypuje – zaczyna wstydzić się samej siebie, co doprowadza do zaniechania podejmowania wielu działań.

Pierwszoosobowa narracja pozwala wczuć się nieco bardziej w emocje oraz przeżycia Kary, jednak zabrakło mi w tym wszystkim szczerości oraz głębi. Niby rozumiem przez co przechodzi dziewczyna (załóżmy, że nie tak dawno sama byłam nastolatką) i nie potrafię wczuć się w jej sytuację. Ów rys psychologiczny zanikł pod wątkiem szukania szantażysty, którego tożsamość dla uważnego czytelnika była znana od samego początku. W zasadzie w powieści występują jedynie dwie postacie, które nie są szantażowane, a mają bezpośredni związek ze szkołą. Rozwiązanie wobec tego jest proste od początku, dlatego nie rozumiem, czemu akurat na tym motywie Falkoff skupiła się najmocniej.

„Pod presją” stwarzało pozory rzetelnie napisanej powieści dla młodzieży, która wpisuje się w obecny trend odkrywania problemów nastolatków i zaprzestania ich umniejszania przez dorosłych. Wydawało mi się, że być może będzie w pewien sposób korespondować z popularnym ostatnio serialem „13 powodów” (recenzja tutaj). Niestety, autorka tytułowy temat „bycia pod presją” oraz samego trudu dorastania potraktowała bardzo zachowawczo, schematycznie, nie wnosząc nic więcej niż to, co potrzeba, aby książkę szybko i sprawnie się czytało. A szkoda, bo jej najnowsza powieść miała zadatki na stanie się czymś więcej niż kolejną schematyczną lekturą dla młodzieży.

Ocena: 6/10

6666