Recenzja filmu “Bodom”: Finlandia nowym pionierem horroru

1000x1493_okp2vbIleż razy, gdy czytamy opis jakiegoś filmu myślimy “o rany, widziałem taką fabułę już co najmniej trzy razy”? Nie ma znaczenia, o jakim gatunku mówimy. Powtarzalność wpisała się we współczesne kino tak silnie, jak wszelkie innowacje oraz nowe pomysły. Podobnie ma się sprawa z finlandzkim “Bodom”. Schemat slashera bije już po pierwszym zdaniu opisującym fabułę produkcji. Ale kto nie próbuje, ten nie poznaje nic nowego. Może to jednak przełomowe dzieło z gatunku horroru?

Latem 1960 roku czwórka spośród piątki nastolatków zostaje brutalnie zamordowana w trakcie biwakowania nad jeziorem. Masakrę przeżywa tylko jedno z nich, jednak nic nie pamięta z koszmarnej nocy. Morderca pozostaje więc na wolności. Legenda głosi, że do dziś ukrywa się w pobliskich lasach. Wykorzystuje to kolejna grupa nastolatków, która pięćdziesiąt lat po masakrze dociera do miejsca zdarzenia. Niektórzy z nich mają nadzieję na rozwiązanie zagadki morderstw poprzez odtworzenie wydarzeń z tamtej nocy. Jednak gdy zapada zmrok, okazuje się, że nie każdy przyjechał z takimi samymi intencjami…

Początkowo „Bodom” zapowiada się jak klasyczny slasher. Grupa nastolatków w lesie stara się przetrwać noc i nie wpaść w sidła mordercy. Czekamy aż po kolei wszyscy zaczną ginąć, obstawiając, którzy z bohaterów przeżyją. Jednak po kilkunastu minutach następuje zwrot akcji, który całkowicie wybija widza ze znanego schematu. Mimo że łatwo domyślić się pewnych rozwiązań fabularnych, które na pewno będą miały miejsce, to zaskoczenie przy pierwszym zwrocie akcji zwala z nóg. Nie spodziewałam się czegoś takiego w niszowym finlandzkim horrorze.

Wbrew założeniom sporo dowiadujemy się o bohaterach, o ich wzajemnych relacjach, o ich historii. Na pierwszy plan szczególnie wysuwa się Ida (Nelly Hirst-Gee), która przeżyła szkalowanie w szkole za sprawą nagich zdjęć, które rzekomo zobaczyła cała szkoła. Jej historię poznajemy najbardziej szczegółowo oraz najłatwiej jest nam zrozumieć jej zachowania. Po raz pierwszy oglądając horror miałam jakiekolwiek uczucia względem bohaterów. Zazwyczaj wpisywałam ich w szablon znanych mi postaci, krzyczałam tylko „uciekaj”, „biegnij”, lecz nie zastanawiałam się, czy ich polubiłam, czy nie. Tym razem zostałam miło zaskoczona. Było mi smutno, gdy niektórzy z nich zostali zabici, bo przecież w moim poczuciu ostatecznie powinny zginąć zupełnie inne postaci.

„Bodom” prezentuje kilka zwrotów akcji, które nie są koniecznie typowe dla tego rodzaju horroru. Od pierwszych minut filmu możemy się domyślić, że morderca pewnie się pojawi. Zaskoczeniem staje się moment, w którym ten postanawia się ujawnić. Wydaje mi się, że przede wszystkim dzięki tym twistom produkcja tak mocno wciąga, nie pozwalając widzowi oderwać się od ekranu.

Nie można się doczepić do złej gry aktorskiej, nieumiejętnego budowania napięcia czy niespełniających oczekiwań zdjęć. Wszystko jest poprawne, a w przypadku takiej produkcji – niczego więcej nie trzeba. Jedynym minusem okazuje się zakończenie filmu, które sprawia wrażenie urwanego. Nagle zamiast krwawej jatki dostajemy malownicze zdjęcia lasu. Można było dokleić jeszcze trochę taśmy i prezentowałoby się to o wiele składniej.

„Bodom” polecam przede wszystkim tym, którzy wielkimi wielbicielami horroru nie są. Nie uświadczycie tutaj morza krwi, ale gwarantuje Wam, że pewne zabiegi fabularne Was zaskoczą. W morzu slasherowych produkcji, które oferuje nam już cały świat, ta zdecydowanie się wyróżnia, zachęcając do tego, aby odkrywać tytuły nie tylko stricte kinowe.

Recenzja filmu “Summer Camp”: biegnij, nauczycielko, biegnij

7735401-3Nie oglądam horrorów. Boję się i basta. Te z gatunku gore wywołują u mnie mdłości, a ghost movies przerażają, pozostawiając traumę na parę tygodni. Z uwielbieniem oglądam takie, które zaliczają się do klasy Z lub Ź, ponieważ uważam je za osobny typ sztuki. Do tej kategorii szczególnie należą te, opowiadające o dziwnych, zbuntowanych zwierzętach atakujących ludzi, czy klasyczne slashery (albo ich połączenie). Gdy przeczytałam opis „Summer Camp” stwierdziłam, że nawet nie podejmę się obejrzenia tej produkcji bez czyjegoś nadzoru. Slasher przywodzący u mnie na myśl połączenie „Koszmaru minionego lata” z jakąś brutalną produkcją o zombie wydawał się czymś, co będzie spędzać mi sen z powiek przez kilka dni. Ściągnęłam więc przyjaciela „od oglądania filmów”, żeby w razie potrzeby zasłaniał mi oczy. Cóż, dobrze, że to zrobiłam. Bez niego z pewnością nie dotrwałabym do końca seansu, lecz z zupełnie innych powodów niż przypuszczałam.

Troje wychowawców przylatuje z USA do Hiszpanii, aby opiekować się dzieciakami w trakcie obozu językowego. Na miejscu czeka ich czwarty nauczyciel. Młodzi ludzie zyskują jeden dodatkowy dzień na przygotowania (czyli przede wszystkim integrację), zanim dzieci dotrą do ośrodka. Niestety, zamiast tego, los przygotował dla nich walkę o przetrwanie. Wśród nich i okolicznych mieszkańców rozprzestrzenia się wirus, który zamienia ludzi w krwiożercze monstra. Nikt z nich nie rozumie, dlaczego nagle przemieniają się w kombinację zombie i zwierzęcia ze wścieklizną. Tylko ci, którzy wykażą się dostatecznym sprytem przetrwają walkę i, być może, przeżyją do przyjazdu podopiecznych. Czytaj dalej “Recenzja filmu “Summer Camp”: biegnij, nauczycielko, biegnij”