Blogerskie podsumowanie sierpnia (filmowe)

Chyba wszyscy wiemy, która z sierpniowych premier nas oczarowała i w której zakochaliśmy się bez pamięci, czyż nie? Niemniej, warto przyjrzeć się naszej argumentacji, dlaczego nowy film Tarantino to arcydzieło, oraz sprawdzić, które tytuły z zeszłego miesiąca warto jeszcze nadrobić na dużym ekranie. Zestawienie prezentują:

“Yuli”

Agata: Udany seans! I jedna myśl nie daje mi spokoju do dziś – jak smutne może być życie człowieka obarczonego talentem, którego tak naprawdę nie lubi. Świetne przeplatanie teraźniejszości z przeszłością, ogromny plus za występ Carlosa Acosty oraz brawo za elementy narracji za pomocą układów choreograficznych.

Ewa: Wielowymiarowa historia pierwszego czarnoskórego Romea w historii sztuki. Opowieść o życiu Carlosa Acosty to opowieść o rodzinnych dramatach, o tęsknocie za prostym życiem u boku bliskich, o trudnej drodze do akceptacji swojego talentu i zrozumienia, że to on może cię definiować. Choć “Yuli” przepełniony jest muzyką, tańcem, to jednak o wiele więcej w nim porywów serca, buntu, emocji. Przepiękny pomysł na konstrukcję filmu, w którym przeplata się teraźniejszość, w której Carlos Acosta (grający samego siebie) przygotowuje balet o swoim życiu, z retrospekcjami, głównie z okresu dzieciństwa i dorastania, ale także pierwszych kroków na wielkich scenach. Nie zawsze także można rozróżnić, które wspomnienia Acosty są prawdziwe, a które jedynie metaforą służącą do opowiedzenia niełatwych relacji pomiędzy nim a resztą członków rodziny. Interesujące zabiegi narracyjne czy dosłowność przeplatająca się z metaforycznością sprawiają, że film wzmacnia emocjonalność historii życia Carlosa Acosty.

“Szybcy i wściekli: Hobbs i Shaw”

Agata: Uwielbiam prawie całą serię i na szczęście nie inaczej jest również z tym odcinkiem. Tego typu kino cenię sobie głównie za to, że gdy już wydaje mi się, że nie można wymyślić nic bardziej absurdalnego, niż widzieliśmy poprzednim razem – okazuje się, że jednak można. I to sto razy bardziej można. Świetna rozrywka, wartka akcja, zabawne potyczki słowne Jasona oraz The Rocka. No i w ogóle Statham po prostu.

Michał: Czytając recenzje internetowych debi… krytyków mam wrażenie, że oglądanie filmów powinno być dla niektórych zakazane. Idziesz na kino akcji, totalny blockbuster i czego oczekujesz? Widać, Ci ludzie oczekiwali obierania ziemniaka w Afganistanie lub pięciogodzinnej rozkminy na temat sensu życia… Ja, jak idę na kino akcji, chcę się odmóżdzyć i zrealaksować. Chcę się czadersko bawić. I chyba nie muszę dodawać, że bawiłem się fenomenalnie! Pościgi, wybuchy, strzelaniny, totalna rozpierducha, jazda po bandzie, genialne trio Statham-Johnson-Kirby. Otrzymałem to, czego oczekiwałem. Ba, otrzymałem nawet więcej! Nie słuchajcie ludzi z kijami w dupach – jeśli chcecie się rozerwać, to ten film nadaje się do tego perfekcyjnie!

“Pavarotti”

Agata: Bardzo subtelny obraz życia kobieciarza o uroczym uśmiechu. Na szczęście, główny talent Pavarottiego nie został pominięty, przez co film oglądało się nadspodziewanie przyjemnie i spokojnie. Ja dałam się złapać na taką historię jego życia, ale czy dokument ów można traktować jako źródło informacji na temat pana Nessun Dorma– tego nie wiem.

Magda: Nie przepadam za dokumentami, ale kiedy zobaczyłam zwiastun “Pavarottiego” w kinie przed innym filmem, wiedziałam, że muszę ten film zobaczyć. Nigdy nie byłam wielką fanką Pavarottiego, choć występ trzech tenorów z 1994 roku widziałam nie raz. Film dokumentalny przedstawia nam całe życie Pavarottiego, od narodzin do śmierci. Oczywiście największą część filmu zdecydowanie zajmuje jego kariera muzyczna, ale nie brakuje tu także scen omawiających jego życie prywatne. Film jest piękny i, co ciekawe, wydaje mi się obiektywny. Reżyser nie próbuje nam narzucać swojej wizji Pavarottiego, możemy go ocenić w całości samodzielnie. Jedyny mój zarzut do filmu Howarda to fakt, że jest nieco za długi. Debiut i początek kariery tenora, choć jest dla opowieści o jego życiu i karierze oczywiście niezmiernie ważny, to jednak trochę się dłuży.

Michał: Lekko mówiąc, nie jestem fanem muzyki, której dostarczał nam Luciano. Jestem jednak fanem filmu, który zrealizował Ron Howard! To dokumentalne arcydzieło, kino niezwykle ciepłe, barwne, wyważone, fenomenalnie zrealizowane. To przepięknie poprowadzona opowieść o tym, jak zajść na szczyt i jak zrewolucjonizować coś, czego z pozoru zrewolucjonizować się nie da. To opowieść o geniuszu zrealizowana przez geniusza – nic zatem dziwnego, że powstał genialny film.

“Upiorne opowieści po zmroku”

Magda: Mało w tym filmie horroru i straszenia stricte. Jednak historia jest ciekawa i, co ważne, ciekawie jest opowiedziana. André Øvredal już kilkukrotnie pokazał nam, że chociaż nie wie jak zrobić horror straszny, to potrafi widza zaciekawić. I choć film nie trzyma w napięciu, brakuje mu typowych dla tego typu horrorów jump scare’ów, to jednak masz ochotę obejrzeć go od początku do końca i wcale się podczas tego seansu nie nudzisz. A takich horrorów w naszych czasach bardzo brakuje.

Michał: Tyle tu horroru, ile w kamieniu charyzmy. Dzieło Ovredala to kino dla dzieci, które nie widziały w życiu żadnego horroru, to kino dla dzieci, które przestraszą się na jumpscare’ach, które da się lajtowo przewidzieć. Produkcja ta może i ma parę niezłych momentów (historia ze Strachem na Wróble jest niezła), ale generalnie mocno wieje od niej nudą. Najgorszy i najgłupszy jest jednak rozwleczony do granic możliwości finał, na którym można zasnąć. Omijać.

“Toy Story 4”

Agata: Dziś obniżyłam ocenę o jedno oczko, bo uświadomiłam sobie, że co prawda w kinie bawiłam się naprawdę nieźle, ale nie aż dobrze (jak sugerowałaby ocena 7). Chociaż film jest zabawny i chociaż show kradnie w nim widelec, to jednak za mało sentymentalizmu w tym obrazie. A starzy bohaterowie zostali potraktowani zbyt olewczo.

Magda: Josh Cooley świetnie spisał się jako reżyser i na pewno w niejednej osobie poruszył jakąś strunę odpowiedzialną za powrót do dzieciństwa. I o ile przygody Chudego nadal są ciekawe, to niepotrzebnie film przeradza się w pewnego rodzaju melodramat (szczególnie w zakończeniu). Szkoda, że nikt nie wpadł na lepszy pomysł zakończenia.

Michał: Szczerze? Mam nadzieję, że „piątka” już nie powstanie. Nie, nie myślcie, że uważam „czwórkę” za kino słabe! Co to to nie! To kino dobre, zabawne, pouczające, jednak pozostawiające nas ze sporym rozczarowaniem, którym jest finał. Jak na tak długą historię, realizowaną od tylu lat, ostatnie minuty stworzone są chyba na szybko, bez pomysłu, a co gorsze, pozostawiają nas nie ze wzruszeniem, a z „wtf” jak fatalnie od strony emocjonalnej to zrealizowano. Był potencjał na więcej, a tak, niestety, o „Toy Story 4” za miesiąc już pewnie pamiętać nie będę 🙁

“Maiden”

Agata: Ciekawie zrealizowany i bardzo motywujący film z naprawdę licznymi materiałami archiwalnymi, które zostały perfekcyjnie przeplecione z nagraniami współczesnych wywiadów. Przy okazji, ogromny szacun za odnalezienie i namówienie do wypowiedzenia się nie tylko głównych bohaterek przełomowego rejsu, ale również tych, którzy wówczas stali po drugiej stronie przygody i za pomocą mediów nie kryli słów pogardy dla tego przedsięwzięcia.

Michał: Kolejny w tym miesiącu dokument i kolejna rewelacja! To historia, która krzepi serca, pokazuje, że jak się czegoś chce, to nie ma rzeczy niemożliwych. „Maiden” to emocje, emocje i emocje! Ogląda się to jak najlepszy thriller, historia trzyma w napięciu do ostatnich chwil. To pozycja, z którą, należy się zapoznać! No chyba, że jesteś polaczkiem-cebulaczkiem i uważasz, że kobiety nie mają prawa do niczego  – wtedy idź się zabij 😉

“Na bank się uda”

Agata:  Myślałam, że będzie zdecydowanie gorzej, a zniosłam seans bez większego zgrzytania zębami. Co więcej, w filmie znalazło się kilka zabawnych scen i tekstów. Kamień z serca też za to, że scenarzyści nie poszli w plagiat Last Vegas – czego trochę spodziewałam się po zwiastunie.

Magda: Nie jest to typowa polska komedia. Choć jest mało śmieszna, to jednak w jakiś sposób jest lepsza od pozostałych polskich komediowych wyrobów. W większości jest to pewnie zasługa obsady. Chociaż fabuła też najgorsza nie jest. Nie zaskakuje, ale też raczej nie nuży. Do obejrzenia raz w nudne niedzielne popołudnie – czemu nie.

Michał: Trailerami tej produkcji już prawie rzygałem, nie mogłem ich znieść, a w kinie katowano nas nimi chyba już z rok przed premierą. Stąd też na film szedłem z jednej strony z obawami (bo trailery wróżyły gniot), z drugiej strony z ogromną ulgą (bo w końcu przestali mnie katować trailerami). Samo dzieło, na szczęście, okazało się lepsze niż zapowiedzi. Fakt, nic odkrywczego tu nie znajdziecie, ale generalnie zbyt dużo miejsca na nudę tu nie ma. Parę niezłych tekstów, fajne trio Dybik-Dziędziel-Ferency, seans się nie dłuży. To produkcja typu obejrzeć-zapomnieć, ale przynajmniej nie ma żenady.

“Pewnego razu… w Hollywood”

Agata: Ciekawa historia zwieńczona, jak zawsze, fenomenalnym finałem. Uwielbiam bohaterów tego filmu i jaram się nagromadzeniem głośnych nazwisk w obsadzie. Większość z nich (a nie tylko Zawierucha – czy zauważyliście to cynicy lubiący dla zasady podcinać skrzydła swoim rodakom?) pojawia się na ekranie na dosłownie kilka minut, wielu z nich wypowiada jedynie krótkie kwestie, a i tak nie ma tam ani jednej zbędnej osobowości. Dobre dialogi, muzyka, scenografia, charakteryzacje i scena po napisach. Tarantino, znasz się na swojej robocie, jak mało kto i kupuję cię nawet w takiej soft wersji, jaką nam tym razem zapodałeś!

Ewa: Film zrodzony z czystej, przepięknej miłości. Miłości do kina. Tarantino oddaje tutaj hołd wielu produkcjom filmowym, jak zawsze posługując się masą cytatów w formie tekstowej czy wizualnej. Jednak to uczuciowość, delikatność i pięknie poprowadzona historia przepełniona sentymentem do przełomu lat 60. i 70. XX wieku sprawiają, że tak łatwo ten film pokochać. Ciężko wskazać inne dzieło sztuki, które pokazywałoby tak wielką miłość do instytucji kina, jej wielkich twórców (i spaghetti westernów!) i tytułów, jak najnowszy film jednego z najwspanialszych reżyserów w historii. Całości dopełnia niezwykły szacunek z jakim odniósł się do historii Polańskiego tworząc jej lepszą wersję oraz znakomicie dobrana obsada. Arcydzieło.

Ewelina:  Chętnie skrzyżuję szpady z każdym, kto powie, że najnowszy film Tarantino jest słaby. Pokażcie mi współczesnego filmowego twórcę, który potrafi lepiej przelać na ekran miłość do kina. Biedak doznaje teraz upokorzenia niezasłużonej zniewagi od tych, którzy najwyraźniej mają za mało miejsca w swoich serduszkach dla kina. Nie rozumiem jak można nie docenić jego wrażliwości i nie dać się zabrać w tę cudowną podróż do przeszłości.

Najcieplejszy i najbardziej rozmarzony w swoim wydaniu Tarantino nie pokazał nam jakiej okropności dopuścili się zwyrodnialcy z bandy Mansona. Zrobił coś zupełnie innego, dał się ponieść fantazji i pokazał nam jak chciałby by zakończyła się ta straszna historia. Nie bez powodu tytuł jego (mam nadzieję nie) przedostatniego filmu brzmi “Pewnego razu…”.
“Once Upon a Time … in Hollywood” nie jest typowo tarantinowym filmem, nie jest jednym wielkim cytatem jak Pulp Fiction, ma za to inną, ogromną zaletę, przez którą można wybaczyć mu niespieszną akcję, niewielką ilość sarkazmu czy wylewającej się krwi z ekranu (oprócz rzecz jasna konkretnej rozpierduchy w pewnym momencie). Jest to jedna z najpiękniejszych laurek dla kina jakie namalowało ludzkie oko. Dziękuję Panie Tarantino za tę nostalgiczną podróż do przeszłości. Żyj nam jak najdłużej i przestań straszyć, że po 10 filmach wycofasz się z tej branży. Nie ma na to mojej zgody!.

Magda: Zacznijmy od tego, że spodziewałam się kompletnie innego filmu. Po pierwsze – wszystkie doniesienia jeszcze z czasów planów na temat filmu oraz jego produkcji (przynajmniej te, które czytałam) podawały, że będzie to film o “rodzinie” Mansona. No cóż… Nic bardziej mylnego. Chociaż rodzinka gdzieś tam w tle się przewija, to samego Mansona na ekranie widzimy raz. Dla fanki seryjnych morderców było to niestety rozczarowanie. Ale to dało się wychwycić już na poziomie zwiastunów. Po drugie – nie wiem jak to powiedzieć tak, żeby filmu nie spojlerować… Tarantino przyzwyczaił nas do pewnego rodzaju filmów i “Pewnego razu…” zdecydowanie się na ich tle wyróżnia. Nie zmienia to jednak faktu, że jest to film świetny i z pewnością jeden z najlepszych w karierze reżysera. Dla fanów Tarantino – pozycja obowiązkowa, ale sądzę, że także jego anty-fanów ten film do siebie przekona. PS. Zakończenie – pierwsza klasa! 🙂

Michał: Po co mam tu coś pisać: Quentin=arcydzieło. Zasada ta znów się potwierdziła. Uważam, że „Pewnego razu… w Hollywood” to NAJPIĘKNIEJSZY list miłosny do kina, jaki kiedykolwiek ktoś napisał. To dzieło przepełnione nostalgią, ale jednocześnie, cholernie tarantinowskie. To dzieło wybitne, to dzieło Boga. To jedna z najważniejszych produkcji w całej historii kina – Tarantino znów potwierdza, że nie ma, nie było i nie będzie większego reżysera niż on. P.S. byłem w kinie na tej produkcji SZEŚĆ razy (to mój osobisty, kinowy rekord w oglądaniu jednego filmu) i za każdym razem nie tylko byłem oczarowany geniuszem tej produkcji, ale i za każdym razem wyłapywałem kolejne filmowe smaczki (choć, żeby wykryć wszystkie smaczki trzeba się nazywać Quentin Tarantino i znać wszystkie filmy świata na pamięć ;)). To więcej niż arcydzieło, to więcej niż film! A teraz módlmy się do Boga Tarantino i dziękujmy, że pozwala nam obcować ze swoim geniuszem.

“Gdzie jesteś, Bernadette?”

Agata: Co tutaj zaszło? Chętnie bym wam opowiedziała, problem polega jednak na tym, że nie pamiętam. Jest to swoistego rodzaju ewenement, bo przy tak nieprawdopodobnie rozbudowanej fabule (sięgającej problemów zarówno w skali mikro, jak i makro) nie zabrakło niewyobrażalnie męczącej i niekończącej się nudy. U głównej bohaterki działo się dużo, a czułam jakby wydarzyło się NIC. Może fani książki inaczej to odebrali.

Magda: Nie jestem fanką Linklatera i chyba już nią nie zostanę. Pierwsze zwiastuny “Gdzie jesteś Bernadette” zapowiadały świetne kino. Niestety wyszedł z tego film poprawny. Szału nie ma. Fabuła za mocno nie wciąga. Sporą część filmu ratuje Kristen Wiig, której rola naprawdę bawi. Cate Blanchet w swojej roli jest, jak zwykle, fenomenalna, jednak nie jest w stanie pociągnąć całego filmu, który momentami ciągnie się jak flaki z olejem. Całość nie powala. Raczej do obejrzenia i zapomnienia.

Michał: Chcecie dobry lek na sen? Polecam ten film. To dzieło o niczym, w którym nie dzieje się nic, a bohaterowie nie wiedzą co robią. Nie pamiętam, kiedy aż tak irytowała mnie ekranowa nuda. To film bez polotu, to film bez fabuły, to film, w którym nawet Blanchett nie wie, co się dzieje. Omijajcie i to zdecydowanie.

“Antologia duchów miasta”

Magda:  Już po obejrzeniu zwiastuna (a nawet i po samym opisie filmu) można się było domyślić jak będzie on wyglądał. Mamy dosyć ciekawy pomysł zrealizowany w formie powolnego, leniwego wręcz kina grozy. Szkoda, że ten pomysł nie został trochę bardziej rozwinięty, ale w gruncie rzeczy widz dostaje to czego się spodziewał. Napięcie, klimat, tajemnica są tu budowane po mistrzowsku. Twórca “Midsommar” powinien się tego od Denisa Côté uczyć.

“Sługi wojny”

Agata: Oglądając kino akcji jestem w stanie wybaczyć naprawdę wiele głupot. Niekiedy sprawiają mi one niemałą frajdę. Kiedy jednak film udaje, że nagromadzone w nim bzdury dzieją się na poważnie, to krew się we mnie gotuje. Na Sługach wojny były momenty, gdy w moich żyłach krążył czerwony wrzątek.

Michał: Pan reżyser chciał nam odświeżyć klimat B-klasowych amerykańskich filmów akcji z lat 80/90 XX wieku i jak możecie się spodziewać, oczywiście nic z tego nie wyszło. „Sługi Wojny” to kino głupie, w którym bohaterowie zachowują się jak skończeni debile. Może i Stramowski nawet się tu czasem stara, może i Królikowski walnie czasem mocnym sucharem, ale generalnie to danie bardzo ciężkostrawne. Znalazłem tu jednak ogromny potencjał na… najgorszą rolę kobiecą tego roku: Maria Kania jest, na razie, w tej konkurencji bezapelacyjną liderką.

“Świat w ogniu”

Agata: Efekciarski, szybki i głośny. Poziomem wyrównany z poprzednimi częściami. Dobrze się to ogląda po męczącym dniu w pracy, bo można wyłączyć myślenie, a jednocześnie nie ma szans, że pomimo braku koncentracji, złapie człowieka niekontrolowana drzemka.

Magda: Widziałam wszystkie części i choć jest to typowy amerykański akcyjniak to uwielbiam całą serię. Można temu filmowi zarzucić wiele – że powiela schematy, że nie różni się niczym od innych filmów akcji, że wykorzystanie zielonego ekranu jest tutaj fatalne (ten kto widział pewnie wie o czym mówię). Nie można mu jednak ze zarzucić jednego – na pewno nie będziecie się na nim źle bawić.

Michał: Ten film to dowód na to, że jeśli ma się totalnie idiotyczną fabułę, pełną samych bzdur, jednak podejdzie się do niej na zasadzie „beki”, to mamy szansę na otrzymanie kina wspaniałego. Tak też się dzieje! Trzecia część przygód Mike’a Banninga to to, za co pokochałem tę serię: pościgi, eksplozje, rozpierducha, charyzmatyczny Butler i sporo patosu (choć w tej części mniej). Siedząc w kinie bawiłem się fenomenalnie, co chwilę wybuchając śmiechem z głupotki, jaką zaserwowali nam scenarzyści. Genialnym wyborem było dodanie do obsady Nicka Nolte – facet mimo wieku ma ogromną ikrę, ogromną charyzmę, a jego bohater doskonale przekazuje nam zamysł twórców „halo, to film rozrywkowy, nie traktuj tego na serio”. Jeśli Banning nie powróci już na ekrany, to i tak otrzymaliśmy świetne zwieńczenie jego przygód! To kino idealne na odmóżdżenie po ciężkim dniu pracy. P.S. polskie tłumaczenie „w ogniu” w tej części naprawdę ma sens, bo wszystko tu staje w ogniu 😀

“Pełzająca śmierć”

Magda: Alexandre Aja przybywa po raz kolejny ze swoją wizją horroru. I po raz kolejny robi to dobrze. Mamy tu wszystko – świetne budowanie napięcia, mordercze go krokodyla, uwięzienie głównych bohaterów (przy czym możemy poczuć się jakbyśmy byli uwięzieni razem z nimi). Aja od dawna jest reżyserem, którego dorobek z przyjemnością obserwuję i po tym filmie na pewno nadal tak zostanie.

Michał: To kolejny z tych filmów, który ludzie z kijem w zadzie będą hejtować. Ale czy ktoś tu ukrywał, że to ma być Z-klasowa produkcja, która jakimś cudem trafiła do dystrybucji? Ja na tym dziele bawiłem się WSPANIALE! Wszystko tu jest kompletnie idiotyczne, bohaterowie są nieśmiertelni, bzdura pogania bzdurę, ale dzięki temu, „Pełzająca Śmierć” dostarcza kupę frajdy! Śmiałem się do rozpuku, a na koniec aż zaklaskałem z wrażenia! Perfekcyjny odmóżdżacz.

“Królowe zbrodni”

Agata: Kiepski, oczywisty scenariusz w połączeniu z niewyróżniającą się grą głównych aktorek daje nam kolejny, niepotrzebny film z tego gatunku.

Michał: W dziele tym spotkacie jedno: schemat goniący schemat. Nie znajdziecie tu nic nowego, jakoś przez seans przebrniecie, po godzinie nie będziecie już nic pamiętać. Jedyne co pamiętam z seansu to to, że tak, jak wcześniej Melissa McCarthy mnie wkurzała, tak po tym seansie wkurza mnie nadal. „Królowe Zbrodni” ogląda się dobrze, ale to by było na tyle.

“Dora i Miasto Złota”

Agata: Podobno Dora ma liczną rzeszę fanów w gronie młodych widzów. Dowiedziałam się o tym grubo po seansie, czyli poszłam do kina całkowicie nieświadoma tego, jak bardzo infantylną dostanę opowieść. Aż niezręcznie wystawiać mi w tym przypadku ocenę, ale cóż, nie ma opcji, bym wczuła się w jakąś żądną przygód ośmiolatkę. Dla dorosłego widza są tutaj co najwyżej napisy końcowe (dzieciak z podstawówki nie nadąży z czytaniem). Męczyłam się nieznośnie.

“Złodziej i oszustka”

Agata: Ojapierdziu, jakie to słabiutkie. Naprawdę nie potrafię uwierzyć w to, że takie scenariusze są w ogóle dochodowe? Chyba nawet szablon „Jak pisać film, by się nie zmęczyć” ma bardziej zaskakujące zwroty akcji. A Emily Ratajkowski powinna ograniczyć się do aktorzenia co najwyżej w boomerangach na instagramie.

“Na zawsze razem”

Agata: Film przeznaczony chyba tylko dla widzów, którzy bardzo łatwo się wzruszają. Co więcej, którzy łatwo się wzruszają i czerpią z tego jakąś radość. Wiem, mega dziwne, ale widocznie tacy ludzie też istnieją. Poprawnie poprowadzona historia, która jednak ze mną nie zostanie na długo. W sumie, to już teraz jej ze mną nie ma.

“Grzeczni chłopcy”

 

Agata: Bardzo pozytywne zaskoczenie. Zabawna komedia, z dobrą, dziecięcą obsadą oraz niewielką ilością sedesowych „żartów”. Momentami nawet nieco rozczulająca opowieść, która przypomniała, jak wiele żenady przynosił okres dojrzewania.

Magda: Seth Rogen jest dla mnie od dawna wyznacznikiem dobrego humoru. Jego żarty zawsze mnie bawiły i pewnie bawić nie przestaną. Tutaj niby spełnia się w roli producenta, ale widać od razu, że film oparty jest na jego poczuciu humoru. Mimo wszystko obawiałam się, że dostaniemy komedię słabą albo poprawną. Jakże się myliłam. Ostatni raz tak się uśmiałam na “Niedobranych” (komedii z Rogenem w roli głównej), a może nawet “Grzeczni chłopcy” rozbawili mnie jeszcze bardziej. Uwierzcie mi – sceny pokazane w zwiastunie to naprawdę jedynie zapowiedź tego co się dzieje w filmie. Cała sala śmiała się do rozpuku przez niemal cały film. Zdecydowanie polecam na poprawę humoru.

Michał: Spodziewałem się kina obleśnego, klozetowego, a otrzymałem… kino naprawdę całkiem zabawne! Tremblay-Noon-Williams stworzyli rewelacyjne kreacje, młodzi aktorzy dają czadu, autentycznie można się z nich pośmiać. Dużo tu dowcipu sytuacyjnego, dużo tu naprawdę fajnych żartów. Wiadomo, to amerykańska komedia, więc gagi bywają obleśne, ale nie działają one jako odruch wymiotny na widza. Nie spodziewałem się, że aż tak bardzo się rozbawię, nie spodziewałem się tak dobrego filmu. Pozytywne zaskoczenie!

“Playmobil. Film”

Agata: Animacja jakich wiele, przy czym bawiłam się na niej porównywalnie genialnie, jak na Dorze. No, może troszkę lepiej.

Michał: Trailery zapowiadały nawet zabawne kino, jednak w tym przypadku mocno minęły się z prawdą. „Playmobil. Film” to dzieło skierowane do najmłodszych widzów, a i oni chyba będą czasem znudzeni akcją, a w zasadzie, brakiem akcji. Nie pomógł tu dubbing Dorocińskiego i Karolaka, teksty dla dojrzalszego odbiorcy można policzyć na palcach jednej ręki. Ludzie z Playmobila muszą się jeszcze wiele nauczyć od twórców realizujących pełnometrażowe filmy dla LEGO.

“Ból i blask”

Agata: Typowy Almodowar – czyli albo łyka się go gładko i cierpliwie, albo kwasi i grymasi z każdą kolejną sceną. Chociaż ja mam w jego filmografii kilka ulubionych pozycji, które z różnych względów pamiętam wyraźnie, ale wspominam rzadko, lecz pozytywnie, to Ból i blask raczej nie dołączy do tej listy. Jak zawsze, królują kolory oraz stonowane wyrażanie emocji (całej gamy emocji!) bohaterów. Podobał mi się zabieg z wspominaniem dzieciństwa Salvadora Mallo, a dokładniej to, czym wspomnienia okazały się na samym końcu filmu. Sam finał jednak zupełnie mnie nie satysfakcjonuje, bo między otwartym a urwanym zakończeniem istnieje kolosalna, irytująca różnica.

 

 

Muszę przyznać, że zaskakująco dobrym miesiącem dla polskich kin okazał się sierpień. W zestawieniu niewiele znalazło się potworków, które trudno było oglądać, a całkiem sporo pozytywnych zaskoczeń. Jednak co najważniejsze – jeśli jeszcze nie byliście na najnowszym filmie Tarantino – biegusiem do kina!

Ewa Nowicka

Ewa Nowicka

Mam zbyt wiele planów na siebie i nie mogę się zdecydować, który jest najlepszy.
Serialoholiczka uważająca, że kultura popularna jest równie ważna co ta niszowa, a czasem snobistyczna. Na zmianę odwiedza operę i multipleks w poszukiwaniu blockbusterów.
Miłośniczka literatury wszelakiej i stała bywalczyni koncertów.
Absolwentka filmoznawstwa na UŁ. Kosmetyczka. Menadżer sieci sklepów Drogerie Noel.
Publikuję również na: secretum.pl, duzeka.pl oraz filmaster.pl
Ewa Nowicka

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *