Recenzja filmu “Thor: Ragnarok”: kwintesencja marvelowskiego komiksu

17 filmów, 9 lat, miliony fanów na całym świecie. Trzy liczby, które mogą się kojarzyć z Marvel Cinematic Universe. Nasz świat potrzebuje superbohaterów bardziej niż kiedykolwiek oraz bardziej niż kiedykolwiek filmowcy dysponują takimi środkami wyrazu, aby oddać im należyty hołd (oczywiście  mam na myśli głównie o CGI). Historie z komiksów doczekują się należytych adaptacji, których poziom wzrasta z każdym filmem. Lecz dopiero „Strażnicy Galaktyki” pokazali, jak zaczerpnąć całymi garściami z pierwowzoru i stworzyć coś, co na ekranie do złudzenia będzie przypominało komiks. A gdy nastał „Thor: Ragnarok”… no cóż, dostaliśmy w końcu Thora jakiego znamy, wszelkie błędy poprzedników zostały naprawione, a Taika Waititi przypomniał (a może pokazał?), jak MCU powinno robić filmy.

Asgardowi grozi niebezpieczeństwo. Nieznana dotąd siostra Thora (Chris Hemsworth) i Lokiego (Tom Hiddleston), bogini śmierci, postanawia wywołać Ragnarok – tzw. zmierzch bogów. Hela (Cate Blanchett) dąży do zagłady swojej cywilizacji. Thor nie zamierza jednak na to pozwolić. Tworzy drużynę, aby pokonać siostrę. Czytaj dalej “Recenzja filmu “Thor: Ragnarok”: kwintesencja marvelowskiego komiksu”

Recenzja filmu “Ant-Man”: mrówki są super, czyli komiks i heist movie w jednym

Kończący drugą fazę MCU „Ant-Man” nie był najbardziej wyczekiwanym filmem roku. Wszyscy zacierali rączki na myśl o „Avengersach: Czasie Ultrona”, a opowieść o Langu wydawała się jedynie dodatkiem, potrzebnym do wprowadzenia nowego bohatera, który ma się pojawić w kolejnej części „Kapitana Ameryki” . Bałam się tej produkcji bardzo – po wszelkich informacjach z nią związanych oraz trailerach można było się spodziewać, że nie będzie ona do końca utrzymana w konwencji marvelowskiego filmu o superbohaterze. Niby wszystkie elementy są, ale dodatkowo został on osadzony w kinie gatunkowym. I wiecie co? Marvel (z namaszczeniem Edgara Wrighta) stworzył obraz przynależący do MCU, który cudownie się wyróżnia na wielu płaszczyznach, a przy tym jest wyjątkowo dobrze skonstruowaną rozrywką.

Scott Lang (Paul Rudd) jest inżynierem – włamywaczem, który właśnie wyszedł z więzienia. Rozwiedziony, musi płacić alimenty, na które go nie stać, aby móc widywać się z ukochaną córką Cassie (Abby Ryder Forston). Niespodziewanie otrzymuje propozycję od Hanka Pyma (Michael Douglas), naukowca, który niegdyś sam był superbohaterem, aby pomóc mu wykraść z laboratorium formułę pozwalającą na zmianę rozmiaru istoty żywej. Stworzona przez niego substancja niegdyś pozwalała mu ratować świat, teraz jego dawny uczeń chce ją wykorzystać jako masową broń i sprzedać Hydrze. Wyposażony w kombinezon umożliwiający zmniejszanie, Scott staje się nowym Ant-Manem i wraz z Doktorem Pymem oraz jego córką Hope (Evangeline Lilly) planuje skok, który ma zapobiec katastrofie.

„Ant-Man” został dość mocno osadzony w kinie gatunkowym. Otóż jest to typowy heist movie i zawiera wszystkie elementy dlań charakterystyczne (taka konwencja wyszła od Edgara Wrighta, którego ducha widać w całym obrazie, który miał pierwotnie reżyserować, a został jedynie jego scenarzystą). Przygotowania do skoku, samo planowanie, gromadzenie zespołu, w którym obowiązkowo muszą się znaleźć kierowca i spec komputerowy, oraz jego wykonanie to obowiązkowe składowe tego typu produkcji. Ta przyjemna odmiana w porównaniu z pozostałymi filmami z MCU jednak nie jest totalna. Znajdziemy w nim również ukochane (a jednocześnie doskonale znane) elementy obrazu z superbohaterami – czyli nieodzowny humor, nawiązania do całego uniwersum czy też klasyczne uratowanie świata przed zagrożeniem. Dzięki takiej mieszance „Ant-Man” jest zupełnie innym filmem od pozostałych ze stajni Marvela, co tylko wychodzi mu na plus.

Nie zabrakło także emocjonalnych scen czy wątków dramatycznych. Choć pozostawiają wiele do życzenia i większość z nich prezentuje się dość topornie, jakby zostały wyciągnięte z przeciętnego hollywoodzkiego obrazu, to sam motyw córki, jej utraty, zagubienia ojca jako człowieka i rodzica można zaakceptować bez większych zastrzeżeń (tym bardziej, że podobny problem dotyczy zarówno Scotta, jak i Hanka). Jest też taka cudowna scena, w której dochodzi do szczerej rozmowy pomiędzy dwójką bohaterów, a Lang cały jej dramatyzm doszczętnie psuje komentarzem, który równie dobrze mógłby wypowiedzieć z sali kinowej widz.

Scott Land mógł stać się kolejnym Tony’m Starkiem – zadufanym, pewnym siebie bucem (pomimo, że cudownie uroczym i kochanym przez większość fanów MCU), który na każdą chwilę ma przygotowane zabawne powiedzonko. Jednak zarówno dzięki Ruddowi, jak i twórcom filmu, udało się z niego zrobić bardzo fajnego, spokojnego, nietypowego herosa, któremu nie brakuje poczucia humoru. Bardzo ciekawie wypada również Hank Pym jako emerytowany superbohater. Chce jeszcze ratować świat, wiemy, że bardzo sam chciałby nadal być Ant-Manem, lecz już nie może. Jego potrzeba niesienia pomocy oraz naprawy własnych błędów jednak nie słabnie ani na chwilę. Łączy w sobie cechy mentora, momentami zgorzkniałego faceta, który nie może się pogodzić z przemijającym czasem, a i nie boi rzucić złośliwą uwagą. Przy tym jest wyjątkowo sympatycznym bohaterem, którego trudno nie polubić. Hope nie została w pełni rozwinięta jako postać, ale scena końcowa po napisach obiecuje, że w przyszłości z pewnością się to zmieni. Luis (Michael Pena), przyjaciel Scotta, to najcieplejszy i najbardziej uczynny człowiek, jakiego moglibyście sobie wyobrazić. Gdy kumpel wychodzi z więzienia oferuje mu zostanie u niego, a potem robi mu gofry z bitą śmietaną. Niby przestępca, niby przygłupi, jednak, gdy zaczyna opowiadać swoje historyjki okazuje się, że to kulturalny facet, który reprezentuje sobą coś więcej. Ach, i każdy tekst, który wypowiada wywołuje salwy śmiechu. Darren Cross jako szwarccharakter wypada zdecydowanie blado. Okazał się postacią średnio ciekawą, nijaką, choć z całkiem zrozumiałymi motywacjami. Ostatnim bohaterem, niemalże tak samo ważnym jak Ant-Man, są… mrówki. Wierzcie mi, że po tym filmie zdołacie je pokochać prawie tak samo mocno jak koty.

„Ant-Man” bardzo dobrze nawiązuje do całego uniwersum. Już w retrospektywnej scenie otwierającej film pojawia się Howard Stark i Agentka Carter. Scott Lang jest również superbohaterem świadomym istnienia innych i pyta, czemu nikt nie zadzwoni po Avengersów (to jeden z dialogów, który zapadnie Wam w pamięci dzięki komizmowi). Oczywiście pojawi się także Stan Lee, więc jak zawsze, z niecierpliwością, go wypatrujcie. Nie zabrakło także odniesień popkulturowych, których nie sposób zignorować.

Ponownie Marvel dokonał świetnych wyborów obsadowych. Począwszy od tytułowego Ant-Mana, Paula Rudda. Znany przede wszystkim z ról komediowych aktor doskonale wczuł się w rolę wyluzowanego superbohatera. Zaskakująco dobrze odnalazł się w tego typu komiksowej produkcji Michael Douglas. Wszystkie sceny, w których się pojawia skrada Michael Pena. To typ aktora, którego komizm nie jest wymuszony, a uśmiech mógłby podźwignąć na nogi każdego pogrążonego w rozpaczy. Evangeline Lilly nie miała okazji się wykazać, szczególnie przez to, że obdarzono ją bardzo nienaturalną fryzurą, którą ciężko zaakceptować przez cały czas trwania filmu.

„Ant-Man” okazał się zabawnym, wyluzowanym filmem, w którym wreszcie nie oglądamy ratowania całego świata, zniszczonego Nowego Jorku czy latających miast (choć wiemy, że to kochamy, to widzieliśmy to wszystko nie raz). Tym razem wszystko jest na nieco mniejszą skalę, bo i nasz bohater kurczy się, a nie rozrasta jak Hulk. Przednia rozrywka gwarantowana, z dużą ilością humoru, a także mądrością, że mrówki są super.

Ocena: 9/10

Recenzja filmu “Ex machina”: co jeśli androidy zaczną śnić o elektrycznych owcach?

Ostatnimi czasy kino science-fiction kojarzy się z blockbusterami, które prześcigają się w ilości efektów specjalnych. Musi być widowiskowo, głośno, walecznie. Alex Garland, twórca „Dredda 3D”, wyłamuje się z panujących trendów tworząc minimalistyczny obraz o sztucznej inteligencji. Z pełną świadomością, że nie przyciągnie przed ekrany rzeszy odbiorców, stawia na kino wymagające cierpliwości oraz intelektualnego wysiłku. Bo w „Ex Machinie” trudno rozpoznać, kto jest człowiekiem, a kto androidem, czy wkraczamy już w sferę boskości, czy pozostajemy marnym, choć ambitnym kaprysem ewolucji.

Caleb (Domhnall Gleeson) to młody programista, który wygrywa firmowy konkurs – nagrodą jest tygodniowy wyjazd do laboratorium szefa firmy – Nathana (Oscar Isaac). Dopiero po dotarciu na miejsce dowiaduje się, jaki jest rzeczywisty cel jego przybycia. Ma za zadanie sprawdzić, czy android stworzony przez jego przełożonego, Ava (Alicia Vikander), zasługuje na miano sztucznej inteligencji. Caleb sprawdza, czy robot pod postacią kobiety rzeczywiście czuje, wzrusza się, reaguje jak człowiek. Jaki będzie wynik testów? Czy Nathan mówi programiście całą prawdę? Jak odróżnić androida od ludzkiej istoty?

„Ex Machina” wymaga od odbiorcy ogromu cierpliwości. W laboratorium Nathana, jak i w całej rzeczywistości przedstawionej przez reżysera, nie można niczego wziąć za pewnik. Od pewnego momentu zastanawiamy się nawet, czy któryś z dwóch męskich bohaterów nie jest maszyną, a nawet oni sami zaczynają wątpić w swoje istnienie. Garland zmusza widza do niemałego intelektualnego wysiłku, zadając mu pytania natury filozoficznej, bo przecież czym byłby film o sztucznej inteligencji bez poruszenia zagrożeń płynących z jej powstania?

Reżyserowi udaje się wprowadzić pewną dość zaskakującą cechę androida – Ava jest bowiem świadoma swojej płci, atrakcyjności. Pomiędzy nią a Calebem od pierwszego spotkania czuć fascynację, którą potęguje manipulacja robota. Nie chcę zdradzić zbyt wiele z intelektualnej układanki, lecz wydaje mi się, że Garlandowi udało się stworzyć naprawdę znaczący film o AI. Prezentacja zagrożeń jest dość bezpośrednia, a sama niejasność istnienia człowieka oraz robota wywołuje dość kontrowersyjne pytania.

W laboratorium mieszkają tylko cztery osoby: Caleb, Nathan, Ava i Kyoko. Czworo aktorów znakomicie spisało się w swoich rolach. Domhnall Gleeson hipnotyzujący, wywołujący sympatię, wzbudza jednocześnie niepokój; przepiękna Alicia Vikander doskonale obojętna, uwodzicielska, a także w jakiś sposób niebezpieczna; przypakowany Oscar Isaac udowadnia, że sprawdza się w każdej nadanej mu roli, nawet tutaj, gdy wciela się w postać bardzo niejasną, niejednoznaczną; Sonoya Mizuno, cudownie „robocia”, automatyczna, nie wyrażająca ani grama emocji jako wszechstronna służąca swojego pana.

Garland postawił na minimalizm w niemalże każdej sferze swojej produkcji. Nieziemskie efekty specjalne, czyli przede wszystkim postura Ava’y, jej budowa, wbijają w fotel. Lecz nie one są tutaj najważniejsze – nie spotkamy się z jakimikolwiek pościgami, futurystyczną bronią czy niezniszczalnymi cyborgami. Brak widowiskowości jest ogromną zaletą „Ex Machiny”. Ascetyczna scenografia ogromnego laboratorium z kilometrami światłowodów połączonych z domem znajdującym się w samym środku rozkwitającej natury. Zestawienie androida, jego „boskiego” twórcy, programisty jako proroka z rajskimi widokami zieleni, wodospadów i głuszy przywołuje na myśl oczywiste skojarzenia. Całości dopełnia wyciszony, lecz intrygujący soundtrack, który również przyczynia się do budowania napięcia.

„Ex Machina” to stonowane science fiction o sztucznej inteligencji, które na pewno nie przyciągnie fanów modnych ostatnio blockbusterów. Wymagające skupienia, cierpliwości, poddające w wątpliwość istotę człowieczeństwa kino jednak ma szansę trafić do grupy odbiorców zafascynowanych tematem,  a także do tych, którzy wolą niejednoznaczną, minimalistyczną rozrywkę.

Ocena: 8/10

Recenzja filmu “Blade Runner 2049”: cyberpunk wiecznie żywy

Żyjemy w czasach, w których tworzenie remake’ów i sequeli filmów z lat 80. i 90. stało się wręcz pewnym trendem. Nikt się nie oburza na kolejną ekranizację „Pamięci absolutnej”, chociaż większość widowni, kinofilskiej czy nie, zdaje sobie sprawę, że dostaniemy kolejne popłuczyny po oryginale. Denis Villeneuve zapowiedział, że biorąc na warsztat kultowego „Łowcę androidów”, zrobi wszystko, aby nie zepsuć tej kontynuacji. Już widząc to nazwisko obok informacji o sequelu mogliśmy wiedzieć, że będzie dobrze. Lecz jak bardzo twórca „Sicario” wyszedł ze zmierzenia się z legendą obronną ręką? Wykreował dzieło jedynie przyswajalne czy tekst kultury, który, podobnie jak jego poprzednik, ma szansę stać się kultowy?

Rok 2049, Los Angeles. Akcja rozgrywa się w prawie 30 lat od wydarzeń przedstawionych w filmie „Łowca androidów” Ridleya Scotta. Oficer K (Ryan Gosling) jest blade runnerem tropiącym replikantów z poprzedniej epoki. Natrafia na zadziwiającą informację, która może odmienić świat.

„Blade Runner 2049”, podobnie jak jego poprzednik, to połączenie filmu noir z filmem science fiction. Śledztwo, które prowadzi Oficer K, to typowe podążanie za tropami, które znamy z wszelkich kryminałów. Mylne ślady, intryga, większa tajemnica o znaczeniu państwowym. Niby oglądaliśmy to już nie raz, a jednak… Mimo, że nie jest już to novum w kinematografii, twórcom udało się wywrzeć na widzach niemałe wrażenie, jakbyśmy jednak widzieli coś zupełnie innego. Ubranego w inne konteksty, posiadającą większą swobodę na wielu polach.

Film Villeneuve’a oddaje hołd kultowemu filmowi oraz jego reżyserowi, jednocześnie będąc tworem kina autorskiego. Nie sposób nie dostrzec charakterystycznych dla Villeneuve’a chwytów montażowych czy szerokokątnych ujęć. Twórca „Wroga” wchodzi na wyżyny swojego reżyserskiego kunsztu. Każdy, kto widział choć dwa filmy reżysera, zdaje sobie sprawę, że to jeden z mistrzów budowania napięcia. Dopracowuje emocjonalnie każdą scenę, zespalając estetycznie muzykę wraz z scenografią oraz grą aktorską.

Zarówno na poziomie wizualnym, jak i dźwiękowym, możemy dostrzec szereg odniesień do filmu Ridleya Scotta. Smaczków będziemy się dopatrywać nawet przy piątym czy siódmym seansie, co i rusz odnajdując coś zupełnie nowego. „Blade Runner 2049” to jednocześnie dzieło integralne z „Łowcą androidów”, jak i całkowicie odrębny, autonomiczny tekst kultury. Kontynuuje historię replikantów, świata w przyszłości, zadaje podobne pytania, jednak obramowane w styl, którego nie przypisalibyśmy Scottowi.

Obraz zdecydowanie odpowiada na niektóre pytania, nawet na takie, które widzów dręczyły od kilku dekad. Jednak nie rozwiewa wszystkich wątpliwości, pozostawiając widza w sferze domysłów. Wydaje mi się, że to najlepsze wyjście, jakie mogli wybrać twórcy filmu. Zostawiają furtkę na ewentualną kolejną opowieść (chociaż trzymajmy kciuki, żeby nie powstała), zmuszając widza do myślenia i mogą zdewaluować schematy jego schematy myślowe.

Wizualnie dzieło twórcy „Nowego początku” to majstersztyk. Mroczny, cyberpunkowy krajobraz, w którym miejsce na zieleń i pastelowe kolory znajdzie się jedynie we wspomnieniach będących implantami, idealnie komponuje się z przejmującą muzyka Hansa Zimmera (ta ścieżka dźwiękowa wybitnie mu się udała). Sceny w Chicago rażą w oczy, łącząc prawie postapokaliptyczny świat z prawdziwym życiem, o którym ludzie już zapomnieli.

Nie sposób nie wspomnieć także o grze aktorskiej, która świetnie współgra z koncepcją filmu. Wyważona rola Ryana Goslinga nie ma w sobie głośnego dramatyzmu, jednak niejednokrotnie przejawia się on w małych dramatach widocznych w jego oczach czy gestach. Zadziwia Harrison Ford, który sprawił, że postać Deckarda ożyła ponownie, a Robin Wright ponownie gra żelazną kobietę skrywającą zbyt wiele emocji.

Jedynym zarzutem, który mogę wymierzyć w ten obraz jest zbytnia dosłowność w niektórych scenach. Niekiedy Villeneuve wkłada w usta bohaterów zbyt wiele słów, odtrącając możliwości dedukcyjne widza, jego spostrzegawczość. Rozumiem, że owe decyzje miały za zadanie nie pozostawiać niedopowiedzeń w pewnych wątkach, jednak nie komponują się one z całością wizji.

Po seansie doświadczyłam zupełnej pustki w głowie, swego rodzaju przygnębienia, co w nocy przerodziło się w gonitwę myśli, refleksję i bezsenność. „Blade Runner 2049” pozostaje z widzem przede wszystkim dzięki swojemu niepodrabialnemu klimatowi, lecz także może przywołać pytania o charakterze etycznym, które wcale nie wydają się być patetyczne. Czuję, że to obraz, który na długo zapisze się w kinematografii. Tak powinno się nadbudowywać kult dzieła minionej epoki. Chapeau bes, Panie Villeneuve.

Ocena: 9/10

Recenzja filmu Chappie: dzielny mały robot

Neill Blomkamp od swojego pierwszego pełnometrażowego filmu wypracował sobie swój własny, charakterystyczny styl. „Dystrykt 9 w niektórych kręgach funkcjonuje już jako obraz kultowy, a „Elizjum, choć przez część odbiorców uznawane za nieco słabszą produkcję, kontynuowało przyjętą już wcześniej estetykę. Podobnie jest z „Chappiem. Te trzy filmy mają mnóstwo elementów wspólnych, lecz najnowszy z nich wyróżnia jedno – prawdziwie ludzki bohater w ciele robota. Czytaj dalej “Recenzja filmu Chappie: dzielny mały robot”

Recenzja filmu “Strażnicy Galaktyki vol. 2”: galaktyczne dramaty rodzinne

7779933.3Gdy w 2014 roku na ekrany kin wchodzili „Strażnicy Galaktyki” niewielu widzów się tym faktem zainteresowało, a jeszcze mniej wybrało na seans. Nawet część fanów filmowego Iron Mana czy Thora przeszło obok tego tytułu obojętnie. Produkcja nie została szczególnie wypromowana, w porównaniu do wcześniejszych tworów MCU. Dlatego tak dużym zaskoczeniem okazała się jakość „Strażników Galaktyki” oraz to, jak szybko podbiła serca nie tylko miłośników komiksów. Dla dużej części widowni stali się oni najlepszym produktem MCU. Dlatego też oczekiwania wobec części drugiej były ogromne, mimo że nadzieję na znakomite kino podsycało nazwisko Jamesa Gunna.

Tym razem Strażnicy Galaktyki rozpoczynają swoją przygodę od obrony pewnej bogatej planety przed obślizgłym przybyszem z innego ciała niebieskiego. Niefortunnym zbiegiem okoliczności (nazywanym też bezmyślnością Rocketa) nasi najemnicy muszą uciekać przed atakiem władczyni Ayeshy. W trakcie ucieczki przychodzi im na pomoc nieznajomy, wyglądający jak człowiek. Okazuje się, że Peter Quill spotyka swojego ojca. Czy tatuś okaże się tym, za kogo się podaje i zostaną naprawione więzi rodzinne? Co ze Strażnikami Galaktyki, jeśli Star Lord będzie chciał pozostać na planecie swojego ojca?

„Strażnicy Galaktyki vol. 2” opowiadają o relacjach międzyludzkich oraz o radzeniu sobie z rodziną. Właściwie każdy z grupy w taki czy inny sposób mierzy się ze swoją przeszłością, popełnionymi błędami czy problemami z tatusiem. Jednak nie zaznacie tutaj patosu czy moralizatorskiego tonu. James Gunn tak prowadzi historię, aby nadać jej nieco poważniejszy, trochę mroczniejszy klimat, unikając pogrzebania tych elementów, które sprawiały, że „jedynka” była produkcją tak wyjątkową.

Reżyser zgrabnie łączy powagę, humor, groteskę czy ironię, nie popadając w zbędne eksploatowanie któregokolwiek z tych środków. Wszystko stanowi wspaniale skomponowaną całość w klimacie Kina Nowej Przygody, gdzie zarówno oprawa wizualna, jak i struktura fabularna są tak samo istotne. James Gunn, także jako autor scenariusza, dopracowuje elementy swojej opowieści w najdrobniejszych szczegółach, pokazując piękno swojej wizji galaktyki, również za pomocą wybitnie zrealizowanych efektów specjalnych. Nie zaniedbuje przy tym żadnego z bohaterów ani ich problemów.

Ilość popkulturowych odniesień wydaje się niemalże niezliczona. To seans, który każdy geek powinien powtarzać raz do roku, dlatego że za każdym razem wyłapie nowy smaczek. Istna uczta dla fana popkultury okraszona dużą ilością śmiechu będzie przyjemnym doświadczeniem przez lata. Wątpię, aby istnieli tacy fani MCU, którzy do produkcji nigdy nie powrócą.

Ciężko stwierdzić, kto tak naprawdę kradnie całe „show”. Drax i Groot wydają się przodować – pierwszy z nich za pomocą niewybrednych żartów, prostoty i zaraźliwego śmiechu, drugi – za sprawą swojej słodkości. Jednak niektóre sceny należą do Star Lorda i Gamory, którzy w uroczy, licealny sposób udają, że nic ich nie łączy. Nie można zapomnieć także o Rockecie wiecznie sprzeczającym się z Quillem, który jest „fajniejszy”, „lepszy” i bardziej „cool”. Yondu odgrywa o wiele większą rolę niż w poprzedniej części, potrafiąc tym razem rozmiękczyć serce widza i go wzruszyć.

„Strażnicy Galaktyki vol. 2” to także genialnie dobrany soundtrack, czyli „Awesome Mix vol. 2”. Nieprzypadkowy zbiór piosenek, gdzie każda z nich komentuje akcje, jest integralną częścią fabuły. Po raz kolejny spotkamy się ze smaczkami lat 80., czyli takimi artystami jak Cat Stevens czy Electric Light Orchestra.

Drugie spotkanie z bandą galaktycznych outsiderów okazało się tak wyśmienitą rozrywką jak odkrycie ich na kinowym ekranie po raz pierwszy. James Gunn wykorzystał to, co udało się w „jedynce”, jednak zapewnił widzom jeszcze więcej emocji, niekiedy bardzo skrajnych. Autonomiczna opowieść MCU powinna przypodobać się także tym, którzy z owym uniwersum nie mają zbyt wiele wspólnego. Duch kosmosu, luzu, Kina Nowej Przygody powinien zadowolić każdego widza szukającego przyzwoitej, blockbusterowej rozrywki. A o to obecnie coraz trudniej.

Ocena: 9/10

99999