Recenzja filmu “Mission: Impossible – Fallout” (Christopher McQuarrie): czy świat mógłby istnieć bez Ethana Hunta?

“Mission: Impossible” to seria, która towarzyszy nam od tylu lat, że stała się jakąś integralną częścią nie tylko popkultury, ale także naszej kulturowej świadomości. Wiemy, że nieważne, co się wydarzy, Ethan Hunt pojawi się ponownie na ekranie, ponownie uratuje świat i wszyscy będziemy czuć się bezpiecznie, chociażby podświadomie. Yeah, znów wygraliśmy ze złolami, ponieważ mamy agenta Impossible Mission Force w swojej drużynie. Dobrze wiedzieć, że przynajmniej ten element naszego życia nie ulega zmianie.

Tym razem Ethan Hunt (Tom Cruise) musi powstrzymać sektę (złożoną głównie z terrorystów) przed unicestwieniem sporego procenta ludzkości. Niestety, na samym początku akcji agent gubi pluton, na którym złolom zależy. Dlaczego gubi? Ponieważ musi uratować życie kumpla, co czyni przecież Ethana Hunta Ethanem Huntem. Światowi grozi atomowa katastrofa, a agenci do zadań specjalnych po raz kolejny muszą go uratować.

Lepszego filmu akcji w te wakacje chyba nie było. To blockbuster wymierzony na miarę swojego celu, potencjału i oczekiwań widza. Zarówno sam Cruise, jak i McQuarrie zdają sobie sprawę z tego, co jest ich największymi atutami. Wiedzą, że widzowie oczekują przekraczania kolejnych granic tak, aby Hunt prezentował się jako silniejszy od Hulka, szybszy od Czarnej Pantery czy szlachetniejszy od Kapitana Ameryki (dobra, może to złe porównania, ale łatwo trafiają). Kolejna odsłona “Mission Impossible” to znów ma być pokaz możliwości ludzkiego ciała, ponieważ choć Tom Cruise najlepszym męskim agentem z pewnością nie jest i nie wzdycha do niego rzesza mężczyzn oraz kobiet, to za każdym razem udowadnia widzom coraz mocniej, że jest niezniszczalny – a wraz z nim jego bohater.

Obejrzymy więc świetnie wyreżyserowaną scenę bójki w łazience, w której tłuką się także jej elementami, skok ze spadochronem podczas potężnej burzy, pogoń za Huntem na motorze przez urokliwy Paryż czy starcie dwóch helikopterów w Kaszmirze. Do wyboru, do koloru. Wszystko jest niesamowicie widowiskowe, tym bardziej, gdy zauważymy, że wiele scen wykonano z niewielkim użyciem grafiki komputerowej. Także warto pamiętać, że Tom Cruise w większości popisy kaskaderskie wykonuje sam, co jest już jego cechą charakterystyczną.

Na drugim planie możemy podziwiać Henry’ego Cavilla, który z wąsem wygląda nad wyraz imponująco. Dobrze, że nie musi za bardzo grać, tylko dobrze wyglądać (i tak samo dobrze pokazywać mięśnie), ponieważ trudno uciec od wrażenia, że mamy do czynienia z aktorskim drewnem. Przepiękna Rebecca Ferguson jest trochę jak duch – pojawia się i znika w nieoczekiwanych momentach, jednak za każdym razem prezentuje się nieskazitelnie. Duet Ving Rhames i Simon Pegg ponownie rozśmiesza, dając widzom chwilę wytchnienia przy zawałach serca, gdy świat zaraz ma eksplodować.

To, co nieco irytuje w podejściu twórców do widza, to założenie, że pamiętają oni dokładnie poprzednie przygody głównego bohatera i jego zespołu. Przyznam, że nie przypomniawszy sobie przed seansem chociażby “Rogue Nation” miałam początkowo dość mgliste skojarzenia dotyczące fabuły. To samo tyczy się nie tylko życia zawodowego Hunta, ale także tego prywatnego. Zabijcie mnie, ale nie pamiętam, skąd ten piękna blada piękność (Rebecca Ferguson) się wzięła! Krztyna podpowiedzi w pierwszych scenach nikomu by nie zaszkodziła, a może uczyniłaby seans jeszcze przyjemniejszym.

“Mission Impossible: Fallout” to precyzyjnie skomponowana rozrywka na wyjątkowo wysokim poziomie. Twórcy wcale nie chcą oszukiwać widza, że ich film ma być czymś więcej niż jest. Nawet dodanie sporej dozy romantyzmu do postaci Hunta nie powoduje, że zapominamy o tym, że to po prostu bohater, który z klasą i bez dodatkowych zabezpieczeń ratuje świat. Pokaz siły, prężenia muskuł, zwyciężania nawet z matką naturą w przypadku “M:I” nie kończy się debilną dziurą logiczną w scenariuszu, a całkowitym zahipnotyzowaniem widza na dwie godziny. Tak trzymać, aby legenda trwała dalej (i świat też).

Ocena: 8/10

Ewa Nowicka

Ewa Nowicka

Mam zbyt wiele planów na siebie i nie mogę się zdecydować, który jest najlepszy.
Serialoholiczka uważająca, że kultura popularna jest równie ważna co ta niszowa, a czasem snobistyczna. Na zmianę odwiedza operę i multipleks w poszukiwaniu blockbusterów.
Miłośniczka literatury wszelakiej i stała bywalczyni koncertów.
Absolwentka filmoznawstwa na UŁ. Kosmetyczka. Menadżer sieci sklepów Drogerie Noel.
Publikuję również na: secretum.pl, duzeka.pl oraz filmaster.pl
Ewa Nowicka

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *