Recenzja filmu “303. Bitwa o Anglię” (reż. David Blair): telewizyjny zaskok, kinowy średniak

Nie można zaprzeczyć, że patriotyczne serce się cieszy, gdy nawet Zachód chce robić filmy na podstawie naszej historii. Heroiczne wyczyny dokonane przez Dywizjon 303 podczas II wojny światowej z pewnością są idealnym tematem na wojenną fabułę. Być może nawet na fabułę, która bez patosu opowie o grupie młodzieńców, o której usłyszeć powinien cały świat. Czasem jednak dobry materiał to nie wszystko, aby stworzyć porządny film wojenny. Potrzeba też na to wszystko dwóch składowych: budżetu i solidnej koncepcji realizacyjnej.

Rok 1940, Wielka Brytania. Trwa bitwa o Anglię, w której samoloty Luftwaffe ostrzeliwują alianckie siły powietrzne. Do jednej z brytyjskich baz wojskowych docierają doświadczeni polscy lotnicy i tworzą niezrównany oddział ostatniej obrony Europy. Historię Dywizjonu 303 poznajemy z perspektywy Jana Zumbacha (Iwan Rheon), który wraz z zaprzyjaźnionymi weteranami budują legendę najskuteczniejszego oddziału powietrznego w trakcie bitwy o Anglię.

Nie wiem, co jest największym grzechem produkcji Davida Blaira. Jest ich po prostu zbyt wiele. Zacznijmy jednak od całkowitego braku dramaturgii i pomysłu na rozegranie historii. Nic nie sprawi, że zaczniemy emocjonalnie przywiązywać się do bohaterów czy gryząc paznokcie, będziemy się obawiać, że na któregoś lotnika już czyha śmierć za rogiem (tudzież obłokiem). Nie znajdziemy tutaj porywów serca, zaskoczeń, przeżywania momentów grozy czy wzruszeń. Nawet największy wrażliwiec nie ustosunkuje się emocjonalnie do tej historii.

Poziom scenariusza woła o pomstę do nieba nie tylko z powodu braku dramaturgii. Niekiedy brak w nim ciągu przyczynowo-skutkowego, odbierając również historii jej należytą powagę za sprawą potraktowania po macoszemu większości wątków, po którym film skacze według uznania, nie łącząc je w całość. Dialogi leżą na każdej płaszczyźnie, sprawiając wrażenie nie tyle źle przetłumaczonych, lecz nieudolnie napisanych.

Na każdym kroku widać budżetową biedę, przede wszystkim za sprawą efektów specjalnych i mizernego CGI. Mając świadomość, że oglądamy film wojenny, prawdopodobnie oczekujemy widowiskowych scen bitew, dzięki którym nie tylko poczujemy emocje, ale także heroizm bohaterów. Natomiast Blair decyduje się na pozostawienie bohaterów na ziemi tak długo, jak tylko może. Większość akcji rozgrywa się podczas rozmów w trakcie treningów, w barze, gdy żołnierze wspominają ojczyznę i zastanawiają się, czy mają jeszcze do kogo wracać. Nie zamierzam umniejszać tym scenom, które są dobrze zagrane, jednak ich ilość rozmienia cały film na drobne. Same sekwencje ostrzeliwań wyglądają, jak w miernej grze komputerowej z lat 90. Nie dość, że jest ich mało, to ich jakość przypomina raczej programy telewizyjne, mocno odbiegając od kinowych standardów.

Nie twierdzę jednak, że film nie ma swoich jasnych punktów. Jednym z nich jest z pewnością gra Iwana Rheona. Jego zaangażowanie bije z ekranu – widać na każdym kroku, że chce podnieść rangę tej historii do właściwego poziomu, szczególnie za sprawą mimiki (próbuje też mówić po polsku, lecz tego polski widz ocenić nie może, ponieważ aktor – o zgrozo – został zdubbingowany). Mocnym punktem mógł być także występ Marcina Dorocińskiego. Dźwiga on swoją rolę, jak zawsze stara się nadać rys charakteru swojej postaci, lecz… nie bardzo miał, jak się wykazać. Poświęcono mu wyjątkowo mało czasu ekranowego, opowiadając jego historię za sprawą kilku słów i może trzech ujęć, później niemal całkowicie o nim zapominając. Cieszy też występ Milo Gibsona, który mocniej zaskoczył niż w “Przełęczy ocalonych”.

Dobrym elementem opowiadanej historii jest także zaznaczenie niechęci Anglików do Polaków, która z czasem przemienia się w podziw, zaskoczenie i pełen szacunek. Nie wnikając, na ile obraz jest zgodny z prawdą historyczną, możemy skłonić się ku stwierdzeniu, że został stworzony z szacunkiem i oddanym hołdem dla polskich lotników.

Niestety, pomimo szczerych chęci, David Blair zrobił co najmniej przyzwoity film telewizyjny, który mogliby oglądać uczniowie szkół licealnych w ramach zajęć lub Kowalski w swoim domu w ciemny, jesienny, weekendowy wieczór. Nie można odmówić “303. Bitwie o Anglię” drzemiącego w nim potencjału. Jednak nie został on wykorzystany nawet w trzydziestu procentach. Szkoda, ponieważ ta część naszej historii zasługuje na porządną produkcję filmową, w której zatracą się miliony widzów na całym świecie.

Ocena: 5/10

 

Ewa Nowicka

Ewa Nowicka

Mam zbyt wiele planów na siebie i nie mogę się zdecydować, który jest najlepszy.
Serialoholiczka uważająca, że kultura popularna jest równie ważna co ta niszowa, a czasem snobistyczna. Na zmianę odwiedza operę i multipleks w poszukiwaniu blockbusterów.
Miłośniczka literatury wszelakiej i stała bywalczyni koncertów.
Absolwentka filmoznawstwa na UŁ. Kosmetyczka. Menadżer sieci sklepów Drogerie Noel.
Publikuję również na: secretum.pl, duzeka.pl oraz filmaster.pl
Ewa Nowicka

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *