Recenzja filmu “Thor: Ragnarok”: kwintesencja marvelowskiego komiksu

17 filmów, 9 lat, miliony fanów na całym świecie. Trzy liczby, które mogą się kojarzyć z Marvel Cinematic Universe. Nasz świat potrzebuje superbohaterów bardziej niż kiedykolwiek oraz bardziej niż kiedykolwiek filmowcy dysponują takimi środkami wyrazu, aby oddać im należyty hołd (oczywiście  mam na myśli głównie o CGI). Historie z komiksów doczekują się należytych adaptacji, których poziom wzrasta z każdym filmem. Lecz dopiero „Strażnicy Galaktyki” pokazali, jak zaczerpnąć całymi garściami z pierwowzoru i stworzyć coś, co na ekranie do złudzenia będzie przypominało komiks. A gdy nastał „Thor: Ragnarok”… no cóż, dostaliśmy w końcu Thora jakiego znamy, wszelkie błędy poprzedników zostały naprawione, a Taika Waititi przypomniał (a może pokazał?), jak MCU powinno robić filmy.

Asgardowi grozi niebezpieczeństwo. Nieznana dotąd siostra Thora (Chris Hemsworth) i Lokiego (Tom Hiddleston), bogini śmierci, postanawia wywołać Ragnarok – tzw. zmierzch bogów. Hela (Cate Blanchett) dąży do zagłady swojej cywilizacji. Thor nie zamierza jednak na to pozwolić. Tworzy drużynę, aby pokonać siostrę.

„Thor: Ragnarok” to niewątpliwie najzabawniejszy film Marvela. Każdy dialog jest skonstruowany tak, aby śmieszyć widza, dekonstruować jego poczucie, że ogląda coś niezwykle ważnego. Widzu, przecież przyszedłeś na adaptację komiksu! Nie musi być logicznie, nie musi być idealnie, ale masz się dobrze bawić! Po to przyszedłeś obejrzeć ten film! Co ciekawe, to właśnie sceny, w których nie ma zbyt wiele akcji, a bohaterowie głównie rozmawiają, cieszą i bawią najbardziej.

O Panie, ileż to lat czekaliśmy, aby Thorowi wyjąć kij z tyłka?! Dziękujemy Waititi, że w końcu okroiłeś MCU z resztek, z prześwitów patosu, jakim czasem jeszcze epatował. Wszelkie jego przejawy reżyser szybko ścina cynizmem pochodzącym od innych bohaterów. Każdy każdego równo sprowadza do rzeczywistości, gdy ten za bardzo zaczyna chojraczyć i się wywyższać. Thor okazuje się więc zapatrzonym w siebie, nabzdyczonym „panem bogiem”, Loki to mało kreatywny tchórz, Hulk szybko irytujący się dzieciak lubiący wszystko rozwalać. Z pozostałymi, nowymi bohaterami, nie jest inaczej. Hela, choć dość sztampowa z założenia postać, to bogini z kompleksem tatusia, Arcymistrz lubi wszystko, co się świeci i ma jaskrawe kolorki, a Walkiria ma lekki problem z alkoholem.

Przy okazji bohaterów warto wspomnieć o aktorach, którym po raz pierwszy w MCU udaje się pokazać możliwości swojego talentu. Taika Waititi wyskubuje z nich to, co najlepsze, tworząc wraz z nimi niezapomniane role. Chris Hemsworth okazuje się być znakomitym komikiem, bawiącym się każdą kwestią, Tom Hiddleston to nadal uroczy Loki, ale aktorowi udaje się dać mu trochę luzu, pozbawić go zbytniego nadęcia, Cate Blanchett swoją charyzmą nadaje ton całej swojej postaci, niwelując przy tym pewne klisze, Mark Ruffalo świetnie się spisuje jako roztrzęsiony, neurotyczny pan doktor z siedmioma tytułami, a Jeff Goldblum i Tessa Thompson po prostu dobrze się bawią. Tak, to co cenne w tym filmie, to to, że wszyscy znakomicie bawią się w tym filmie, co można dostrzec od pierwszych scen.

Miło jest oglądać film Marvela, w którym nie są niszczone żadne ziemskie metropolie. Poziom efektów specjalnych w produkcji Waititi zadowala, a jednocześnie nie szarżuje przez skupianie się w większości na stronie wizualnej, która i tak będzie cieszyć oko. Jest efektownie, kolorowo, trochę w stylu „Strażników galaktyki”. Cudowne kostiumy i makijaże dopełniają całości. Za to soundtrack to kolejny majstersztyk. Led Zeppelin mocno już osiadł w świadomości fana MCU, a tym razem obok nich dużo tutaj syntezatorów, które mogą się kojarzyć z minionymi epokami. Całość świetnie ze sobą współgra, wykorzystując budowanie atmosfery w równomierny sposób.

„Thor: Ragnarok” to niewątpliwie najlepiej przełożona na ekran komiksowa historia MCU. Mimo, że opiera się na kilku różnych tytułach, czerpie sporo chociażby z „Planety Hulka” (dobra, opowiada właściwie całą historię), wydaje się być w pewien sposób autonomicznym tworem. Co najważniejsze, fani komiksu mogli w końcu zobaczyć ucieleśnienie superbohaterów pełną gębą, bez zbędnej otoczki. Każdy, nawet zwykły śmiertelnik, będzie wybuchał raz po raz śmiechem, dzięki dialogom oraz zdystansowaniu, które bije z ekranu. Tak, Taika Waititi to ktoś, kogo MCU potrzebowało, aby „wrócić na ziemię” i przypomnieć sobie, dlaczego ludzie tak je kochają.

Ocena: 9/10

Ewa Nowicka

Ewa Nowicka

Mam zbyt wiele planów na siebie i nie mogę się zdecydować, który jest najlepszy.
Serialoholiczka uważająca, że kultura popularna jest równie ważna co ta niszowa, a czasem snobistyczna. Na zmianę odwiedza operę i multipleks w poszukiwaniu blockbusterów.
Miłośniczka literatury wszelakiej i stała bywalczyni koncertów.
Absolwentka filmoznawstwa na UŁ. Kosmetyczka. Menadżer sieci sklepów Drogerie Noel.
Publikuję również na: secretum.pl, duzeka.pl oraz filmaster.pl
Ewa Nowicka

2 przemyślenia nt. „Recenzja filmu “Thor: Ragnarok”: kwintesencja marvelowskiego komiksu

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *