Blogerskie podsumowanie stycznia

Wow, po raz pierwszy blogerskie filmowe podsumowanie miesiąca (choć w mocno okrojonym składzie) na Popkulturze! Znajdziecie tutaj opinie (oprócz moich):

“Mój piękny syn”

Monika: Piękny film o desperacji i walce z nałogiem. Zarówno syna, czyli tego kogo problem dotyczy bezpośrednio, jak i jego ojca. Obraz pokazujący, jak poszkodowani są najbliżsi, gdy cała uwaga skupiona jest na jednej konkretnej osobie, która wydaje się nam –  pomocy potrzebuje najbardziej. Genialny Carell, nie mogłam oderwać oczu.

Emilia: „Mój piękny syn” to film skrojony pod masową publiczność, dlatego nie epatuje „brzydką” twarzą narkomanii. Nie ma dzieciaków w brudnych, przepoconych podkoszulkach śpiących na ulicy ze strzykawkami u boku. Są za to emocje, których wszystkie odcienie malują się na twarzach aktorów. Aktorskie kreacje to najmocniejsza strona filmu, zarówno Carell jak i Timothée Chalamet dają tu wyśmienity popis aktorski. Wiedzą, kiedy pociągnąć za emocjonalne sznurki, kiedy stonować swoją postać, by odpowiednio wpłynąć na uczucia widza. I choćby dla tego duetu warto ten film obejrzeć.

Madzia: Kiedy zobaczyłam trailer filmu gdzieś przy okazji w internecie, byłam święcie przekonana, że idę na film o uzależnieniu i o tym jak rodzina pomaga (bądź nie) z tego uzależnienia wyjść. Jakie było moje zdziwienie, gdy okazało się, że wcale nie o tym ten film traktuje. Tzn. jest to podstawa do historii, ale jednak „Mój piękny syn” to przede wszystkim historia ojca i syna. O ich stosunkach i miłości jednego do drugiego. Przy tym wszystkim jest to film przede wszystkim ładny – takie „pocztówkowe” spojrzenie na nałóg, na osobę z nim się zmagającą oraz jej rodzinę. Jak ktoś lubi ładne filmy – polecam.

“Bumblebee”

Monika: Nie jestem fanką Transformersów (chwila na oburzenie męskiej części czytelników), ale sympatyczny garbusik przemieniający się w jeszcze sympatyczniejszego Bumblebee ucieszył moje oko. Kilka razy zaśmiałam się nawet do ekranu.

Madzia: No to mamy zaskoczenie już na samym początku roku! Filmy z serii „Transformers” przestałam oglądać mniej więcej w tym czasie, kiedy Megan Fox przestała w nich grać (choć te dwa fakty nie miały ze sobą nic wspólnego). Jednak Bumblebee od samego początku był moją ulubioną postacią, więc nie mogłam nie iść na film o jego przygodach. I, ku mojemu zdziwieniu, wcale się nie zawiodłam. Kawał dobrej rozrywki, o milion razy lepszy niż wszystkie części „Transformers” razem wzięte.

Michał: Seria „Transformers” nigdy (lekko mówiąc) nie należała do moich ulubionych. Filmy te prezentowały poziom ocierający się o dno, a Michael Bay dążył w nich chyba tylko do tego, by wysadzić wszystko, co się da. No szmiry straszne. Ale, o dziwo, „Bumblebee” to niezwykle pozytywne zaskoczenie! Zmiana reżysera, cofnięcie akcji do lat 80 XX wieku, oddanie głosu innej obsadzie i nowej scenarzystce, spowodowały, że powstał film, który okazał się rewelacyjnym blockbusterem! Masa humoru, dobrze napisani bohaterowie, rozpierducha ograniczona do minimum oraz położenie dużego nacisku na relacje rodzinne spowodowały, że otrzymaliśmy kino niezwykle przyjemne, niezwykle wciągające i powodujące, że po zakończeniu projekcji mamy wrażenie niedosytu. Niedosytu, bo tak dobrze, żadnego filmu z serii „Transformers” się nie oglądało. Osobne pochwały kieruję ku Hailee Steifeld, która idealnie odnalazła się w roli zbuntowanej, acz charyzmatycznej, nastolatki – świetna kreacja. No i brawo dla jej bohaterki za gust (choć może i dla samej Hailee?) – koszulki Motorhead i Stonesów robią robotę <3

“Zabawa zabawa”

Monika: Mało który reżyser zna się na psychice kobiet tak dobrze, jak Kinga Dębska. W tym wypadku oglądamy upadek trzech kobiet na poziomie, które w pewnym momencie niczym nie różnią się od tych “z pod sklepu”. Chciałabym napisać, że jest to kolejny film o walce z nałogiem, ale nie ma tu jej, jest za to obezwładniająca bezradność. Jak to często przy nałogach bywa. Oklaski dla Agaty Kuleszy, Doroty Kolak i nie odstającej Marii Dębskiej. Wiele osób pisze o urwanym zakończeniu, dla mnie było ono symbolem: “Co zrobisz, jak nic nie zrobisz?”.

Ewa: Kinga Dębska czuje swoje bohaterki, jak mało która reżyserka. Nie piętnuje ich, nie użala się nad nimi, nie rozkłada czerwonego dywanu nad ich paskudnym/niepaskudnym losem. Jej mocną stroną jest przedstawianie naturalnego stanu rzeczy, o którym, w przypadku tego filmu, niewiele jeszcze w Polsce się mówi. Świetny scenariuszowo, doskonałe castingowe wybory i wyborny epizodyczny występ Mariana Dziędziela, który, jak zdystansowany do rzeczywistości filozof rzecze, że wódka jest najlepsza, bo najlepszego świra daje.

Michał: Na filmy Kingi Dębskiej mogę chodzić w ciemno. Reżyserka ta tworzy kino niezwykle mądre i idealnie przedstawiające obraz współczesnej Polski. Podobnie jest i z jej najnowszym filmem. Reżyserka zwraca tym razem uwagę na problem alkoholizmu wśród kobiet, ukazuje, jak wielkie zniszczenie może przynieść im w życiu. Dzięki wybornym kreacjom Agaty Kuleszy, Marii Dębskiej (bardzo mocno zaplusowała u mnie tą kreacją – choć do tej pory mam w pamięci jej rolę w żenującym „Pech to nie grzech”) oraz Marcina Dorocińskiego obraz wciąga nas w świat przedstawiony już od pierwszych chwil. Szkoda, że tym razem Kinga Dębska nie pokusiła się jednak o dłuższe kino – seans jest krótki i intensywny, jednak niektóre wątki chciałbym zobaczyć w wersji bardziej rozbudowanej.

“Sekretny świat kotów”

Madzia: Uwielbiam polskich tłumaczy tytułów. Szłam na film myśląc, że zobaczę kolejną część „Sekretnego życia zwierzaków domowych”, a dostałam kompletnie oderwaną od tego filmu chińską (!) animację. Żeby nie było – nie mam nic do azjatyckich animacji – studio Ghibli na przykład zawsze wypuszcza animacje, którymi się zachwycam i które uwielbiam. „Sekretny świat kotów” to jednak zdecydowanie bajeczka dla dzieci. I to raczej takich młodszych dzieci – 5 lat max. Dzieciom raczej się spodoba, dorośli się wynudzą.

“Władca Paryża”

Madzia:  Gdybym wiedziała, że w tym filmie gra Vincent Kassel, pewnie w życiu bym na niego nie poszła. I nic takiego bym raczej nie straciła. „Właca Paryża” to dla mnie film niedokończony. Jest kilka wątków, które warto byłoby jeszcze rozwinąć, które wydają się być potraktowane po macoszemu. No ale wtedy dostalibyśmy pewnie ok. 4-godzinny film. Do tego, może to wina zmęczenia, ale były momenty kiedy patrzyłam na zegarek i marzyłam tylko o tym, żeby wreszcie wyjść z sali kinowej.

“Sergio i Siergiej”

Ewa: Ujmująca historia o przyjaźni, która wprawi widza w dobry nastrój. Niektóre dialogi bolą uszy, niektóre “efekty specjalne” również, jednak ostateczne pozostawia pozytywne (choć krótkie) wrażenie. Najpiękniejsza jest tutaj Hawana – pełna życia i koloru, którą oglądamy z perspektywy dziecięcej wyobraźni (czyli mocno podkoloryzowanej). Miała chyba z tego wyjść bardziej polityczna satyra niż sympatyczny film o radiowej komunikacji, ale może koniec końców wyszło to twórcom na dobre.

“Vice”

Monika: Anty-laurka dla podobno największego z wiceprezydentów – Dicka Cheneya. Gorzka i smutna prawda o największych grzechach ówczesnej polityki. Najbardziej wymownym momentem filmu jest pytanie – W co wierzymy? – skierowane przez młodego adepta polityki oraz głośny śmiech polityka, który na tym zawodzie zjadł już zęby. A co do tego, że Christian Bale jest aktorem z prawdziwego zdarzenia nikt nie ma wątpliwości.

Ewa: Dzieło niemalże doskonałe. Adam McKay po raz kolejny udowodnił, że przekracza kolejne reżyserskie granice. Celowe oszukiwanie widza, przełamywanie czwartej ściany, cięty, inteligentny humor, metafory w obrazie i dźwięku, doskonały montaż. Orany, jakie to było dobre! Kreacje aktorskie na miarę najważniejszych nagród filmowych – szczególnie Christian Bale i Steve Carell. Otwierający oczy obraz światowej polityki, pełnej machinacji, intryg, w której absolutnie nie ma miejsca na skrupuły.

Emilia: Nie jestem fanką kina politycznego. Szczególnie w wersji amerykańskiej, bo ich system polityczny jest strasznie zawiły 🙂 Jednak Bale w roli Dicka Cheneya jest niesamowicie charyzmatyczny. Dynamiczna historia o szarej eminencji amerykańskiej polityki, który udowadnia, że wystarczy odrobina sprytu i inteligencji, by wspiąć się na szczyt i pociągać za najważniejsze sznurki. Świetny montaż, ekscytująca narracja pełna twistów. Warto!

Madzia: Nie cierpię Christiana Bale’a. I to tak bardzo, że unikam jak ognia filmów z jego udziałem. Nie mogłam się jednak oprzeć pokusie zobaczenia Sama Rockwell’a w roli Busha. I nie żałuję – bo nie ma czego. W końcu to film Adama McKay’a. Może i „Vice” jest filmem nieco słabszym niż „Big Short”, jednak dostarcza równie dobrej rozrywki.

Michał: Adam McKay w swoim „Big Short” udowodnił, że ma olbrzymi potencjał reżyserski. Filmem „Vice” nie tylko utwierdził mnie w tym przekonaniu, ale i spowodował, że na jego kolejne dzieło będę czekał z wypiekami na twarzy! To szalona, postmodernistyczna jazda bez trzymanki! Humor miesza się tu z rzeczywistością, polityczni idioci zestawiani są tu z geniuszami napędzającymi kraj, USA wydaje się tu być państwem, które tylko cudem trzyma się na nogach. McKay w niezwykle barwny i dowcipny sposób opowiada tu historię Dicka Cheneya, jednego z najbardziej rozpoznawalnych człeków współczesnych Stanów Zjednoczonych. Jego życie i chęć do przejęcia jak największej władzy idealnie uzupełniają się z szaloną wizją fabularną reżysera. W tym wszystkie idealnie odnajduje się, co zaskoczeniem nie jest, Christian Bale. Aktor wybitny, wszechstronny, niesamowity. Tym razem, ledwo rozpoznawalny po kolejnej metamorfozie, Bale atakuje ze zdwojoną siłą. Brawurowa rola Cheneya zasługuje na wszelkie możliwe laury – wybitna kreacja! Świetnie wypada też Sam Rockwell portretujący George’a W.  Busha – w bardzo dobrym stylu oddaje zachowania byłego prezydenta oraz ukazuje to, co wszyscy już doskonale wiedzą: był zwyczajną marionetką w rękach ludzi o wiele inteligentniejszych niż on sam. „Vice” to kino wspaniałe, które koniecznie trzeba znać!

