Recenzja filmu “Blade Runner 2049”: cyberpunk wiecznie żywy

Żyjemy w czasach, w których tworzenie remake’ów i sequeli filmów z lat 80. i 90. stało się wręcz pewnym trendem. Nikt się nie oburza na kolejną ekranizację „Pamięci absolutnej”, chociaż większość widowni, kinofilskiej czy nie, zdaje sobie sprawę, że dostaniemy kolejne popłuczyny po oryginale. Denis Villeneuve zapowiedział, że biorąc na warsztat kultowego „Łowcę androidów”, zrobi wszystko, aby nie zepsuć tej kontynuacji. Już widząc to nazwisko obok informacji o sequelu mogliśmy wiedzieć, że będzie dobrze. Lecz jak bardzo twórca „Sicario” wyszedł ze zmierzenia się z legendą obronną ręką? Wykreował dzieło jedynie przyswajalne czy tekst kultury, który, podobnie jak jego poprzednik, ma szansę stać się kultowy?

Rok 2049, Los Angeles. Akcja rozgrywa się w prawie 30 lat od wydarzeń przedstawionych w filmie „Łowca androidów” Ridleya Scotta. Oficer K (Ryan Gosling) jest blade runnerem tropiącym replikantów z poprzedniej epoki. Natrafia na zadziwiającą informację, która może odmienić świat.

„Blade Runner 2049”, podobnie jak jego poprzednik, to połączenie filmu noir z filmem science fiction. Śledztwo, które prowadzi Oficer K, to typowe podążanie za tropami, które znamy z wszelkich kryminałów. Mylne ślady, intryga, większa tajemnica o znaczeniu państwowym. Niby oglądaliśmy to już nie raz, a jednak… Mimo, że nie jest już to novum w kinematografii, twórcom udało się wywrzeć na widzach niemałe wrażenie, jakbyśmy jednak widzieli coś zupełnie innego. Ubranego w inne konteksty, posiadającą większą swobodę na wielu polach.

Film Villeneuve’a oddaje hołd kultowemu filmowi oraz jego reżyserowi, jednocześnie będąc tworem kina autorskiego. Nie sposób nie dostrzec charakterystycznych dla Villeneuve’a chwytów montażowych czy szerokokątnych ujęć. Twórca „Wroga” wchodzi na wyżyny swojego reżyserskiego kunsztu. Każdy, kto widział choć dwa filmy reżysera, zdaje sobie sprawę, że to jeden z mistrzów budowania napięcia. Dopracowuje emocjonalnie każdą scenę, zespalając estetycznie muzykę wraz z scenografią oraz grą aktorską.

Zarówno na poziomie wizualnym, jak i dźwiękowym, możemy dostrzec szereg odniesień do filmu Ridleya Scotta. Smaczków będziemy się dopatrywać nawet przy piątym czy siódmym seansie, co i rusz odnajdując coś zupełnie nowego. „Blade Runner 2049” to jednocześnie dzieło integralne z „Łowcą androidów”, jak i całkowicie odrębny, autonomiczny tekst kultury. Kontynuuje historię replikantów, świata w przyszłości, zadaje podobne pytania, jednak obramowane w styl, którego nie przypisalibyśmy Scottowi.

Obraz zdecydowanie odpowiada na niektóre pytania, nawet na takie, które widzów dręczyły od kilku dekad. Jednak nie rozwiewa wszystkich wątpliwości, pozostawiając widza w sferze domysłów. Wydaje mi się, że to najlepsze wyjście, jakie mogli wybrać twórcy filmu. Zostawiają furtkę na ewentualną kolejną opowieść (chociaż trzymajmy kciuki, żeby nie powstała), zmuszając widza do myślenia i mogą zdewaluować schematy jego schematy myślowe.

Wizualnie dzieło twórcy „Nowego początku” to majstersztyk. Mroczny, cyberpunkowy krajobraz, w którym miejsce na zieleń i pastelowe kolory znajdzie się jedynie we wspomnieniach będących implantami, idealnie komponuje się z przejmującą muzyka Hansa Zimmera (ta ścieżka dźwiękowa wybitnie mu się udała). Sceny w Chicago rażą w oczy, łącząc prawie postapokaliptyczny świat z prawdziwym życiem, o którym ludzie już zapomnieli.

Nie sposób nie wspomnieć także o grze aktorskiej, która świetnie współgra z koncepcją filmu. Wyważona rola Ryana Goslinga nie ma w sobie głośnego dramatyzmu, jednak niejednokrotnie przejawia się on w małych dramatach widocznych w jego oczach czy gestach. Zadziwia Harrison Ford, który sprawił, że postać Deckarda ożyła ponownie, a Robin Wright ponownie gra żelazną kobietę skrywającą zbyt wiele emocji.

Jedynym zarzutem, który mogę wymierzyć w ten obraz jest zbytnia dosłowność w niektórych scenach. Niekiedy Villeneuve wkłada w usta bohaterów zbyt wiele słów, odtrącając możliwości dedukcyjne widza, jego spostrzegawczość. Rozumiem, że owe decyzje miały za zadanie nie pozostawiać niedopowiedzeń w pewnych wątkach, jednak nie komponują się one z całością wizji.

Po seansie doświadczyłam zupełnej pustki w głowie, swego rodzaju przygnębienia, co w nocy przerodziło się w gonitwę myśli, refleksję i bezsenność. „Blade Runner 2049” pozostaje z widzem przede wszystkim dzięki swojemu niepodrabialnemu klimatowi, lecz także może przywołać pytania o charakterze etycznym, które wcale nie wydają się być patetyczne. Czuję, że to obraz, który na długo zapisze się w kinematografii. Tak powinno się nadbudowywać kult dzieła minionej epoki. Chapeau bes, Panie Villeneuve.

Ocena: 9/10

Ewa Nowicka

Ewa Nowicka

Mam zbyt wiele planów na siebie i nie mogę się zdecydować, który jest najlepszy.
Serialoholiczka uważająca, że kultura popularna jest równie ważna co ta niszowa, a czasem snobistyczna. Na zmianę odwiedza operę i multipleks w poszukiwaniu blockbusterów.
Miłośniczka literatury wszelakiej i stała bywalczyni koncertów.
Absolwentka filmoznawstwa na UŁ. Kosmetyczka. Menadżer sieci sklepów Drogerie Noel.
Publikuję również na: secretum.pl, duzeka.pl oraz filmaster.pl
Ewa Nowicka

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *