Blogerskie podsumowanie filmowe grudnia

Grudzień nigdy nie jest dobrym miesiącem dla nas pod względem kinowym z powodu licznych obowiązków, w które akurat nie wlicza się chodzenie do kina (c’mon, to też nasz obowiązek). W związku z tym zmieniamy nieco zasady oceny – wyjątkowo w tym podsumowaniu, wyłaniając zwycięzców, bierzemy pod uwagę filmy, które obejrzało przynajmniej dwoje z nas.

Niespodzianek i urozmaiceń jest jednak więcej. Kierując się hasłem “Nowy rok, nowi my!” i mając na uwadze zmieniające się zasady funkcjonowania filmowych tekstów kultury, postanowiliśmy od teraz zwracać uwagę także na premiery produkcji streamingowych gigantów. Skoro Netflixowe filmy walczą już o Oscary, mogą powalczyć także o naszą uwagę. Aby było przejrzyście, opinie o tych premierach, które możemy oglądać w domowych pieleszach, będziemy przedstawiać jako pierwsze. Jednak, w ostatecznym podsumowaniu miesiąca, biorąc pod uwagę punktację, nie będziemy rozgraniczać premier kinowych oraz streamingowych. Uff, mam nadzieję, że udało mi się to wyjaśnić przejrzyście, o co prosił Michał!

Zestawienie prezentują:

“Historia małżeńska”

(film dostępny już na platformie streamingowej Netflixa)

Ewa: Jeden z najpiękniejszych filmów o relacji partnerskiej i jej rozpadzie, jaki widziałam. O ile nie najpiękniejszy. Dlaczego? Ponieważ ciężko znaleźć bardziej realistyczną oraz lepiej realizowaną opowieść będącą czymś, z czym wielu ludzi może się utożsamić. Nie jest to historia o tym, że dwóch ludzi przestaje się kochać, tylko powoli przestaje patrzeć w tym samym kierunku pragnąc od życia zupełnie innych rzeczy. Baumbach prezentuje wszystkie gorzkie emocje, myśli, które obezwładniają wobec pożegnania; złość, której nie sposób opanować; tęsknotę za małymi rytuałami, które do niedawna wydawały się tak oczywistym składnikiem codzienności; pragnienie powrotu do tego co było, choć logika podpowiada, że nigdy to nie nastąpi. Gdy dwoje ludzi, będąc dla siebie całym światem, nagle nie potrafi się odnaleźć w nowej sytuacji, gdy nie dzielą już dni, łóżka, chwil z dzieckiem. Rozdzierające emocje towarzyszą nam przez cały film, a na koniec trudno nie płakać razem z bohaterami. W dodatku Adam Driver stworzył genialną kreację aktorską, która w tym sezonie dla mnie zasługuje na równą uwagę, co kreacja Jokera Joaquina Phoenixa. Pokochałam ten film miłością wielką i z pewnością będę do niego wracać.

Ewelina: Z bohaterami Baumbacha jest tak, że chcesz ustawić się z nimi na butelkę wina albo pięć i słuchać ich historii, jak prawdziwego kumpla, któremu dobrze życzysz. W przypadku Nicole i Charliego (rewelacyjne role) nie wiesz kogo bardziej chcesz przytulić. Te postaci są tak naturalnie prawdziwe, że nie sposób nie zmoczyć oczu (np. podczas czytania listu). Jest to jeden z tych filmów, które zostają w serduszku na dłużej 😉

Michał: Jeden z faworytów do najważniejszych nagród filmowych to spokojne, acz niezwykle gęste kino typowo „życiowe”. Dzieje się tu niewiele, jednak każda scena ma swoje znaczenie, liczy się tu (prawie) każdy gest. To kino dobre, jednak typowo „oscarowe” – za rok o tej produkcji już nikt pamiętać nie będzie. Najbardziej dziwi mnie tu jednak jedno: Adam Driver, owszem gra tu fantastycznie, ale jakim cudem wygrywa on nagrody od poszczególnych krytyków wyprzedzając Joaquina Phoenixa? Ok, dobrze wiecie, że wszelkie nagrody filmowe od dawna są chu.a warte (no chyba, że należysz do grona, które wciąż twierdzi, że Oscary są super – to nie czytaj tego), ale uważam, że chyba tylko patafian nie dostrzega tego, co odwalił aktor z „Jokera”. Adam do Joaquina nie ma nawet startu. Jeśli faktycznie Driver wygra Oscara, a  Phoenix przepadnie, to będzie to ostateczny dowód na to, że nagroda od Akademii jest warta nawet mniej niż połamany ołówek leżący na śmietniku.

“Słodziak”

Ewa: Autobiograficzna opowieść Shii LaBeoufa o jego dzieciństwie i trudnej relacji z ojcem. Aktor sam zagrał rolę swojego rodzica oraz napisał scenariusz do filmu. To swoista forma autoterapii, dzięki której Shia nie pokazuje swojego ojca jak totalnego skurczybyka, który zniszczył mu życie. Jest w tym obrazie ojca dużo czułości, zrozumienia po latach, ale ciągle też smutku, że tyle rzeczy mogło się potoczyć inaczej. Chociaż “Słodziak” w żaden sposób nie dotknął mnie emocjonalnie, to potrafię docenić samą intencje katharsis i brak stygmatyzacji.

“Młody Renifer Alex”

Agata: Przepiękny wizualnie (serio, turboprzepiękny!!!), ale wartości edukacyjnej powyżej poziomu nauczania wczesnoszkolnego tutaj nie doświadczymy. Adamczyk, kolejny już raz, świetnie sprawdza się w roli narratora. Jednak, czuję się oszukana, bo hasło reklamowe mówiło wprost, że tytułowy Alex chce dostać się do zaprzęgu świętego Mikołaja, a w filmie ANI RAZU nie było o tym mowy. Co więcej – Mikołaj nie pokazał się na ekranie L

Michał: Film ma jedną, wielką wadę – jest cholernie krótki. Ogromna to szkoda, gdyż posiada przecudne zdjęcia dzikiej przyrody, posiada kapitalną narrację w wykonaniu Adamczyka, ukazuje nam, w fajniutki sposób, życie, w nie tak odległej, Laponii (teraz wszędzie jest blisko, nie? :D). Owszem, wątek o świętym Mikołaju został dowalony na chama w polskiej wersji (może ze trzy zdania o tym), by sprzedać film na mikołajki, ale nie zmienia to faktu, że to niezwykle piękna, fenomenalnie zrealizowana (te zdjęcia!) opowieść! POLECAM!

“Śnieżna paczka”

Agata: Strasznie nierówny film. Momentami jest naprawdę ciekawie i zabawnie, a chwilami trąci nudą i brakiem pomysłu na nową scenę. Mimo wszystko, to całkiem pocieszne kino, więc nie mogę napisać o totalnie zmarnowanym czasie.

Michał: O filmie przed seansem nie wiedziałem praktycznie nic, stąd miałem ogromnego zonka, jak w czasie trwania napisów początkowych przelatywały przed moimi oczami same głośne nazwiska z oryginalnej obsady (m.in. Renner, Cleese, Franco, Sy). Myślę: WTF?! No, ale niestety, w polskodystrybucyjnym wypierdowie, film można było obejrzeć jedynie z dubbingiem. Ten może i zły nie jest, ale jednak wolałbym, w tym przypadku, oryginalne głosy. Sama produkcja od strony fabularnej niczym Was nie zaskoczy: jest jasna strona mocy, jest ciemna strona mocy, w finale dochodzi do starcia. To, co Was zaskoczy to to, że w filmie pełno jest żartów… skierowanych typowo do ludzi pełnoletnich. Czasem te żarty są serio bardzo gruuuube. Szkoda zatem ogromna, że dzieło to stoi w ogromnym rozkroku pomiędzy filmem familijnym, a filmem, który dość mocno uderza hardkorowymi tekstami. Mogło być lepiej, acz nie jest źle!

“Dwóch papieży”

(film dostępny już na platformie streamingowej Netflixa)

Agata: Chyba każdy z nas choć raz w życiu doznał stresu związanego z wybieraniem filmu, który nadawałby się do wspólnego, rodzinnego oglądania, a  i tak poszukiwania te zwykle kończyły się fiaskiem. Jestem przekonana (i będę naprawdę szczerze zdziwiona, jeśli ktoś powie, że u niego było inaczej), że Dwóch papieży okaże się zbawieniem podczas kolejnych takich rozterek. To bardzo ciepłe, bezkonfliktowe i przyjemne kino, które obrazuje całkowicie ludzką stronę wielkich, kościelnych głów. Jest poważnie, ale bez zbędnego moralizowania i smęcenia, a także jest zabawnie, ale bez zbędnej jazdy po bandzie. Wszyscy o tym mówią, a ja też muszę napisać, że aktorsko – majstersztyk. Ogromne brawa dla osób odpowiedzialnych za casting, a następnie dla charakteryzatorów.

Ewa: Dwóch papieży to przede wszystkim mądry film o tym, że o różnicach w poglądach, nawet w Kościele katolickim, można rozmawiać ze zrozumieniem i obopólną nauką. Niesamowite kreacje Hopkinsa i Pryce’a, przewaga dialogu nad akcją, dużo ciekawych spostrzeżeń, brak złego bohatera. To naprawdę dobre, wręcz rodzinne kino, bardzo dobrze zrealizowane.

Ewelina: Przede wszystkim chcę powiedzieć, że Hopkins i Pryce nie grali papieży, oni nimi byli! rewelacyjna gra aktorska, świetnie nakręcone spotkanie dwóch zupełnie innych spojrzeń na kościół, co najważniejsze, w ciepłej atmosferze. Można? można.

Michał: Jak widać, nawet na żenującym Szitflixie, czasem trafi się produkcja godna uwagi. Film Meirellesa to kino świetne, genialnie ukazujące „starcie” dwóch watykańskich frakcji. Dzięki wybitnym kreacjom aktorskim (opad szczęki!), fenomenalnej muzyce i świetnym dialogom, film ten ogląda się jak najlepszy thriller. Dzieło to wsysa od pierwszej do ostatniej sekundy. A, że wybiela Imperatora Palpatine’a, zwanego Benkiem XVI? No cóż, nie można mieć wszystkiego 😉

Monika: Gdybym miała opisać jednym słowem ten film to użyła bym słowa “piękny”. Słoneczny Watykan, przyjaźń i zrozumienie pomimo różnic poglądowych oraz dwójka absolutnie genialnych aktorów! Nie łatwo zrobić film o dwóch mężczyznach, którzy przez 2 godziny rozmawiają, a jedyne co się zmienia to lokalizacja. Ogląda się to z ciekawością, mimo, że film jest całkiem przegadany i cały seans mija strasznie szybko, więc cieszcie się każdą minutą.

“Serce do walki”

Agata: Żałosne, że i tak mało popularny w naszym kraju sport, jakim jest kick boxing, zarobił dodatkowy cios od filmowców, którzy postanowili stworzyć jednego z najbardziej bezpłciowych, nudnych i amatorskich tworów, jakie pojawiły się w 2019r.na ekranach polskich kin. Wspomnieć muszę też o beznadziejnie drewnianym aktorstwie, od którego do teraz bolą mnie oczy. Zatrudnienie do głównej roli zawodowego kick boxera (Łukasz Wabnic) przyniosło opłakane skutki. Twórcy najwidoczniej zapomnieli, że to, co naturalnie i wiarygodnie prezentuje się w dokumentach jest niemożliwe do przeniesienia na płaszczyznę filmu fabularnego. Ale przynajmniej jest konsekwentnie, bo dosłownie wszyscy aktorzy byli solidarnie częścią tej marności.

Michał: Ten film jest tak zły, że aż spowodował u mnie głupawkę w trakcie seansu. Śmieszyło mnie autentycznie wszystko, każda scena, każdy „dialog”, każdy „bohater”. To dzieło tak złe, że aż brakuje słów, by skomentować jego chu….ść! Czego możecie się tu spodziewać? Debilnych dialogów, bohaterów – skończonych idiotów oraz crème de la crème: najgorzej zrealizowanych scen walk w historii kina (na Odyna, jakie to było żenujące!). Gdyby nie to, że autentycznie wzięła mnie głupawka i płakałem ze śmiechu, wystawiłbym soczyste zero na dziesięć. Szkoda tylko, że ta głupawka nie była przewidziana przez producentów, którzy stwierdzili, że to coś, zasługuje na dystrybucję kinową…

“Czarne święta”

 

Michał: Są filmy, o których lepiej szybko zapomnieć – to jeden z nich. Produkcja ta zaczyna się nawet spoko (typowo dla slasherów), ale im dalej w las, tym coraz gorzej. To dzieło cholernie głupie, niezwykle irytujące, powodujące chęć opuszczenia sali kinowej. Tego autentycznie nie da się oglądać! Ogromna wtopa Blumhouse’a.

Monika: Dawno nie miałam takiej ochoty wyjść z kina, jak na seansie “Czarnych Świąt”. Niedorzeczność goni niedorzeczność, nic się nie trzyma kupy. Niektórzy pisali o godnym następstwie “Krzyku”? Błagam! Prędzej zobaczę Perfekcyjną Panią Domu w Warsaw Shore niż uwierzę w tak nietrafione porównanie.

“Gwiezdne wojny: Skywalker. Odrodzenie”

Michał: To jest ten film, w którym zrozumiem zdanie każdego: w pełni rozumiem ludzi, którzy gnoją to dzieło za każdy element i w pełni rozumiem ludzi, którym dzieło to się podobało. Jestem jedynym człowiekiem na świecie, który twierdzi, że „Ostatni Jedi”, w końcu, pokazywał „Star Wars” poza ich schematami, był to film, który chciał coś w końcu zmienić w tej serii – przez to bardzo mi się podobał. No, ale, że psychofani „Gwiezdnych Wojen” to ludzie, którym wystarczy inny kolor buta względem starwarsowej książki, którą przeczytało pięć osób, by coś shejtować na maxa, to krytyka dzieła Johnsona mnie nie zdziwiła. Nie zdziwiło mnie zatem również to, że Abrams zrobił wszystko, by wrócić na utarte szlaki. Ktoś jest synem kogoś, ktoś jest córką kogoś, zza grobu wyskakuje piorunowy pan w kapturze… No czysty, starwarsowy, schemat. Najdziwniejsze w tym wszystkim jest to, że potrzebowałem dwóch seansów, by Abramsa jednak docenić. Owszem, ten film jest zły, ma pełno wad, debilnych rozwiązań, kretyńskich zwrotów akcji, ale jednocześnie czuć w tym filmie Moc: akcja gna na złamanie karku, chemia między bohaterami jest na maxa widoczna (kapitalne trio Ridley-Isaac-Boyenga), droidy robią robotę (robosuszarka jest czadowy!), a Babu Frik jest przewspaniały. Efekty specjalne są kapitalne, podniosła, finałowa bitwa powietrzna wywołała ciarki na moim ciele, a muzyka Williamsa urwała mi jajca. Długo wahałem się z oceną tej produkcji, trudno mi ją wciąż opisać. Chyba to, po prostu, ten dobryzły film 😉

“Osierocony Brooklyn”

Ewelina: Podobno łobuz kocha najbardziej, jednak nieśmiały Essrog mimo swojej niekomfortowej przypadłości byłby w stanie złamać nie jedno i nie pięć dziewiczych serc. Jest charyzmatyczny i na swój sposób tajemniczy, byłabym gotowała odłożyć status damy i sama zaprosić go do tańca przytulańca przy jednej z jazzowym melodii w zadymionej brooklińskiej knajpie. Sam film nie jest na pewno kryminalnym mistrzostwem kinematografii, ale od strony wizualnej zasługuje na wizytę w kinie.

“Misiek i chiński skarb”

Agata: Całkowicie zgadzam się z opiniami, że fabuła w trzecim Miśku jest dla dzieciaków, a humor przede wszystkim dla dorosłych. Udany seans, polecam wszystkim!

Michał: Kolejna animacja w tym miesiącu, w której fabuła skierowana jest typowo dla dzieciaków, a poczucie humoru dla zdecydowanie dojrzalszego odbiorcy. Bywa tu serio hardkorowo, twórcy się nie szczypią. Miśka polubiłem już dawno, jego pomocne lemingi uwielbiam, „trójeczka” również mi się podobała. Ot, taki przyjemny film na niedzielne popołudnie.

“Futro z misia”

Agata: Gdy film obraża Ciebie, Ty masz prawo obrażać film, więc w tym miejscu powinnam zostawić soczystą wiązankę przekleństw. Gdybym nie była sobą, to najpewniej bym ją zostawiła. A tak, napiszę tylko, że ten nieśmieszny filmopodobny twór powinien mieć zakaz zbliżania się do ludzkich oczu. I uszu. Ogłupiające coś z fatalną fabułą, żałosnymi bohaterami, przemaglowanymi sucharami oraz nieskrywaną miłością Milowicza do Bani u cygana.

Michał: Nie oglądajcie, bo tylko się wkurwicie.

“Pan T.”

Agata: Już dawno nie było mi aż tak bardzo szkoda zmarnowanego potencjału. Mniej-więcej połowa filmu jest równie ciekawa, co jego zwiastuny. Później jednak, na pierwszy plan wysunięte zostały filozoficzno-bełkotliwe wizje, tempo siadło i zaczęłam tracić wiarę w udany finał. Jak się okazało, całkiem słusznie. Podkreślę to jeszcze raz: szkoda, niesamowicie szkoda. Film został nakręcony w oryginalny i estetyczny sposób (scena z pieniążkiem jest taka ładna!), charakteryzacje i scenografia są dopracowane w każdym szczególe (Warszawa odbudowująca się z gruzów wygląda niesamowicie realistycznie), a do tego możemy podziwiać cały ogrom zarówno topowych, jak i tych już lekko zapomnianych, zdolnych aktorów (niektórzy nawet w malutkich epizodach). Spory mętlik w głowie pozostawił ten seans, ale przede wszystkim niedosyt i smutek, że wyszło, jak wyszło.

Michał: Niewykorzystany potencjał. Pierwsza połowa filmu to arcydzieło, wspaniale prowadzona akcja i fajnie osadzeni w latach „komuny” bohaterowie. Dużo do śmiechu, dużo do przemyśleń. W drugiej połowie produkcji dzieje się jednak coś dla mnie niezrozumiałego: dzieło to staje się strasznie nudne i ślamazarne, tempo siada, nic się nie dzieje. Bohater zaczyna się snuć, wszystko traci impet – tak, jakby, scenarzystom zabrakło pomysłów na coś dłuższego niż produkcja 45-minutowa. Szkoda, bo w czasie pierwszej połowy już byłem pewny, że obcuję z dziełem kapitalnym – niestety, obcowałem jedynie z dziełem, ostatecznie, niezłym.

“Jumanji. Następny poziom”

Agata: Po wtopie z dubbingiem w poprzedniej części, dystrybutor na szczęście nie popełnił drugi raz tego samego błędu i dał widzom prawo wyboru: napisy lub ponownie dubbing. Co oczywiste, wybrałam wariant A i wyszłam z seansu w bardzo dobrym nastroju! Lekkie, zabawne, typowo rozrywkowe kino, w sam raz na leniwe popołudnie. Warto też zobaczyć The Rocka, który udowadnia, jak bardzo ma bogatą mimikę oraz z jaką łatwością naśladuje innych bohaterów (a w zasadzie, to jednego, konkretnego bohatera :D).

Michał: Nie da się ukryć, że fabuła do odkrywczych nie należy, a schemat goni tu schemat. Film ten jednak potrafi rozbawić do łez, potrafi porwać nas do swego świata w genialnym stylu. Dwayne Johnson jako Danny de Vito wymiata, Karen Gillan jak zwykle jest sobą (czyli, z deka, spizganą, zabawną typiarą), nawet Kevin Hart, którego nie trawię, spowodował, że mocno się zaśmiałem. Dzieło to traktuję jako świetną porcję rozrywki, która dostarczy masę frajdy całej rodzinie (choć większej osobom starszym). A to, że niczym nas nie zaskoczy? To schodzi, zdecydowanie, na dalszy plan. Rozrywka na bardzo wysokim poziomie!

Monika: Ostatnie Jumanji: Przygoda w Jungli zaprezentowało nową jakość w moim filmowym życiu! A mianowicie: najgorszy możliwy dubbing ever! Postanowiłam, że prędzej utnę sobie rękę, nim znowu popełnię ten błąd. I powiem Wam, że u mnie to “pykło”. Były momenty, że rzeczywiście szczerze się zaśmiałam! Oczywiście nie ma tej jakości jak w pierwszym “jedynym słusznym” Jumanji, ale jest lepiej jak bylo 2 (teraz już 3!) lata temu. No i Jack Black ❤

“Oficer i szpieg”

Agata: Wynudziłam się dość mocno na tym seansie. Poza tym, denerwujące było rozciąganie jednych wątków, kosztem strasznego skracania innych. Jestem przekonana, że za miesiąc będę mieć problem nie tyle z przypomnieniem sobie fabuły, co nawet tytułu filmu.

Ewelina: Nadal będę twierdzić, że słabszy Polański to co najmniej dobry Polański. Wciągnął mnie w historię Dreyfusa, pozwolił się zaprzyjaźnić z pułkownikiem Picquartem i śledzić jego poczynania bez znudzenia. Wyszedł mu z tego niezły misz-masz, po części historyczno-polityczny dreszczowiec, po części przyzwoity film szpiegowski.

Michał: Tak fatalnej narracji filmowej to ja dawno nie widziałem. Film miał przepotężny potencjał na genialną, kinową opowieść, jednak niezdecydowanie Polańskiego zaważyło na tym, że otrzymaliśmy dzieło jedynie niezłe. Reżyser ma tu wiele momentów, gdy skupia się na scenach totalnie niepotrzebnych, nie wpływających na fabułę, a chwilę później totalnie przyspiesza momenty, które na akcję wpływ mają. Ogląda się to naprawdę dziwnie, bo z jednej strony mamy fajne zdjęcia, dobrych aktorów, niezłą muzykę, dużo dobrych scen, a z drugiej strony panuje tu taki chaos, że czasem trudno się połapać, o co w tej produkcji chodzi. Jeśli chcecie to dzieło obejrzeć, przeczytajcie sobie najpierw o sprawie Dreyfusa – wtedy, jako tako, ogarniecie fabułę.

Premiery produkcji streamingowych bez premiery kinowej

“6 underground”

Ewa: Nadal uważam, że Michael Bay w takim wydaniu jest bardzo potrzebny światu! Nikt nie tworzy tak absurdalnych scenariuszy z myślą, że wcale nie są absurdalne, a czysto rozrywkowe. Szybka akcja, Ryan Reynolds będący Ryanem Reynoldsem (i za to go uwielbiam), świetne efekty specjalne, ani chwili wytchnienia na spacer, bo trzeba biegać po budynkach, ratować świat i zabijać dyktatorów. Oj tam, co z tego, że Bay znów chce być patetyczny, tych fragmentów dialogów wcale nie trzeba słuchać.

Michał: Ten film zdefiniować prosto: typowy Michael Bay. Efekciarskie pościgi, efekciarskie strzelaniny, akcja gnająca na złamanie karku, fabuły brak. Idealne kino na odmóżdżenie po ciężkim dniu pracy.

“Pół wieku poezji później”

Michał: Ten film stanowić powinien wzór na „jak tworzyć fanowskie produkcje?”. Owszem, trochę tu niedociągnięć, trochę braków, ale generalnie, jest to dzieło, które pokazuje Shitflixowi, jak stworzyć opowieść o wiedźminie! Fabuła, choć schematyczna, wciąga, muzyka to klasa światowa, zdjęcia są fenomenalne, lokacje przekozackie, a aktorzy serio dają radę (ogromne brawa dla Kamili Kamińskiej – rewelacyjna kreacja!). Długo przyszło nam na dzieło to czekać, wiele problemów napotkało, jednak, w ostatecznym rozrachunku, chylę czoła przed twórcami (przypomnę: film ten powstał ze zrzutki crowdfundingowej): cholernie warto było czekać! Świetnie się bawiłem, bardzo mocno się w tę fabułę wkręciłem. Mam prośbę, jeśli czyta to jeden z twórców: stwórzcie sequel, będę pierwszym donatorem, będę pierwszym widzem! Błagam, ja chcę drugą część!

 

Jak widzicie “Futro z misia” okazało się bezkonkurencyjne w swojej paździerzowatości! Dobrze, że Michał i Agata w porę nas ostrzegli, aby nie marnować życia na to zuo. “Historia małżeńska” została najlepszym filmem grudnia ’19, jednak o włos na podium nie znalazło się “Dwóch papieży”. Wszyscy mamy na 2020 rok podobne postanowienie – oglądać jeszcze więcej! 😉

Ewa Nowicka

Ewa Nowicka

Mam zbyt wiele planów na siebie i nie mogę się zdecydować, który jest najlepszy.
Serialoholiczka uważająca, że kultura popularna jest równie ważna co ta niszowa, a czasem snobistyczna. Na zmianę odwiedza operę i multipleks w poszukiwaniu blockbusterów.
Miłośniczka literatury wszelakiej i stała bywalczyni koncertów.
Absolwentka filmoznawstwa na UŁ. Kosmetyczka. Menadżer sieci sklepów Drogerie Noel.
Publikuję również na: secretum.pl, duzeka.pl oraz filmaster.pl
Ewa Nowicka

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *