Recenzja filmu “Czwarta władza”: The Washington Post vs USA, władza vs lud

Na tegorocznym rozdaniu Złotych Globów aktorki, nie tylko te nominowane do statuetek, przyprowadziły na czerwony dywan nie swoich mężów, partnerów czy rodziców, a aktywistki walczące o prawa kobiet. Od afery Weinsteina świat zaczął sobie coś uświadamiać. Niby żyjemy w XXI wieku, niby mężczyźni nas (nas, kobiet) szanują, niby możemy zostać głową państwa, a jednak wszystko pozostaje w sferze (NA) NIBY. Nowy film Spielberga nie tylko opowiada historię walki o wolną prasę, nie jest tylko dobrze skrojonym scenariuszem, w dodatku świetnie zrealizowanym. “Czwarta władza” także idealnie wpasowuje się w obecną walkę kobiet. O równość. O wolność. O bycie sobą i osiąganie wszystkiego.

Czytaj dalej “Recenzja filmu “Czwarta władza”: The Washington Post vs USA, władza vs lud”

Recenzja filmu “Gra o wszystko”: ze szczytu na szczyt

Gdy przeglądamy nazwiska twórców danej produkcji rzadko kiedy kojarzymy nazwisko scenarzysty. Jeśli nie jest to także reżyser-autor, raczej nie zwrócimy nawet uwagi na ten element filmu. Jednak istnieją wyjątki, a jednym z nich niewątpliwie jest Aaron Sorkin. Scenarzysta, który od kilkunastu lat tworzy teksty opowiadające biograficzne historie, wyróżnia się w swoim fachu znacząco. W tym roku dał się poznać z innej strony – jako reżyser. Po raz pierwszy. Czy odnalazł się w opowiadaniu nie tylko słowem, ale także obrazem? Czy udało mu się stworzyć postać, która budzi kontrowersje, zapada w pamięć będąc wyrazistą bohaterką?

Molly Bloom (Jessica Chainstain) w wieku dwudziestukilku lat była światowej klasy zawodniczką w jeżdżeniu na nartach po muldach. W trakcie decydującego zjazdu, który miał przesądzić o jej udziale na Olimpiadze, dziewczyna doznała kontuzji. Musiała całkowicie zrezygnować ze sportu. Przeprowadziła się, pracowała jako kelnerka w klubie, gdzie udało jej się poznać kogoś, kto włączył ją do świata hazardu. Szybko wystartowała z własną działalnością. Przez 10 lat prowadziła najbardziej ekskluzywny klub pokerowy w USA, goszcząc w nim biznesmenów, filantropów, sportowców i gwiazdy Hollywood. Niestety, jedną z konsekwencji stał się nalot FBI i aresztowanie Molly. Czy uda jej się wybronić opowiadając swoją wersję wydarzeń? Czytaj dalej “Recenzja filmu “Gra o wszystko”: ze szczytu na szczyt”

Recenzja filmu „Zacznijmy od nowa”: muzyka ratuje ludzkie życia

Jestem tym typem fana filmu “Once”, który nie dość, że kocha jego muzykę, atmosferę, magiczność, wykonawców, reżysera, to ma jeszcze z tym obrazem przepiękne wspomnienia. Trudno uniknąć porównywania “Zacznijmy od nowa” z wcześniejszym obrazem Johna Carneya, skoro fabularnie jest łudząco podobny, a także został stworzony na podobnej zasadzie. Jednak czy jego pierwszy film hollywoodzki wytrwał w przepięknym, idealistycznym przekazie bez skalania go omdlewającą słodkością amerykańskich komedii romantycznych? Zdecydowanie Carney nie ulega wobec klisz i banałów, przedstawiając swoją własną wizję cudowności muzyki, która potrafi ratować ludzkie życia.

Dan (Mark Ruffalo) w latach 90. był wziętym nowojorskim producentem muzycznym, lecz uzależnienie od alkoholu, natłok problemów z żoną sprawił, że całkowicie stracił kontrolę nad swoim życiem. Pomimo zapoznawania się z coraz to nowszymi wokalistami i zespołami, od 9 lat nie zakontraktował żadnego muzyka. Ostatniecznie traci pracę. W trakcie depresyjnej, alkoholowej podróży po barach trafia na występ Grety (Keira Knightley). Słyszy tylko jedną jej piosenkę, lecz w głowie już przygotowuje do niej aranżacje (swoją drogą, to genialna scena) i marzy o podpisaniu z nią kontraktu. Greta też nie przeżywa najlepszego okresu w swoim życiu – opuściła rodzinne miasto, aby być ze swoim chłopakiem w Nowym Jorku. Niestety, facet został popularnym muzykiem i szybko spotkał inną kobietę. Rozczarowana Greta ma już wracać do domu, lecz na jej drodze pojawia się Dan. To spotkanie odmieni życie ich obojga już na zawsze.

“Zacznijmy od nowa” to obraz niezwykle poruszający oraz autentyczny emocjonalnie. Z ekranu przebija szczerość reżysera, bo doskonale wiemy, że przez nastawienie stworzonych przez siebie bohaterów prezentuje swoje własną muzyczną ideologię. Film Irlandczyka wygrywa rozbrajającą wiarygodnością także z powodu umieszczenia pewnych utartych schematów w otoczce niezwykłej atmosfery. Brak w nim słodkości charakterystycznej dla podobnych hollywoodzkich produkcji, popularnych komedii romantycznych. Gdy rozpoczynamy seans nie myślimy o tym, że bardzo byśmy chcieli, aby główna para bohaterów się zeszła po burzliwej kłótni. Jeśli już – oglądamy ich poczynania z wielkim uśmiechem na ustach, zastanawiając się, czy możliwym jest, aby drogi takich wrażliwców się skrzyżowały (w przełomowych momentach życia). Carney tworząc swoich bohaterów, a także całą fabułę filmu,  unika kiczu, ckliwości czy emocjonalnego szantażu widza. Cieszę się, że ta produkcja jest tym, czym jest i nie udaje niczego innego.

Idealistyczny przekaz Irandczyka jest niezwykle prosty – muzyka istnieje ponad podziałami, leczy ludzkie dusze i jest niezastąpionym lirycznym środkiem komunikacji. Obok tak prostej ideologii, Carney analizuje również pewną przemianę rynku muzycznego, która zaszła w ciągu ostatnich dwóch, trzech dekad. Pojmowanie muzyki obecne w latach 90. się zdezaluowało. Dan, który niegdyś założył z przyjacielem niezależną wytwórnię i był wziętym producentem muzycznym, teraz nie może pojąć rzeczywistości, w której się znalazł. Połowa utworów brzmi tak samo, druga połowa jest po prostu zła – wokalnie i instrumentalnie. Dan, tak jak Carney, jest pasjonatem, który nie umie zaprzedać swojej duszy komercji (w przeciwieństwie do jego dawnego wspólnika). Wytwórnia, którą niegdyś stworzył nie ma już nic wspólnego ze słowem “niezależność”, a jego podejście do muzyki odeszło do lamusa. Na tym przykładzie widać także, że irlandzki reżyser stworzył film na zasadzie zestawiania przeciwieństw – komercja i alternatywa, kobieta i mężczyzna, młodość i dojrzałość, optymizm i rezygnacja.

Niestety, “Zacznijmy od nowa” muzycznie zdecydowanie odstaje od “Once”. Pomimo tego, że utwory skomponowane przez Gregga Alexandra są nośne, z chwytającymi za serce tekstami, nie udało się mu stworzyć żadnego utworu, który zostanie w naszych głowach po seansie. Jedynie “Lost Stars” ma potencjał, jednak przearanżowanie go na utwory filmu i jego wykorzystanie fabularne nieco do niego zniechęca. Zabrakło tutaj nie tylko muzycznej wyrazistości, ale także nieco bardziej charyzmatycznych, zapadających w pamięć charakterów. Mimo, że Keira Knightley okazała się przyzwoitą wokalistką, a pewne głosowe niedociągnięcia przytłumił jej urok, czegoś tutaj definitywnie zabrakło (a to, że Adam Levine dobrze śpiewa, wcale nie oznacza, że zakamufluje drewnianą grę aktorską).

Carney stworzył niezwykle uroczą parę z dwójki głównych bohaterów. Uzupełniają się oni na każdej płaszczyźnie, razem się ucząc, wspomagając, dzieląc doświadczeniem. Ich sympatyczność łączy się również z aktorskimi kreacjami Marka Ruffalo i Keiry Knightley. Dla mnie zagrali niezwykle równo, nie walcząc o zainteresowanie widza na ekranie. Stworzyli tandem, który być może szybko umknie naszej pamięci, lecz w trakcie trwania filmu zatrzyma dla nas czas, wywoła uśmiech (szczególnie Knightley rzuca przepełnione humorem kwestie) i zabierze w miejsce, gdzie spełniają się marzenia.

Być może brak tutaj tej magiczności, uniesienia, nieuchwytnego nastroju, ale z pewnością w “Zacznijmy od nowa” jest coś cudownego. Pewnie to głupio zabrzmi, lecz to film dający nadzieję na spełnianie marzeń, o możliwości przeformułowania swojego życia wyłącznie dzięki chęciom i pracy, o hierarchii wartości, o autentycznej pasji. Wyświechtane slogany w koncepcji Johna Carney’a nadal są banałami, lecz brzmiącymi niezwykle wiarygodnie.Warto sięgnąć po pierwszy hollywoodzki film Irlandczyka dla tego ułamka nienamacalności i nastrojowości.

Ocena: 8/10

Recenzja filmu “Magia w blasku księżyca”: gdzie ten nowojorski neurotyk?

Kocham Woody’ego Allena miłością wieczną. Nieważne, jakiego filmu by nie popełnił, moje uczucia wobec niego oraz jego twórczości nie ulegną zmianie. Wobec tego ta recenzja pozostaje dla mnie pewnym wyzwaniem. Prawdopodobnie żaden film Allena nie wywołał we mnie tak mieszanych emocji, zmuszając mnie do zastanowienia się, jak go w ogóle ocenić. Bo przecież to już nie ten sam nowojorski neurotyk, którego pamiętamy jako twórcę “Annie Hall”, ale nadal geniusz dialogu. Ten tekst będzie próbą odpowiedzi na pytanie, czy wielkiej fance Woody’ego film się podobał, czy raczej nie.

  Akcja “Magii w blasku księżyca” rozgrywa się w latach 20. XX wieku w Europie. Na początku przenosimy się do Berlina, gdzie swój występ prezentuje Wei Ling Soo, czyli Anglik – iluzjonista przebierający się za Chińczyka (Colin Firth). Stanley Crawford to arogancki, napuszony bufon, w dodatku perfekcjonista. Jednak swoją sławę zawdzięcza nie tylko iluzjonistycznym prezentacjom. Świat poznał go również jako demaskatora wszelkich spirytystów, telepatów, wróżek, etc. Na prośbę przyjaciela Stanley udaje się do Francji, aby uratować przed takową oszustką rodzinę Catledge’ów. Po przybyciu na miejsce, Anglik poznaje piękną Sophie Baker (Emma Stone), kobietę-medium, która rzekomo potrafi czytać w myślach oraz kontaktować się z duchami. Stanley zaczyna mieć coraz więcej wątpliwości, czy dziewczyna rzeczywiście jest oszustką. Powoli zaczyna wierzyć, że może irracjonalny świat również istnieje, tuż obok naszego…

  W obrazie Allena najbardziej kuleje fabuła. Dla niemalże z każdego widzów przebieg wydarzeń będzie oczywisty od pierwszej sceny filmu. Naprawdę zaskoczeń fabularnych tutaj nie ma żadnych. Dodatkowo, pojawia się zbyt dużo “dłużyzn”, gdzie akcja zdecydowanie zbyt spowalnia. Na przykład scena w obserwatorium. Z samej koncepcji kipi romantyzm, ale czegoś jej zabrakło, przez co zamiast się zachwycać, zaczynamy ziewać. Jednak nie ma to aż tak wielkiego znaczenia przy całkowitej atmosferze filmu – miłej, ciepłej, budującej, nastrajającej optymistycznie.

  “Magia w blasku księżyca” to zdecydowanie film autotematyczny. Allen od początku swojej twórczości lubował się w tworzeniu fabuł o pisarzach, komikach czy reżyserach (ba, iluzjonista też już był! Pamiętacie “Scoop-gorący temat”?). Stanley zaczyna wątpić w całą swoją filozofię życiową, a także sens jego działalności artystycznej. Będąc przez całe życie ogromnym sceptykiem, nie kryjąc tego, że wszelka jego aktywność na scenie jest zwykłą iluzją, zaczyna się zastanawiać, czy od wielu, wielu lat nie żył w błędzie. Poza tym, w każdym z filmów Allena można odnaleźć hołd złożony konkretnym dziełom oraz twórcom X Muzy. W “Magii w blasku księżyca” z łatwością dostrzec można nawiązanie do “Błękitnego anioła” Josefa von Sternberga oraz do samej Marleny Dietrich (owszem, to zaledwie kilku sekundowe ujęcie, ale jakże wyraźne i klarowne).

  Ogromnym atutem “Magii w blasku księżyca” jest również obsada aktorska. Colin Firth stara się jak najlepiej wejść w skórę Woody’ego Allena. Widać, że stara się bardzo. Jednak dla mnie jego próby bywały irytujące. Najlepiej oczami wyobraźni wyobrazić sobie na ekranie samego reżysera, wtedy film stanie się doskonały. Znakomicie zdała egzamin również Emma Stone, która zagrała jednocześnie piękne niewiniątko, a zarazem wiecznie głodne dziwadło. Serio, to takie zabawne patrzeć, jak jej postać Sophie Baker, ciągle pożera ciastka, owoce, dodatkowe śniadania. Zaskoczyła mnie również jej mimika, która dodawała jej postaci realizmu.

  Niezmiennie Allen jest mistrzem dialogu. Na tej płaszczyźnie widać u niego najmniejszy spadek formy. Monologi filmowego Stanleya (szczególnie ten ostatni) prawdopodobnie będą bawić wszystkich. Dodatkowo, wszelkie rozmowy, w których uczestniczy bohater grany przez Firtha, ociekają literackimi cytatami bądź nawiązaniami do kultury generalnie.

  Allena nadal nurtują pytania o sens życia oraz istnienie Boga. Stanley, podobnie jak sam reżyser, ma do tematów spraw ostatecznych spory dystans oraz stara się nie przekraczać granicy dzielącej dwa światy – a właściwie wcale jej nie odkrywać. Okazuje się, że receptą na sceptycyzm oraz pesymizm jest miłość. Niezależnie od epoki, wieku, płci, charakteru, bohaterowie Allena pragną tego jednego. I tutaj, po tylu latach, filozofia reżysera się nie zmienia. Miłość jest lekarstwem na całe zło, a przynajmniej pomaga przetrwać człowiekowi do końca.

  Allen przez każdy środek wizualny przenosi nas w czasie do lat 20. XX wieku. Akcja rozgrywa się przede wszystkim we Francji, przy Lazurowym Wybrzeżu. W strojach bohaterów, w postaci Wei Ling Soo, w scenografii nie można nie dostrzec niegdysiejszego zachwytu orientem. W warstwie dźwiękowej króluje Leo Reisman z piosenką Cole’a Portera “You Do Something To Me” z 1929 roku. Obok tego wiodącego utworu znajdziemy szereg kompozycji z lat 20-30 oraz kilka klasycznych symfonii. Jeśli jeszcze nie poczuliście, że skorzystaliście z wehikułu czasu, pozostają jeszcze genialne zdjęcia będące zasługą Dariusa Khondija, operatora, z którym Allen współpracował już dwukrotnie.

  Pomimo tego, że trudno nie zarzucić w ostatnich latach Allenowi wtórności oraz spadku artystycznej formy, to nadal potrafi zaczarować swoich widzów na kilkadziesiąt minut. Zabawne dialogi, dobra gra aktorska, żonglerka parodią oraz absurdem, przeniesienie się w czasie, a także piękne zdjęcia gwarantują, że nie zmarnujecie czasu, jeśli zdecydujecie się na seans “Magii w blasku księżyca”.

Ocena: 7/10

Recenzja filmu “Obdarowani”: niewykalkulowane Problemy Milenijne

Ileż to razy narzekam na podobne produkcje… Gwarancja „chusteczkowego seansu” (proszę bez skojarzeń, Panowie) pojawia się nie tylko na poziomie zwiastuna, lecz już w trzyzdaniowym opisie fabuły. Zazwyczaj wybieram tego typu filmy z pełną świadomością nadchodzącego rozczarowania, irytacji spowodowanych głównie manipulowaniem moimi emocjami. Jednak „Obdarowani” zachęcili mnie Chrisem Evansem… i, no cóż, musiałam wybrać jakiś film, który strawi moja mama, a w kinowym repertuarze żaden inny tytuł nie wpisywał się w jej standardy. Bo kogóż ma nie rozczulić płaczący Kapitan Ameryka opiekujący się kilkuletnią, w dodatku bardzo wyjątkową, dziewczynką?

Frank Adler (Chris Evans) mieszka w małym miasteczku na Florydzie zajmując się reperowaniem łodzi. Wychowuje siostrzenicę Mary (Mckenna Grace), która jest genialnym dzieckiem. Mężczyzna pragnie, aby dziewczynka uczyła się w zwykłej szkole, ponieważ taka była wola jej matki. Jednak, gdy Evelyn (Lindsay Duncan), matka Franka, dowiaduje się o jego planach względem Mary, wkracza do ich życia z pozwem i gromadą prawników. Czy uda się znaleźć rozwiązanie, które będzie satysfakcjonowało obie strony? Czy ktokolwiek wie, co jest najlepsze dla wybitnie uzdolnionej Mary?

„Obdarowani” zdają się być zlepkiem doskonale nam znanych filmów. Dostrzeżemy tam motywy fabularne obecne wcześniej w „Sprawie Kramerów”, „Pięknym umyśle” czy „Dowodzie”. Po tych dwóch zdaniach można odnieść wrażenie, że po raz kolejny oglądamy ten sam film. Nic bardziej mylnego. Marc Webb tylko pozornie tworzy prostą, łatwą w odbiorze ckliwą opowieść. Po kilku scenach orientujemy się, że w tym przypadku to nie historia łatwa, lecz wybija z niej jakaś prawdziwość.

Frank staje przed nielada dylematem, podobnie, jak i widz. Trudno nie dostrzec racji po dwóch stronach konfliktu. Z jednej strony rozumiemy troskę mężczyzny o to, aby siostrzenica nie podzieliła losu jego siostry, która nie wychowywała się z normalnymi dziećmi, mając normalne problemy i normalne rozrywki. Z drugiej, czujemy, że Evelyn, tak samo, jak Fran, chce dla dziewczynki dobrze. Chce pielęgnować jej unikatowy talent, który porzucił jej syn, a w pewnym sensie także córka. Dysonans moralny, który odbiorca odczuwa wraz z pozostałymi bohaterami pozostaje nawet po seansie i poznaniu zakończenia całej historii.

Twórca „500 dni miłości” niby kreuje klasyczną hollywoodzką historię, jednak da się w niej wyczuć pewien Sundance’owy klimat. Mimo wszystko to film kameralny, toczący się powoli w dość zamkniętym gronie bohaterów, z delikatnymi pastelowymi kolorami królującymi latem, mający kilka genialnych ujęć (jak ta o zachodzie słońca na plaży). Dochodzi do tego zgrabnie napisany scenariusz obfitujący w dojrzałe oraz dość kreatywne dialogi toczące się między Frankiem a Mary. To właśnie ta dwójka rozładowuje niewątpliwy ciężar historii, który wzrasta wraz z każdą kolejną minutą.

Znakomicie wypada młodziutka Mckenna Grace, której mimika oraz swoboda wywołują bardzo dużo emocji, a Chris Evans po raz kolejny udowadnia, że tak samo, jak w MCU, jego miejsce jest także w kinie indie. Lindsay Duncan jako stylowa femme fatale irytuje (czyli tak, jak być powinno), choć trudno nie przyznać jej bohaterce racji, a Octavia Spencer ponownie wciela się w postać, którą poznaliśmy w „Służących” – wrażliwą, lecz stanowczą oraz walczącą o siebie i najbliższych czarnoskórą kobietę.

„Obdarowanych” z łatwością można źle osądzić i odebrać go cynicznie. Jednak pod warstwą typowego ckliwego, wykalkulowanego na emocje obrazu, kryje się produkcja, która zadaje ważne pytania. Sposób radzenia sobie z genialnymi dziećmi oraz problemy moralne z tego wynikające często bazują na rodzinnych niesnaskach, gdy stajemy się egoistami i zapominamy o dobru dziecka. Zdecydowanie to jedna z lepszych produkcji tego lata oraz widmo szansy na powrót Marca Webba do kina bardziej niezależnego.

Ocena: 8/10

Recenzja filmu “Aż do kości”: Netflix młodzież ratuje czy prowokuje?

Ostatnio coraz częściej odnoszę wrażenie, że Netflix chce ratować świat, a właściwie współczesną młodzież. Chce mówić o problemach, które bolą, które w popkulturze są obecnie często pomijane lub traktowane po macoszemu. Kilka miesięcy po premierze “13 powodów” pojawia się “Aż do kości”, produkcja o anoreksji. Jednak czy Netflixowi udaje się podjąć takie tematu szerzej, inaczej, głębiej? Czy twórcy wychodzą poza wygodne schematy, które funkcjonują obecnie w kulturze oraz ludzkiej świadomości? A może jednak próby na nic się nie zdają, a “Aż do kości” jest kolejny tekstem kultury, który o zaburzeniach odżywiania opowiada w ten sam sposób?

Ellen (Lily Collins) zmaga się z anoreksją. Przebywała już w niejednym ośrodku, lecz żaden nie sprawił, że zechciała wyzdrowieć. W końcu trafia do placówki doktora Beckhama (Keanu Reeves), w której stosowane są dość niekonwencjonalne metody leczenia…

“Aż do kości” prezentuje historię tzw. “stereotypowej” anorektyczki, która mocno osiadła w powszechnej świadomości. Biała Amerykanka, z bogatej rodziny, z nieco dysfunkcyjnego domu. Jednak w ośrodku, w którym przebywa jest kilkoro innych młodych osób zmagających się z zaburzeniami odżywiania. Nieco starsza dziewczyna, która jest w ciąży, chłopak, który wskutek kontuzji musiał porzucić swoją karierę w balecie, otyłą dziewczynę, która przełamuje stereotyp, że tylko chudzi ludzie mają tego typu problemy, a także osobę w stadium, w którym musi być karmiona dożylnie. To bardzo ciekawa plejada drugoplanowych postaci. Jednak jest to jednocześnie jeden z największych problemów tej postaci. Żadna z nich nie została rozwinięta, a przecież  o anoreksji wśród mężczyzn prawie się nie mówi, tak, jak o tym, że zaburzenia odżywiania mogą dotknąć każdego, nie tylko dziewczynę marzącą o patologicznie chudej figurze. Nie znajdziemy tutaj żadnego pogłębienia psychologicznego tych bohaterów, którzy mogliby stać się właściwie fundamentem całej produkcji oraz uczynić ją wyjątkową, wyłamującą się z konserwatywnego przedstawienia tego trudnego tematu.

