Recenzja filmu “X-Men: Apocalypse”: Fassbender śpiewa kołysankę, a Pruszków zostaje polską osadą hutniczą

“X-Men: Apocalypse” to najbardziej przeze mnie wyczekiwana premiera filmu o superbohaterach w pierwszej połowie tego roku. “Przeszłość, która nadejdzie” okazała się fantastycznie zrealizowaną produkcją, prawdopodobnie najlepszą w całej serii. Wobec tego oczekiwania względem najnowszego obrazu Singera były dość wysokie. Czy udało mu się podnieść poprzeczkę? Obrał tę samą czy inną koncepcję? I co z tym wszystkim wspólnego ma Pruszków i polskie akcenty?

Apocalypse (Oscar Isaac) to pierwszy i najpotężniejszy mutant, którego czczono już w starożytnym Egipcie jako Boga. Ma zdolność absorbowania mocy innych uzdolnionych, więc staje się wręcz niepokonany. Za sprawą jednak wrogów zostaje pogrzebany w piramidzie na kilka tysięcy lat. Gdy dochodzi do jego przebudzenia, Apocalypse chce za wszelką cenę zdobyć władzę nad światem i doprowadzić do jego zniszczenia. Zbiera wokół siebie grupę rozczarowanych życiem i zagubionych mutantów, na tyle silnych, aby móc walczyć X-Menami. Wśród jego popleczników znajduje się Magneto (Michael Fassbender), rozgoryczony po prywatnych tragediach, które uświadomiły mu, że nie może prowadzić normalnego życia. Raven (Jennifer Lawrecnce) i Profesor X (James McAvoy) stają im na drodze w przejęciu władzy nad światem.

“X-Men: Apocalypse” nie jest dobrym filmem w klasycznym tego słowa znaczeniu. Nie, to film, który ma bardzo dużo wad i który, gdybyśmy brali go na poważnie, wcale by nas nie rozbawił. Jednak paradoksalnie to produkcja, która jest rozrywką na każdym poziomie, szczególnie dla fana komiksów i tego, który w blockbusterach o superbohaterach się lubuje. Sama koncepcja filmu jest dość zabawna. Począwszy od “tego złego”, czyli szwarccharakteru Apocalypsa. Pierwszy mutant pragnie zniszczyć świat, budując przy tym obsesyjnie piramidy, ponieważ uważa, że ludzkość straciła swój cel i nie podoba mu się, w jakim kierunku zmierza. Wszystko sprowadza się do tego, że gdzieś głęboko w sobie ma problem, że nikt już się nie liczy z jego siłą i nie ma zamiaru traktować go jako niezwyciężonego boga. Kompleksy więc go zjadają i tak oto zamierza zemścić się na całej ludzkości. Przy tym wszystkim Apocalypse to postać dość niejaka i w ogóle nie przerażająca. Zdaje się wręcz być tym najbardziej komediowym elementem.

Nie zapominajmy jednak o przezabawnej sekwencji w Pruszkowie, która dla polskiego widza jest po prostu horrendalnie komiczna (mimo, że nasze ego zostało miło połechtane). Fassbender w stroju charakterystycznym dla opozycji z lat 80. śpiewa kołysankę po polsku i pracuje w hucie (tak, w hucie w Pruszkowie pod Warszawą). Szkoda, że nawet jego talent aktorski lub ładna twarz nie ratują w żaden sposób tego fragmentu filmu. Niby tyle polskich aktorów jest na emigracji, a w polskich milicjantów wcielić musieli się ludzie innych narodowości. Wyszło niezamierzenie zabawnie, szczególnie, gdy Magneto kaleczy nasz język.

Po raz drugi już Quicksilver jedną sceną kradnie cały film o X-Menach. Z nowych bohaterów to zdecydowanie on zwraca najwięcej uwagi, bawi w naturalny sposób i jednocześnie wzrusza za sprawą bardzo dużego, dobrego serca. Jako mutant ma jedne z największych możliwości, ponieważ jego niebywała szybkość powoduje, że również w pewien sposób może niwelować skutki mocy innych superbohaterów. Bardzo ciekawie wypada także młody, nieco zbuntowany i krnąbrny Scott oraz inteligentna Jean Grey, których historia również została nieco bardziej zgłębiona oraz szerzej opowiedziana. Szkoda, że Storm nie dostaje zbyt dużo ekranowego miejsca, jednak wynika to z tego, że im więcej Singer wprowadził do swojego filmu bohaterów, tym mniej czasu zostaje na ich przedstawienie.

W obozie przeciwników niezbyt interesująco wypada Psylock oraz Angel. Nie dość, że ich motywacja średnio do nas przemawia (lepiej się nad tym nie zastanawiać) to w dodatku w swoich strojach odstają nieco od pozostałych mutantów. Magneto za to w nowym stroju cieszy oko, chociaż we flanelowej koszuli również nie robi złego wrażenia. Storm (ponownie) zaskakuje swoim wyglądem, tym bardziej, że dowiadujemy się, czemu zawdzięcza swoją bajeczną fryzurę.

Przepięknie została przedstawiona relacja Charlesa oraz Erica. To trochę taki romans, który każdy z fanów z napięciem śledzi, mimo, że wie, jak się zakończy. Charles zawsze Ericowi wybaczy, a w Ericu zawsze zapali się to światełko dobra. Być może to relacja ckliwa, a nie wzruszająca, może banalna i schematyczna, jednak moje serce jakoś ujmuje. Jeśli chodzi o podobne uczucia również cieszy fakt, że Mystique została przedstawiona jako idolka wszystkich mutantów. Charakter, który bywa dość kontrowersyjny, tym razem zdaje się walczyć po właściwej stronie o właściwą sprawę.

“X-Men: Apocalypse” to przede wszystkim cudowna rozrywka; film, na którym przede wszystkim będziecie się śmiać i zacieszać niekoniecznie z właściwych powodów. Mimo, że zawiera niezbyt udane efekty specjalne lub będącą nie na miejscu scenę w Auschwitz, to dopóki nie będziemy go brać na poważnie, spełni nasze oczekiwania jako fanów lub geeków. Aż serce boli, że to prawdopodobnie ostatnia odsłona przeszłości Charlesa i Erica. A nóż doczekalibyśmy się kolejnego wyznania miłości.

Ocena: 8/10

Ewa Nowicka

Ewa Nowicka

Mam zbyt wiele planów na siebie i nie mogę się zdecydować, który jest najlepszy.
Serialoholiczka uważająca, że kultura popularna jest równie ważna co ta niszowa, a czasem snobistyczna. Na zmianę odwiedza operę i multipleks w poszukiwaniu blockbusterów.
Miłośniczka literatury wszelakiej i stała bywalczyni koncertów.
Absolwentka filmoznawstwa na UŁ. Kosmetyczka. Menadżer sieci sklepów Drogerie Noel.
Publikuję również na: secretum.pl, duzeka.pl oraz filmaster.pl
Ewa Nowicka

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *