Recenzja serialu “Masters of Sex”, sezonu pierwszego: rewolucja seksualna w pokoju badawczym

W latach 50. ubiegłego wieku seks był tematem tabu. Nie rozmawiało się o nim, ignorowano to, że istnieje, ludzie nie posiadali świadomości seksualnej, nie znali swojego ciała, a kobiety nie odróżniały aktu seksualnego od uczucia miłości. „Masters of Sex” pokazuje proces przemian w temacie, który do tej pory dla wielu stanowi tabu. Michelle Ashford mogła stworzyć serial, który byłby tanim, perwersyjnym skandalem, w którym pruderyjna Ameryka zderza się z nowoczesnością. Jednak wszystko poszło w dobrym kierunku i powstała znakomita produkcja podchodząca do tematu w sposób naukowy, gdzie nagość jest zrozumiała, obyczajowość niedawnych czasów została bardzo dobrze oddana, a bohaterowie to niejednoznaczni, kontrowersyjni prekursorzy, dzięki którym mężczyźni zrozumieli, czemu kobiety udają orgazm.

„Masters of Sex” to adaptacja biografii pt. „Masters of Sex: The Life and Times of Wliiam Masters and Virginia Johnson” Thomasa Maiera. USA, lata 50. XX wieku. Akcja serialu rozpoczyna się od spotkania Williama Mastersa (Michael Sheen), znanego położnika, ginekologa, badacza nad ludzką płodnością, i Virginii Johnson (Lizzy Caplan), obecnie sekretarki, a wcześniej piosenkarki. Dwie skrajne osobowości, znajdują swój wspólny cel. Masters od lat pragnie rozpocząć badania nad ludzką seksualnością, a dzięki innowacyjnemu podejściu Johnson i jej sprytowi, testy rozpoczynają się szybciej i sprawniej, zyskując status oficjalnych. Niestety, na swojej drodze zmuszeni są stawić czoła wielu przeciwnościom, wynikającym z niezwykłego charakteru swoich badań. Aby analizować fizjologiczne reakcje ludzi podczas seksu, Masters i Johnson muszą ich obserwować podczas stosunku. Pomimo osobistych problemów doktora oraz jego asystentki, prowadzone przez nich testy stają się najważniejszą rzeczą ich życia.

Jak już wspomniałam, ogromnym osiągnięciem twórców jest to, że zdołali uniknąć prezentacji taniego skandalu w serialu, w którym – bądź co bądź – głównym tematem pozostaje seks. Stosunek płciowy lub sam akt masturbacji pokazywany jest kilkakrotnie (albo i częściej) w ciągu jednego, niespełna godzinowego odcinka. A co ciekawe, są to sceny, które wcale nas nie gorszą. Udało się perfekcyjnie zneutralizować nagość, odseparować się tym samym od epatowania perwersyjnym seksem. Wszystkie elementy odsłoniętego ciała potraktowane są w sposób naukowy, patrzymy na nie w taki sposób, w jaki patrzą na nie bohaterowie. Zarazem, gdy zmienia się ich postrzeganie w sytuacjach poza laboratorium, my też idziemy ich tropem emocjonalności.

Sfera obyczajowa lat 50. odgrywa w rewolucji seksualnej znaczącą rolę. Już w pierwszym odcinku dostrzegamy nieznaczącą rolę kobiet, świat, w którym kobiecie trudno być kimś więcej niż sekretarką. Sam doktor Masters traktuje swoją żonę jak głupią kurę domową, która posiada ogromne ograniczenia pojmowania. Nie zapominajmy, że Johnson i Masters byli pierwszymi, którzy prowadzili tak dokładne badania na tak ogromną skalę. Pruderyjna Ameryka nie była wtedy do końca gotowa na taką rewolucję, co precyzyjnie podkreśla serial Ashford. Kobiety raczej nie rozmawiały o seksie, a jeśli już, posługiwały się w tym celu metaforami, i rumieniły się przy każdym wypowiedzianym słowie. To mężczyźni mieli większą swobodę – poddawali się licznym romansom, traktując kobiety zazwyczaj przedmiotowo, uważając, że – w przeciwieństwie do nich – nie powinny one oddzielać miłości od seksu. Tylko faceci skłonni byli odbywać stosunek bez emocjonalnego zaangażowania. A przynajmniej tak myśleli. „Masters of Sex” dobitnie pokazuje jak zmiana pojmowania seksu, do której małymi kroczkami doprowadzili Masters i Johnsons, odmieniła życie seksualne kobiet.

Ową obyczajowość podkreślają również spotkania z pacjentami. Po pierwsze tymi, którzy udają się do Billa w celu rozwiązania swoich problemów z płodnością. Zdarza się nawet para, która sądzi, że poczęcie następuje obok samego spania obok siebie… Tak, właśnie tak, a to było zaledwie ponad 60 lat temu. Lecz zdarzają się i tacy, którzy ochoczo opowiadają o wykorzystywanych pozycjach seksualnych. Podobna rzecz ma się z pacjentami podchodzącymi do rozmów poprzedzających innowacyjne badania Mastersa. To znak czasów, gdy pruderyjna Ameryka zaczyna odchodzić do lamusa, a ludzie powoli zaczynają rozumieć własne ciała.

To serial, w którym wszyscy bohaterowie są niejednoznaczni. Bill to lekarz perfekcjonista, alkoholik, zmagający się z traumami dzieciństwa. Niby osiągnął wszystko, jest znanym na cały kraj specjalistą od płodności, ma piękną żonę i bardzo przyzwoite dochody. Jednak pozostaje zimny, chłodny, w stosunkach z każdym człowiekiem, a także w jakiś sposób niespełniony. To bohater, który raczej się nie uśmiecha, lecz, gdy już to robi, czujemy, że pod powierzchniową warstwą lodu kryje się ktoś o znacznie większym sercu. Mastersa trudno darzyć sympatią, jednak łatwo zrozumieć, czemu otaczający go ludzie traktują go z wielkim szacunkiem i podziwiają go niczym boga. Virginia Johnson wzbudza w widzu o wiele żywsze uczucia niż partnerujący jej doktor. Nowoczesna kobieta, bystra, inteligentna, ambitna, przeraża, a zarazem fascynuje mężczyzn ją otaczających. Gdy sypia ze stażystą Ethanem Haasem (Nicholas D’Agosto) traktuje go wyłącznie jak przyjaciela, nie darzy go miłością, jedynie sympatią. Mężczyzna jest przerażony tym, że kobieta zdołała oddzielić miłość od seksu, a przecież nie ma do tego prawa… Tym bardziej, jeśli jest podwójną rozwódką i posiada dwójkę dzieci. Dr Austin Langham (Teddy Sears) przystojny, żonaty lekarz, wdaje się raz po raz w nowy romans. W jakiś sposób postrzegamy go jako obłudnika nieumiejącego dotrzymać wierności partnerce, lecz jednocześnie rozumiemy go, gdy zaczyna mieć problemy emocjonalne przekładające się na jego fizjologię. Każdą postać występującą w „Masters of Sex” można w taki sposób przeanalizować i okaże się, że brak tutaj bohatera, który pozostałby jednoznaczny.

Produkcja Ashford jest także bardzo dobrze zagrana. Michel Sheen znakomicie gra spojrzeniem, podkreślając dwubiegunową naturę bohatera. Jednak partnerująca mu Lizzy Caplan zwraca na siebie więcej uwagi, kradnąc większość scen, w których się pojawia. To dzięki niej ekranowa Virginia zyskała autentyczność, wiarygodność, a także dużą dozę uroku.

„Masters of Sex” zdumiewa przepiękną estetyką. Stroje, scenografia wnętrz, samochody, a nawet wszystkie aparaty, którymi posługują się bohaterowie, przenoszą nas do Ameryki lat 50. To ten typ inscenizacji, który powoduje, że tamte czasy wydają się dla nas lepsze niż te, w których żyjemy teraz.

Powolny obraz rewolucji seksualnej wywołanej przez nietypową parę naukowców prezentowany w serialu „Masters of Sex” został okraszony odpowiednią dozą powagi, jak i komizmu. Paradoksalnie to produkcja, którą każdy oglądać może z innych powodów – dla elektryzującej atmosfery, dla niejednoznacznych bohaterów, dla poznania samego przebiegu zmian obyczajowych, które działy się jeszcze niedawno. Ale na pewno nikt sięgajcie po niego po to, aby obejrzeć pikantne sceny seksualne. Bo akurat tego, w serialu o rewolucji seksualnej, nie znajdziecie.

Ocena: 9/10

 

Ewa Nowicka

Ewa Nowicka

Mam zbyt wiele planów na siebie i nie mogę się zdecydować, który jest najlepszy.
Serialoholiczka uważająca, że kultura popularna jest równie ważna co ta niszowa, a czasem snobistyczna. Na zmianę odwiedza operę i multipleks w poszukiwaniu blockbusterów.
Miłośniczka literatury wszelakiej i stała bywalczyni koncertów.
Absolwentka filmoznawstwa na UŁ. Kosmetyczka. Menadżer sieci sklepów Drogerie Noel.
Publikuję również na: secretum.pl, duzeka.pl oraz filmaster.pl
Ewa Nowicka

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *