Recenzja serialu “Grace and Frankie”, sezonu czwartego: nienaprawialne kolano a starcie z dorosłymi dziećmi

Nie każdy serial jest w stanie utrzymać poziom przez dwa sezony, a co dopiero mówić o czterech. “Grace i Frankie” to ten chwalebny wyjątek produkcji, która jest konsekwentna, która z serii na serię staje się coraz bardziej dojrzała, dorasta wraz z bohaterami i porusza problematykę adekwatną do ich wieku. Czwarta odsłona serialu porusza, najbardziej z dotychczasowych sezonów, tę smutną stronę bycia siedemdziesięciolatkiem. Rozstania nadal są tak samo bolesne, jak wtedy, gdy miało się naście lat, a naprawianie błędów staje się coraz trudniejsze.

Frankie (Lily Tomlin) nie pokochała Santa Fe, tak, jak sądziła, że pokocha. Tęskni za domem, Grace (Jane Fonda) i swoją rodziną. Jej przyjaciółka za to zdaje się doskonale sobie radzić. W dawnej pracowni Frankie zamieszkała manicurzystka Grace (Lisa Kudrow), która ma dość poważne problemy z dziećmi swojego zmarłego męża.

“Grace and Frankie” od pierwszego odcinka prezentuje się jako serial słodko-gorzki, przedstawiający uroki osobowości dwóch głównych bohaterek, rozpoczynania przez nich życia na nowo, jak i dramat bycia seniorem, czyli ograniczenia spowodowane kulejącą fizycznością. Wydaje mi się jednak, że w tym ostatnim sezonie, mimo silnego akcentu komediowego, więcej goryczy niż wcześniej. Wszyscy bohaterowie muszą skonfrontować się z brutalną rzeczywistością. Najboleśniej odczuwa to Grace. Bolące kolano rażąco daje się jej we znaki, zmuszając wręcz do użycia laski. Dla kobiety to moment, w którym trafi swoją godność – nie może już polegać tylko na sobie, musi szukać pomocy u innych. Zażenowana swoim stanem nie ma odwagi przyznać się do skali ułomności, jakiej doznała. Co więcej, trudno się pogodzić z faktem, że nawet po udanej operacji, nie można spodziewać się cudu. Ból, choć mniejszy, pozostanie, utrudniając codzienne życie.

W tym kontekście Grace zmaga się także z zerwaniem przyzwyczajeń. Pół życia spędziła na lekkim rauszu, popijając rozluźniające ją martini, a nadchodząca operacja powoduje, że musi przeistoczyć się w “niebezpiecznie trzeźwą Grace”. Towarzyszące tej anomalii wybuchy gniewu to nic dziwnego. Dziwniejszym jest jej złagodzenie oraz ostateczne pogodzenie się z losem. Podobnie odbiorcę (jak i pozostałych bohaterów), zaczyna niepokoić stan Frankie. Pomimo tego, że kochamy jej hipisowskie roztrzepanie, niekiedy wydaje się, że seniorka zaczyna cierpieć na początku demencji. Co doprowadza ją także do skrajnej, komediowej, choć tragicznej sytuacji, gdy… przestaje dla Państwa istnieć.

Czwarta odsłona “Grace and Frankie” to także moment zmierzenia się z przeszłością. Frankie postanawia rozliczyć się ze swoją siostrą, nadrobić stracone lata, wyjaśnić kwestie, które nurtują ją do tej pory. Okazuje się, że traumy z dzieciństwa mogą być noszone przez wieczność i uniemożliwiać spokój duszy bardziej niż utajona orientacja własnego męża. Po tylu latach nie jest łatwo przyznać się do błędu, ale twórcy pokazują, że zawsze warto zostawić czystą kartkę. Wręcz przeraża także historia postaci granej przez Lisę Kudrow. Nie chcę tutaj zdradzać za wiele, jednak w kontekście oddania oraz niesprawiedliwości osądu wybrzmiewa nader głośno.

W jednym z odcinków ostatniego sezonu jest przepiękna scena pomiędzy Grace a Nickiem, jej młodszym, przystojnym, nowym partnerem. Gdy Nick przychodzi do niej w trudnym momencie, mówiąc, że jej pragnie, Grace zaczyna pytać, czy naprawdę pożąda prawdziwej jej. Bohaterka zaczyna zdejmować doczepiane rzęsy, pukle włosów, zmywa makijaż, pokazuje swoją nową przyjaciółkę – laskę. Nick do niej podchodzi i ją całuje. Scena ta jest nie tylko przepiękna i wymowna, ale także została nakręcona w momencie, gdy Jane Fonda zmagała się z rakiem.

Pojawia się także wspaniały, wiele mówiący odcinek, w którym Grace i Robert chodzą przez cały tydzień na pogrzeby. Pokazuje to smutne konsekwencje wieku. Bywalcy pogrzebów nie pamiętają już, kto żyje, a kto nie. Niekiedy kogoś niechcący uśmiercą, niekiedy przywrócą do życia, bo wszystko im się miesza w natłoku otaczającej ich śmierci. To właśnie ona staje się dla nich niczym nowym, już nie jest zaskakująca i dramatyczna. Staje się koleją rzeczy. Dlatego informacja o narodzinach dziecka wydaje się dziesięć razy bardziej radosna niż w innych produkcjach. W przypadku rodzin Hansonów i Bergsteinów to ogromne szczęście i niemalże cud.

Gdzieś w tle problemów matek i ojców pojawiają się problemy ich dzieci. Trudno nie dostrzec, że córki Grace dziedziczą w głównej mierze jej przywary – zamkniętność, dystans do ludzi, pociąg do alkoholu, nadmierny perfekcjonizm i stres. Można się spierać, czy są to wady, czy zalety, jednak z pewnością nie ułatwiają codziennego funkcjonowania. Za to Bud i Coyote – synowie Frankie – godzą się z tym, jacy są ich rodzice, ale starają się nieco od nich odgrodzić. Przynajmniej Bud pragnie być bardziej racjonalny, mocniej stąpiający po ziemi, a fantazja Coyote’a doprowadza go do skrajności – alkoholizmu lub abstynencji.

To, co mocno mnie zirytowało w czwartym sezonie, to stereotypowe przedstawienie środowiska LGBT. Do tej pory raczej nie miało to miejsca. Środowisko gejów zaprezentowane jako otwarta seksualnie społeczność, nieposiadająca właściwie żadnych zasad (oprócz “oczywistych oczywistości”), w której miłość jest inaczej definiowana niż w związkach heteroseksualnych. Nieco mnie razi takie “rozbestwienie” dotyczące jedynie wyszczególnionej grupy ludzi o konkretnej orientacji seksualnej oraz durne rady pani psychoterapeutki, które nijak mają się do rzeczywistości. W tym kontekście problemy Roberta oraz Sola nieco blakną, a może nawet irytują, zestawiając je z wydarzeniami zachodzącymi w życiu Grace i Frankie.

Czwarty sezon serialu dzielnie trzyma poziom swoich poprzedników, utrzymując klimat oraz opowiadając o starości w podobnym tonie. Ujawnia, że w pewnym wieku nie ma już miejsca na błędy, a raczej jest czas na ich naprawianie oraz akceptację rzeczywistości. Dobrze, że bohaterowie wrócą w kolejnej serii, bo tak szeroki temat, ujęty w doskonały wręcz sposób, zasługuje na kontynuację jak rzadko która produkcja. “Grace and Frankie”, jako serial wybitny aktorsko oraz scenariuszowo, nadal będzie zachwycał widza w każdym wieku, podejmując kwestie nie tylko dotyczące bycia seniorem, ale także ogólnie rodzinnych relacji.

Ocena: 9/10

 

Ewa Nowicka

Ewa Nowicka

Mam zbyt wiele planów na siebie i nie mogę się zdecydować, który jest najlepszy.
Serialoholiczka uważająca, że kultura popularna jest równie ważna co ta niszowa, a czasem snobistyczna. Na zmianę odwiedza operę i multipleks w poszukiwaniu blockbusterów.
Miłośniczka literatury wszelakiej i stała bywalczyni koncertów.
Absolwentka filmoznawstwa na UŁ. Kosmetyczka. Menadżer sieci sklepów Drogerie Noel.
Publikuję również na: secretum.pl, duzeka.pl oraz filmaster.pl
Ewa Nowicka

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *