Recenzja filmu “I tak cię kocham”: to nie jest kolejna popłuczyna po komedii romantycznej

Kto z nas nie ma już dość sztampowych komedii romantycznych… Hollywood od lat zarzuca nas tym samym, nudnym, zblazowanym schematem, który nie wywołuje żadnych emocji. Wytwórnia marzeń zapomniała, że w nazwie gatunku występuje jeszcze słowo KOMEDIA. Zazwyczaj takie produkcje już nie śmieszą, a jeśli już – nie w taki sposób, w jaki powinny. Spłycone żarty do poziomu zalanej klepki, często ci sami aktorzy specjalizujący się we wcielanie w tych samych bohaterów… Ciężko wśród amerykańskich produkcji znaleźć coś świeżego, wyłamującego się z przyjętej (choć nieakceptowalnej) formy. Jednak w tym roku na ekranach naszych kin zagościł obraz “I tak cię kocham” – będący światłem, a nie światełkiem, w tunelu.

Kumail (Kumail Nanjiani) przybył z Pakistanu do Stanów Zjednoczonych jako nastolatek. Jego konserwatywna rodzina, choć pragnąca dla syna “amerykańskiego snu”, oczekuje, że jego wybranka serca pochodzić będzie z jego rodzinnego kraju, gdzie nadal żywa pozostaje tradycja aranżowanych małżeństw. Przypadkiem jednak spotkał nowoczesną dziewczynę, z którą spędza każdą chwilę. Niestety, nie zdradza jej swoich tajemnic oraz oczekiwań rodziców odnośnie jego przyszłego życia. Gdy wychodzą one na jaw, para się rozstaje, a w kilka tygodni później Emily (Zoe Kazan) trafia do szpitala i zostaje wprowadzona w śpiączkę z powodu poważnej infekcji.

“I tak cię kocham” to prawdziwa historia, bazująca na życiu dwójki scenarzystów – Kumaila Nanjiania i Emily V. Gordon. Mężczyzna nie tylko stworzył scenariusz, ale także zagrał w filmie samego siebie. Nie wiadomo, czy to życie pisze najlepsze historie, czy to przypadek, ale produkcja Michaela Showaltera to jeden z najlepszych przykładów właściwego zrozumienia gatunku w ciągu ostatnich lat.

“I tak cię kocham” zawiera najlepszy żart o 11 września, jaki kiedykolwiek powstał. Wydaje mi się, że to wiele mówi o komizmie w filmie oraz jego zdystansowaniu. Twórcy nie obrażają żadnej nacji, wiary czy kultury, lecz w subtelny, odpowiedni sposób szydzą ze stereotypów. To niezwykle zabawny film, który stara się w strefie żartu wyjść z przyjętych i powszechnie akceptowalnych ram. Udaje się mu to perfekcyjnie.

Ogromnym atutem produkcji są sympatyczni, ciepli bohaterowie. Jak często macie tak, że patrzycie na ekran z myślą “ale chętnie bym poszła z nią/nim na piwo!”? Mnie zdarza się to coraz rzadziej, jeśli mowa o nowych, wchodzących na ekrany produkcjach. Wystarczy, że przypomnimy sobie postać graną przez Hugh Granta w “Dwóch tygodniach na miłość”… Nie. Zdecydowanie nie jest to bohater sympatyczny z mnóstwem pozytywnej energii w sobie. Ani jednego takiego bohatera nie spotkamy w “I tak cię kocham”. To ciekawe, gdy uświadomimy sobie, że Emily, Kumail, Beth czy Terry to postaci zaskakująco ludzkie. Żaden z nich jest zły, nie czujemy do nich odrazy, mimo że popełniają błędy. Ponieważ bardzo łatwo jest utożsamić się z ich zachowaniami. W ich świecie, tak, jak w naszym, zwykłe “przepraszam” nie przekreśla grzechów popełnionych w przeszłości. Droga do zmiany, do zrozumienia, do wybaczenia nie jest prosta i nie trwa dwóch dni, wbrew temu, co niejednokrotnie chciała nam przekazać Jennifer Aniston. Gdy dochodzi do rozczarowania każda ze stron musi sobie uświadomić czym zawiniła i czego oczekuje. “I tak cię kocham” przepięknie to pokazuje, odnosząc się z szacunkiem do miłości, jak rzadko która komedia romantyczna.

Aktorsko produkcja również wybija się na wysokim poziomie. Nawet bardziej niż główny duet wybija się para rodziców, czyli Holly Hunter i Ray Romano. Mistrzowska scena w barze, w której Beth staje w obronie Kumaila, pokazuje temperament postaci, aby za parę chwil przedefiniować ją na nowo. Hunter znakomicie się odnajduje w balansie między czułością a logicznym myśleniem, stanowczością a strachem. Przy tym w kontrze partneruje jej Romano, wcielający się w postać o wiele mocniej stonowaną (choć tak samo zabawną). Zoe Kazan świetnie gra swoją subtelną urodą, podkreślając jej naturalność gestami. W jej przypadku przychodzi mi na myśl scena randki, w trakcie której wraz z Kumailem wybrali się na testowanie wina. To przepięknie nakręcona chwila momentu w związku, w którym decydujemy się obnażyć. Pokazać słabości, przyznać się do błędów z przeszłości, odkryć przed drugą osobą to, co może nas zranić. Sam jej zamysł i wykonanie zasługuje na jakąś nagrodę.

“I tak cię kocham” pokazuje także starcie z prawie półtora tysięczną tradycją. Kumail jest nowym typem Muzułmanina. Nie chce, aby definiowała go wiara, nie chce ślepo podążać za tym, w co wierzą rodzice. Pragnie sam odnaleźć swoją drogę, to, co jest mu bliskie. Twórcy przedstawiają, jak trudne staje się zdobycie odwagi, aby móc być sobą.

Kumail Nanjiani oraz Emily V. Gordon przede wszystkim stworzyli bardzo dobry scenariusz bazujący na własnej historii (nic dziwnego, że otrzymali za niego nominację do Oscara). To powiew świeżości w gatunku, który od dłuższego czasu jest mdły oraz nie szuka inspiracji w życiu, a jedynie w baśniach. Ciepła, pełna wiary produkcja pozostawi Was nie tylko uśmiechniętych, a nawet śmiejących się – być może kolejnym razem zignorujecie kolejny film z tymi samymi aktorami oraz tym samym przesłaniem wybierając taki, który prędzej znalazłby się w konkursie Sundance niż na afiszach wszystkich kin w Polsce.

Ocena: 7/10

Ewa Nowicka

Ewa Nowicka

Mam zbyt wiele planów na siebie i nie mogę się zdecydować, który jest najlepszy.
Serialoholiczka uważająca, że kultura popularna jest równie ważna co ta niszowa, a czasem snobistyczna. Na zmianę odwiedza operę i multipleks w poszukiwaniu blockbusterów.
Miłośniczka literatury wszelakiej i stała bywalczyni koncertów.
Absolwentka filmoznawstwa na UŁ. Kosmetyczka. Menadżer sieci sklepów Drogerie Noel.
Publikuję również na: secretum.pl, duzeka.pl oraz filmaster.pl
Ewa Nowicka

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *