Recenzja filmu “Dumni i wściekli”: solidarność, równość i braterstwo, czyli geje i lesbijki wspierają górników

Filmowe historie z życia wzięte, oparte na faktach, często chwytają za serce, czasem budzą śmiech, rzadko można przejść obok nich obojętnie. Jednak co jeśli owa opowieść wydaje się być zupełnie nieprawdopodobna i wyssana z palca? A o widmie tych wydarzeń nawet nie usłyszeliśmy? Fabuła „Dumnych i wściekłych” mogłaby się wydawać absurdalna, gdyby nie to, że przywołana historia wydarzyła się naprawdę. To opowieść o braku tolerancji, równości, współpracy, dojrzewaniu, o polityczno-społecznych problemach oraz konfliktach. Lecz w każdym z tych tematów jest niepowtarzalną lekcją życia dla każdego widza. Czytaj dalej “Recenzja filmu “Dumni i wściekli”: solidarność, równość i braterstwo, czyli geje i lesbijki wspierają górników”

Recenzja filmu “Ant-Man”: mrówki są super, czyli komiks i heist movie w jednym

Kończący drugą fazę MCU „Ant-Man” nie był najbardziej wyczekiwanym filmem roku. Wszyscy zacierali rączki na myśl o „Avengersach: Czasie Ultrona”, a opowieść o Langu wydawała się jedynie dodatkiem, potrzebnym do wprowadzenia nowego bohatera, który ma się pojawić w kolejnej części „Kapitana Ameryki” . Bałam się tej produkcji bardzo – po wszelkich informacjach z nią związanych oraz trailerach można było się spodziewać, że nie będzie ona do końca utrzymana w konwencji marvelowskiego filmu o superbohaterze. Niby wszystkie elementy są, ale dodatkowo został on osadzony w kinie gatunkowym. I wiecie co? Marvel (z namaszczeniem Edgara Wrighta) stworzył obraz przynależący do MCU, który cudownie się wyróżnia na wielu płaszczyznach, a przy tym jest wyjątkowo dobrze skonstruowaną rozrywką.

Scott Lang (Paul Rudd) jest inżynierem – włamywaczem, który właśnie wyszedł z więzienia. Rozwiedziony, musi płacić alimenty, na które go nie stać, aby móc widywać się z ukochaną córką Cassie (Abby Ryder Forston). Niespodziewanie otrzymuje propozycję od Hanka Pyma (Michael Douglas), naukowca, który niegdyś sam był superbohaterem, aby pomóc mu wykraść z laboratorium formułę pozwalającą na zmianę rozmiaru istoty żywej. Stworzona przez niego substancja niegdyś pozwalała mu ratować świat, teraz jego dawny uczeń chce ją wykorzystać jako masową broń i sprzedać Hydrze. Wyposażony w kombinezon umożliwiający zmniejszanie, Scott staje się nowym Ant-Manem i wraz z Doktorem Pymem oraz jego córką Hope (Evangeline Lilly) planuje skok, który ma zapobiec katastrofie.

„Ant-Man” został dość mocno osadzony w kinie gatunkowym. Otóż jest to typowy heist movie i zawiera wszystkie elementy dlań charakterystyczne (taka konwencja wyszła od Edgara Wrighta, którego ducha widać w całym obrazie, który miał pierwotnie reżyserować, a został jedynie jego scenarzystą). Przygotowania do skoku, samo planowanie, gromadzenie zespołu, w którym obowiązkowo muszą się znaleźć kierowca i spec komputerowy, oraz jego wykonanie to obowiązkowe składowe tego typu produkcji. Ta przyjemna odmiana w porównaniu z pozostałymi filmami z MCU jednak nie jest totalna. Znajdziemy w nim również ukochane (a jednocześnie doskonale znane) elementy obrazu z superbohaterami – czyli nieodzowny humor, nawiązania do całego uniwersum czy też klasyczne uratowanie świata przed zagrożeniem. Dzięki takiej mieszance „Ant-Man” jest zupełnie innym filmem od pozostałych ze stajni Marvela, co tylko wychodzi mu na plus.

Nie zabrakło także emocjonalnych scen czy wątków dramatycznych. Choć pozostawiają wiele do życzenia i większość z nich prezentuje się dość topornie, jakby zostały wyciągnięte z przeciętnego hollywoodzkiego obrazu, to sam motyw córki, jej utraty, zagubienia ojca jako człowieka i rodzica można zaakceptować bez większych zastrzeżeń (tym bardziej, że podobny problem dotyczy zarówno Scotta, jak i Hanka). Jest też taka cudowna scena, w której dochodzi do szczerej rozmowy pomiędzy dwójką bohaterów, a Lang cały jej dramatyzm doszczętnie psuje komentarzem, który równie dobrze mógłby wypowiedzieć z sali kinowej widz.

Scott Land mógł stać się kolejnym Tony’m Starkiem – zadufanym, pewnym siebie bucem (pomimo, że cudownie uroczym i kochanym przez większość fanów MCU), który na każdą chwilę ma przygotowane zabawne powiedzonko. Jednak zarówno dzięki Ruddowi, jak i twórcom filmu, udało się z niego zrobić bardzo fajnego, spokojnego, nietypowego herosa, któremu nie brakuje poczucia humoru. Bardzo ciekawie wypada również Hank Pym jako emerytowany superbohater. Chce jeszcze ratować świat, wiemy, że bardzo sam chciałby nadal być Ant-Manem, lecz już nie może. Jego potrzeba niesienia pomocy oraz naprawy własnych błędów jednak nie słabnie ani na chwilę. Łączy w sobie cechy mentora, momentami zgorzkniałego faceta, który nie może się pogodzić z przemijającym czasem, a i nie boi rzucić złośliwą uwagą. Przy tym jest wyjątkowo sympatycznym bohaterem, którego trudno nie polubić. Hope nie została w pełni rozwinięta jako postać, ale scena końcowa po napisach obiecuje, że w przyszłości z pewnością się to zmieni. Luis (Michael Pena), przyjaciel Scotta, to najcieplejszy i najbardziej uczynny człowiek, jakiego moglibyście sobie wyobrazić. Gdy kumpel wychodzi z więzienia oferuje mu zostanie u niego, a potem robi mu gofry z bitą śmietaną. Niby przestępca, niby przygłupi, jednak, gdy zaczyna opowiadać swoje historyjki okazuje się, że to kulturalny facet, który reprezentuje sobą coś więcej. Ach, i każdy tekst, który wypowiada wywołuje salwy śmiechu. Darren Cross jako szwarccharakter wypada zdecydowanie blado. Okazał się postacią średnio ciekawą, nijaką, choć z całkiem zrozumiałymi motywacjami. Ostatnim bohaterem, niemalże tak samo ważnym jak Ant-Man, są… mrówki. Wierzcie mi, że po tym filmie zdołacie je pokochać prawie tak samo mocno jak koty.

„Ant-Man” bardzo dobrze nawiązuje do całego uniwersum. Już w retrospektywnej scenie otwierającej film pojawia się Howard Stark i Agentka Carter. Scott Lang jest również superbohaterem świadomym istnienia innych i pyta, czemu nikt nie zadzwoni po Avengersów (to jeden z dialogów, który zapadnie Wam w pamięci dzięki komizmowi). Oczywiście pojawi się także Stan Lee, więc jak zawsze, z niecierpliwością, go wypatrujcie. Nie zabrakło także odniesień popkulturowych, których nie sposób zignorować.

Ponownie Marvel dokonał świetnych wyborów obsadowych. Począwszy od tytułowego Ant-Mana, Paula Rudda. Znany przede wszystkim z ról komediowych aktor doskonale wczuł się w rolę wyluzowanego superbohatera. Zaskakująco dobrze odnalazł się w tego typu komiksowej produkcji Michael Douglas. Wszystkie sceny, w których się pojawia skrada Michael Pena. To typ aktora, którego komizm nie jest wymuszony, a uśmiech mógłby podźwignąć na nogi każdego pogrążonego w rozpaczy. Evangeline Lilly nie miała okazji się wykazać, szczególnie przez to, że obdarzono ją bardzo nienaturalną fryzurą, którą ciężko zaakceptować przez cały czas trwania filmu.

„Ant-Man” okazał się zabawnym, wyluzowanym filmem, w którym wreszcie nie oglądamy ratowania całego świata, zniszczonego Nowego Jorku czy latających miast (choć wiemy, że to kochamy, to widzieliśmy to wszystko nie raz). Tym razem wszystko jest na nieco mniejszą skalę, bo i nasz bohater kurczy się, a nie rozrasta jak Hulk. Przednia rozrywka gwarantowana, z dużą ilością humoru, a także mądrością, że mrówki są super.

Ocena: 9/10

Recenzja filmu „Zacznijmy od nowa”: muzyka ratuje ludzkie życia

Jestem tym typem fana filmu “Once”, który nie dość, że kocha jego muzykę, atmosferę, magiczność, wykonawców, reżysera, to ma jeszcze z tym obrazem przepiękne wspomnienia. Trudno uniknąć porównywania “Zacznijmy od nowa” z wcześniejszym obrazem Johna Carneya, skoro fabularnie jest łudząco podobny, a także został stworzony na podobnej zasadzie. Jednak czy jego pierwszy film hollywoodzki wytrwał w przepięknym, idealistycznym przekazie bez skalania go omdlewającą słodkością amerykańskich komedii romantycznych? Zdecydowanie Carney nie ulega wobec klisz i banałów, przedstawiając swoją własną wizję cudowności muzyki, która potrafi ratować ludzkie życia.

Dan (Mark Ruffalo) w latach 90. był wziętym nowojorskim producentem muzycznym, lecz uzależnienie od alkoholu, natłok problemów z żoną sprawił, że całkowicie stracił kontrolę nad swoim życiem. Pomimo zapoznawania się z coraz to nowszymi wokalistami i zespołami, od 9 lat nie zakontraktował żadnego muzyka. Ostatniecznie traci pracę. W trakcie depresyjnej, alkoholowej podróży po barach trafia na występ Grety (Keira Knightley). Słyszy tylko jedną jej piosenkę, lecz w głowie już przygotowuje do niej aranżacje (swoją drogą, to genialna scena) i marzy o podpisaniu z nią kontraktu. Greta też nie przeżywa najlepszego okresu w swoim życiu – opuściła rodzinne miasto, aby być ze swoim chłopakiem w Nowym Jorku. Niestety, facet został popularnym muzykiem i szybko spotkał inną kobietę. Rozczarowana Greta ma już wracać do domu, lecz na jej drodze pojawia się Dan. To spotkanie odmieni życie ich obojga już na zawsze.

“Zacznijmy od nowa” to obraz niezwykle poruszający oraz autentyczny emocjonalnie. Z ekranu przebija szczerość reżysera, bo doskonale wiemy, że przez nastawienie stworzonych przez siebie bohaterów prezentuje swoje własną muzyczną ideologię. Film Irlandczyka wygrywa rozbrajającą wiarygodnością także z powodu umieszczenia pewnych utartych schematów w otoczce niezwykłej atmosfery. Brak w nim słodkości charakterystycznej dla podobnych hollywoodzkich produkcji, popularnych komedii romantycznych. Gdy rozpoczynamy seans nie myślimy o tym, że bardzo byśmy chcieli, aby główna para bohaterów się zeszła po burzliwej kłótni. Jeśli już – oglądamy ich poczynania z wielkim uśmiechem na ustach, zastanawiając się, czy możliwym jest, aby drogi takich wrażliwców się skrzyżowały (w przełomowych momentach życia). Carney tworząc swoich bohaterów, a także całą fabułę filmu,  unika kiczu, ckliwości czy emocjonalnego szantażu widza. Cieszę się, że ta produkcja jest tym, czym jest i nie udaje niczego innego.

Idealistyczny przekaz Irandczyka jest niezwykle prosty – muzyka istnieje ponad podziałami, leczy ludzkie dusze i jest niezastąpionym lirycznym środkiem komunikacji. Obok tak prostej ideologii, Carney analizuje również pewną przemianę rynku muzycznego, która zaszła w ciągu ostatnich dwóch, trzech dekad. Pojmowanie muzyki obecne w latach 90. się zdezaluowało. Dan, który niegdyś założył z przyjacielem niezależną wytwórnię i był wziętym producentem muzycznym, teraz nie może pojąć rzeczywistości, w której się znalazł. Połowa utworów brzmi tak samo, druga połowa jest po prostu zła – wokalnie i instrumentalnie. Dan, tak jak Carney, jest pasjonatem, który nie umie zaprzedać swojej duszy komercji (w przeciwieństwie do jego dawnego wspólnika). Wytwórnia, którą niegdyś stworzył nie ma już nic wspólnego ze słowem “niezależność”, a jego podejście do muzyki odeszło do lamusa. Na tym przykładzie widać także, że irlandzki reżyser stworzył film na zasadzie zestawiania przeciwieństw – komercja i alternatywa, kobieta i mężczyzna, młodość i dojrzałość, optymizm i rezygnacja.

Niestety, “Zacznijmy od nowa” muzycznie zdecydowanie odstaje od “Once”. Pomimo tego, że utwory skomponowane przez Gregga Alexandra są nośne, z chwytającymi za serce tekstami, nie udało się mu stworzyć żadnego utworu, który zostanie w naszych głowach po seansie. Jedynie “Lost Stars” ma potencjał, jednak przearanżowanie go na utwory filmu i jego wykorzystanie fabularne nieco do niego zniechęca. Zabrakło tutaj nie tylko muzycznej wyrazistości, ale także nieco bardziej charyzmatycznych, zapadających w pamięć charakterów. Mimo, że Keira Knightley okazała się przyzwoitą wokalistką, a pewne głosowe niedociągnięcia przytłumił jej urok, czegoś tutaj definitywnie zabrakło (a to, że Adam Levine dobrze śpiewa, wcale nie oznacza, że zakamufluje drewnianą grę aktorską).

Carney stworzył niezwykle uroczą parę z dwójki głównych bohaterów. Uzupełniają się oni na każdej płaszczyźnie, razem się ucząc, wspomagając, dzieląc doświadczeniem. Ich sympatyczność łączy się również z aktorskimi kreacjami Marka Ruffalo i Keiry Knightley. Dla mnie zagrali niezwykle równo, nie walcząc o zainteresowanie widza na ekranie. Stworzyli tandem, który być może szybko umknie naszej pamięci, lecz w trakcie trwania filmu zatrzyma dla nas czas, wywoła uśmiech (szczególnie Knightley rzuca przepełnione humorem kwestie) i zabierze w miejsce, gdzie spełniają się marzenia.

Być może brak tutaj tej magiczności, uniesienia, nieuchwytnego nastroju, ale z pewnością w “Zacznijmy od nowa” jest coś cudownego. Pewnie to głupio zabrzmi, lecz to film dający nadzieję na spełnianie marzeń, o możliwości przeformułowania swojego życia wyłącznie dzięki chęciom i pracy, o hierarchii wartości, o autentycznej pasji. Wyświechtane slogany w koncepcji Johna Carney’a nadal są banałami, lecz brzmiącymi niezwykle wiarygodnie.Warto sięgnąć po pierwszy hollywoodzki film Irlandczyka dla tego ułamka nienamacalności i nastrojowości.

Ocena: 8/10

Recenzja filmu “Riwiera dla dwojga”: wdzięcznie, choć nudno

Są produkcje, którym wybaczamy więcej niż na to zasługują. Najczęściej dzieje się tak, ponieważ film wyreżyserował nasz ulubiony pan XYZ lub zagrał aktor nadrabiający muskulaturą. U mnie zdecydowanie takim typem jest Pierce Brosnan. Nieważne, w jakim gniocie jeden z Bondów zagra, zawsze staram się znaleźć w obrazie, w którym występuje pozytywne strony. Lecz w przypadku “Riwiery dla dwojga” Joela Hopkinsa przychodzi mi to z ogromnym trudem.

Kate (Emma Thompson) i Richard (Pierce Brosnan) od lat są rozwiedzeni. Niby oboje spełnieni, lecz czegoś im w życiu zaczyna brakować. Ona, wykładowczyni na uniwerystecie, tęski za tym, że ktoś czeka na nią w domu. Jej jedynym substytutem związku okazują się nieudane randki z przyjaciółmi przyjaciół i czatowanie w internecie z facetami z całego świata. On, ustatkowany, ale nie szaleńczo bogaty, zamierza lada moment przejść na emeryture. Przeżył kilka(naście) związków z kobietami o wiele od niego młodszymi, poranki spędza na grze w golfa, niebawem będzie już człowiekiem wolnym od pracy. Jednak w ostatnim tygodniu pracy jego życie zostaje wywrócone o 180 stopni. Nowy właściciel kupujący założoną przez niego spółkę bezwzględnie (choć legalnie) go oszukuje, a ich fundusze emerytalne przepadają bezpowrotnie. Richard prosi o pomoc Kate w rozwiązaniu sprawy. Razem wyjeżdżają do Paryża, aby porozmawiać z podłym “młodym wilkiem”. Gdy nie mają już pomysłu w jaki sposób rozwiązać zaistniały problem, dowiadują się, że właściciel spółki Richarda zakupił swojej narzeczonej diament warty 10 milionów dolarów. Wraz z pomocą przyjaciół, Pen (Celia Imrie) i Jerry’ego (Timothy Spall) postanawiają włamać się do rezydencji Vincenta (Laurent Lafitte) na Lazurowym Wybrzeżu w dniu jego ślubu i ukraść drogą błyskotkę.

W “Riwierze dla dwojga” można doszukiwać się pewnych obserwacji dotyczących problemów, jakie dotyka osoby w średnim wieku. Przerażenie przed tym, co nastąpi, gdy nasze dzieci dorosną i nas opuszczą, odejdziemy na emeryturę i co się stanie z naszym życiem. Także strach przed dojmującą samotnością, przed niemożliwością rozmowy z drugim człowiekiem. To także wzniosłe usprawiedliwienie uciekania się do zbrodni. Skoro Vincent ukradł Richardowi i Kate pieniądze, przypuszczają oni absurdalny atak na jego diament. Oczywiście takie rozwiązanie fabularne jest dalece nierealne, lecz przypuśćmy, że w pełni rozumiemy reżyserski banalny zamysł – sprawiedliwość zawsze zwycięża.

Jednak skoro to komedia, powinna ona przede wszystkim śmieszyć, a nie cokolwiek poddawać analizie. Tutaj zaczyna się poważny problem. Nie dość, że fabuła jest totalnie oklepana, to w dodatku koszmarnie nudna. “Riwierze dla dwojga” daleko do bycia zabawnym filmem. Z pewnością to produkcja lekka, nawiązująca do screwball comedies z lat 30. (a konkretnie – comedy of remarriage), bez pretensjonalnej nuty, może nawet wdzięczna. Mimo to, nawet poprawne aktorstwo i plejada gwiazd nie jest w stanie zatuszować scenariuszowych wpadek oraz ewidentnego braku humoru.

Jak już przy aktorstwie jesteśmy, bezapelacyjnie Emma Thompson jest tutaj gwiazdą. Wypada ona najbardziej wyraziście, przepełniona powabem i starająca się bardzo zakamuflować głupotę oraz absurd intrygi, w której udział bierze jej bohaterka. To jedyna postać, którą odważyłabym się nazwać “dość zabawną”. Wspomniałam we wstępie, że nieważne jaką rolę popełni Brosnan, zawsze będę go uwielbiać. Tak jest też w tym przypadku – urzeka mnie fakt, że starzeje się on z niebywałą godnością, nie uciekając się do operacji plastycznych. Jednocześnie drażni mnie, że po roli Bonda nie decyduje się na wybór nieco ambitniejszych ról. Drugoplanowo pojawiaja się Timothy Spall i Celia Imrie, którzy wydają się być na ekranie nieco zdegustowani faktem, że grają w takim gniocie. Jednak jak zawsze wypadają bezbłędnie. Niestety, tak dobrana obsada nie okazała się wystarczająca, aby uratować ten film przed katastrofą.

Joel Hopkins stworzył obraz bez wyraźnej koncepcji. Nudny, z suchymi żartami, nadrabiający jednie klasą występujących w nim aktorów. “Riwierę dla dwojga” z trudem można polecić nawet na wolny, sobotni wieczór. No, chyba, że mówimy o oglądaniu jednym okiem, gdy jednocześnie prasujemy lub gramy ze znajomymi w Scrable.

Ocena: 4/10

Recenzja filmu “Scenariusz na miłość”: to nie jest kolejna hollywoodzka komedia romantyczna

Jestem w stanie zrozumieć, czemu znaczącej większości odbiorców nowy film Marca Lawrence’a nie przypadł do gustu. Zwiastun został zmontowany tak, aby rozreklamować „Scenariusz na miłość” jako niezwykle zabawną komedię romantyczną. Właśnie tego spodziewali się widzowie, którzy udali się do kin – lekkiej, śmiesznej produkcji. Lecz zostali okrutnie oszukani. Filmowi reżysera „Dwóch tygodni na miłość” bliżej do komediodramatu niż do romantycznej, sztampowej komedii. Lawrence’owi udało się uniknąć kolejnych klisz i ukazać dość smutną, lecz podnoszącą na duchu historię o człowieku, który nie potrafi ponownie znaleźć swojej życiowej drogi.

Keith Michaels (Hugh Grant) jest scenarzystą, który piętnaście lat temu podbił Hollywood. Dostał Oscara za swój scenariusz, a film na jego podstawie pokochali dorośli i dzieci na całym świecie. Niestety, smutna rzeczywistość uderzyła do jego drzwi. Teraz jest bez grosza przy duszy, rozwiedziony, nie utrzymuje kontaktu z synem, cierpi na brak weny, a każdy jego pomysł zostaje odrzucony przez wszystkie wytwórnie w Los Angeles. Nie widząc innych ofert, decyduje się na zostanie wykładowcą na małej uczelni w niewielkim miasteczku nieopodal Nowego Jorku. Ma nadzieję, że przetrwa tam swój kryzys twórczy i wróci do dawnej formy. W Binghampton poznaje Holly (Marisa Tomei), która pomaga mu inaczej spojrzeć na siebie oraz nieświadomie czyni go lepszym człowiekiem.

Marc Lawrence w pierwszej kolejności jest scenarzystą, dopiero później reżyserem. Historia Keitha Michaelsa wydaje się być sumą hollywoodzkich obserwacji dotyczących sukcesu oraz późniejszych losów twórców „jednego hitu”. Lawrence z pewnością w jakimś stopniu wzorował wykreowanego bohatera na samym sobie, na swoich doświadczeniach. Oszałamiający sukces w młodym wieku spowodował, że ego Michaelsa urosło do niebotycznych rozmiarów. Pomimo pasma porażek, nie mógł zrozumieć, że jego wenę blokuje gnuśność oraz gburowatość. Brutalność Hollywood wzmaga jego rozczarowanie, gdyż poszukiwanie coraz to nowych twarzy, głosów jest najważniejsze.

Lawrence nie boi się również brutalnie przedstawić swojego stanowiska w sprawie postaci kobiecych w Hollywood. Przez postać Keitha stwierdza, że ma dość całkowitej feminizacji kinematografii. Wręcz stawia nowe rozwiązania. Może zamiast poszukiwać kolejnej kobiecej wojowniczki, stworzyć film, w którym takowej nie ma? Bardziej niż sam feminizm, reżyser komentuje poprawność polityczną, która zawładnęła kinem oraz każdą inną dziedziną sztuki.

Reżyser „Dwóch tygodni na miłość” już po raz czwarty zdecydował się na współpracę z Hugh Grantem. Czuć na ekranie, że panowie dogadują się ze sobą doskonale. Niestety, ma to swoje dobre, jak i złe strony. Grant perfekcyjnie rozumie założenia twórcy, tworząc postać, jakiej oczekiwał. Jednak gorzki ton za bardzo wydziera się z duszy obu panów – rozczarowanych swoimi karierami, a raczej kierunkiem, jaki obrał po paśmie sukcesów. Starają się stworzyć na nowo zabawną komedię z wielopłaszczyznowym przesłaniem, jednak trudno przebić formułkę „każdy ma drugą szansę”, „ludzie się zmieniają”, itd. przez przygnębiające studium hollywoodzkiej kariery. Ostatecznie otrzymujemy letnie żarty, które nijak nas nie rozśmieszają, wielokrotnie widziane zwroty akcji, które są do bólu przewidywalne. Może należałoby zmienić formułę filmu? Zareklamować go  jako niezwykle wnikliwy komediodramat, a znalazłby swoich wiernych odbiorców? Niestety, osoby, które „Scenariusz na miłość” choć trochę zdołałyby docenić, za nic w świecie nie wybiorą się na niego do kina.

Hugh Grant nie starzeje się pięknie, nie jest jak wyrośnięty, niegrzeczny chłopiec, którego włosy przyprószyła siwizna. Na jego twarzy widać zmęczenie, jakąś dozę wypalenia, a także stracił nieco swojego charyzmatycznego uroku. Z pewnymi przeinaczeniami postać, którą gra mogłaby być równie dobrze nim samym. Partnerująca mu na ekranie Marisa Tomei jest jego totalnym przeciwieństwem. Choć pięćdziesięcioletnia, czaruje widza swoim szczerym uśmiechem, nieukrywanymi zmarszczkami. Aktorka nic nie straciła ze swojego zewnętrznego piękna, dojrzewając niczym najlepsze wino.

Mark Lawrence pokazał wreszcie nieco inną twarz niż taśmowego twórcy komedii romantycznych. Okazał się gorzkim ironistą, sumującym swoje twórcze doświadczenie w jednym filmie. Znakomicie pomógł mu w tym Hugh Grant, będący na ekranie niezwykle autentyczny. Gdyby „Scenariusz na miłość” nie udawał czegoś innego niż to, czym jest w rzeczywistości mógłby być naprawdę bardzo dobrym filmem. Jednak ta osnowa sztuczności oraz źle ukierunkowane ambicje wszystko zniszczyły.

Ocena: 6/10

Recenzja filmu “Magia w blasku księżyca”: gdzie ten nowojorski neurotyk?

Kocham Woody’ego Allena miłością wieczną. Nieważne, jakiego filmu by nie popełnił, moje uczucia wobec niego oraz jego twórczości nie ulegną zmianie. Wobec tego ta recenzja pozostaje dla mnie pewnym wyzwaniem. Prawdopodobnie żaden film Allena nie wywołał we mnie tak mieszanych emocji, zmuszając mnie do zastanowienia się, jak go w ogóle ocenić. Bo przecież to już nie ten sam nowojorski neurotyk, którego pamiętamy jako twórcę “Annie Hall”, ale nadal geniusz dialogu. Ten tekst będzie próbą odpowiedzi na pytanie, czy wielkiej fance Woody’ego film się podobał, czy raczej nie.

  Akcja “Magii w blasku księżyca” rozgrywa się w latach 20. XX wieku w Europie. Na początku przenosimy się do Berlina, gdzie swój występ prezentuje Wei Ling Soo, czyli Anglik – iluzjonista przebierający się za Chińczyka (Colin Firth). Stanley Crawford to arogancki, napuszony bufon, w dodatku perfekcjonista. Jednak swoją sławę zawdzięcza nie tylko iluzjonistycznym prezentacjom. Świat poznał go również jako demaskatora wszelkich spirytystów, telepatów, wróżek, etc. Na prośbę przyjaciela Stanley udaje się do Francji, aby uratować przed takową oszustką rodzinę Catledge’ów. Po przybyciu na miejsce, Anglik poznaje piękną Sophie Baker (Emma Stone), kobietę-medium, która rzekomo potrafi czytać w myślach oraz kontaktować się z duchami. Stanley zaczyna mieć coraz więcej wątpliwości, czy dziewczyna rzeczywiście jest oszustką. Powoli zaczyna wierzyć, że może irracjonalny świat również istnieje, tuż obok naszego…

  W obrazie Allena najbardziej kuleje fabuła. Dla niemalże z każdego widzów przebieg wydarzeń będzie oczywisty od pierwszej sceny filmu. Naprawdę zaskoczeń fabularnych tutaj nie ma żadnych. Dodatkowo, pojawia się zbyt dużo “dłużyzn”, gdzie akcja zdecydowanie zbyt spowalnia. Na przykład scena w obserwatorium. Z samej koncepcji kipi romantyzm, ale czegoś jej zabrakło, przez co zamiast się zachwycać, zaczynamy ziewać. Jednak nie ma to aż tak wielkiego znaczenia przy całkowitej atmosferze filmu – miłej, ciepłej, budującej, nastrajającej optymistycznie.

  “Magia w blasku księżyca” to zdecydowanie film autotematyczny. Allen od początku swojej twórczości lubował się w tworzeniu fabuł o pisarzach, komikach czy reżyserach (ba, iluzjonista też już był! Pamiętacie “Scoop-gorący temat”?). Stanley zaczyna wątpić w całą swoją filozofię życiową, a także sens jego działalności artystycznej. Będąc przez całe życie ogromnym sceptykiem, nie kryjąc tego, że wszelka jego aktywność na scenie jest zwykłą iluzją, zaczyna się zastanawiać, czy od wielu, wielu lat nie żył w błędzie. Poza tym, w każdym z filmów Allena można odnaleźć hołd złożony konkretnym dziełom oraz twórcom X Muzy. W “Magii w blasku księżyca” z łatwością dostrzec można nawiązanie do “Błękitnego anioła” Josefa von Sternberga oraz do samej Marleny Dietrich (owszem, to zaledwie kilku sekundowe ujęcie, ale jakże wyraźne i klarowne).

  Ogromnym atutem “Magii w blasku księżyca” jest również obsada aktorska. Colin Firth stara się jak najlepiej wejść w skórę Woody’ego Allena. Widać, że stara się bardzo. Jednak dla mnie jego próby bywały irytujące. Najlepiej oczami wyobraźni wyobrazić sobie na ekranie samego reżysera, wtedy film stanie się doskonały. Znakomicie zdała egzamin również Emma Stone, która zagrała jednocześnie piękne niewiniątko, a zarazem wiecznie głodne dziwadło. Serio, to takie zabawne patrzeć, jak jej postać Sophie Baker, ciągle pożera ciastka, owoce, dodatkowe śniadania. Zaskoczyła mnie również jej mimika, która dodawała jej postaci realizmu.

  Niezmiennie Allen jest mistrzem dialogu. Na tej płaszczyźnie widać u niego najmniejszy spadek formy. Monologi filmowego Stanleya (szczególnie ten ostatni) prawdopodobnie będą bawić wszystkich. Dodatkowo, wszelkie rozmowy, w których uczestniczy bohater grany przez Firtha, ociekają literackimi cytatami bądź nawiązaniami do kultury generalnie.

  Allena nadal nurtują pytania o sens życia oraz istnienie Boga. Stanley, podobnie jak sam reżyser, ma do tematów spraw ostatecznych spory dystans oraz stara się nie przekraczać granicy dzielącej dwa światy – a właściwie wcale jej nie odkrywać. Okazuje się, że receptą na sceptycyzm oraz pesymizm jest miłość. Niezależnie od epoki, wieku, płci, charakteru, bohaterowie Allena pragną tego jednego. I tutaj, po tylu latach, filozofia reżysera się nie zmienia. Miłość jest lekarstwem na całe zło, a przynajmniej pomaga przetrwać człowiekowi do końca.

  Allen przez każdy środek wizualny przenosi nas w czasie do lat 20. XX wieku. Akcja rozgrywa się przede wszystkim we Francji, przy Lazurowym Wybrzeżu. W strojach bohaterów, w postaci Wei Ling Soo, w scenografii nie można nie dostrzec niegdysiejszego zachwytu orientem. W warstwie dźwiękowej króluje Leo Reisman z piosenką Cole’a Portera “You Do Something To Me” z 1929 roku. Obok tego wiodącego utworu znajdziemy szereg kompozycji z lat 20-30 oraz kilka klasycznych symfonii. Jeśli jeszcze nie poczuliście, że skorzystaliście z wehikułu czasu, pozostają jeszcze genialne zdjęcia będące zasługą Dariusa Khondija, operatora, z którym Allen współpracował już dwukrotnie.

  Pomimo tego, że trudno nie zarzucić w ostatnich latach Allenowi wtórności oraz spadku artystycznej formy, to nadal potrafi zaczarować swoich widzów na kilkadziesiąt minut. Zabawne dialogi, dobra gra aktorska, żonglerka parodią oraz absurdem, przeniesienie się w czasie, a także piękne zdjęcia gwarantują, że nie zmarnujecie czasu, jeśli zdecydujecie się na seans “Magii w blasku księżyca”.

Ocena: 7/10

Recenzja filmu “Aż do kości”: Netflix młodzież ratuje czy prowokuje?

Ostatnio coraz częściej odnoszę wrażenie, że Netflix chce ratować świat, a właściwie współczesną młodzież. Chce mówić o problemach, które bolą, które w popkulturze są obecnie często pomijane lub traktowane po macoszemu. Kilka miesięcy po premierze “13 powodów” pojawia się “Aż do kości”, produkcja o anoreksji. Jednak czy Netflixowi udaje się podjąć takie tematu szerzej, inaczej, głębiej? Czy twórcy wychodzą poza wygodne schematy, które funkcjonują obecnie w kulturze oraz ludzkiej świadomości? A może jednak próby na nic się nie zdają, a “Aż do kości” jest kolejny tekstem kultury, który o zaburzeniach odżywiania opowiada w ten sam sposób?

Ellen (Lily Collins) zmaga się z anoreksją. Przebywała już w niejednym ośrodku, lecz żaden nie sprawił, że zechciała wyzdrowieć. W końcu trafia do placówki doktora Beckhama (Keanu Reeves), w której stosowane są dość niekonwencjonalne metody leczenia…

“Aż do kości” prezentuje historię tzw. “stereotypowej” anorektyczki, która mocno osiadła w powszechnej świadomości. Biała Amerykanka, z bogatej rodziny, z nieco dysfunkcyjnego domu. Jednak w ośrodku, w którym przebywa jest kilkoro innych młodych osób zmagających się z zaburzeniami odżywiania. Nieco starsza dziewczyna, która jest w ciąży, chłopak, który wskutek kontuzji musiał porzucić swoją karierę w balecie, otyłą dziewczynę, która przełamuje stereotyp, że tylko chudzi ludzie mają tego typu problemy, a także osobę w stadium, w którym musi być karmiona dożylnie. To bardzo ciekawa plejada drugoplanowych postaci. Jednak jest to jednocześnie jeden z największych problemów tej postaci. Żadna z nich nie została rozwinięta, a przecież  o anoreksji wśród mężczyzn prawie się nie mówi, tak, jak o tym, że zaburzenia odżywiania mogą dotknąć każdego, nie tylko dziewczynę marzącą o patologicznie chudej figurze. Nie znajdziemy tutaj żadnego pogłębienia psychologicznego tych bohaterów, którzy mogliby stać się właściwie fundamentem całej produkcji oraz uczynić ją wyjątkową, wyłamującą się z konserwatywnego przedstawienia tego trudnego tematu.

Innowacyjność terapii w ośrodku ma polegać na niekonwencjonalnym podejściu Doktora. Problem zaczyna się w momencie, gdy zorientujemy się, że owego Doktora w filmie prawie nie widzimy. Na czym więc ma polegać kreatywność jego terapii? Że zostawimy pacjentów samopas? Nie będziemy ich kontrolować, tylko jak w przedszkolu przyznawać punkty za dobre sprawowanie? Jasne, kogo obchodzi, czy pacjenci obsesyjnie ćwiczą, robią brzuszki, czy mają środki przeczyszczające, czy nadal obsesyjnie wymiotują… Bardzo mało realizmu w tej opowieści, przez brak konsekwencji, co czyni ją po prostu… żadną i nijaką.

Twórcy omijają także niewygodnych scen. Tylko po trosze obserwujemy skutki fizyczne zaburzeń odżywiania, ponieważ bohaterzy głównie o nich mówią, lecz nie widzimy ich na ekranie. Z jednej strony cieszy to, że nie obserwujemy postaci w najgorszych stadiach fizycznych, z drugiej – brakuje w tej sferze cielesnej nieco dosadności.

Same motywy postępowania głównej bohaterki wydają się dość mętne. Rozumiemy, że ma popapraną rodzinę, dysfunkcyjną, w której realiach nie może się odnaleźć, lecz relacja między Ellen a jej macochą czy matką również nie zostaje przedstawiona w zbyt szczegółowy sposób. Problem leży w głównej mierze w samym metrażu filmu, który jest zdecydowanie za krótki, aby opowiedzieć o tak złożonym i skomplikowanym problemie, jakim jest anoreksja. Powtarzane w nim sceny, zachowania, mantry czy motta zdają się być wszystkim widzom doskonale znane. Zabrakło więc w tym jakiejś głębi, konkretu, historii z krwi i kości. Wydaje mi się, że jednym z niewielu jasnych aspektów jest ukazanie romantycznej relacji dwóch młodych osób z podobnymi problemami (mimo, że można to uznać za kolejną sztampę).

“Aż do kości” jest produkcją zbyt spłyconą, aby mogła rzeczywiście konsekwentnie opowiedzieć o zaburzeniach odżywiania. Jedynie owa relacja dwojga młodych ludzi, którzy przechodzą przez podobne piekło emocjonalne i brak kontroli nad własnym życiem w jakiś sposób mnie przekonała. Może wynika to wyłącznie z własnych doświadczeń, ponieważ wiem, jak doskonale porozumiewa się człowiek z takimi samymi dysfunkcjami psychicznymi. Netflix po raz kolejny utknął “w konserwie”, utrzymał się w standardach i ryzach, nie przełamując tabu w żaden sposób. Może następnym razem się uda.

Ocena: 5/10

Recenzja filmu “Bridget Jones 3”: to zawsze był pan Darcy

7745999.3Ciężko byłoby znaleźć na świecie osobę, posiadającą dostęp do telewizji czy książek, która nie miałaby bladego pojęcia, kim jest Bridget Jones. To postać, która piętnaście lat temu pokazała nam, kobietom, że nie mamy się czego wstydzić, że każda z nas przeżywa podobne dylematy. Zastanawiająca się, czy na pierwszą randkę założyć seksowną bieliznę, czy raczej wyszczuplające majtki, wprowadziła także nowy rodzaj bohaterki do gatunku, jakim jest komedia romantyczna. Dlatego ponowne spotkanie z Bridget było przeze mnie wyczekiwane tak, jak spotkanie z dawną znajomą, która być może ruszyła do przodu, ale nadal bliska jest mojemu sercu.

Jones (Renee Zellweger) spotykamy ponownie w jej urodziny – tym razem Brytyjka kończy 43 lata. Nie dziwi specjalnie, że po raz kolejny spędza je samotnie. Rozstała się z Markiem (Colin Firth), który teraz ma żonę; Daniel (Hugh Grant) zaginął w katastrofie lotniczej i został uznany za zmarłego; a Bridget, bez partnera, tęskni za seksem. Wraz z przyjaciółką z pracy wybiera się na muzyczny festiwal, na którym poznaje Jacka (Patrick Dempsey). Przygoda trwająca jedną noc ma być jedynie miłym wspomnieniem, jednak Jones nie ma pojęcia, jak bardzo się myli. Kilka tygodni później okazuje się, że kobieta jest w ciąży. A przecież w tym samym czasie spotkała się także z Markiem i spędziła z nim noc. Więc… kim jest ojciec dziecka? Czy Bridget powie obu mężczyznom o swoim stanie? A jeśli tak, czy uświadomi ich, że obaj są potencjalnymi tatusiami?

Bridget przez te kilka lat schudła (jak sama twierdzi, osiągnęła swoją wymarzoną wagę), oraz zdobyła pracę jako producentka telewizyjna, w której się spełnia i czuje się w swoim żywiole. Wcale nie przeżywamy zaskoczenia, gdy okazuje się, że nasza bohaterka, kobieta, która zrewolucjonizowała podejście wielu z nas do własnej samotności, nadal jest singielką. Wiemy jednak, że ostatecznie skończy z jakimś mężczyzną – a podświadomie zdajemy sobie sprawę, że to zawsze był i będzie pan Darcy. Przecież nieważne, jak wiele nas dzieli, czy według algorytmu matematycznego jesteśmy do siebie dopasowani, czy nie, jak postrzegamy rzeczywistość i jakie mamy priorytety – czasem miłość nie wybiera i możemy być dla siebie stworzeni, mimo, że nikt nigdy nie powiedziałby, że te dwie osoby mogą ze sobą wytrzymać w jednym pokoju. Tak właśnie wygląda relacja Bridget z Markiem. To przykład pary, która udowadnia nam, że czasem warto być razem na przekór wszystkim i kierować się wyłącznie sercem.

Jednak, gdy w życiu Jones pojawia się Jack, nawet my, widzowie, tak, jak i sama bohaterka, zastanawiamy się nad wyborem. Mark i Qwant nie są skontrastowanymi postaciami, tak, jak było w poprzednich częściach z Markiem i Danielem. Tym razem obaj mężczyźni zabiegający o względy Bridget reprezentują o wiele więcej pozytywnych cech niż tych negatywnych. Przy każdym z nich kobieta czuje się szczęśliwa, każdy stara się być odpowiedzialny, każdy cieszy się na myśl o posiadaniu dziecka, każdy jest na swój sposób uroczy. Jednak konkurenci, pomimo niewielkich spięć i używania niewielkich zgryźliwości, szanują się i wzajemnie troszczą o wybrankę ich serc. To dopiero dylemat, prawda? Wybrać pomiędzy panem Idealnym a panem Doskonałym. Pozostaje kierowanie się tylko pytaniem – z którym z nich chciałabym się zestarzeć?

Pomimo tego, że widać ślady po operacjach plastycznych Zellweger i trudno nie zwrócić uwagi na sztuczne napięcie jej twarzy, aktorka nadal prezentuje się w roli samotnej czterdziestolatki wyjątkowo naturalnie. Colin Firth, przyprószony siwizną, przypomina literackiego pana Darcy’ego, a od Patricka Dempsey’ego bije ten urok i ciepło, które oglądaliśmy w pierwszych sezonach “Chirurgów”. Pomiędzy aktorami czuć nić porozumienia, bezpretensjonalność i sporą dozę rozluźnienia.

Bez wahania mogę stwierdzić, że trzecia część przygód niezdarnej, choć niezwykle emocjonalnej Brytyjki, to najlepsza odsłona serii. Lekka, z pierwszorzędnym humorem, jest niewymuszoną historią, którą w jakiś sposób doskonale znamy, a jednocześnie oglądamy się w niej jak w lustrze. Nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że oglądam na ekranie jedną z wersji swojej przyszłości. I wiecie co? Nie miałabym nic przeciwko, żeby tak wyglądała.

Ocena: 8/10

88888

Recenzja filmu “XOXO”: rave wiecznie żywy

11559390a256a3272d34eb381847a771Wszyscy stali czytelnicy i wszyscy moi znajomi wiedzą, że jestem muzycznym freakiem. Bywam na większości ważniejszych koncertów w Polsce, a przede wszystkim na naszych rodzimych festiwalach. Nie dziwi więc, że moja praca licencjacka traktowała o biografiach muzyków rockowych i „pożeram” każdy film, który muzyki w jakikolwiek sposób dotyczy. Dziś padło na wyprodukowany przez Netflixa obraz „XOXO”, który być może nie zachwyca soundtrackiem (chociaż pojawia się w nim najlepszy remix Disclosure), ale przedstawieniem imprez typu rave, które od lat 90. do dziś cieszą się niesłabnącą popularnością.

Ethan (Graham Phillips) jest młodym muzykiem, który za sprawą jednego utworu opublikowanego na Youtubie zyskuje niezwykłą popularność. Milion wyświetleń w krótkim czasie powoduje, że zostaje zaproszony na jeden z bardziej znanych i obleganych festiwali elektro w Ameryce – XOXO. Niestety, od początku los rzuca mu kłody pod nogi w drodze na jego pierwszy występ.Jednocześnie poznajemy także historię Krystal, która w przeciwieństwie do swoich przyjaciółek, ma nadzieję na poznanie prawdziwej bratniej duszy oraz parę, dla której XOXO jest ostatnim wspólnym dniem razem przed rozstaniem.

To film o przyjaźni, o radzeniu sobie z presją ze strony rodziców, o walczeniu z oczekiwaniami, jakie inni kierują w naszą stronę, o podejmowaniu własnych wyborów i radzeniu sobie z ich konsekwencjami, o przymusowych rozstaniach, o tym, że czasem każdy z nas musi iść w swoja stronę, a związki na odległość mogą nie przetrwać, o tym, że czasem warto żyć chwilą, a przede wszystkim o skontrastowaniu prawdziwej pasji z robieniem kariery (coś o czym od jakiegoś czasu śpiewa Taco Hemingway). Wydaje się, że to film o wszystkim i o niczym? Nie, to film o nas. O naszym pokoleniu dzisiejszych dwudziestolatków, którzy nie bardzo wiedzą, czy nadal powinni się bawić, czy powinni wydorośleć.

Jest jednak w tym świecie ktoś, kto znajduje się tam całkiem przypadkiem. Były właściciel sklepu muzycznego neguje tę rzeczywistość, nie podoba mu się początkowo, że trafia na festiwal, który “nic sobą nie reprezentuje”. Nie lubi ani tej muzyki, ani kultury, ale przybywa na XOXO. Mimo, że dobrze się bawi, nie akceptuje tego, jakie przekonania żywią artyści muzyki elektronicznej stawiający na pierwszym miejscu ilość dolarów na koncie. Podobnie Ethan i Krystal zdają się nie pasować do tego świata. Świata wyuzdanego, pełnego prawie nagich dziewczyn, świata, w którym żyje się tylko tu i teraz, nie wyznając żadnych wartości.

Od strony wizualnej o wiele lepiej prezentuje się niż „We Are Your Friends”, który fabularnie i tematycznie jest bardzo podobny. Najlepiej określić ją słowem „teledyskowość”, jednak najbardziej porywają sceny, w których przedstawiony jest świat z perspektywy menadżera Ethana, gdy ten jest naćpany. Przemieszcza się w nietypowy sposób, nie potrafi odróżnić rzeczywistości od narkotykowych wizji, ogląda świat w slowmotion.  W każdej scenie uderza ilość kolorów, także w strojach bohaterów i postaci epizodycznych.

„XOXO” nie jest w żaden sposób nowatorskim filmem, lecz prezentuje rzeczywistość subkultury oscylującej wokół muzyki elektronicznej w wyjątkowo wiarygodny sposób. Jako osoba bywająca na rave’ach mogę potwierdzić, że ten świat właśnie tak wygląda. Wbrew pozorom jest pełen sprzeczności, mimo, że wydaje się wyłącznie kolorowy. A jednocześnie produkcja Netflixa pokazuje w jakiś sposób, na jakie przeszkody trafiają dzisiejsi dwudziestolatkowie. I to wcale w naprawdę niebanalny sposób.

Ocena: 7/10

77777

Recenzja filmu “Facet na miarę”: rozmiar nie ma znaczenia

7744717-3Kobiety od stuleci dyskutują “czy rozmiar ma znaczenie?”. Kontrowersyjne pytanie dotyczyć może wielu spraw, ale także – męskiego wzrostu. Nie ma co się oszukiwać – potrafimy być proste i patrzeć wyłącznie na mężczyznę przez pryzmat jego atrakcyjności. Przynajmniej początkowo, gdy ktoś nam wpada w oko, zwracamy uwagę na wygląd, bo przecież nie umiemy dostrzec wnętrza za sprawą jednego spojrzenia. Co, jeśli ktoś wydaje się dla nas idealny – zaskakuje nas swoim podejściem do życia, inteligencją, talentem – jednak nie spełnia powszechnych norm… wyglądu? Czy kobieta “ma prawo” spotykać się z kimś, kto jest od niej kilkadziesiąt centymetrów niższy i nie wyglądać głupio? A przy tym, czy może uniknąć niewybrednych komentarzy i salw śmiechu? Czy kiedykolwiek nauczymy się, że nieważne jest ciało, tylko osoba, która jest w jego posiadaniu? Czytaj dalej “Recenzja filmu “Facet na miarę”: rozmiar nie ma znaczenia”