Innowacyjność terapii w ośrodku ma polegać na niekonwencjonalnym podejściu Doktora. Problem zaczyna się w momencie, gdy zorientujemy się, że owego Doktora w filmie prawie nie widzimy. Na czym więc ma polegać kreatywność jego terapii? Że zostawimy pacjentów samopas? Nie będziemy ich kontrolować, tylko jak w przedszkolu przyznawać punkty za dobre sprawowanie? Jasne, kogo obchodzi, czy pacjenci obsesyjnie ćwiczą, robią brzuszki, czy mają środki przeczyszczające, czy nadal obsesyjnie wymiotują… Bardzo mało realizmu w tej opowieści, przez brak konsekwencji, co czyni ją po prostu… żadną i nijaką.

Twórcy omijają także niewygodnych scen. Tylko po trosze obserwujemy skutki fizyczne zaburzeń odżywiania, ponieważ bohaterzy głównie o nich mówią, lecz nie widzimy ich na ekranie. Z jednej strony cieszy to, że nie obserwujemy postaci w najgorszych stadiach fizycznych, z drugiej – brakuje w tej sferze cielesnej nieco dosadności.

Same motywy postępowania głównej bohaterki wydają się dość mętne. Rozumiemy, że ma popapraną rodzinę, dysfunkcyjną, w której realiach nie może się odnaleźć, lecz relacja między Ellen a jej macochą czy matką również nie zostaje przedstawiona w zbyt szczegółowy sposób. Problem leży w głównej mierze w samym metrażu filmu, który jest zdecydowanie za krótki, aby opowiedzieć o tak złożonym i skomplikowanym problemie, jakim jest anoreksja. Powtarzane w nim sceny, zachowania, mantry czy motta zdają się być wszystkim widzom doskonale znane. Zabrakło więc w tym jakiejś głębi, konkretu, historii z krwi i kości. Wydaje mi się, że jednym z niewielu jasnych aspektów jest ukazanie romantycznej relacji dwóch młodych osób z podobnymi problemami (mimo, że można to uznać za kolejną sztampę).

“Aż do kości” jest produkcją zbyt spłyconą, aby mogła rzeczywiście konsekwentnie opowiedzieć o zaburzeniach odżywiania. Jedynie owa relacja dwojga młodych ludzi, którzy przechodzą przez podobne piekło emocjonalne i brak kontroli nad własnym życiem w jakiś sposób mnie przekonała. Może wynika to wyłącznie z własnych doświadczeń, ponieważ wiem, jak doskonale porozumiewa się człowiek z takimi samymi dysfunkcjami psychicznymi. Netflix po raz kolejny utknął “w konserwie”, utrzymał się w standardach i ryzach, nie przełamując tabu w żaden sposób. Może następnym razem się uda.

Ocena: 5/10

Recenzja filmu Kim jest Michael?: ze skrajności w skrajność, czyli własnoręczne pranie mózgu

James Franco to istny fenomen w filmowym świecie. Potrafi wystąpić w ponad dziesięciu produkcjach rocznie, a trafi się w tym i jakaś oscarowa rola. Zdarza mu się być scenarzystą, reżyserem i producentem. Ostatnio nawet zagrał główną rolę w serialu opartym na powieści Stephena Kinga – „11.22.63”. Dość często wcielał się w kontrowersyjne postacie (należy przywołać tutaj chociażby telewizyjną kreację Jamesa Deana), a tytułowy bohater z debiutanckiego filmu Justina Kelly’ego z pewnością do takowych należy. Wystarczy sprowadzić fabułę „Kim jest Michael?” do jednego zdania – opowieść o homoseksualnym aktywiście, który za sprawą cudownego nawrócenia zostaje heteroseksualnym pastorem. Czytaj dalej “Recenzja filmu Kim jest Michael?: ze skrajności w skrajność, czyli własnoręczne pranie mózgu”

Recenzja filmu “Moonlight”: kategoria: skrojone pod Oscara

7774878.6 (1)Muszę przyznać, że od kilku dni mam okropny problem z produkcją Barry’ego Jenkinsa. Z jednej strony staram się zrozumieć jego liryczność oraz uniwersalność, z drugiej – nie mogę się pogodzić ze sztampowością samej historii. Trudno nie uznać, że “Moonlight” należy do kategorii filmów skrojonych pod Oscara. Czy jest jednak filmem przełomowym? W zakresie zaprezentowanej intymności, przedstawionych problemów, podjęcia, jak twierdzą niektórzy, tematów tabu?

Ubogi, czarny chłopiec dorasta w jednej z najniebezpieczniejszych dzielnic Miami. Little, jak nazywają go koledzy, stara się znaleźć swoje miejsce w świecie. Matka chłopca coraz mocniej pogrąża się w wyniszczającym ją nałogu narkotykowym. Na szczęście Chiron/Little, poznaje Juana (Mahershala Ali), który staje się dla niego swego rodzaju ojcem zastępczym. Czysty, widny, przestrzenny dom mężczyzny, w którym mieszka ze swoją dziewczyną Teresą (Janelle Monae), staje się dla chłopca oazą stabilności, spokoju, bezpieczeństwa. Obserwujemy życie Chirona na jego trzech etapach – dzieciństwa, nastoletniości oraz dorosłości. W każdym z nich główny bohater nadal stara się odnaleźć samego siebie.

Trudno nie oprzeć się wrażeniu, że najważniejszym powodem, dla którego produkcja Jenkinsa otrzymała Oscara, jest sama charakterystyka głównego bohatera. Czarnoskóry gej mieszkający z niedbającą o niego matką narkomanką, bez ojca, gnębiony przez kolegów. Oscara czuć nosem już po jednym zdaniu. Nie dajcie się zwieść – to naprawdę sztampowa historia. Jedynie opowiedziana w przemyślany sposób. Bowiem Jenkins prezentuje najważniejsze pod względem emocjonalnym wydarzenia z życia chłopca, pomijając wszystko to, co pomiędzy. Wbrew pozorom niezwykle usystematyzowany schemat opowieści sprawia, że ta historia wiele zyskuje. Prawdopodobnie gdyby nie to, byłaby stawiana w o wiele gorszym świetle.

Wszystko to zostało opakowane w pięknie skomponowane kadry; niemalże romantyczne sceny przepełnione małymi, udramatyzowanymi gestami mieszają się z tymi przepełnionymi przemocą i brakiem zrozumienia. Skupienie się na niewielkich gestach, obserwacja każdego najdrobniejszego drgnięcia ust, grymasu czy spojrzenia do pewnego momentu urzekały nawet i mnie. Starałam się dostrzec coś unikatowego w zabawie światłem i nocą. Jednak im dalej w las, tym bardziej te zabiegi stawały się nijakie. Mimo że w ostatniej sekwencji, opowiadającej o Blacku, niektórych zbliżenia oraz detale mogły uderzyć ze zdwojoną siłą. Patrząc na miotającego się w sobie samym dorosłego faceta, zabrakło mi do tego cierpliwości. To wszystko mogło się perfekcyjnie uzupełnić, jednak nawet w sferze wizualnej zdecydowanie brakowało mi szczerości. Uczucie sztuczności i zimnej kalkulacji nie opuściło mnie do końca seansu – zarówno oceniając scenariusz, jak i mise-en-scene.

Trudno za to nie zwrócić uwagi na aktorski popis dwójki czarnoskórych aktorów: Janelle Monae i Mahershala Ali. Aktorka wznosi się na szczyty swoich możliwości w momentach, w których najbardziej widać pogłębiające się szaleństwo bohaterki, w którą się wciela. Monae gra kochającą matkę, by po chwili zamienić się w sadystyczną szantażystkę. Mahershala Ali święci triumfy właściwie w każdej scenie, w której się pojawia, chociaż najlepiej wypada w scenie kłótni z matką Chirona.

„Moonlight”, choć nie jest filmem złym, prezentuje się raczej jako pusta, bezrefleksyjna wydmuszka, która widzowi oferuje złote góry, a pozostawia z ogromnym niedosytem. Hollywood po raz kolejny pokazało, że – jak mawia Ken Loach – w stosunku do kinematografii światowej nie ma zbyt wiele do zaoferowania. A przynajmniej nie wnosi nic odkrywczego i porywającego. Nadal będę uważać, że poprawność polityczna kieruje każdym wyborem Akademii.

Ocena: 6/10

6666

Recenzja filmu “XOXO”: rave wiecznie żywy

11559390a256a3272d34eb381847a771Wszyscy stali czytelnicy i wszyscy moi znajomi wiedzą, że jestem muzycznym freakiem. Bywam na większości ważniejszych koncertów w Polsce, a przede wszystkim na naszych rodzimych festiwalach. Nie dziwi więc, że moja praca licencjacka traktowała o biografiach muzyków rockowych i „pożeram” każdy film, który muzyki w jakikolwiek sposób dotyczy. Dziś padło na wyprodukowany przez Netflixa obraz „XOXO”, który być może nie zachwyca soundtrackiem (chociaż pojawia się w nim najlepszy remix Disclosure), ale przedstawieniem imprez typu rave, które od lat 90. do dziś cieszą się niesłabnącą popularnością.

Ethan (Graham Phillips) jest młodym muzykiem, który za sprawą jednego utworu opublikowanego na Youtubie zyskuje niezwykłą popularność. Milion wyświetleń w krótkim czasie powoduje, że zostaje zaproszony na jeden z bardziej znanych i obleganych festiwali elektro w Ameryce – XOXO. Niestety, od początku los rzuca mu kłody pod nogi w drodze na jego pierwszy występ.Jednocześnie poznajemy także historię Krystal, która w przeciwieństwie do swoich przyjaciółek, ma nadzieję na poznanie prawdziwej bratniej duszy oraz parę, dla której XOXO jest ostatnim wspólnym dniem razem przed rozstaniem.

To film o przyjaźni, o radzeniu sobie z presją ze strony rodziców, o walczeniu z oczekiwaniami, jakie inni kierują w naszą stronę, o podejmowaniu własnych wyborów i radzeniu sobie z ich konsekwencjami, o przymusowych rozstaniach, o tym, że czasem każdy z nas musi iść w swoja stronę, a związki na odległość mogą nie przetrwać, o tym, że czasem warto żyć chwilą, a przede wszystkim o skontrastowaniu prawdziwej pasji z robieniem kariery (coś o czym od jakiegoś czasu śpiewa Taco Hemingway). Wydaje się, że to film o wszystkim i o niczym? Nie, to film o nas. O naszym pokoleniu dzisiejszych dwudziestolatków, którzy nie bardzo wiedzą, czy nadal powinni się bawić, czy powinni wydorośleć.

Jest jednak w tym świecie ktoś, kto znajduje się tam całkiem przypadkiem. Były właściciel sklepu muzycznego neguje tę rzeczywistość, nie podoba mu się początkowo, że trafia na festiwal, który “nic sobą nie reprezentuje”. Nie lubi ani tej muzyki, ani kultury, ale przybywa na XOXO. Mimo, że dobrze się bawi, nie akceptuje tego, jakie przekonania żywią artyści muzyki elektronicznej stawiający na pierwszym miejscu ilość dolarów na koncie. Podobnie Ethan i Krystal zdają się nie pasować do tego świata. Świata wyuzdanego, pełnego prawie nagich dziewczyn, świata, w którym żyje się tylko tu i teraz, nie wyznając żadnych wartości.

Od strony wizualnej o wiele lepiej prezentuje się niż „We Are Your Friends”, który fabularnie i tematycznie jest bardzo podobny. Najlepiej określić ją słowem „teledyskowość”, jednak najbardziej porywają sceny, w których przedstawiony jest świat z perspektywy menadżera Ethana, gdy ten jest naćpany. Przemieszcza się w nietypowy sposób, nie potrafi odróżnić rzeczywistości od narkotykowych wizji, ogląda świat w slowmotion.  W każdej scenie uderza ilość kolorów, także w strojach bohaterów i postaci epizodycznych.

„XOXO” nie jest w żaden sposób nowatorskim filmem, lecz prezentuje rzeczywistość subkultury oscylującej wokół muzyki elektronicznej w wyjątkowo wiarygodny sposób. Jako osoba bywająca na rave’ach mogę potwierdzić, że ten świat właśnie tak wygląda. Wbrew pozorom jest pełen sprzeczności, mimo, że wydaje się wyłącznie kolorowy. A jednocześnie produkcja Netflixa pokazuje w jakiś sposób, na jakie przeszkody trafiają dzisiejsi dwudziestolatkowie. I to wcale w naprawdę niebanalny sposób.

Ocena: 7/10

77777

Recenzja filmu “To tylko koniec świata”: grzech egoizmu, grzech zapomnienia

450_1000Ma dwadzieścia siedem lat, a każdy jego film to wydarzenie dla kinofilów. Xavier Dolan dostał się do świata ruchomych obrazów z niesamowitym hukiem w 2009 roku i od razu zdobył przychylność krytyków oraz miłość, szczególnie tych młodych, widzów. Oprócz wyrafinowanego, ale nie pretensjonalnego, smaku wizualnego, potrafi być autentyczny w każdej historii, którą opowiada. Tym bardziej, że często są one sposobem na rozliczenie się z jego przeszłością. Jego najnowsza produkcja sprawia również wrażenie w pewien sposób autobiograficznej, przede wszystkim ze względu na rodzaj autentycznej emocjonalności, którą zawarł w niej Dolan. Czytaj dalej “Recenzja filmu “To tylko koniec świata”: grzech egoizmu, grzech zapomnienia”