Recenzja książki “Wstyd” Rachel Van Dyken, trzeciego tomu serii “Zatraceni”: wszystkie dusze naprawione, czyli ostatnia z księżniczek znajduje księcia

Wydaje mi się, jakby premiera „Utraty” była zaledwie wczoraj. Seria „Zatraceni” ukazała się w Polsce w błyskawicznym tempie, a jeszcze szybciej zyskała przychylność tak wielu czytelniczek New Adult. Pierwszy tom był nieco schematyczny, cukierkowy, lecz świetnie się go czytało; drugi – prezentował się bardziej dorośle, trochę mroczniej; a trzeci? „Wstyd” na szczęście nie popada w sztampowość i przedstawia się jeszcze poważniej. Powiela błędy z poprzednich tomów serii, lecz z łatwością można spostrzec, jak duży poczyniła Rachel Van Dyken postęp w konstruowaniu fabuły.

Podobnie jak poprzednio na okładce widnieje zdjęcie młodej, około dwudziestoletniej dziewczyny. Utrzymany w chromatycznych barwach projekt przedstawia z pewnością główną bohaterkę. Postać ma założony na głowę kaptur oraz nosi skórzaną kurtkę; wyraźnie zaznaczony został makijaż. Dziewczyna sprawia wrażenie lekko zagubionej, lecz przy tym odważnej i zdeterminowanej (modelka może się pochwalić naprawdę przepięknymi oczami).

Lisa, przyjaciółka dwóch małżeństw – Wesa i Kiersten oraz Gabe’a i Sailor, podobnie jak niegdyś jej bliscy, nosi ze sobą bagaż wspomnień oraz cierpienia z przeszłości. Kiedyś przeszła przez prawdziwe piekło, za sprawą swojego chłopaka, o czym do dzisiaj nie może zapomnieć. Jej drogi przecinają się z tajemniczym Tristanem, jednym z wykładowców na jej kierunku. Początkowo mężczyzna jest do niej bardzo wrogo nastawiony, bo Lisa prawdopodobnie związania jest ze śmiercią osoby, na której mu zależało. Pomiędzy tą dwójką iskrzy namiętność, która zajmuje miejsce początkowej niechęci. Czy uda im się uporać z przeszłością? Czy śmierć Taylora wpłynie na ich relacje? Czy Lisa może się już czuć bezpiecznie?

Historia przedstawiona we „Wstydzie” wydaje mi się być jeszcze bardziej mroczna, ociekająca niebezpieczeństwem niż ta w „Toxic”. W tym tomie najlepiej widać, że to seria niejako o ratowaniu samego siebie, o tym, że ludzie, których spotykamy na naszej drodze mogą być tymi, na których czekaliśmy całe życie. O tym, że nawet w wieku kilkunastu lat można się spotkać z poważnymi problemami, z jakimi zazwyczaj borykają się dorośli. O mocy wybaczania oraz o sile zmian, które wprowadzamy w naszą codzienność. O radzeniu sobie z kolejną emocją, kolejnym piętnem, jakim jest wstyd i stawianie czoła popełnionym niegdyś czynom. Wiem, że brzmi to dość płytko, lecz w rzeczywistości być może właśnie takie przekazy najlepiej docierają do kształtujących się dopiero Młodych Dorosłych?

Mimo, że już po kilkudziesięciu stronach oraz poznaniu wszystkich postaci można się z łatwością domyślić zakończenia powieści, nie ujmuje to temu, że to książka, którą znakomicie, lekko się czyta. Dużo zasługi w tym, że po pierwszej części Van Dyken zrezygnowała z bazowania wyłącznie na fabularnych stereotypach. Podobnie jak „Toxic”, nie jest to powieść przerażająco sztampowa. Dodatkowo, pewien rys thrillera czyni ją jeszcze bardziej wciągającą

Ku mojemu rozczarowaniu i tym razem nowy bohater prezentuje się wręcz idealnie. Tristan to już trzeci książę z bajki, jeszcze bardziej majętny i bogaty niż Gabe i Wes razem wzięci. W dodatku jest zaskakująco dobry, cierpliwy oraz wyrozumiały (pomimo płonącej w nim namiętności nie rzuca się od razu na Lisę). Niestety, wszyscy bohaterowie są do bólu doskonali, a jedyne z czym walczą to czyny z przeszłości, których konsekwencje wciąż odczuwają – dopóki nie zaznają katharsis.

Porównując historię Lisy ze „Wstydu” z zarysowaniem jej charakteru w poprzednich tomach pojawiają się pewne niezgodności. W trzecim tomie poznajemy ją jako dziewczynę, która boi się dotyku, a każda znajomość dość szybko się dla niej kończy. W pierwszym przedstawiana była raczej jako ta, która facetów miała na pęczki (a przynajmniej ja ją tak zapamiętałam – pewną siebie, zdecydowaną, flirtującą). Niekiedy odnosiłam wrażenie, że główna bohaterka została w finalnej części bardzo spłaszczona, pomimo, że poprzednie tomy zapowiadały postać raczej dynamiczną i o wiele ciekawszą.

Po raz kolejny Rachel Van Dyken zastosowała dwutorową narrację – wydarzenia śledzimy z perspektywy Lisy oraz Tristana. Tym razem początku rozdziałów zostały jeszcze wzbogacone o fragmenty dziennika Taylora, które opowiadają o wydarzeniach z przeszłości oraz prezentują, jak bardzo zmienił Lisę i jak duży miał na nią wpływ.

Pomimo ewidentnych, irygujących wad, w tym nadmiernej słodyczy i zbyt idealnych bohaterów, uważam, że „Zatraceni” to naprawdę przyzwoita, gatunkowa seria. Wciągająca, być może pouczająca dla młodszych, dorastających odbiorców, trzymająca w napięciu, a przy tym nie obsceniczna czy wulgarna. Zazwyczaj unikam podobnych książek jak ognia, lecz Rachel Van Dyken sprawiła, że udało mi się przekonać do niezobowiązujących młodzieżówek i zacząć je doceniać. Mam nadzieję, że autorka jeszcze czymś nas zaskoczy.

Ocena: 7/10

Recenzja książki “Uwięzione” Natashy Preston: cienka linia bezpieczeństwa

Należę do tych paskudnych, upartych dziewczyn, które uwielbiają same siedzieć w parku w ciągu nocy, chodzić na spacery w godzinach przeznaczonych raczej do snu, a w szczególności uwielbiam sama wracać do domu. Niejednokrotnie kłócę się o to z moimi przyjaciółmi, którzy mówią „nigdy nie wiesz, co się może stać”, na co odpowiadam „przecież w tym mieście się nic nie dzieje!”. No właśnie – to, że gazety nie trąbią o przestępstwach, ani nie są one wykrywane przez policję, nie oznacza, że złe rzeczy się nie zdarzają. Zwłaszcza młodym kobietom, które wracają wieczorem, nocą czy nad ranem same do domu. Dzięki Natashy Preston i „Uwięzionych” od dzisiaj będę grzecznie podróżować do domu taksówkami, bo nigdy nie chciałabym przeżyć tego, co Summer.

Summer jest prawdopodobnie dość szczęśliwą nastolatką. Ma kochającego chłopaka, rodziców, brata, przyjaciół. W jednej chwili traci wszystko. Zostaje porwana przez psychopatę, który od momentu, gdy ją zobaczył mówi do niej „Lily”. Summer, zamknięta w piwnicy Clovera, poznaje jego pozostałe „kwiatuszki” – Poppy, Rose i Violet. Mężczyzna pragnie stworzyć swoją idealną rodzinę, na którą składać się będą cztery młode dziewczyny oraz on sam. Lily zaczyna walkę o przetrwanie, codziennie poznając nowe zasady życia w piwnicy…

Natasha Preston nie pieści się z czytelnikiem. Od razu wrzuca go w wir akcji i dochodzi do momentu, w którym Summer zostaje porwana. Nie dowiadujemy się o głównej bohaterce zbyt wiele, oprócz tego, że prowadzi w miarę normalne życie. Jednak czy to błąd? Ależ nie. Nawet, gdy śledzimy poszukiwania jakiejś zaginionej osoby w telewizji, czy interesujemy się przebiegiem danego śledztwa, nie zastanawiamy się, kim jest dana osoba. Znamy jej imię, nazwisko, wiemy, że prawdopodobnie posiada kochającą rodzinę, chcemy dowiedzieć się, co ją spotkało, jednak nie interesuje nas, co robiła po lekcjach czy była pracowita, leniwa, ambitna, skromna czy butna. Chcemy znać jej losy. W ten właśnie sposób swoich bohaterów prowadzi Natasha Preston, nie wciągając czytelnika w ich psychologię. Dla mnie w żaden sposób nie umniejsza to wartości książki, a być może – staje się wręcz miłą odmianą.

Pomimo tego, że autorka nie rozbudowuje postaci psychologicznie, „Uwięzionych” trudno nie pochłonąć w całości. Rozłożenie akcentów jest idealne – w ani jednej scenie nie spada poziom napięcia, a gdy rośnie – bieleją nam kłykcie od zbyt mocnego trzymania książki w ręku. Porywająca w swej brutalności oraz przekonująca na wielu poziomach historia opowiadana jest z trzech perspektyw – Colina/Clovera (porywacza), Summer (porwanej dziewczyny) i Lewisa (chłopaka porwanej). Dodatkowo, nie zabrakło miejsca na retrospektywy z życia dwóch pierwszych bohaterów. Pomimo, że nie tłumaczą one do końca (oprócz zaznaczenia niezdrowej relacji z matką), czemu Colin stał się psychopatą Cloverem, to zostawiają wiele w sferze domysłów. Fragmenty dotyczące przeszłości porywacza wydają się zdecydowanie ciekawsze od, niekiedy przesłodzonych, wspomnień Summer, które mają być wyznacznikiem tego, co nastolatkę trzyma przy życiu.

Być może „Uwięzione” nie zawierają bardzo krwawych opisów zbrodni, jednak mrok, który wyziera się z powieści jest wyczuwalny od pierwszej strony. Brutalność Clovera pojawia się w niemalże każdej scenie, w której on występuje, a obserwowanie jego posuwającej się psychozy wprawia czytelnika w coraz większe przerażenie. Pozytywnie zaskoczyło mnie niejednoznaczne zakończenie, któremu daleko do oklepanych schematów – czy to literatury kobiecej, czy thrillera.

„Uwięzione” to także powieść-przestroga, która, być może, pomoże niektórym czytelniczkom w zaprzestaniu uskuteczniania samotnych, nocnych wędrówek. Nawet po 20-tysięcznym mieście. Mnie na pewno sprowokowała do tego, aby trzy razy zastanowić się, zanim kolejny raz wyjdę po północy samotnie na spacer (konsekwencja bezsenności). Pomimo, że prawdopodobnie nie utożsamicie się z bohaterkami, poczujecie grozę sytuacji, w jakiej się znajdują oraz strach, który zawładnął ich życiem. Zrozumiecie, że pewne doświadczenia zmienią człowieka na zawsze i odbiorą mu jego poczucie bezpieczeństwa, którego prawdopodobnie nigdy nie odzyska. A tutaj nie trzeba zagłębiać się w psychologię – człowiek pozbawiony wolnej woli przestaje być człowiekiem. To dla mnie najważniejszy przekaz Preston, który pozostanie ze mną na lata.

Ocena: 9/10

Za egzemplarz recenzencki książki dziękuję:

Recenzja książki “Pod presją” Michelle Falkoff: nie lekceważ problemów nastolatka

pod-presja-b-iext47501329Każdy, komu udało się przeżyć wiek nastoletni oraz okres dorastania, wie, co to znaczy „być pod presją”. Nieważne, czy pod presją rodziców, znajomych, szkoły. Od młodego człowieka zazwyczaj wymaga się więcej, ponieważ właśnie właśnie w tym momencie się jego przyszłość. Przynajmniej w teorii. Jednak jakie konsekwencje niosą ze sobą oczekiwania innych? Czy osoba, która dopiero wkroczy w dorosłość, jest w stanie udźwignąć ciężar presji bez dalekoidących skutków?

Kara od lat nosi przydomek Perfekcyjna. Robi wszystko, aby spełnić oczekiwania rodziców oraz przyjaciółek. Żyje w nieustannym stresie. Wszystko się pogarsza, gdy buzujące hormony sprawiają, że jej twarz nie należy do tych bez skazy i zaczynają się na niej pojawiać drobne wypryski. Brzmi jak błahostka? Nie dla dojrzewającej nastolatki. Wstydząc się swojego wyglądu, dziewczyna zaczyna okłamywać swoje przyjaciółki, ostatecznie tracąc z nimi kontakt. Ostatecznie Kara oddaje się wyłącznie nauce, w czym dopingują ją jej ambitni rodzice. Gdy dochodzi do jednego z najważniejszych egzaminów, nastolatka dostaje ataku paniki. Nie zamierza ryzykować kolejny raz – aby go zaliczyć, w trakcie drugiego terminu, bierze stymulujące pracę mózgu tabletki zaproponowane przez nową koleżankę. Egzamin zaliczony, sprawa odeszła w niepamięć. Lecz czy na pewno? Ktoś przesyła Karze zdjęcie, na którym widnieje ona podczas kupowania tabletek. Ktoś zaczyna ją szantażować. Wkrótce okazuje się, że nie tylko ją…

Początkowo byłam zafascynowana powieścią Michelle Falkoff. Wydawało mi się, że będę miała do czynienia z dobrze skrojoną powieścią psychologiczną o młodzieży. Problem presji nakładanej na nastolatków wciąż pozostaje przemilczany, a przecież żyjemy w świecie, w którym trzeba pracować coraz ciężej i więcej, aby osiągnąć upragniony cel. Miałam ogromną nadzieję, że właśnie ten temat autorka rozwinie najmocniej. Niestety, postanowiła, aby akcję zawiązywał wątek kryminalno-detektywistyczny.

Właściwie każdy z bohaterów zmierza się z czyimiś oczekiwaniami. Jednak to Kara najmocniej odczuwa presję – potrzeba bycia idealną sprawia, że dziewczyna pogrąża się w samotności, nie umiejąc poradzić sobie ze swoimi problemami, oddając się jedynie logicznemu myśleniu. Przez jej postać Falkoff udowadnia, że to, co dla nas może być zwykłą błahostką, dla kogoś innego może oznaczać koniec świata. Każdy młody człowiek patrzy na siebie przez krzywe zwierciadło. Widzi w sobie jedynie (albo przeważnie) wady, umniejszając zalety. Właśnie z tego powodu życie Kary się rozsypuje – zaczyna wstydzić się samej siebie, co doprowadza do zaniechania podejmowania wielu działań.

Pierwszoosobowa narracja pozwala wczuć się nieco bardziej w emocje oraz przeżycia Kary, jednak zabrakło mi w tym wszystkim szczerości oraz głębi. Niby rozumiem przez co przechodzi dziewczyna (załóżmy, że nie tak dawno sama byłam nastolatką) i nie potrafię wczuć się w jej sytuację. Ów rys psychologiczny zanikł pod wątkiem szukania szantażysty, którego tożsamość dla uważnego czytelnika była znana od samego początku. W zasadzie w powieści występują jedynie dwie postacie, które nie są szantażowane, a mają bezpośredni związek ze szkołą. Rozwiązanie wobec tego jest proste od początku, dlatego nie rozumiem, czemu akurat na tym motywie Falkoff skupiła się najmocniej.

„Pod presją” stwarzało pozory rzetelnie napisanej powieści dla młodzieży, która wpisuje się w obecny trend odkrywania problemów nastolatków i zaprzestania ich umniejszania przez dorosłych. Wydawało mi się, że być może będzie w pewien sposób korespondować z popularnym ostatnio serialem „13 powodów” (recenzja tutaj). Niestety, autorka tytułowy temat „bycia pod presją” oraz samego trudu dorastania potraktowała bardzo zachowawczo, schematycznie, nie wnosząc nic więcej niż to, co potrzeba, aby książkę szybko i sprawnie się czytało. A szkoda, bo jej najnowsza powieść miała zadatki na stanie się czymś więcej niż kolejną schematyczną lekturą dla młodzieży.

Ocena: 6/10

6666

Recenzja książki “Sama się prosiła”: wszystkie odcienie szarości pokolenia Z, czyli czy kultura gwałtu istnieje?

sama-sie-prosila-u-iext47004030Moje pokolenie, pokolenie Z, dzisiejszych 20-latków kojarzone jest z głupotą, straconymi szansami, jednolitością, brakiem priorytetów i autorytetów. Tak chyba z grubsza odbierają nas w większości nasi rodzice, szczególnie ci, którzy mieli okazję wychowywać naszych starszych braci czy siostry. Oglądając wiadomości czy różnego rodzaju reportaże, czytając nagłówki gazet trudno się dziwić takiemu postrzeganiu. Ostatecznie okazuje się, że dajemy przyzwolenie na wiele rzeczy, ponieważ nic tak naprawdę nie ma dla nas większego znaczenia – ani wartości rodzinne, ani ambicje zawodowe. Istotne jest jedynie tu i teraz. Jednak czy doprowadziliśmy do tego, że kultura gwałtu ma szansę przestać być jedynie hipotezą, a stać się rzeczywistością? Czy możemy, jako pokolenie, na nowo odnaleźć szacunek do samych siebie?

Nastoletnia Emma jest typem imprezowiczki. Uwielbiana przez niemalże wszystkich w szkole dziewczyna sypia z wieloma facetami, mimo, że nigdy nie otrzymała określenia “puszczalska”. Wszystko się zmienia, gdy dochodzi do tej jednej, jedynej imprezy, na której Emmie całkowicie puszczają hamulce. Zbyt duża dawka narkotyków i alkoholu doprowadza do tego, że nastolatka traci przytomność. Na drugi dzień jej rodzice znajdują ją leżącą na werandzie domu. Emma nic nie pamięta. Dowiaduje się wszystkiego z Facebooka, gdy ogląda swoje zdjęcia i nie może dopuścić do siebie możliwości, że prawdopodobnie została zgwałcona…

“Sama się prosiła” mogłoby być źródłem niezwykle ważnej społecznej dyskusji. Od wielu lat wątpliwości poddawana jest kwestia uznania każdej zgwałconej kobiety jako ofiary. Brzmi brutalnie? Być może. Jednak warto się nad tym przez chwilę zastanowić, nawet jeśli uważamy, że takie rozważania prowadzić mogą tylko seksistowskie świnie. Młoda dziewczyna wychodzi na imprezę. Nieważne, czy na większą domówkę, czy do klubu. Zakłada wysokie szpilki, kusą sukienkę, która ledwo zasłania jej bieliznę (a może bielizny w ogóle na sobie nie ma?). Wychodzi z założeniem, że nie wróci sama do domu. A przynajmniej spotka swojego księcia z bajki na jedną noc i zabawi się z nim na imprezie w łazience. Bierze narkotyki, pije alkohol, nie bardzo ma ochotę wracać do domu, dopóki nie zwróci na siebie uwagi tego, którego obrała sobie za cel. Nadal brzmi brutalnie? Każdy z nas co najmniej raz w życiu miał do czynienia z podobną osobą, mocno wątpię, aby było inaczej. Pewnego dnia dochodzi do tego, że dziewczyna przeholowuje i staje jej się krzywda. Gwałt. Czy, mimo, że każdy z nas ma prawo popełniać błędy, możemy się dziwić, że część opinii publicznej lub chociażby najbliższego grona znajomych, osądza ją w taki, a nie inny sposób? Że ciężko niektórym z nich nazwać ją ofiarą? Jakkolwiek możemy się z takimi poglądami zgadzać lub nie, musimy przyjąć do wiadomości, że kultura gwałtu przestaje być tylko i wyłącznie hipotezą.

Powieść Louise O’Neill pokazuje także siłę i wpływ mediów społecznościowych na kreowanie opinii publicznej oraz na rozprzestrzenianie się informacji. O Emmie krążyłyby jedynie niepotwierdzone plotki, gdyby nie to, że chłopcy, którzy zbezcześcili ją i jej ciało, robili w trakcie aktów przemocy zdjęcia. Następnie wszystkie te materiały znalazły się na powszechnie dostępnej stronie na Facebooku. Trudno powstrzymać wprawioną raz w ruch machinę, tak jak trudno doprowadzić do skasowania zdjęć na platformach społecznościowych. O’Neill doskonale pokazała, jak z łatwością za sprawą “likeów” i komentarzy, pomijając już samo upublicznianie zdjęć, można zniszczyć czyjeś życie.

Trudno tak naprawdę ocenić Emmę. Nie jest to bohaterka wzbudzająca sympatię. Początkowo prezentuje się jako typowa “wredna dziewczyna”, której wolno na więcej niż innym. Często lekceważąco odnosi się do swoich przyjaciółek, traktuje mężczyzn przedmiotowo, ma zbyt duże ego i przed dorosłymi udaje kogoś, kim nie jest (czyli grzeczną dziewczynkę). Zresztą, nawet wraz z rozwojem wydarzeń ciężko jest zacząć nam jej współczuć czy w jakikolwiek sposób się z nią utożsamić. Ja postrzegałam ją jako dziewczynę ze szkoły, której nigdy nie znosiłam – obłudna, złośliwa, którą hołubili zarówno nauczyciele, jak i większość rodziców; a wszyscy uczniowie chcieli być tacy jak ona.

 “Sama się prosiła” to powieść zaskakująco dobra, podejmująca wiele kwestii moralno-etycznych, nad którymi na co dzień się nie zastanawiamy. Myślę, że może mieć ogromny wpływ na nastolatki, które po nią sięgną i sprawić, że kilka razy pomyślą, zanim podejmą jakąkolwiek decyzję. Żadna z nas przecież nie chciałaby zostać ofiarą lub zachowywać się tak, jakby chciała się nią stać. A o to, jak już wiemy, nietrudno.

Ocena: 8/10

 

Recenzja książki “Księga dżungli” (Wydawnictwo [ze słownikiem]): podróż do magicznego świata

ksiega-dzungli,,Księga dżungli” to moja druga pozycja z Wydawnictwa [ze słownikiem]. Od ,,Tajemniczego ogrodu”, który przeczytałam jako pierwszy, różni się tym, że nigdy nie miałam w swoich rękach zbioru opowiadań Rudyarda Kiplinga. A do niedawna żyłam nawet w przekonaniu, że ,,Księga dżungli’’ to jedynie historia indyjskiego chłopca wychowywanego przez zwierzęta. Jakże daleko byłam od prawdy i nie zdawałam sobie sprawy, że to zbiór opowiadań. Ale całe szczęście lepiej teraz zostać wyprowadzonym z błędu niż za na przykład dziesięć lat. ,,Księga dżungli”  to moje dzieciństwo – film animowany po stokroć przewijany i odtwarzany na kasecie VHS z  zapamiętanymi ulubionymi scenami. Dlatego stwierdziłam, że warto nadrobić zaległości i przeczytać ,,Księgę dżungli”, ale, tym razem, w oryginale. Czytaj dalej “Recenzja książki “Księga dżungli” (Wydawnictwo [ze słownikiem]): podróż do magicznego świata”

Recenzja książki “Utrata” Rachel Van Dyken, pierwszego tomu serii “Zatraceni”: schematy, które dobrze się czyta

utrata-b-iext28103245

Uważam, że po literaturę młodzieżową można sięgać w każdym wieku. Wybieramy tylko gatunek, a w dobrze napisanej książce nie przeszkadza pewna doza infantylności. Ostatnimi czasy dobrze się mają powieści New Adult (czyli tzw. literatura dla młodych dorosłych). Wystarczy spojrzeć na niemały sukces Colleen Hoover i jej „Hopeless”. Tak wielu czytelników (a raczej czytelniczek) pokochało jej twórczość w dość krótkim czasie. Choć nowy trend zdecydowanie zyskuje coraz to większą przychylność odbiorców, mnie niekoniecznie przekonuje. Jednak „Utrata” Rachel Van Dyken wciągnęła mnie bezmiernie, pomimo stosowania schematów, które znane są nie od dziś.

Kiersten to niewinna, nieśmiała dziewczyna zaczynająca pierwszy rok nauki w college’u. Jednak ciągną się za nią demony przeszłości, które nie pozwalają jej spać oraz cieszyć się życiem. W nowym miejscu od razu zaprzyjaźnia się z przydzieloną jej współlokatorką – Lisą, która okazuje się być jej zupełnym przeciwieństwem. Kiersten nigdy się nie całowała, a Lisa nie kryje się z tym, że miała facetów na pęczki. Jednak najważniejsza znajomość to ta z opiekunem roku, Westonem. Iskry błyskają między nimi od pierwszego dotyku, pierwszego spotkania. Jednak starszy od Kiersten Wes też ma sekrety, którymi nie chce dzielić się ze światem. Czy uda im się pomóc sobie nawzajem? Czy powoli wyjawiane tajemnice zbliżą ich do siebie czy raczej oddalą? Czy będą razem szczęśliwi?

Pierwszy tom „Zatraconych” to przede wszystkim opowieść o radzeniu sobie z tytułową „Utratą”. Nie zdradzę chyba zbyt wiele, jeśli powiem, że zarówno Kiersten, jak i Wes starają się uporać ze śmiercią bliskich osób. Oboje są zamknięci w sobie, jednak reagują na stratę w inny sposób. Wes stara się dostrzec pozytywne aspekty w swoim życiu, kieruje się pozytywnym myśleniem, robi co może, aby cieszyć się każdą chwilą. To właśnie on uczy Kiersten pogodzenia się ze swoimi demonami, a także spojrzenia na przeszłość i teraźniejszość z innej, lepszej perspektywy. Czytaj dalej “Recenzja książki “Utrata” Rachel Van Dyken, pierwszego tomu serii “Zatraceni”: schematy, które dobrze się czyta”