“Ralph Demolka w Internecie”

Monika: Trzeba mieć bezgraniczną wyobraźnię by stworzyć cały świat – jak np. J.K. Rowling. Jednak równie niezła wyobraźnia przydaje się do przedstawienia w błyskotliwy sposób świata, w którym już żyjemy. Brawo! Nieźle się bawiłam!

Ewa: Dobrze poprowadzona zabawa z popkulturą – nawiązania do MCU, King Konga, Star Wars – która sprawi, że lepiej będą się na tym filmie bawić dorośli niźli ich pociechy. Wielki szacunek dla twórców za pomysł zobrazowania w ten sposób internetu. W którymś momencie jednak może się okazać, że śmiejemy się z samych siebie – z naszego ograniczonego zastosowania medium względem jego możliwości, z którego korzystamy w każdej godzinie dnie. Dla dzieciaków świetna rozrywka, zabawna i pouczająca, jak to animacja o przyjaźni – o oddaniu, odwadze, rezygnacji z egoizmu.

Madzia: Długo przyszło nam czekać na sequel „Ralpha Demolki”, ale zdecydowanie było warto. Jest kolorowo, jest zabawnie – jest po prostu świetna rozrywka i odstresowanie się od całego świata spoza sali kinowej, a przecież właśnie tego powinien dostarczać nam film. I uwierzcie mi na słowo – bawiłam się równie świetnie co dzieci na sali ze mną.

Michał: Tym razem nasz niezbyt ogarniający, acz sympatyczny, bohater trafia do czeluści piekieł, do miejsca zwanego internetem. Wraz z Wandelopą muszą zdobyć pad do automatu z grą, aby maszyna nie trafiła na złom. Punkt wyjścia staje się tu początkiem niezwykle zabawnej historii, która choć ma parę dłużyzn, wciąga widza od samego początku. Film ten w świetny sposób ukazuje prawa rządzące współczesnymi mediami, ukazuje głupotę widzów youtube’a, pokazuje do czego prowadzi popularność i konsumpcjonizm. Masa kapitalnych cameo (Baby Groot, Szturmowcy, Iron Man…), świetne dialogi, mocna piosenka „Spaliny i Krew” (dlaczego wciąż nie ma jej w internecie?!) – tak, Ralph powrócił w bardzo dobrym stylu!

“Underdog”

Monika: Jeżeli coś w Polsce nie jest reklamowane jako “najlepsza komedia roku” to są spore szanse, że będzie to dobry film. Nawet jeśli tyczy się KSW. Mnie o dziwo się podobało.

Madzia: Przez nadmiar pracy chyba stałam się filmowym ignorantem, bo idąc na „Underdog” nie wiedziałam nawet, że to polski film. Fakt – najbardziej lubię chodzić na filmy, o których nie wiem nic, ale tutaj to już chyba była przesada. Tak czy siak – film mnie zaskoczył i to bardzo pozytywnie. Lubos jak zwykle na ekranie daje czadu i nawet Chalidow jakoś strasznie nie przeszkadza. To co przeszkadza w odbiorze tego filmu to muzyka – nie wiem to brak pieniędzy, czy taki pomysł reżyserski, ale nie zgrywała się ona w ogóle z tym co widzieliśmy na ekranie.

Michał: Po tej produkcji spodziewałem się wszystkiego, co najgorsze, a otrzymałem coś, co najgorsze zdecydowanie nie było. Film debiutującego jako reżyser Macieja Kawulskiego (który, jak wszyscy wiemy, na MMA zjadł zęby) okazał się pozytywną niespodzianką! Fajne kreacje aktorskie Lubosa i Chalidowa, niezwykle efekciarsko nakręcone walki, bardzo dobre zdjęcia i parę naprawdę niezłych one-linerów spowodowały, że dzieło to okazało całkiem niezłą odpowiedzią na klasyczne „kino walki” rodem z USA (choć do tego poziomu jeszcze sporo zabrakło). Niestety, film ten ma jedną, ale cholernie potężną, wadę – ścieżkę dźwiękową! Tak źle dobranej do produkcji muzyki dawno nie słyszałem! Soundtrack prezentuje się tak, jakby randomowo wylosowaną playlistę wkleić, bez żadnego pomyślunku, do filmu i uznać, że może coś z tego będzie. No nie będzie! Autentycznie w pewnych momentach od muzyki bolała mnie już głowa, utwory powodowały, że nie byłem w stanie skupić się na tym, co dzieje się na ekranie! Kto zaakceptował ten soundtrack?! Na minus zaliczyłbym też słabo umotywowane zakończenie – jest totalnie z „pupy”… Nie zmienia to jednak faktu, że otrzymaliśmy niezły film, który nie powoduje bólu zębów. Warto się z tą produkcją zapoznać.

“Powrót Bena”

Michał: Oglądacie filmy festiwalowe? To pokochacie to dzieło. Filmy festiwalowe wydają się Wam co rok takie same? Mocno się wynudzicie. Dla mnie to kolejny film o życiu, jakich otrzymaliśmy już pierdyliardy, który tak naprawdę nie ma się czym wyróżnić. Jest poprawny i tyle można o nim rzec. Wspomnę tylko, że dzieło to widziałem 8 stycznia i teraz nic już z niego nie pamiętam. Ba, nawet nie pamiętam kreacji Julii Roberts, która miała ciągnąć ten film. Nuda.

“Glass”

Monika: Rozczarowanie miesiąca. Przykład na to, że nawet największe nazwiska nie ocalą kulejącego scenariusza. A szkoda! Split podobał mi się bardzo, bardzo! Już nawet nie chcę o tym pisać. Serce pęka!

Michał: Mieliśmy otrzymać zwieńczenie trylogii i otrzymaliśmy. Szkoda tylko, że tak słabe. Przez ¾ projekcji nie dzieje się nic, a gdy coś zaczyna się dziać,  to bzdura goni bzdurę. Ma to parę smaczków (choćby to, że aktor grający syna Willisa w „Niezniszczalnym”, gra syna Willisa również i w „Glass”), ma niezłą rolę McAvoya (choć tym razem przeszarżował), miało chęć na bycie czymś innym. Szkoda, że to ostatnie zdecydowanie się nie udało. Shyamalan, niestety, wrócił do swojej, znanej z ostatnich lat, formy. Do zapomnienia.

“Dom, który zbudował Jack”

Michał: Spytacie, dlaczego hejter von Triera poszedł na ten film? Po pierwsze – ciekawość. Po drugie – Unlimited. No i co tu mogę rzec – chyba tylko to co zwykle. Ten totalny psychopata nakręcił film, który spodoba się chyba tylko innym psychopatom. Albo fanom von Triera, których nigdy nie rozumiałem. Najnowsze dzieło psychola to kompletnie idiotyczna, choć podobno metaforyczna, opowieść o debilach żyjących wśród innych debili. Czytaj: von Trier w swoim świecie. O ile pierwszy segment nawet dało się strawić (dzięki Umie), tak reszta tej produkcji to jeden wielki fapping von Triera do swojej własnej twórczości. Lars ukazał nam to, o czym wszyscy wiedzieli: onanizuje się do swoich filmów krzycząc przy tym, że jest bogiem. Seans „Domu…” to posrane doświadczenie, które ledwo da się przeżyć (z mojej sali połowa osób wyszła w trakcie projekcji). Jeśli lubicie schizy von Triera, to dalej będziecie go kochać. Jeśli zaś twierdzicie, że to skończony pojeb – omińcie to zdecydowanie. Mam nadzieję, że Lars skończy tam, gdzie dawno powinien być – w zamkniętym ośrodku psychiatrycznym.

“Diablo. Wyścig o wszystko”

Michał: Do pewnego momentu myślałem, że będzie to najgorsza projekcja 2019 roku (w recenzji jednego z poniższych filmów dowiecie się dlaczego jednak nie była). Ten film to zło! Bzdurny, drewniany, pocięty, idiotyczny. Ktoś, dysponując pięcioma groszami budżetu, postanowił nakręcić film o nielegalnych wyścigach samochodowych i efekt był do przewidzenia. Tego nie da się oglądać! Co gorsze – w filmie, który miał opowiadać o wyścigach samochodowych, te są najgorszym elementem projekcji! Na ekranie zamiast szybkości widzimy pościgi, w których wypożyczone autka, aby ich nie zarysować lub ich nie zniszczyć, poruszają się z prędkością 3 km/h! Co gorsze – nikt nie pomyślał, że będzie to na ekranie cholernie widoczne  i nie pofatygowano się nawet, by dodać efekt przyspieszający obraz! „Diablo” to dzieło sztuczne, fatalne, irytujące i pozostawiające po sobie niesmak. Totalna padaka!

“Asteriks i Obeliks. Tajemnica magicznego wywaru”

Michał: Jako turbofan przygód kultowych Galów czekałem na tę projekcję z olbrzymimi nadziejami. Twórcy… nie tylko je spełnili, ale nawet i je przebili! Świetna historia, potężna dawka humoru, rewelacyjna strona wizualna (zwróćcie uwagę na tła – część z nich jest malowana ręcznie!) – ten film to spełnienie marzeń każdego, kto uwielbia Asteriksa i Obeliksa! Olbrzymim atutem produkcji jest kapitalny polski dubbing, który skierowany jest bardziej ku dorosłemu odbiorcy (masa „współczesnych” smaczków do wyłapania!). Jestem zachwycony – do „Tajemnicy magicznego wywaru” będę wracał wielokrotnie!

“Miszmasz, czyli Kogel Mogel 3”

Michał: Mamy styczeń, a ja już widziałem dwa najgorsze filmy (mam przynajmniej taką nadzieję) 2019 roku! Przy okazji „Diablo” zaspoilerowałem Wam właśnie dzieło Piwowarskiego. O tym czymś można tylko napisać jedno: wszyscy, podkreślam WSZYSCY, którzy przyłożyli rękę do powstania tego gunfa, powinni zostać skazani na dożywocie w więzieniu na Księżycu. Bez skafandrów. Ten film zadawał mi ból większy niż najgorsze tortury, tu nie ma niczego, o czym można by napisać, że było chociaż przyzwoite. To zlepek idiotycznych scen, w których idioci wykonują idiotyczne czynności. Nie wspominając już o tym, że pewien polityczny fragment jest żenujący nawet jak na standardy pisiorówy, pani Łepkowskiej. „Kogel Mogel 3” to skandal, dzieło, którego nie umieściłbym na półce nawet koło „Kac Wawy”. To dzieło tak złe jak „Smoleńsk” i trzymam kciuki, by obie te produkcje zdechły zakurzone na półkach magazynów…

“Maria, królowa Szkotów”

Michał: Olbrzymie nadzieje, olbrzymie rozczarowanie! Nuda, historyczne bzdury, beznadziejne aktorstwo, fatalne dialogi… Absolutnie nie dziwię się, że film przechodzi przez kina bez echa! Oglądanie tego to katorga, produkcja dłuży się, zdaje się nie mieć końca. Jeszcze dałoby się to wybaczyć, w końcu to kostiumówka, gdyby aktorzy dawali coś od siebie. A tu ch…, du.. i kamieni kupa! Ronanowa udowadnia, że jest przehajpowaną aktoreczką, równie fatalnie radzą sobie partnerujący jej Lowden i Alwyn. Dlaczego nie wspominam o Margot Robbie? Powód jest prosty – na ekranie znajduje się łącznie koło 5 minut, a żadna ze scen z jej udziałem nie wnosi nic do fabuły (no może prócz sceny w chatce). Kurna mać! Masz Margot Robbie w obsadzie i nie pozwalasz jej grać?! Trza być naprawdę skończonym debilem – brawo pani Rourke. Ten film to idealny przepis na to, jak spieprzyć zajebiście wielkie potencjał historyczny. Omijajcie ten padzioch, bo szkoda nerwów. No chyba, że chcecie tylko podziwiać zdjęcia, to wtedy możecie przed ekranem zasiąść.

“Złe wychowanie Cameron Post”

Emilia: Pewne tematy aż wołają o poruszające filmy. Takie, które dadzą do myślenia, wywołają krzyk sprzeciwu, zachęcą do dyskusji i podania w wątpliwość przekonań niektórych. „Złe wychowanie Cameron Post” nie robi żadnej z tych rzeczy, a szkoda, bo porusza temat ważny dla dzisiejszej rzeczywistości, w której żyjemy. Największym mankamentem filmu jest to, że nie angażuje widza. Oglądałam go z całkowitą obojętnością. Brakuje mi w nim emocji, poruszenia, czegoś, co wywołałoby mój wewnętrzny sprzeciw. Oczywiście, praktyki ośrodka, który pod banderą religii i wiary, próbuje wmówić młodym ludziom, że są chorzy są absurdalne. Jednak mam wrażenie, że nawet bohaterów nie oburza to tak jak mnie, dlatego trudno mi uwierzyć w ich dramat.

Michał: Kolejne kino festiwalowe, które to miało zamiar być ambitne, a wyszło lipne i nudne. Punkt wyjścia jakiś nawet jest, jednak później staje się to, co dzieje się z każdym filmem festiwalowym: nie dzieje się tu nic. Bohaterowie snują się i pieprzą pseudoambitne frazesy, z których totalnie nic nie wynika. Nawet starająca się grać Moretzowa nie jest w stanie udźwignąć tak przeciętnego scenariusza. Choć fani Oscarów i innych takich syfów pewnie się ze mną nie zgodzą i stwierdzą, że to kino, co najmniej, dobre…

“Nienawiść, którą dajesz”

Emilia: „Nienawiść, którą dajesz” wydaje się być zrobionym pod gimnazjalistów. Proste chwyty manipulujące emocjami, kilka patetycznie wypowiedzianych kwestii, a wszystko w aurze kiepskiej powieści young adult. Być może młodsze pokolenie to łyknie i nawet wysmaruje kilka tweedów o tym, jak bardzo poruszył ich seans, nie zapominając przy tym dorzucić hashtagu #blacklivesmatter. Brakuje tu prawdziwych emocji, mięsa, poczucia, że wszystko co pada z ust bohaterów to nie tylko frazesy wepchnięte tam przez scenarzystów. Temat jest zbyt ważny, by tak naiwnie go przedstawiać.

Michał: Mógł to być niezwykle ważny głos czarnoskórej części amerykańskiego społeczeństwa i przez dłuższy czas projekcji nim był. Mniej więcej w ¾  czasu trwania, film zmienia się jednak w mocno przeidealizowany obraz, który mógłby wybrzmieć dostatecznie chyba tylko w latach 50 i 60… Gwałtowna i dziwna zmiana narracji mocno wpływa na to, że z dzieła naprawdę mocnego i przejmującego, „Nienawiść, którą dajesz” zmienia się w swoją własną parodię. A szkoda, bo gdyby bohaterka posłuchała mądrej rady policjanta, wujka Ramosa (kapitalny Common!) o tym, jak działają stróże prawa (nawet czarnoskórzy) mogliśmy otrzymać naprawdę wybitne kino. Szkoda, że Tillman Jr. się w tym wszystkim pogubił, bo przez dłuższą część seansu, obraz ten, po prostu, jest petardą.

“O psie, który wrócił do domu”

Michał: Tytuł i trailer ukazały nam już obraz finału projekcji, co jest bzdurą nawet jak na kino familijne. Pytanie tylko, czy można ten film traktować jako kino familijne? Osobiście, osób poniżej 13 roku życia na seans bym nie zabrał. Bywa brutalnie, twórcy dość mocno prezentują choćby obraz weterana wojennego we współczesnej Ameryce, nie szczędzą także i zwierzaków. Historia, ukazująca świat ludzi i świat zwierząt, mimo schematu podróży psa, wciąga, a nawet powoduje lekkie wzruszenie. Piękne zdjęcia, ciekawe spojrzenie na Amerykę oczami niewinnych zwierząt, mocne wątki – dzieło Smitha to kawał dobrego kina, choć zdecydowanie skierowanego bardziej do dojrzałego odbiorcy.

 

Bez żadnych wątpliwości możemy stwierdzić, że filmem miesiąca został “Vice” – obejrzeliśmy go wszyscy i wszyscy najwyżej oceniliśmy. W sprawie najgorszego… cóż, ufamy Michałowi vel Wikingowi! That’s all Folks!

Zapowiedź 9. Festiwalu Krytyków Sztuki Filmowej Kamera Akcja

To już dziś! O godzinie 19.00 rozpocznie się 9. edycja Festiwalu Krytyków Sztuki Filmowej Kamera Akcja wraz z przedpremierowym pokazem filmu “Córka trenera” oraz spotkaniem z twórcami produkcji. Dla mnie to wydarzenie to stałe miejsce w kalendarzu od ośmiu lat. Choć w tym roku mój przyjazd do Łodzi stał pod znakiem zapytania aż do wczoraj – z racji sytuacji zarówno zawodowej, jak i prywatnej. Lecz uff, udało się, jutro przybywam! Cieszę się nie tylko na ucztę filmową, lecz także ze względu na spotkanie z najciekawszymi blogerami filmowymi w Polsce.  Czytaj dalej “Zapowiedź 9. Festiwalu Krytyków Sztuki Filmowej Kamera Akcja”

Recenzja filmu Kim jest Michael?: ze skrajności w skrajność, czyli własnoręczne pranie mózgu

James Franco to istny fenomen w filmowym świecie. Potrafi wystąpić w ponad dziesięciu produkcjach rocznie, a trafi się w tym i jakaś oscarowa rola. Zdarza mu się być scenarzystą, reżyserem i producentem. Ostatnio nawet zagrał główną rolę w serialu opartym na powieści Stephena Kinga – „11.22.63”. Dość często wcielał się w kontrowersyjne postacie (należy przywołać tutaj chociażby telewizyjną kreację Jamesa Deana), a tytułowy bohater z debiutanckiego filmu Justina Kelly’ego z pewnością do takowych należy. Wystarczy sprowadzić fabułę „Kim jest Michael?” do jednego zdania – opowieść o homoseksualnym aktywiście, który za sprawą cudownego nawrócenia zostaje heteroseksualnym pastorem. Czytaj dalej “Recenzja filmu Kim jest Michael?: ze skrajności w skrajność, czyli własnoręczne pranie mózgu”

Recenzja serialu Peaky Blinders, sezonu drugiego: gangsterska krew jeszcze gęstsza, akcent jeszcze lepszy

Pierwszy sezon „Peaky Blinders” pokochałam od pilotażowego epizodu. Nie dość, że grał w nim Cillian Murphy, to od początku zaskakiwał niezwykłą wirtuozerią od strony formalnej i opowiadał historię pewnego gangu osadzając ją w kontekście pierwszej wojny światowej oraz wojennej traumy.Drugi sezon, pomimo, że obejrzałam ze sporym opóźnieniem, pochłonęłam w ciągu jednego wieczoru (jak zawsze żałuję, bo trzeba było tę przyjemność rozłożyć na kilka dni). Steven Knight pozostawia atuty swojej produkcji, okraszając ją jeszcze nowymi postaciami i znakomitym Tomem Hardy’m, który walczy o atencję na ekranie z Murphym. Czytaj dalej “Recenzja serialu Peaky Blinders, sezonu drugiego: gangsterska krew jeszcze gęstsza, akcent jeszcze lepszy”

Recenzja książki ,,Alkaliczne gotowanie przy zielonym stole” Beaty Sokołowskiej i Edyty Skorupskiej: Innowacyjne kompendium zdrowego odżywiania

Nie wiem czemu, ale słowo alkaliczne kojarzy mi się negatywnie. W sumie nawet nie znałam dokładnej definicji, dopóki nie sięgnęłam po książkę ,Alkaliczne gotowanie przy zielonym stole” autorstwa Beaty Sokołowskiej i Edyty Skorupskiej. Na swoim koncie mam już dużo przeczytanych książek dotyczących zdrowego odżywiania się, gotowania zgodnie z naturą, nie tylko fit, ale po prostu zdrowo, tak by dbać o organizm, a nie jedynie o wagę (która zmienia się przy okazji). Czy w dzisiejszych czasach, gdzie mamy niezliczoną masę produktów ,,fit”, ale przy okazji zawierające dużo cukrów, przy żywności główne przetworzonej, można wybrać rzeczy przede wszystkim zdrowe? Takie, które będą wpływały dobrze nie tylko na naszą sylwetkę, ale tez na samopoczucie, wygląd i ogólną energię do działania? Czytaj dalej “Recenzja książki ,,Alkaliczne gotowanie przy zielonym stole” Beaty Sokołowskiej i Edyty Skorupskiej: Innowacyjne kompendium zdrowego odżywiania”

Recenzja książki “Rozpraw się ze swoją wewnętrzną jędzą” Amy Ahlers, Christine Arylo: czy zdefiniowanie siebie wystarczy, aby się uleczyć?

rozpraw-sie-ze-swoja-wewnetrzna-jedza1Gdy otrzymałam informację o premierze książki „Rozpraw się ze swoją wewnętrzną jędzą” skakałam z radości. Pomyślałam – w końcu pozbędziesz się toksycznego związku z samą sobą, zaakceptujesz siebie, ba, a nawet zdefiniujesz siebie na nowo. Tata, gdy tylko przyszedł egzemplarz poradnika, stwierdził, że to chyba jakaś nowa kobieca biblia. Przecież każda z nas zdaje sobie sprawę, że jesteśmy Paniami własnych ograniczeń i, bardzo często, nie bywamy władczyniami własnych wyborów. Czy określenie naszych problemów jest pierwszym krokiem do życiowej rewolucji? Czy istnieje jakiś skuteczny sposób, aby rozprawić się ze swoją zołzą, która skierowuje nasze życie na złe tory?

Amy Ahlers i Christine Arylo stworzyły poradnik, który ma za zadanie wytłumaczyć kobietom, jak zacząć kochać samą siebie i przestać się niszczyć. Autorki uczą, jak walczyć z własnymi demonami. Stworzyły trzynaście typów „wewnętrznych jędz” (WJ), które potrafią zawładnąć naszym życiem. Odkrycie, którym z nich jesteśmy pomagają liczne zadania oraz niebanalny test. Kolejne rozdziały ujawniają pełen program, dzięki któremu możemy ujarzmić nasze wewnętrzne zołzy. Autorki, trenerki personalne, uczą, jak pozbyć się autodestrukcyjnych nawyków i jak wyleczyć się na zawsze ze skłonności do niszczenia swojego życia.

Sięgałam po ten poradnik pełna nadziei oraz oczekiwań. W pierwszym rozdziale łykałam każde słowo, spisywałam złote myśli do kalendarza, starałam się czerpać z każdej strony pełnymi garściami. Zdefiniowałam samą siebie będąc w szoku, że Ahlers i Arylo tak dobrze poznały kobiecą psychikę i robią wszystko, aby pomóc wszystkim czytelniczkom. Pierwszy rozdział pokazał mi, że nigdy wcześniej nie miałam w rękach tak oryginalnej pozycji dla kobiet, która miałaby zrewolucjonizować nasze życia. Niestety, gdy doszłam do momentu, w którym autorki zaczynają prezentować, jak walczyć ze swoimi wewnętrznymi słabościami, jakość poradnika zaczęła drastycznie spadać.

Oczekiwałam, że innowacyjność w rozpoznaniu przełoży się także na porady, które wskażą, jak ponownie zacząć sterować swoim życiem. Na nieszczęście, okazało się, że pozostała część „Rozpraw się ze swoją wewnętrzną jędzą” to istny banał oraz powtarzanie porad, które znamy z większości wcześniejszych podobnych lektur. Powtarzanie mantr czy wiara w siebie nie wydają się po takim czasie skutecznym rozwiązaniem.

Recenzja książki “Sama się prosiła”: wszystkie odcienie szarości pokolenia Z, czyli czy kultura gwałtu istnieje?

sama-sie-prosila-u-iext47004030Moje pokolenie, pokolenie Z, dzisiejszych 20-latków kojarzone jest z głupotą, straconymi szansami, jednolitością, brakiem priorytetów i autorytetów. Tak chyba z grubsza odbierają nas w większości nasi rodzice, szczególnie ci, którzy mieli okazję wychowywać naszych starszych braci czy siostry. Oglądając wiadomości czy różnego rodzaju reportaże, czytając nagłówki gazet trudno się dziwić takiemu postrzeganiu. Ostatecznie okazuje się, że dajemy przyzwolenie na wiele rzeczy, ponieważ nic tak naprawdę nie ma dla nas większego znaczenia – ani wartości rodzinne, ani ambicje zawodowe. Istotne jest jedynie tu i teraz. Jednak czy doprowadziliśmy do tego, że kultura gwałtu ma szansę przestać być jedynie hipotezą, a stać się rzeczywistością? Czy możemy, jako pokolenie, na nowo odnaleźć szacunek do samych siebie?

Nastoletnia Emma jest typem imprezowiczki. Uwielbiana przez niemalże wszystkich w szkole dziewczyna sypia z wieloma facetami, mimo, że nigdy nie otrzymała określenia “puszczalska”. Wszystko się zmienia, gdy dochodzi do tej jednej, jedynej imprezy, na której Emmie całkowicie puszczają hamulce. Zbyt duża dawka narkotyków i alkoholu doprowadza do tego, że nastolatka traci przytomność. Na drugi dzień jej rodzice znajdują ją leżącą na werandzie domu. Emma nic nie pamięta. Dowiaduje się wszystkiego z Facebooka, gdy ogląda swoje zdjęcia i nie może dopuścić do siebie możliwości, że prawdopodobnie została zgwałcona…

“Sama się prosiła” mogłoby być źródłem niezwykle ważnej społecznej dyskusji. Od wielu lat wątpliwości poddawana jest kwestia uznania każdej zgwałconej kobiety jako ofiary. Brzmi brutalnie? Być może. Jednak warto się nad tym przez chwilę zastanowić, nawet jeśli uważamy, że takie rozważania prowadzić mogą tylko seksistowskie świnie. Młoda dziewczyna wychodzi na imprezę. Nieważne, czy na większą domówkę, czy do klubu. Zakłada wysokie szpilki, kusą sukienkę, która ledwo zasłania jej bieliznę (a może bielizny w ogóle na sobie nie ma?). Wychodzi z założeniem, że nie wróci sama do domu. A przynajmniej spotka swojego księcia z bajki na jedną noc i zabawi się z nim na imprezie w łazience. Bierze narkotyki, pije alkohol, nie bardzo ma ochotę wracać do domu, dopóki nie zwróci na siebie uwagi tego, którego obrała sobie za cel. Nadal brzmi brutalnie? Każdy z nas co najmniej raz w życiu miał do czynienia z podobną osobą, mocno wątpię, aby było inaczej. Pewnego dnia dochodzi do tego, że dziewczyna przeholowuje i staje jej się krzywda. Gwałt. Czy, mimo, że każdy z nas ma prawo popełniać błędy, możemy się dziwić, że część opinii publicznej lub chociażby najbliższego grona znajomych, osądza ją w taki, a nie inny sposób? Że ciężko niektórym z nich nazwać ją ofiarą? Jakkolwiek możemy się z takimi poglądami zgadzać lub nie, musimy przyjąć do wiadomości, że kultura gwałtu przestaje być tylko i wyłącznie hipotezą.

Powieść Louise O’Neill pokazuje także siłę i wpływ mediów społecznościowych na kreowanie opinii publicznej oraz na rozprzestrzenianie się informacji. O Emmie krążyłyby jedynie niepotwierdzone plotki, gdyby nie to, że chłopcy, którzy zbezcześcili ją i jej ciało, robili w trakcie aktów przemocy zdjęcia. Następnie wszystkie te materiały znalazły się na powszechnie dostępnej stronie na Facebooku. Trudno powstrzymać wprawioną raz w ruch machinę, tak jak trudno doprowadzić do skasowania zdjęć na platformach społecznościowych. O’Neill doskonale pokazała, jak z łatwością za sprawą “likeów” i komentarzy, pomijając już samo upublicznianie zdjęć, można zniszczyć czyjeś życie.

Trudno tak naprawdę ocenić Emmę. Nie jest to bohaterka wzbudzająca sympatię. Początkowo prezentuje się jako typowa “wredna dziewczyna”, której wolno na więcej niż innym. Często lekceważąco odnosi się do swoich przyjaciółek, traktuje mężczyzn przedmiotowo, ma zbyt duże ego i przed dorosłymi udaje kogoś, kim nie jest (czyli grzeczną dziewczynkę). Zresztą, nawet wraz z rozwojem wydarzeń ciężko jest zacząć nam jej współczuć czy w jakikolwiek sposób się z nią utożsamić. Ja postrzegałam ją jako dziewczynę ze szkoły, której nigdy nie znosiłam – obłudna, złośliwa, którą hołubili zarówno nauczyciele, jak i większość rodziców; a wszyscy uczniowie chcieli być tacy jak ona.

 “Sama się prosiła” to powieść zaskakująco dobra, podejmująca wiele kwestii moralno-etycznych, nad którymi na co dzień się nie zastanawiamy. Myślę, że może mieć ogromny wpływ na nastolatki, które po nią sięgną i sprawić, że kilka razy pomyślą, zanim podejmą jakąkolwiek decyzję. Żadna z nas przecież nie chciałaby zostać ofiarą lub zachowywać się tak, jakby chciała się nią stać. A o to, jak już wiemy, nietrudno.

Ocena: 8/10

 

Recenzja książki “Księga dżungli” (Wydawnictwo [ze słownikiem]): podróż do magicznego świata

ksiega-dzungli,,Księga dżungli” to moja druga pozycja z Wydawnictwa [ze słownikiem]. Od ,,Tajemniczego ogrodu”, który przeczytałam jako pierwszy, różni się tym, że nigdy nie miałam w swoich rękach zbioru opowiadań Rudyarda Kiplinga. A do niedawna żyłam nawet w przekonaniu, że ,,Księga dżungli’’ to jedynie historia indyjskiego chłopca wychowywanego przez zwierzęta. Jakże daleko byłam od prawdy i nie zdawałam sobie sprawy, że to zbiór opowiadań. Ale całe szczęście lepiej teraz zostać wyprowadzonym z błędu niż za na przykład dziesięć lat. ,,Księga dżungli”  to moje dzieciństwo – film animowany po stokroć przewijany i odtwarzany na kasecie VHS z  zapamiętanymi ulubionymi scenami. Dlatego stwierdziłam, że warto nadrobić zaległości i przeczytać ,,Księgę dżungli”, ale, tym razem, w oryginale. Czytaj dalej “Recenzja książki “Księga dżungli” (Wydawnictwo [ze słownikiem]): podróż do magicznego świata”

Recenzja książki “Zasada równowagi”: prawnicza moralność

zasada-rownowagi-b-iext43468857Rodzice odkąd skończyłam naście lat pozwalali mi oglądać niezliczone ilości kryminałów czy thrillerów. Królowały przede wszystkim seriale na Hallmarku, a z biegiem czasu zaczęłam jeszcze czytać powieści Agathy Christie. Początkowo brałam do ręki klasykę gatunku, później zaczynałam zapoznawać się z książkami Grishama czy Cobena. Właściwie gdyby nie Grisham (…i nie pamiętam, która jego powieść) prawdopodobnie nigdy nie przekonałabym się do tekstów kultury dotyczących tematyki stricte prawniczej. Bo cóż fascynującego może być w dochodzeniu do prawdy? Żmudnym śledztwie? Procesach na sali sądowej? Wszystko!

Guido Guerri to włoski mecenas, tuż przed pięćdziesiątką, który niemalże całe swoje życie oddaje pracy. Mieszka sam, nie ma bliższej rodziny, codziennie do późnych godzin wieczornych zostaje w kancelarii. Pewnego wiosennego dnia otrzymuje nietypowe zlecenie. Darzący go zaufaniem i wierzący w jego umiejętności dawny przyjaciel ze studiów, zwraca się z ogromną prośbą. Ten sędzia u szczytu kariery zostaje posądzony o najgorszą rzecz, o jaką można oskarżyć sędziego – o korupcję. Guido podejmuje się jego obrony, mimo, że targają nim wewnętrzne sprzeczności. Prowadzi własną walkę z prawnymi procedurami, własnym sumieniem a wiarą w wieloletniego przyjaciela. Czy sędzia naprawdę popełnił przestępstwo? Jak być w tej sprawie jak najbardziej obiektywnym? Czy wydarzenia w życiu prywatnym pomogą mu czy przeszkodzą w pracy? Jak Guerrieri ma się odnaleźć w tej sytuacji? Czytaj dalej “Recenzja książki “Zasada równowagi”: prawnicza moralność”

Recenzja filmu “Człowiek, który poznał nieskończoność”: matematyk-romantyk

cz_owiek-markusCoraz częściej okazuje się, że połową sukcesu dobrego filmu biograficznego to dramatyczna, chwytająca za serce historia. Jeszcze lepiej, gdy ta historia jednocześnie wywołuje u widza podziw oraz współczucie dla głównego bohatera. Potem zostaje tylko zatrudnienie obsady, której uda udźwignąć się jej ciężar i oddać najważniejsze elementy, czy stworzyć klimat za pomocą wiernie odwzorowanych kostiumów i scenografii. Niektóre z takich produkcji to dzieła wybitne, inne to po prostu dobrze nakręcone opowieści z doskonałą podstawą scenariuszową. A jaki w takim razie jest obraz przedstawiający losy Srinivasa Ramanujana? Co go wyróżnia, a co ociera się o sztampę?

Indie, 1913 rok. Srinivasa Ramanujan (Dev Patel), 25-letni hinduski samouk mieszka w Madrasie. To matematyczny geniusz, którego zapisów niemalże nikt nie potrafi zrozumieć, więc zmuszony jest do życia jako ubogi urzędnik. Pragnąc zapewnić lepszy żywot swojej żonie, za sprawą swojego zwierzchnika, udaje mu się wysłać pocztą fragmenty swoich matematycznych teorii kilku brytyjskim profesorom. Jeden z nich, Godfrey Harold Hardy (Jeremy Irons), dostrzega geniusz młodego geniusza i zaprasza Srinivasa do Anglii. Sceptycznie nastawieni profesorowie nie są zadowoleni z obecności hindusa bez wykształcenia na kampusie, lecz Ramanujan ciężko pracuje, aby zyskać ich uznanie. Niestety, będzie musiał stawić czoła nie tylko swoim przeciwnikom, ale także uprzedzeniom rasowym. Czytaj dalej “Recenzja filmu “Człowiek, który poznał nieskończoność”: matematyk-romantyk”