Recenzja książki “Keller” Marcina Jamiołkowskiego: Indiana Jones w kosmosie

Nigdy nie przekonywały mnie space opery – na czele z „Gwiezdnymi wojnami” i „Star Trekiem”. Pewnym wyjątkiem okazali się dopiero „Strażnicy Galaktyki”, głównie przez to, że produkcja odznaczała się nie tylko sporą dozą luzu i humoru, ale także świeżości. Spotkanie z „Kellerem” Marcina Jamiołkowskiego również zaliczam do tych udanych, które przekonały mnie do tego gatunku fantastyki. Ponieważ zrobił to samo, co James Gunn i jego ekipa zainwestował w humor, swobodę i lekkość.

Nie będę samej siebie okłamywać – okładka powieści raczej nie należy do szczególnie udanych. Bliżej jej do kiczu, którymi karmili nasze oczy twórcy okładek w latach 80. Na pierwszym planie widnieje statek kosmiczny, który przypomina przede wszystkim coś na kształt trapezu (po kilku stronach możemy się domyśleć, że to najprawdopodobniej „Truposz”). Jest on ostrzeliwany przez dwa inne wrogie statki, które znajdują się w znacznej od niego odległości. Tło (czyli kosmos) mieni się granatem, czerwienią, żółtym oraz pomarańczowym. Na samej górze widnieje nakreślony białą, pogrubioną czcionką tytuł książki oraz żółtą, mniejszą, imię i nazwisko autora.

Ludzie opuścili Ziemię i rozpoczęli kolonizować kosmos. Ten moment nazwano Rozproszeniem. Cztery tysiące lat po śmierci Jezusa Chrystusa ludzie nadal znajdują nowe układy planetarne, Obcych czy kolejne formy istnienia. Jednak wciąż toczą ze sobą walkę o terytorium, o władzę, o pieniądze, o wpływy w kosmosie. Są też tacy, którzy żyją z boku sporów i „po prostu robią swoje”. Ian Keller to awanturnik i przemytnik. Ma swoją wierną załogę (nad którą czasem nie umie zapanować), lecz żyją w umiarkowanym zrozumieniu. Pewnego dnia zostaje zwerbowany przez służby specjalne Układu Polonusa i przedstawicieli Nowego Watykanu do wykonania pewnej misji – zdobycia relikwii skradzionej przez Kościół Pontifexański, który powstał na skutek Wielkiej Schizmy po Rozproszeniu. Keller chce dokonać wręcz „skoku stulecia”, a przy tym zemścić się na pewnym generale. Czy uda mu się sprostać zadaniu? Czy wykradnie świętą relikwię? Jakie niespodzianki czekają go po drodze?

„Keller” to całą duszą i każdym słowem pierwszorzędna space opera. Znajdziemy tutaj zarówno romans, przygodę, akcje, jak i odległe galaktyki. Co ważne, Jamiołkowski nie stara się snuć historii o prawdopodobnej przeszłości, nadmiernie filozofować czy wnikać zbyt głęboko w psychologię bohaterów. Nie jest pompatyczny, nie odrzuca też dotychczasowego dorobku gatunku, a wręcz opowiada historię, której elementy składowe znamy już na pamięć z literatury, filmów czy seriali. Robi to jednak wyjątkowo sprawnie i w jakiś sposób świeżo.

Do uniwersum, w którym żyje Ian Keller zostajemy wrzuceni bez zbędnych wyjaśnień. Przez pierwsze kilkanaście stron można się jeszcze nieco gubić, ale polski pisarz stara się, aby to niekomfortowe uczucie szybko minęło. Sprawnie odkrywa kolejne karty, a w dialogach pokusza się o wyjaśnienie niezbędnych informacji. Powieść zyskuje przede wszystkim za sprawą podejścia do tematów religijnych oraz stworzenia wokół nich całej historii. Dla niektórych wydawać się to może nieco kontrowersyjne, lecz w ostatecznym rozrachunku z pewnością tak nie wybrzmiewa.

Wszyscy bohaterowie zostali bardzo sprawnie zarysowani, a ciepłe uczucia żywimy do większości załogi statku od samego początku. Jednak to Ian Keller skupia na sobie największą uwagę. Ma w sobie coś z Indiany Jonesa, który szuka świętej relikwii w kosmosie, coś z Hana Solo czy kosmicznego kowboja. I jak wszystkim wymienionym, nie interesuje go władza czy pieniądze – to coś, o co zawsze może się postarać. Najważniejsza jest zemsta, czyli emocje, które rządzą głównym bohaterem. Zaskakująco prezentują się także postaci kobiece, które przedstawione zostały jako silne charaktery, stawiane na równi z mężczyznami, zarówno, jeśli chodzi o wykonywaną profesję oraz możliwości fizyczne.

Marcin Jamiołkowski posługuje się niby prostym językiem, jednak wtrąca neologizmy na potrzeby wyjaśnienia funkcjonowania stworzonego przez siebie świata. Czerpie przy tym, nawet przy nazewnictwie, z historii Polski oraz naszej ojczystej mowy. Skoro w jakiś sposób to opowieść awanturnicza to nie mogło również zabraknąć soczystych przekleństw czy dwuznaczności, którymi obsypują się bohaterowie. Także w ten sposób autor nadaje swoim bohaterom bardziej charakterystyczny rys.

Powieść Marcina Jamiołkowskiego polecam przede wszystkim fanom „Gwiezdnych Wojen” czy „Battlestar Galactica”, lecz jako wieczorna rozrywka powinna przypaść do gustu wielbicielom wszelkiego rodzaju literatury przygodowej, przepełnionej akcją oraz jej zwrotami (jak widać nawet osoba, która szczerze nie znosi tworu George’a Lucasa, wpadła po uszy do tego zabawnego uniwersum). „Kellera” niezwykle lekko się czyta za sprawą kreacji postaci, świata przedstawionego i sporej dozy humoru, którego autorowi, całe szczęście, nie zabrakło.

Ocena: 8/10

Ewa Nowicka

Ewa Nowicka

Mam zbyt wiele planów na siebie i nie mogę się zdecydować, który jest najlepszy.
Serialoholiczka uważająca, że kultura popularna jest równie ważna co ta niszowa, a czasem snobistyczna. Na zmianę odwiedza operę i multipleks w poszukiwaniu blockbusterów.
Miłośniczka literatury wszelakiej i stała bywalczyni koncertów.
Absolwentka filmoznawstwa na UŁ. Kosmetyczka. Menadżer sieci sklepów Drogerie Noel.
Publikuję również na: secretum.pl, duzeka.pl oraz filmaster.pl
Ewa Nowicka

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *