Recenzja serialu “Santa Clarita Diet”, sezonu pierwszego: nieumarła mama i żywa rodzinka

Zapewne zauważyliście, że telewizja pokochała zombie (i to już jakieś osiem lat temu, gdy na ekrany weszło “The Walking Dead”, a widownia pochłaniała serial odcinek za odcinkiem). Można już dostrzec całe spektrum spojrzenia na nieumarłych – od wizji postapo, przez zmianę ustroju, po mamuśki mordujące złych ludzi na przedmieściach. Dziś parę słów o tej ostatniej grupie, czyli “Santa Clarita Diet” – serialu, który podbił moje serce od pierwszego ugryzienia.

Sheila (Drew Barrymore) i Joel (Timothy Olyphant) mieszkają wraz z nastoletnią córką w Santa Clarita na przedmieściach Los Angeles. Prowadzą dość nudne, niezbyt szczęśliwe życie pracując jako agenci nieruchomości. Pewnego dnia jednak wszystko ulega diametralnej zmianie. Shelia traci puls (po bardzo obfitych… wymiotach), a jednak… nadal żyje. Gdy staje się nieumarłą tryb funkcjonowania całej rodziny musi się zmienić i przystosować do nowych zasad żywieniowych matki.

Z tej komediowej produkcji Netflixa surrealizm płynie bardzo wartkim strumieniem. Połączenie historii o nudnej rodzince z przedmieść, która gdzieś się w życiu zagubiła, z klimatem dość krwawej opowieści o zombie zakrawa o szaleństwo. Jednak taki kontrast świetnie wypadł na ekranie, chociaż zapewne nie przekona on do siebie wielu widzów. Konstrukcja może wywołać trochę kontrowersji wśród osób, które raczej nie przepadają za tak skrajną formą komediową, chociaż nie można jej odebrać tej zasługi, że po raz kolejny temat zombie został potraktowany w inny sposób.

O ile sam motyw przemiany Sheili, żądzy jedzenia mięsa (jak prędko się okazuje – jak najbardziej świeżego), napędza całą narrację oraz rozwój wypadków, to deformacja rodzinnego życia Hammondów staje się tak samo ciekawa. Główna bohaterka zmienia się ze statecznej, spokojnej matki i żony w szaloną kobietę, która ma nieposkromione libido, jest nieustraszona oraz nie boi się wyzwań w pracy. Inność Sheili odbija się także na usposobieniu Abby i Joela. Mąż nie bardzo radzi sobie ze zmianami, wyżala się wręcz przypadkowym osobom, jednocześnie starając się być wsparciem dla żony. Córka odkrywa za to w sobie potrzebę przygody, odwagę. W ten sposób Hammondowie wkraczają na zupełnie nową ścieżkę życia, która odwodzi ich od zblazowanego, normalnego trybu funkcjonowania na przedmieściach, a budzi do spełniania marzeń.

Ustabilizowanie apetytu Sheili trwa kilka dni, choć w końcu rodzina znajduje sposób, w jaki nieumarła będzie się odżywiać. Niestety, nie jest to proste, gdy mieszka się między dwoma oficerami prawa. Co prawda jeden pracuje w policji, drugi w biurze szeryfa i nie pałają do siebie miłością, ale Hammondowie nie bardzo radzą sobie z tym całym jedzeniem i ukrywaniem zmian. Oboje stają się bardzo ostrożni, wpadają w popłoch przy byle podejrzeniu. Ten wątek przysporzył mi chyba najwięcej śmiechu, chociaż zarówno problemy życia na przedmieściach i zombiactwo bawią niemalże tak samo.

Twórcy zdecydowanie postawili na ciepłe ujęcia w słonecznym Los Angeles zestawione z drastycznymi zdjęciami ofiar czy ataków Sheili. Mnie to nie raziło, wręcz przeciwnie – dostarczyło niekłamanej frajdy. Obrazowo twórcy nie wyłamali się z przyjętej w scenariuszu koncepcji, zdecydowali się jedynie ją wzmocnić.

“Santa Clarita Diet” to także dobrze napisane postacie. Chociaż Joel i Sheila dostarczają prawdopodobnie najwięcej zabawnych gagów, to niekiedy ciężko pałać do nich szczerą sympatią. Za to prawdziwie kolorowo przedstawiają się nastoletni bohaterowie – Abby, córka Hammondów oraz Eric, syn jednych z sąsiadów. Chłopak jest przewodnikiem dla całej rodziny po zmianach i osobliwym lekarzem dla Sheili. Dziewczyna za to przechodzi czas dojrzewania w bardzo ciekawych okolicznościach, udziwnionej atmosferze, co pozwala jej o wiele łatwiej zdefiniować siebie.

Wydaje mi się, że Drew Barrymore idealnie pasuje do roli Sheili jako lekko ześwirowana, szalona, niekiedy głupiutka kobieta wkraczająca w nowe życie. Jednak dla mnie prawdziwą furorę poczynił Timothy Olyphant jako Joel, którego miny zdesperowanego i przechodzącego niemalże załamanie nerwowe męża zombiaczki, budzą jednocześnie śmiech, litość oraz sympatię. Nie radzi sobie zbyt dobrze z sytuacją, jednak tak naprawdę nigdy sobie nie radził z życiem, które poszło nie w tę stronę, w którą by chciał, żeby poszło. Przekonywujący i na poziomie wydał mi się także Ricardo Chavira jako stróż prawa-sąsiad-paranoik, wiecznie węszący podstęp, niegodziwe zamiary i złe uczynki (choć jak się szybko okazuje niekoniecznie robi to z troski o dobro innych).

“Santa Clarita Diet” dostarczyło mi więcej rozrywki niż niejeden serial komediowy w zeszłym sezonie. Mimo, że zbudowany na kontraście, zawiera dużo wątków rodzinnej przemiany i zmiany trybu życia – wręcz osiągnięcia kolejnego życia, o wiele lepszego niż dotychczasowe (chociaż mogłoby się tak nie wydawać). Niektórych widzów może odstraszyć sposób przedstawienia scen posiłków zombie, inni nie zaakceptują tak skrajnego połączenia, kolejni pokochają go tak, jak ja, z niecierpliwością czekając na kolejne sezony.

Ocena: 8/10

Ewa Nowicka

Ewa Nowicka

Mam zbyt wiele planów na siebie i nie mogę się zdecydować, który jest najlepszy.
Serialoholiczka uważająca, że kultura popularna jest równie ważna co ta niszowa, a czasem snobistyczna. Na zmianę odwiedza operę i multipleks w poszukiwaniu blockbusterów.
Miłośniczka literatury wszelakiej i stała bywalczyni koncertów.
Absolwentka filmoznawstwa na UŁ. Kosmetyczka. Menadżer sieci sklepów Drogerie Noel.
Publikuję również na: secretum.pl, duzeka.pl oraz filmaster.pl
Ewa Nowicka

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *