Recenzja książki “Złote spinki Jeffreya Banksa” Marcina Brzostowskiego: Królik Roger w Sin City

Nie oszukujmy się, ciężko jest sięgać po książki self-publisherów. Zazwyczaj od razu zastanawiamy się, co im poszło nie tak, na jaki kicz i chłam trafimy, dlaczego dany autor nie znalazł wydawcy. Bardzo często w takich przypadkach nastawiamy się na „nie”, nie dając szansy pisarzowi, który sam wydaje swoje książki. Takie wyobrażenia potrafią być wyjątkowo mylące i takim wyjątkiem, przykładem dobrego pióra, jest Marcin Brzostowski.

„Złote spinki Jeffreya Banksa” opowiadają historię pewnego Ministra, gangstera Ezekiela Horna i jego osiłków oraz najlepszej damy do towarzystwa w mieście. Akcja książki rozgrywa się w ciągu jednego dnia w Londynie, gdy każdy z bohaterów zostaje postawiony przed… sytuacją podbramkową.

Od pierwszych akapitów klimat „Złotych spinek Jeffreya Banksa” zaczął mi się kojarzyć z klimatem „Sin City” Franka Millera. Dostrzegałam bohaterów w monochromatycznych barwach, jedynie tytułowy rekwizyt mienił się na żółto. Bądź, w scenie walki, krew z czarnej przemieniała się w czerwoną czy barw nabierał jedynie szalik Chelsea (o tym ważnym aspekcie za chwilę). Wyobrażałam sobie kreskę Franka Millera, komiksowość całej opowieści od jej początku do jej końca. Skąd wzięły się w mojej głowie te konotacje? Ponieważ to kolejne miasto grzechu, które jest Londynem, lecz tak samo mogłoby być Berlinem czy Paryżem. Brak w nim hierarchii wartości, a skorumpowanie, narkotyki, nielegalne interesy są na porządku dziennym – właściwie akceptowalne przez wszystkich.

Czytelnik nie ma prawa zgubić się w rozpoznawaniu postaci. Krótko scharakteryzowani bohaterowie, lecz bardzo konkretnie, posiadają unikatowe cechy. Każdy z nich jest delikatnie przerysowany, jak w komiksie, a autor nie stara się dorabiać do swoich bohaterów niepotrzebnej psychologii, która psułaby lekkość lektury.

Marcin Brzostowski obdarzył swoich bohaterów pewną konkretnością, czego efektem stały się treściwe, wręcz filmowe dialogi. To historia, którą z łatwością można by przenieść na ekran… jednak ten mały. Dlaczego? „Złote spinki Jeffreya Banksa” to świetnie napisana książka, lecz… za krótka. Czytając ostatnie zdanie mamy wrażenie, jakbyśmy znaleźli się na końcu pilotażowego odcinka obiecującego serialu, który mógłby pozostać z nami na lata. Czuć niedosyt, który może zrozumieć jedynie serialoholik pragnący więcej i więcej, zaledwie po pierwszym epizodzie.

Książka Brzostowskiego okraszona jest sporą dozą absurdu, przez co jest przezabawna w dość nietypowy sposób. Otóż w życiu bohaterów niebagatelną rolę odgrywa… kibicowanie klubom piłkarskim. Autor wykorzystuje to w wieloraki sposób. Może być to przyczynek do problemów natury emocjonalnej bądź podstawa groźby śmierci. Gangsterska historia, w której występują wszystkie grzechy główne (cieszę się, że znalazło się także miejsce na adekwatne wulgaryzmy), nie wydaje się dzięki temu być zbyt poważna i patetyczna.

„Złote spinki Jeffreya Banksa” bardzo pozytywnie mnie zaskoczyły swoim klimatem, jak i wyjątkowymi chwytami fabularnymi. Brzostowski ma talent do pisania z dystansem, ogromnym poczuciem humoru i wydaje mi się, że mógłby się sprawdzić jako scenarzysta seriali. Mam nadzieję, że nadejdzie kontynuacja historii Jeffreya Banksa, skoro już poznaliśmy genezę jego spinek.

Ocena: 7/10

Ewa Nowicka

Ewa Nowicka

Mam zbyt wiele planów na siebie i nie mogę się zdecydować, który jest najlepszy.
Serialoholiczka uważająca, że kultura popularna jest równie ważna co ta niszowa, a czasem snobistyczna. Na zmianę odwiedza operę i multipleks w poszukiwaniu blockbusterów.
Miłośniczka literatury wszelakiej i stała bywalczyni koncertów.
Absolwentka filmoznawstwa na UŁ. Kosmetyczka. Menadżer sieci sklepów Drogerie Noel.
Publikuję również na: secretum.pl, duzeka.pl oraz filmaster.pl
Ewa Nowicka

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *