Recenzja książki “Piękne samobójczynie” Lynn Weingarten: długo wyczekiwany efekt “wow”

Rzadko kiedy narzekam na literaturę young adult. Dlaczego? Ponieważ nawet, jeśli nie jest najwyższych lotów, zazwyczaj staje się idealnym odmóżdżaczem bądź lekturą podnoszącą na duchu w kontekście prawdziwej miłości lub szansy na ułożenie rodzinnych problemów. W kontrze – coraz częściej także gatunek porusza poważne problemy społeczne, nie bawiąc się w sztuczce happy-endy, co też najczęściej tworzy lekturę wartościową i silną w wymowie, nie tylko w potencjale. Trudno znaleźć pozycję, która nie spełnia ani jednego, ani drugiego warunku dobrej literatury young adult. Niestety, “Piękne samobójczynie” znajdują się w gdzieś w odmętach obu tych kategorii. Czytaj dalej “Recenzja książki “Piękne samobójczynie” Lynn Weingarten: długo wyczekiwany efekt “wow””

Recenzja książki “Czarna kolonia”, pierwszego tomu serii “Kroniki Czerwonej Kompanii”: techniczne dyletanctwo w wyjątkowej scenerii

Od jakiegoś czasu pochłaniam każdą nową pozycję wydawniczą, która traktuje o Marsie. O jego kolonizacji, życiu po kolonizacji czy terraformacji. Następną w kolejce tego typu książką okazała się “Czarna kolonia” Arkady’ego Saulskiego. Pierwszy tom serii “Kronik Czerwonej Kompanii” opowiada o tym, jak korporacje przejmują kontrolę nad podbojem kosmosu. Niby nic nowego, ale wydaje mi się, że w tym temacie już przynajmniej jednemu autorowi udało się stworzyć coś wyjątkowego. Niestety, Saulski popełnił niewybaczalny błąd, jeśli chodzi o gatunek, w którym pisze. Bowiem cała fabuła, większość wątków oraz opisów ukazuje go jako technicznego dyletanta. Czy mimo to, da się napisać opowieść o kosmosie w porywający sposób? Czy jednak czyta się tę powieść jako taką, która równie dobrze mogła powstać trzydzieści lat temu? Czytaj dalej “Recenzja książki “Czarna kolonia”, pierwszego tomu serii “Kroniki Czerwonej Kompanii”: techniczne dyletanctwo w wyjątkowej scenerii”

Recenzja filmu “Aż do kości”: Netflix młodzież ratuje czy prowokuje?

Ostatnio coraz częściej odnoszę wrażenie, że Netflix chce ratować świat, a właściwie współczesną młodzież. Chce mówić o problemach, które bolą, które w popkulturze są obecnie często pomijane lub traktowane po macoszemu. Kilka miesięcy po premierze “13 powodów” pojawia się “Aż do kości”, produkcja o anoreksji. Jednak czy Netflixowi udaje się podjąć takie tematu szerzej, inaczej, głębiej? Czy twórcy wychodzą poza wygodne schematy, które funkcjonują obecnie w kulturze oraz ludzkiej świadomości? A może jednak próby na nic się nie zdają, a “Aż do kości” jest kolejny tekstem kultury, który o zaburzeniach odżywiania opowiada w ten sam sposób?

Ellen (Lily Collins) zmaga się z anoreksją. Przebywała już w niejednym ośrodku, lecz żaden nie sprawił, że zechciała wyzdrowieć. W końcu trafia do placówki doktora Beckhama (Keanu Reeves), w której stosowane są dość niekonwencjonalne metody leczenia…

“Aż do kości” prezentuje historię tzw. “stereotypowej” anorektyczki, która mocno osiadła w powszechnej świadomości. Biała Amerykanka, z bogatej rodziny, z nieco dysfunkcyjnego domu. Jednak w ośrodku, w którym przebywa jest kilkoro innych młodych osób zmagających się z zaburzeniami odżywiania. Nieco starsza dziewczyna, która jest w ciąży, chłopak, który wskutek kontuzji musiał porzucić swoją karierę w balecie, otyłą dziewczynę, która przełamuje stereotyp, że tylko chudzi ludzie mają tego typu problemy, a także osobę w stadium, w którym musi być karmiona dożylnie. To bardzo ciekawa plejada drugoplanowych postaci. Jednak jest to jednocześnie jeden z największych problemów tej postaci. Żadna z nich nie została rozwinięta, a przecież  o anoreksji wśród mężczyzn prawie się nie mówi, tak, jak o tym, że zaburzenia odżywiania mogą dotknąć każdego, nie tylko dziewczynę marzącą o patologicznie chudej figurze. Nie znajdziemy tutaj żadnego pogłębienia psychologicznego tych bohaterów, którzy mogliby stać się właściwie fundamentem całej produkcji oraz uczynić ją wyjątkową, wyłamującą się z konserwatywnego przedstawienia tego trudnego tematu.

Innowacyjność terapii w ośrodku ma polegać na niekonwencjonalnym podejściu Doktora. Problem zaczyna się w momencie, gdy zorientujemy się, że owego Doktora w filmie prawie nie widzimy. Na czym więc ma polegać kreatywność jego terapii? Że zostawimy pacjentów samopas? Nie będziemy ich kontrolować, tylko jak w przedszkolu przyznawać punkty za dobre sprawowanie? Jasne, kogo obchodzi, czy pacjenci obsesyjnie ćwiczą, robią brzuszki, czy mają środki przeczyszczające, czy nadal obsesyjnie wymiotują… Bardzo mało realizmu w tej opowieści, przez brak konsekwencji, co czyni ją po prostu… żadną i nijaką.

Twórcy omijają także niewygodnych scen. Tylko po trosze obserwujemy skutki fizyczne zaburzeń odżywiania, ponieważ bohaterzy głównie o nich mówią, lecz nie widzimy ich na ekranie. Z jednej strony cieszy to, że nie obserwujemy postaci w najgorszych stadiach fizycznych, z drugiej – brakuje w tej sferze cielesnej nieco dosadności.

Same motywy postępowania głównej bohaterki wydają się dość mętne. Rozumiemy, że ma popapraną rodzinę, dysfunkcyjną, w której realiach nie może się odnaleźć, lecz relacja między Ellen a jej macochą czy matką również nie zostaje przedstawiona w zbyt szczegółowy sposób. Problem leży w głównej mierze w samym metrażu filmu, który jest zdecydowanie za krótki, aby opowiedzieć o tak złożonym i skomplikowanym problemie, jakim jest anoreksja. Powtarzane w nim sceny, zachowania, mantry czy motta zdają się być wszystkim widzom doskonale znane. Zabrakło więc w tym jakiejś głębi, konkretu, historii z krwi i kości. Wydaje mi się, że jednym z niewielu jasnych aspektów jest ukazanie romantycznej relacji dwóch młodych osób z podobnymi problemami (mimo, że można to uznać za kolejną sztampę).

“Aż do kości” jest produkcją zbyt spłyconą, aby mogła rzeczywiście konsekwentnie opowiedzieć o zaburzeniach odżywiania. Jedynie owa relacja dwojga młodych ludzi, którzy przechodzą przez podobne piekło emocjonalne i brak kontroli nad własnym życiem w jakiś sposób mnie przekonała. Może wynika to wyłącznie z własnych doświadczeń, ponieważ wiem, jak doskonale porozumiewa się człowiek z takimi samymi dysfunkcjami psychicznymi. Netflix po raz kolejny utknął “w konserwie”, utrzymał się w standardach i ryzach, nie przełamując tabu w żaden sposób. Może następnym razem się uda.

Ocena: 5/10