Recenzja filmu “Avengers: Infinity War”: płacz, pot, krew, śmiech, strach, czyli jak stworzyć superbohaterski film doskonały

Nadszedł taki dzień w moim życiu jako recenzenta, że oniemiałam. Wiem, że czegokolwiek bym nie napisała nie oddam tych emocji, tego wszystkiego, czego doświadczyłam podczas przedpremierowego seansu “Avengers: Infinity War”. Jednocześnie wiem, że prywatnie, dla mnie, to jeden z najważniejszych tekstów, które napiszę. Dzisiejszy dzień, dzień premiery filmu braci Russo, przejdzie do historii kina z pewnością, ponieważ wyznaczyli oni nową ścieżkę w tworzeniu opowieści o superbohaterach i zrobili to bezbłędnie. (recenzja bez spoilerów)

Dziesięć lat, kilkanaście filmów, zbliżało nas i całe uniwersum do tego momentu. Do zmierzenia się z Thanosem twarzą w twarz. W tym przypadku opisu sprawdza się reguła – im mniej, tym lepiej. Dlatego nie będę przybliżać Wam fabuły, oprócz jednego zdania: Thanos (Josh Brolin) zaczyna kolekcjonować Kamienie Nieskończoności przez co zagraża losowi Wszechświata, a Avengersi, Strażnicy Galaktyki, Doktor Strange i inni stają w walce przeciw niemu.

“Boże, jakie to było dobre” – stało się pierwszą myślą po opuszczeniu sali kinowej. Obawy wobec tego filmu były ogromne. Przed seansem najważniejszym stało się po prostu to, aby nie wyjść z niego rozczarowanym. Nie spodziewałam się jednak, że można doznać tak wielu emocji w trakcie jednego seansu. Zaznaczmy jednak na początku, że “Avengers: Infinity War” to opowieść nieskończona, ponieważ w przyszłym roku doczekamy się drugiej części filmu. Także widz nieznający poprzednich filmów ze stajni MCU, w tym “Thora: Ragnarok” oraz “Czarnej Pantery”, nie będzie czerpać z nowej produkcji aż takiej frajdy. Bracia Russo zdecydowali się nie przedstawiać na nowo bohaterów (co jest ogromnym atutem filmu), tylko wrzucają widza w środek akcji.

Akcja nie zwalnia ani na chwilę, nie pozwalając złapać emocjonalnego oddechu. Wszystko jest tutaj idealnie wyważone. W jednej minucie śmiejemy się z kolejnych przytyków bohaterów, w kolejnej opłakujemy stratę, ponownie wracamy do napięcia, które towarzyszy nam przez cały seans. Co najważniejsze – reżyserom udało się wyzbyć patosu, zachowując wszystkie atuty poprzednich filmów. Gdy ma być poważnie – jest poważnie. Gdy mamy się śmiać – śmiejemy się. Bracia Russo świetnie znają swoich widzów i wiedzą, czego oczekiwali po tylu latach.

Wydaje mi się, że ogromna ilość bohaterów w tym filmie stworzyła w sercach fanów największą obawę. Jednak zostaliśmy przyjemnie zaskoczeni. Żaden z bohaterów nie został wrzucony do tego filmu na siłę. Każdy znajduje sensowne miejsce, które wydaje się w ostatecznym rozrachunku oczywiste. Thor pozostaje Thorem z Ragnaroka – zabawnym, co intensyfikuje jeszcze jego ekranowy partner – a jednocześnie twórcy uwypuklają jego historię. Dopiero przy tym filmie można zrozumieć, jak długą drogę przebył, aby stać się tym, kim stał się w “Infinity War”. Genialne starcie ego dwóch najbardziej pewnych siebie bohaterów dostarcza nie lada rozrywki, choć ma to także przemyślane znaczenie fabularne (pewnie zgadniecie, ale co tam!). Niektórzy z nich dojrzewają, jednak każdy zostaje wystawiony na emocjonalne próby i, po raz pierwszy, wszyscy odczuwają prawdziwe przerażenie. Nawet ten superbohater, który nigdy nie bał się niczego. Miłość i wzajemny szacunek są silniejsze niż kiedykolwiek przedtem, a każdy rozumie, że tylko w tym zespole mogą zmienić bieg wydarzeń.

Wraz z pojawieniem się Killmongera w “Czarnej Panterze” otrzymaliśmy nowy wzór szwarcharakteru – postaci, której działania oraz zamiary są logiczne. Thanos to bohater doskonale napisany, w dodatku bezbłędnie zagrany przez Josha Brolina. Za CGI kryje się ludzka twarz, z ludzkimi dylematami, z poświęceniem, z ideą, która przyświeca mu na każdym kroku. Niekiedy trudno nie zgodzić się z myśleniem Thanosa – mimo, że brutalne – ma swoje podstawy i jego sposób na nową organizację Wszechświata jest morderczo rozsądny.

Jak widzicie pieczołowicie napisany scenariusz i rozegranie bohaterów to kolejne genialne posunięcie twórców. Bohaterowie stają przed bardzo trudnymi dylematami moralnymi, a czasu na podjęcie decyzji nigdy nie ma dość. W pozostałych produkcjach nigdy nie musieli tak mocno wybierać między mniejszym a większym złem. Walka bohaterów nie sprowadza się tym razem do zwykłego “mordobicia”, nie wystarczy zebrać ekipę i stanąć przeciw zagrożeniu, ponieważ zagrożenie ich przerasta. To doprowadza także do tego, że to najpoważniejszy film MCU.

Niebywała ilość efektów specjalnych to tylko dodatkowy smaczek, ponieważ ogromną siłą filmu stali się aktorzy. “Infinity War” ewidentnie pokazuje, że każdy odnalazł swoje miejsce, swojego bohatera – nawet, jeśli na kogoś utyskiwaliśmy do tej pory – teraz już nie mamy prawa. Teraz już wiemy, dlaczego tak kochamy Roberta Downey Jr. w roli Starka, Chrisa Hemswortha jako Thora czy Elizabeth Olsen jako Wandę. Serio, teraz już na sto procent będziecie wiedzieć, za co kochacie tych aktorów i tych bohaterów.

“Avengers: Infinity War” to opus magnum MCU i braci Russo. Film, o którego premierze zapewne większość z Was będzie opowiadać dzieciom, ponieważ to jedno z najważniejszych wydarzeń w popkulturze w ciągu ostatnich kilkunastu lat. Dla mnie to najlepszy film Marvela, jaki do tej pory powstał. Gdy myślę o tym od wczoraj, widzę logiczną ciągłość od pierwszego “Iron Mana” przez wszystkie pozostałe produkcje aż do tego momentu – w poprowadzeniu bohaterów, w podejmowanych przez nich działaniach oraz decyzjach. Bracia Russo celująco odrobili lekcję. To emocjonalna kolejka górska, która wywoła w Was wszelkie rodzaje uczuć (pamiętajcie o zabraniu chusteczek na seans), pozbawiona patetycznych dialogów czy posunięć. Majstersztyk, arcydzieło, film, na który czekaliśmy od zawsze, chociaż tego nie wiedzieliśmy.

Ocena: 10/10

Ewa Nowicka

Ewa Nowicka

Mam zbyt wiele planów na siebie i nie mogę się zdecydować, który jest najlepszy.
Serialoholiczka uważająca, że kultura popularna jest równie ważna co ta niszowa, a czasem snobistyczna. Na zmianę odwiedza operę i multipleks w poszukiwaniu blockbusterów.
Miłośniczka literatury wszelakiej i stała bywalczyni koncertów.
Absolwentka filmoznawstwa na UŁ. Kosmetyczka. Menadżer sieci sklepów Drogerie Noel.
Publikuję również na: secretum.pl, duzeka.pl oraz filmaster.pl
Ewa Nowicka

3 przemyślenia nt. „Recenzja filmu “Avengers: Infinity War”: płacz, pot, krew, śmiech, strach, czyli jak stworzyć superbohaterski film doskonały

  1. Nie myślałam, że ten film aż tak trzepnie mną o ścianę, a trzepnął 😉 do tej pory zbieram szczękę z podłogi i rozpamiętuję co poniektóre sceny. No i jak to jest dobrze napisane! Wszystkie interakcje między bohaterami i sam czarny charakter to jest prawdziwy majstersztyk. Chcę jeszcze raz 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *