Recenzja serialu “Good girls”, sezonu pierwszego: jesteśmy samowystarczalne

Nie pamiętam, kiedy ostatni raz tak mocno, od pierwszego wejrzenia pokochałam serial i pochłonęłam go w ciągu dwunastu godzin. “Good Girls” wyjątkowo skutecznie zapełnia lukę w moim sercu oraz letnim harmonogramie (czyli chowaniem się w weekendy przed upałem na kanapie z zasłoniętymi roletami). Nowa produkcja Netflixa, która nie zyskała dużej reklamy i rozgłosu, zawiera wszystkie elementy dobrze opowiedzianej historii o pieniądzach, kobiecym życiu, ich miejscu w świecie, a przy tym pięknie unika nadmiernego feminizmu, tworząc niejednoznaczne postaci. Jednak, czy serial nie traci po drodze tempa? Czy równo rozdziela czas dla każdej bohaterki? Czy nie demonizuje mężczyzn, przedstawiając kobiety jako zdesperowane anielice?

Beth Boland (Christina Hendricks), matka czwórki dzieci, zajmująca się domem, jej siostra – Annie Marks (Mae Whitman), samotna matka nastolatki, pracująca w sklepie spożywczy oraz ich przyjaciółka Ruby Hill (Retta) wychowująca poważnie chorą córkę, nie znajdują się w najlepszym miejscu w swoim życiu. Szczególnie jeśli chodzi o finanse. Beth dowiaduje się, że mąż nie tylko ją zdradzał, ale także sprzeniewierzył sporą część ich wspólnych pieniędzy, przez co rodzina znajduje się na granicy bankructwa; Annie niebawem będzie walczyć z byłym partnerem o opiekę nad dzieckiem, a stan zdrowotny córki Ruby pogarsza się i potrzeba albo drogiego leku eksperymentalnego, albo szybkiej operacji (i jedno, i drugie kosztuje kilkadziesiąt tysięcy dolarów). Aby wyjść na prostą, kobiety obrabowują sklep spożywczy, zakładając, że w jego sejfie znajduje się zaledwie około 30 tysięcy. Ku ich ogromnemu zdziwieniu, nagle weszły w posiadanie pół miliona dolarów. Szybko zgłasza się do nich świat przestępczy, ponieważ przez przypadek napadły na sklep, który jest pralnią pieniędzy. W wyniku wielu następujących po sobie zdarzeń nagle zaczynają należeć do tego przestępczego świata. Co wyniknie ze starcia kobiet z przedmieść z miejscowym królem nielegalnym interesów? Wszyscy się wzbogacą czy ktoś po drodze umrze?

“Good Girls” jest przede wszystkim serialem o kobietach. Co ważne jednak, twórcy nie przedstawiają ich w samych jasnych odcieniach, a tworzą postaci wielce niejednoznaczne. Rozumiemy motywację bohaterek, trzymamy za nie kciuki, nie osądzamy ich, jednocześnie, gdy popełniają głupie błędy – jak lekkomyślność Annie, kłamstwa Ruby czy nadmierna wiara Beth – mamy ochotę na nie nakrzyczeć. Niejednokrotnie kobiety zatrzymują się nad planem napadu czy kolejnymi działaniami, patrzą na swoje, bawiące się dzieci, zastanawiając się nad etycznością swoich czynów. Widać jednak, że świat, w którym się znalazły to świat, w którym czują się jak ryby w wodzie i ciężko jest im go opuścić. Dodatkowo twórcy stronią od nachalnego feminizmu mówiącego – kobiety są nierówno traktowane, to ofiary, a facetom bliżej do świń. Bardzo cieszy, że nie jest to świat czarno-biały.

“Good Girls”, mimo że jest serialem o kobietach, nie przedstawia w złym świetle mężczyzn. A przynajmniej – nie w całkowicie złym świetle. Mąż Beth to dupek jakich mało, jednak ostatecznie rozumiemy, że robi wszystko, aby naprawić swój błąd – chociaż bardzo źle się do tego zabiera. Stan, mąż Ruby, to uosobienie ciepła, miłości i partnerskiego wsparcia. Ba, wydaje się niejednokrotnie, że to lepsza połówka tego związku. Były partner Annie, początkowo przedstawiony jako totalny dupek, zyskuje z każdym odcinkiem, gdy uświadomimy sobie, że tej parze po prostu nie wyszło i nie było im po drodze, a w tym wszystkim nie ma winnego. Najgorzej przedstawioną postacią męską jest zdecydowanie Leslie. Uosabia on wszystko, co najmocniej zagraża kobietom i ich codziennie zmagania z upokorzeniami.

Bohaterki z każdym kolejnym wyzwaniem nabierają nowej pewności siebie, zaradności, niezależności, której wcześniej im zdecydowanie brakowało. Choć starały się być silne, to prawdziwą siłę dało im wzięcie spraw w swoje ręce. Tym bardziej że sytuacje, w których się znalazły nie były w żadnej mierze ich winą. Gdy Beth zajmowała się dziećmi, jej mąż kupował kochance nową, koszmarnie drogą bieliznę i nie potrafił się przyznać do złych inwestycji we własnej firmie; choroba córki Ruby to po prostu wrodzona wada, a operacji w całości nie pokryje żaden państwowy fundusz, a Annie nic nie poradzi na to, że musi zostawiać dziecko same, gdy idzie do pracy.

“Good Girls” to także świetnie dobrana obsada do doskonale napisanych postaci. Najbardziej zaskoczyły mnie dwa duety – Christina Hendricks i Mia Whitman oraz Christina Hendricks i Manny Montana (którego uwielbiam całym sercem odkąd zagrał w “Graceland”). Pomiędzy tym pierwszym ewidentnie działa sama scenariuszowe rozpisanie postaci, ale także ich kreacja dzięki aktorkom, które idealnie odgrywają siostry mówiące za dużo i różniące się mocno charakterami. Z drugiej strony, to także rodzeństwo, które rozumie swoje wady wybaczając przy tym zbędne słowotoki. Druga za to para to ten nietypowy przypadek chemii między nie tylko bohaterami, ale także aktorami i doskonale to widać na ekranie.

Co ciekawe, im bardziej bohaterki się bogacą, tym bardziej zmienia się także ich wygląd zewnętrzny. Są bardziej umalowane, lepiej uczesane, ufarbowane, chodzą w wyraźnie droższych ubraniach. Po pewnym czasie zaczynają sobie coraz bardziej dogadzać, kuszą się na prezenty wieńczące ich pracę czy wytworne kolacje. Nie przesadzają w żadną ze stron, ale zaczynają odczuwać przyjemność z posiadanych pieniędzy, czego nie mogły robić wcześniej. Stają się niezależne w sensie finansowym i przejmują pałeczkę od mężczyzn, będąc paniami własnych portfeli oraz domów.

Warto też zwrócić na świetny soundtrack serialu. Bogaty w żeńskie wokale – Fergie, Kelly Clarkson czy Santigold – głównie zawiera utwory z gatunku pop-rapu, punku, dubu czy alternatywnego popu. Znalazło się także miejsce dla Beastie Boys czy Britney Spears! Wszystkie utwory doskonale wkomponowują się w dynamikę serialu oraz emocje rządzące bohaterkami.

“Good girls” to serial, który ani na chwilę nie zwalnia tempa. Utrzymuje niesamowity balans pomiędzy życiem rodzinnym bohaterek, a ich nową działalnością. Podobnie jest z emocjonalnością – bogaty w humor serial daje też czas na zaciskanie kciuków za powodzenie bohaterek i momenty wzruszeń. Po ostatnim odcinku nie mogę się doczekać kolejnego sezonu, jednocześnie będąc pełną obaw, jak łatwo twórcy mogą ten udany początek zepsuć. Niemniej, “Good girls” to jedna z najlepszych serialowych premier roku i to się raczej nie zmieni.

Ocena: 9/10

Ewa Nowicka

Ewa Nowicka

Mam zbyt wiele planów na siebie i nie mogę się zdecydować, który jest najlepszy.
Serialoholiczka uważająca, że kultura popularna jest równie ważna co ta niszowa, a czasem snobistyczna. Na zmianę odwiedza operę i multipleks w poszukiwaniu blockbusterów.
Miłośniczka literatury wszelakiej i stała bywalczyni koncertów.
Absolwentka filmoznawstwa na UŁ. Kosmetyczka. Menadżer sieci sklepów Drogerie Noel.
Publikuję również na: secretum.pl, duzeka.pl oraz filmaster.pl
Ewa Nowicka

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *