Blogerskie podsumowanie maja

Nieco później niż zazwyczaj publikujemy blogerskie filmowe podsumowanie maja. Miesiąc o tyle ciekawy, że obfitujący w premiery, a jednocześnie bez wyraźnego faworyta na paździerz oraz arcydzieło. Tym razem poznacie opinie:

“Cała prawda o Szekspirze”

Magda: Kenneth Branagh ponownie bierze się za Szekspira. Jednak tym razem nie za jedną z jego sztuk, a za jego życie. I wychodzi mu to całkiem niezłe. Na plus na pewno przepiękne zdjęcia i wspaniałe aktorstwo. W końcu mamy do czynienia ze „śmietanką” brytyjskiego aktorstwa – Judi Dench, Ian McKellen, a i sam Branagh w tytułowej roli sprawdzają się wyśmienicie. Na minus – nieco nieprzemyślany scenariusz i zbyt duża dawka melodramatyzmu rodem z filmów telewizyjnych.

“Iron Sky. Inwazja”

Michał: Film ten docenią jedynie fani „jedynki” i osoby z nietuzinkowym poczuciem humoru. Jeśli z założenia wiesz, że masz kij w dupie i nie będą Cię bawić naziści w kosmosie, to odpuść sobie seans, szkoda Twojego czasu. Jeśli jednak szukasz dobrej zabawy okraszonej mądrościami dotyczącymi współczesnego świata, oglądaj koniecznie! „Inwazja” jest mniej zabawna od „jedynki”, bardziej postawiono tu na zobrazowanie społeczeństwa (choćby „jobsizm”). Ale nie zrozumcie mnie źle: to dalej jest niezwykle szalone, turboprzeszarżowane, kino, w którym Hitler na dinozaurze nie jest czymś niezwykłym. Bawiłem się świetnie i czekam na „trójkę”!

“Smętarz dla zwierzaków”

Michał: Z wielkiej chmury, malutki deszczyk. Film totalnie nie wykorzystał potencjału dzieła Kinga, zawalił klimat, spowodował, że dobrze umotywowani bohaterowie zamienili się w debili. Początek jeszcze zapowiada niezłe kino, jednak po „scenie ciężarówkowej”, niezwykle istotnej dla fabuły, dzieło to zamienia się w niemiłosierny szrot, który ledwo da się oglądać. Zamiast strachu, zaziewacie się na śmierć. Szkoda, bo zdjęcia i muzyka stoją na naprawdę niezłym poziomie.

Magda: Film widziałam na początku maja i miesiąc później, szczerze powiedziawszy, mało z niego pamiętam. Słaby z tego horror, a do prozy Stephena Kinga to się tym bardziej nie umywa. Chociaż przyznam, że pierwsze jakieś 20 minut filmu jest nawet niezłe. Potem robi się już coraz nudniej. Plus za to, że przynajmniej ostatnia scena robi wrażenie.

Ewa: O rany julek, jakie to było ślamazarne, bez polotu i bez pomysłu na siebie. Początkowo wydawało się, że będzie nawet intrygująco, że zaraz akcja ruszy do przodu i poczujecie ten sam dreszczyk, który nie raz czuliście czytając którąś z powieści Kinga. A raczej nie dreszcz, lecz dziwnie obezwładniające poczucie niepokoju. Niestety, im dalej w las, tym gorzej. Dobra podstawa książkowa a marny scenariusz, który w dodatku nie uczynił z bohaterów nic więcej niż papierowe ludzki bez żadnych cech identyfikujących.

“Trzy kroki od siebie”

Magda: Zaskoczył mnie ten film. I to bardzo pozytywnie. Spodziewałam się kolejnej nijakiej historyjki o nastoletniej miłości ze śmiertelną chorobą w tle. A dostałam całkiem dobry film z aktorami, którzy nie tylko dobrze wyglądają, ale i całkiem nieźle radzą sobie na ekranie. Polecam fanom „Gwiazd naszych wina”.

Ewa: Trafiłam na ten film z przypadku i podobnie jak Madzię, zaskoczył mnie bardzo pozytywnie. Dużo tutaj grania na emocjach, dużo łez na ekranie, jak i przed ekranem. Nie jest to żadne novum w temacie dramatów o nastolatkach, którzy chcą być nastolatkami, ale jednak nie mogą, ponieważ są śmiertelnie chorzy. Jednak jest w tym filmie spora konsekwencja w budowaniu szeregu zdarzeń przez twórców scenariusza, co jeszcze lepiej wypada dzięki młodym, bardzo zdolnym aktorom. Co równie ważne – film w niesamowicie prosty sposób przybliża odbiorcom, czym w ogóle jest mukowiscydoza i z czym chorzy muszą się mierzyć na co dzień.

“Topielisko. Klątwa La Llorony”

Magda: Nie powiem – spodziewałam się czegoś lepszego. Starałam się jednak nie zapominać, że James Wan jedynie ten film produkuje, a nie reżyseruje. W ostateczności, jak na pełnometrażowy debiut reżyserski Michaela Chavesa – jest zdecydowanie dobrze. Mamy kilka fajnych jump scare’ów, przez większość czasu film trzyma w napięciu, a duch wygląda realistycznie. Wielki minus za to jak szybko wszystko się potoczyło – w jednym momencie La Llorona zaczyna „nawiedzać” bohaterów, a już w kolejnym mają kogoś do pomocy, kto ma ją unicestwić. Zdecydowanie za mało rozbudowania historii.

Michał: Obejrzałem ten film w IMAXie i była to genialna decyzja! W końcu otrzymałem horror, na którym można się było przestraszyć, w końcu otrzymałem horror, który dostarcza frajdę (dziwnie to brzmi, ale tak jest). Uniwersum „Obecności” to najlepsza sprawa jaka spotkała kino grozy w ostatnich latach, a „La Lllorona” idealnie się w to wpisuje. Przerażająca „bestia”, masa jumpscare’ów (w pewnym momencie jumpscare wyskakuje co kilkadziesiąt sekund), świetne odwołania do tradycji meksykańskiej – ależ to się ogląda! To niezwykle intensywny seans, a scena z „parasolką” to prawdziwa petarda! Szkoda tylko, że w pewnym momencie były ksiądz zaczyna zgrywać Rambo i film trochę traci na klimacie – mimo wszystko, gorąco polecam! Zwłaszcza w IMAX, zwłaszcza w nocy!

“Słodki koniec dnia”

Agata: Chaotyczny, festiwalowy bełkot. Zbyt wiele wątków chciano tutaj poruszyć, przez co zabrakło motywu przewodniego. Nie rozumiem też fenomenu Jandy (w tym konkretnym filmie), za to totalnie rozumiem fenomen Smutniak (tak w ogóle).

Michał: Mógł to być cholernie ważny film. „Mógł” to jednak słowo klucz. Owszem, część film (tak do momentu przemowy) to kino naprawdę dobre, fajnie poprowadzone. Potem nagle „ssrut, prut, pierdut” i wszystko siada. Wygląda to tak, jakby weny scenarzystom starczyło na pół filmu, a potem resztę tekstu wygenerowali w jakimś programie typu „scenariusz maker”. Przyjemnie patrzy się na kreacje Krystyny Jandy i Kasi Smutniak, jednak szkoda, że twórcy nie dali ich postaciom dostatecznie wybrzmieć. Szkoda zmarnowanego potencjału. Jakbym miał to oglądać drugi raz to chyba tylko w tej filmowej klatce (obejrzycie, zobaczycie), bo z własnej woli, powtórki seansu nie zrobię.

“Podły, okrutny, zły”

Agata: Największym zaskoczeniem było to, że Podły… okazał się nadspodziewanie delikatnym seansem. Poza tym, jest dobrze zagrany, ze świetną charakteryzacją, kostiumami i scenografią. Chociaż momentami bywa troszkę chaotyczny, to jednak tworzy spójną, logiczną całość.

Magda: Jako „fanka” seryjnych morderców musiałam iść na ten film do kina. I muszę przyznać, że film jest świetnie skonstruowany. Ted Bundy był człowiekiem, który zwabiał swoje ofiary dzięki temu, że był przystojny, inteligentny, czarujący. Do samego końca utrzymywał, że był niewinny. „Podły, okrutny, zły” jest skonstruowany w taki sposób, że do samego końca nie mamy pewności czy Bundy na pewno jest winny, czy może jednak ktoś go wrobił, zaczynamy zastanawiać się czy na pewno skazano winnego człowieka. Oczywiście, film pomija kilka szczegół – chociażby z samego śledztwa – ale od tego mamy film dokumentalny tego samego reżysera, który pomaga bardziej zagłębić się w całą sprawę.

Michał: Nadspodziewanie dobre kino, które z ciekawej perspektywy ukazuje nam postać Ala Bundy’iego. Albo Teda. Pewnie są spokrewnieni. Nie widzimy tu morderstw Bundy’iego, poznajemy go z perspektywy, jaką wykreował na potrzeby mediów: inteligentnego i szarmanckiego gentlemana, który (prawie) do końca życia opowiadał przed kamerami, że został niewinnie skazany. Ważną perspektywą jest tu obserwowanie akcji ze strony Liz, partnerki Teda. Dzięki temu mamy okazję zobaczyć, jaki był na co dzień, wciąż jednak mając w głowach jego niezwykłą brutalność. Film ten jednak ma szalenie nierówne tempo, czasem jest strasznie chaotyczny, przez co, w paru momentach, naprawdę dziwnie się to ogląda. Gdyby Berlinger lepiej dopasował tempo do długości filmu byłoby  idealnie – zwłaszcza, że aktorzy z Efronem, Malkovichem i Collins na czele, naprawdę dają radę. Smaczkiem jest obecność Jamesa Hetfielda, którego zapewne nie trzeba nikomu przedstawiać – występ krótki, ale frontman Metallici jest widoczny.

Ewa: Znakomity pomysł na ukazanie sprawy seryjnego mordercy z innej perspektywy. Ted Bundy został przedstawiony jako facet, który jest uroczy, przystojny, godny zaufania, rodzinny, kochający. Tak widziała go przez cały czas jego partnerka Liz i tak postrzegamy go my, widzowie. Nie doczekamy się na ekranie ani jednej krwawej sceny czy nawet zakrwawionego narzędzia. Ba, aż chcemy wierzyć tak bardzo, jak członkowie jego “rodziny”, że przecież jest niewinny, tak, jak się zarzeka przed sądem i całym światem. Świetnie też została sportretowana sama Liz jako kobieta uwiązana w toksyczną relację, która przez lata doprowadza się do autodestrukcji za sprawą wyrzutów sumienia. Aktorsko to majstersztyk na każdym polu, począwszy od Efrona, który wznosi się na szczyt swoich możliwości, przez Malkovicha, aż na Collins kończąc.

“Niedobrani”

Magda: Dawno się tak nie uśmiałam na żadnym filmie. Na poprawę humoru działa jak znalazł. Nie przeszkadzają tu nawet kloaczne żarty, które zostały tak wplecione w scenariusz, że nie powodują zażenowania, a rzeczywiście śmieszą.

Agata: Małośmieszny średniak, który pod koniec nie ma już prawie nic wspólnego z komedią. Totalny brak chemii pomiędzy głównymi bohaterami, chociaż (chyba) celowo uwzględniony w scenariuszu, to mimo wszystko strasznie mnie bolał. Bardzo szkoda Charlize Theron na tego typu produkcje, zwłaszcza, że pojawia się w nich coraz częściej.

Michał: Nie rozumiem zachwytów nad tą produkcją. Ok, do połowy jest całkiem zabawnie, nawet nieźle się to ogląda. Potem jednak wszystko siada, a film zmienia się w typowy, hollywoodzki gniotek, który smęci i pierdzi, sztucznie wydłużając czas projekcji. Niby „Niedobrani” mają nam dać jakiś przekaz, jednak totalnie to nie wybrzmiewa. Nie zdziwię się, jak w pewnym momencie przyśniecie, bo sam miałem na to ochotę. Szkoda Charlize na takie produkcje.

“Kraina cudów”

Magda: Wspaniała bajka, ale zdecydowanie bardziej dla dzieci niż dla dorosłych. Kolorowa, zabawna, wciągająca i z pięknym przesłaniem. Jeśli macie dzieci w wieku do lat powiedzmy 10-ciu, to polecam im tę animację pokazać.

Michał: Mądra i przemyślana bajka o tym, że nawet w najtrudniejszych momentach swojego życia, możemy znaleźć dla siebie pocieszenie, że możemy przyciągnąć pozytywną energię i pokonać „złe demony”. Animacja ta skierowana jest może i do młodszego widza, ale i dorośli znajdą tu wiele dla siebie. P.S. Boomer rządzi!

“Hex”

Magda: Ten horror nie broni się niczym. Aktorzy sztywni niczym bela drewna, do tego okropnie irytują manierą z jaką wypowiadają dialogi. Historia ciekawa, bo mamy do czynienia z ludową mitologią Kambodży, ale „skiepszczony” po całości. Nic się w tym filmie kupy nie trzyma. Ani to ciekawe, ani spójne fabularnie. Nie polecam. Marnotrawstwo czasu.

“Tolkien”

Agata: Bardzo lubię tak skrojone kino biograficzne – czyli zamiast wciskać na siłę w dwugodzinny seans kilkadziesiąt lat historii, narrator skupia się na konkretnym etapie życia bohatera. Tutaj śledzimy przede wszystkim szkolne lata Tolkiena, przeplatane traumatycznymi doświadczeniami z czasów wojny. Ciekawy scenariusz, piękne zdjęcia, świetnie dobrani aktorzy i muzyka taka magiczno-fantastyczna.

Michał: Bez zgody rodziny (co mnie akurat nie dziwi patrząc na ich zachowanie), ale jednak do kin trafiła filmowa biografia jednego z największych pisarzy w historii. I wiecie co? Bardzo dobrze, że trafiła! „Tolkien” to kino naprawdę świetne, genialnie zagrane, rewelacyjne od strony wizualnej i przepiękne od strony muzycznej. Jedyne czego żałuję to tego, że to kino… za krótkie! Chciałbym, aby produkcja ta trwała dłużej i jeszcze bardziej zaprezentowała nam złożoność Tolkiena, w tej wybitnej interpretacji Houlta. A swoją drogą: to drugi w tym miesiącu film z Lily Collins, co mnie niezwykle cieszy – dziewczyna ma talent i chciałoby się, żeby grała jeszcze więcej J Sam film, co oczywiste, gorąco polecam – pięknie zrealizowana piękna historia.

“Let’s dance”

Magda: Szłam na ten film z nastawieniem, że obejrzę francuski „Step up” i dostałam francuski „Step up”. I podobnie jak w pierwszej części tego amerykańskiego filmu o tańcu – w „Let’s dance” za mało tańca, a zdecydowanie za dużo romansu.

“John Wick 3”

Michał:Potężne rozczarowanie. Z charyzmatycznych i bezczelnych bohaterów, twórcy zrobili tym razem skończonych idiotów, którzy podejmują tak debilne decyzje, jak Polacy wybierający PiS. Na „trójce” wymęczyłem się niemiłosiernie – przerywniki miedzy scenami akcji są wręcz żenujące, takiego chłamu wstydziłby się chyba nawet Patryk Vega (choć on chyba akurat niczego się nie wstydzi). Sceny rozmów, sceny z Sędziną to jest jakiś dramat, autentycznie miałem ochotę wyjść z kina. A, że takich kijowych zapychaczy jest tu od groma, seans naprawdę często się wlecze. Co gorsze – sceny akcji dalej wyglądają ok, ale w stosunku do „dwójki” ich poziom gwałtownie spadł. Nie ma tu już opadu kopary, wszystko to już było wcześniej – za wyjątkiem scen z psami, które są najlepszymi w tej produkcji. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że czeka nas jeszcze „czwórka” – po słabiutkiej „trójce” już się boję o poziom kolejnej części.

Ewa: W opozycji do Michała – bawiłam się świetnie! Przepiękny i widowiskowy taniec walki, szalone tempo akcji czy klimat, jaki towarzyszy filmowi to główne, lecz to nie jedyne atuty produkcji. Rewelacyjne zdjęcia nadające jeszcze więcej mroku Nowemu Jorkowi, psy wgryzające się wręcz w sceny, przepiękna Halle Berry, klimatyczna muzyka to kolejne składowe sukcesu trzeciej części przygód Baby Jagi. Jednak przede wszystkim świetnie się to ogląda za sprawą braku cięć w choreografii w większości scen, a to wszystko za sprawą Keanu Reevesa, który niewiele korzysta z kaskaderów. Kochajmy wszyscy Keanu i cieszmy się, że prawda o jego nieśmiertelności wyszła w końcu na jaw.

“Wymarzony”

Magda: Cóż za piękny film. Takich filmów mi obecnie bardzo brakuje. Kameralnych, spokojnych, pięknie nakręconych, na ważny temat. Jedynie wątek prywatnego życia pani pedagog bym z tego filmu wyrzuciła, bo był tu całkowicie zbędny.

Michał: Spore zaskoczenie – spodziewałem się typowego, smęcącego dramatu, a otrzymałem kino niezwykle piękne i poruszające. Historia, którą przedstawia nam Herry na pierwszy rzut oka może wydawać się schematyczną, jednak, kiedy zaczyna się seans, wiemy już, że taką nie będzie. Z jednej strony otrzymujemy opowieść smutną, wręcz depresyjną, z drugiej jednak niezwykle pozytywną i ukazującą, że życie jest przepięknym darem. To wspaniała  opowieść o miłości, o tym, że dobro zawsze do nas wróci. „Wymarzony” ukazuje nam, iż jedna decyzja może wywołać prawdziwy rollercoaster emocji i to nie tylko u osób, których decyzja ta dotyczy. Dzieło Herry ma parę zbyt wolnych momentów, jednak generalnie to naprawdę wspaniałe kino. Polecam!

“Panda i banda”

Magda: Uwielbiam filmy animowane, ale niestety i w tym gatunku możemy się natknąć na słaby film. I tak jest w przypadku „Pandy i bandy”. Wizualnie film wygląda ok. Jeżeli chodzi o scenariusz – mamy tutaj motyw, który świetnie znamy już z pierwszej „Epoki lodowcowej”, a który tam ukazany był o niebo lepiej. Zabawny też raczej ten film nie jest. Lepiej wybrać dla swojej pociechy coś innego.

“Gloria Bell”

Magda: Rzadko się zdarza, żebym podczas seansu miała ochotę wyjść z sali kinowej. Choćby nie wiem jak słaby był film – zazwyczaj nie mam problemu z wysiedzeniem na nim do końca. A właśnie taki problem miałam z „Glorią Bell”. Ten film jest tak nudny, że to aż fizycznie boli. Przez drugą połowę seansu, sprawdzałam godzinę dosłownie co 2 minuty, byle by jak najszybciej stamtąd wyjść. W tych nudnych filmach najbardziej nie znoszę zakończenia – pojawia się scena, która będzie świetna jako zakończenie, ale to jeszcze nie zakończenie, za kilka minut ponownie mamy podobną scenę, ale to też jeszcze nie koniec. Jakby reżyser chciał wydłużyć nasze męczarnie. W „Glorii Bell” mamy ze trzy czy nawet cztery takie sceny. Im bliżej końca tym jest coraz gorzej. Nic kompletnie ten film do mojego życia nie wniósł, poza niezmierną, wręcz bolesną nudą.

“Brightburn: Syn ciemności”

 

Michał: Co by było, gdyby Superman nie stanął po jasnej stronie mocy? Odpowiedzi na to pytanie udzielają nam panowie Gunnowie wraz z panem Yaroveskim. Czy czuję się usatysfakcjonowany odpowiedzią? Oj tak, cholernie, cholernie, tak! „Brightburn” to spełnienie marzeń fana Z-klasowych produkcji! Zamiast strachu jest tu śmiech, zamiast dobrego aktorstwa jest aktorstwo przeciętne, a zamiast fajnych dialogów są tu dialogi bekowe – ale wiecie co jest w tym najważniejsze? Świadomość twórców, że te wszystkie, potencjalnie złe elementy, tak naprawdę okażą się największą siłą tej produkcji! „Brightburn” dostarczył mi ogromnej frajdy, udowodnił, że filmy powstające z serca zawsze będą tymi najwspanialszymi. Odwrócenie dzieciństwa Supermana okazało się kapitalnym zabiegiem – bo przecież wszyscy wiemy, że o postać Supermana tu chodziło (ale licencji nie było). Dzieje się tu wiele, akcja jest brutalna, a przeciętne efekty specjalne stanowią idealne dopełnienie tego wspaniałego dzieła. Jedyne, czego bym się przyczepił to długość produkcji – jest o wiele, o wiele za krótka L Gunnowie rządzą!

“Aladyn”

Magda: Zawsze mogło być lepiej, ale najgorzej nie jest. W końcu to film Guy’a Ritchiego. No i w końcu to Aladyn. Mamy ładne piosenki, ciekawą fabułę, do tego Dżin w wykonaniu Willa Smitha może i nie umywa się do animowanej wersji w wykonaniu Robina Williamsa, ale nie jest też aż tak zły jak wszyscy (łącznie ze mną) początkowo zakładali. To czego mi tu najbardziej zabrakło to chemia między Aladynem i Dżasminą.

Michał: Lekko mówiąc: spodziewałem się „kasztana”. Ciężko było być optymistą widząc tą słabą kampanię marketingową. A tu zonk! Guy Ritchie znowu dokonał rzeczy wielkiej – przerobił klasyczną animację, dodał sporo swoich znaków rozpoznawczych (cięty, choć nie aż tak mocno jak zawsze [ale to przecież film dla wszystkich], humor czy łotrzykowe sceny w swoim stylu), świetnie poprowadził aktorów i finalnie oddał w nasze ręce dzieło naprawdę bardzo dobre! Nie nudziłem się, sporo się śmiałem, ba, nie wkurzały mnie nawet wstawki musicalowe! „Aladyn” Ritchiego to efekciarskie, dowcipne kino, które można pokochać. Wady są (troszku irytujących scenek), jednak w ogólnym rozrachunku film wychodzi zdecydowanie na plus. Polecam! P.S. Will Smith jako Dżin wymiata! Serio! Choć show kradną i tak Abu i Jago 😉

“Słońce też jest gwiazdą”

Magda: Nie spodziewałam się niczego dobrego po tym filmie. Poszłam na niego bardziej dla zabicia czasu niż z ciekawości. Przynajmniej się nie zawiodłam. Fabuła oklepana, aktorzy sztywni, zero między nimi chemii. Widać, że się starają, ale nie wyszło. Nicola Yoon nie pisze jakichś rewelacyjnych książek, więc nie ma się co dziwić, że filmy na ich podstawie też rewelacyjne nie są.

Michał: Wyobraźcie sobie wszelkie schematy filmów romantycznych, połączcie je ze sobą, dodajcie do tego przeciętnych aktorów i otrzymacie ten obraz. Niby są tu dobre zdjęcia, jest ciekawy montaż, są nawet ze dwie fajne sceny, ale generalnie, strasznie się wynudziłem bezjajecznością tej produkcji… Lepsze od tego jest nawet ziewanie przy meczach kadry Brzęczka.

“Herezja”

Michał: Budżet tej produkcji zwrócił się pierwszym sprzedanym biletem – patrząc na tła, jakość, efekty, jestem przekonany, że film kosztował około jednego szylinga tanzańskiego (tak, istnieje taka waluta, ma ciekawy przelicznik). Ten film to tak wielka kupa, że aż brakuje słów by to opisać. „Herezja” to istna katorga dla oczu, uszu i całego ciała – tu nie ma nawet jednego elementu, który można by wskazać nawet jako jedynie żenujący. Tu wszystko jest gunfem… Ciekawostka – główną rolę w tym czymś gra siostra bardzo lubianej przeze mnie Gemmy Arterton, Hannah. Mam cenną radę dla Hani: nie graj już w niczym innym! BŁAGAM!

“Pokemon. Detektyw Pikachu”

Agata: Całe szczęście, udało się obejrzeć w kinie film z napisami, bo bez głosu Reynoldsa, byłyby to trudne do zniesienia, niemiłosiernie infantylne prawie dwie godziny. Fabuła jest przeraźliwie prosta, skrojona pod widzów na miarę zielonego kółeczka w rogu TV. To oczywiście ma swoje uzasadnienie i dałoby się przeżyć, gdyby nie fakt, że wykorzystane tutaj szablony przewałkowane zostały już setki razy w filmach dla małoletnich.

Magda: Nastawiałam się na świetne kino, dostałam kino dobre. Spodziewałam się jednak większych zachwytów. Pokemony zrobione są rewelacyjnie. Duet Pikachu – Psyduck – wielki plus. Fabuła też jest w porządku. Ja się bawiłam świetnie. Super wrócić do czasów młodości.

Michał: Ryan Reynolds jako Pikachu – czy to mogło się w ogóle nie udać?! „Detektyw Pikachu” jest tym, czego oczekiwałem: dowcipną i barwną opowieścią rozgrywającą się w świecie, w którym ludzie i pokemony dzielą ze sobą świat. Pośmiejecie się sporo, popodziwiacie bardzo fajne efekty specjalne (choć w paru momentach można je było podrasować), pokochacie pokemonowych bohaterów. Prawda jest jednak taka, że jest to kino skierowane zdecydowanie do młodszego widza i to młodsi widzowie będą się na tym dziele bawić najlepiej. „Starsi” przewidzą fabułę bardzo szybciutko, a i z lekka będą się czasem irytować przeciętnymi kreacjami aktorskimi. Osobiście (jako trzydziestoletni staruch) nie będę jednak narzekać – fajnie spędziłem czas, nie nudziłem się, a Psyduck i Pikachu to prawdziwe perełki tego obrazu. Nie wiem, jak film prezentuje się w wersji z polskim dubbingiem, ale z napisami dał radę (choć szkoda, że Reynolds nie miał jakiś przemyconych, dwuznacznych tekstów). „Detektyw Pikachu” to kino idealne, gdy masz wolne dwie godzinki i chcesz się zrelaksować.

“Dzień czekolady”

Agata: Najładniejszy tytuł w tym miesiącu, jednak sam film już niestety nie. Supercharakteryzacja, głośne (lecz niewyświechtane) nazwiska w obsadzie oraz zupełnie nieuzasadnione wstawki fantasy. Fabuła niby ambitna, ukazanie jej pseudoambitne, a tempo akcji niczym na wyścigach ślimaków z leniwcami.

Michał: Film o radzeniu sobie ze stratą, w którym wątek fantasy jest wciśnięty totalnie na siłę, bez żadnego pomysłu. „Dzień Czekolady” jest ładny wizualnie, niby niesie przesłanie, ale w czasie krótkiej projekcji, generalnie, towarzyszy nam nuda. Szkoda potencjału, szkoda aktorów.

“Paskudy. Ugglydolls”

Magda: Najlepsza animacja miesiąca maja. I co z tego, że morał jest tak oklepany, że bardziej już być nie mógł? I co z tego, że zwiastun pokazał nam wszystko co w tym filmie najważniejsze? Pomimo tego wszystkiego „Paskudy” to świetnie zrobiona animacja, z wpadającymi w ucho piosenkami i uroczymi postaciami. Polecam wszystkim dzieciom (dorosłym też).

 

Filmem miesiąca zdecydowanie został “Podły, okrutny, zły”, lecz parę ósemeczek przy niektórych filmach też możecie wypatrzeć. Po raz kolejny najgorszy paździerz prawdopodobnie obejrzał Michał (:

Ewa Nowicka

Ewa Nowicka

Mam zbyt wiele planów na siebie i nie mogę się zdecydować, który jest najlepszy.
Serialoholiczka uważająca, że kultura popularna jest równie ważna co ta niszowa, a czasem snobistyczna. Na zmianę odwiedza operę i multipleks w poszukiwaniu blockbusterów.
Miłośniczka literatury wszelakiej i stała bywalczyni koncertów.
Absolwentka filmoznawstwa na UŁ. Kosmetyczka. Menadżer sieci sklepów Drogerie Noel.
Publikuję również na: secretum.pl, duzeka.pl oraz filmaster.pl
Ewa Nowicka

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *