Recenzja książki Charlesa Duhigg’a ,,Siła nawyku”: Moc jest w Twojej głowie!

Jednym z moich postanowień jest przeczytanie kilku książek popularnonaukowych, takich, które zmotywują mnie do działania, pokażą jakieś nowe wzory zachowań, podpowiedzą, jak można coś zmienić. Dlatego też, oprócz czytania książek ,,dla relaksu” wybrałam ,,Siłę nawyku” Charlesa Duhigg’a.  Jak wiemy, każdy z nas ma swoje przyzwyczajenia, to czy wstajemy rano od razu, czy nastawiamy pięć drzemek, czy najpierw myjemy zęby a później idziemy pod prysznic, czy może na odwrót. Sama zdaję sobie sprawę z niektórych nawyków, jakim jest na przykład bezwiedne przeglądnaie internetu (staram się zwalczyć), czy podjadanie masła orzechowego. Dlatego też mam nadzieję, że po lekturze nie tyle co znajdę złote rozwiązanie, co odszukam ścieżkę działania.

Nałogi dzielą się na te, które nam służą i na te, które nie. Na przykład palenie do porannej kawy – ileż to osób nie może wyobrazić sobie dnia, bez takiego początku. A może jesz śniadanie zawsze o tej samej godzinie, pomimo, że nie odczuwasz głodu? To też jest nawyk! Po przebudzeniu poświęcasz 5 minut na gimnastykę – i to jest nawykiem! Czytaj dalej “Recenzja książki Charlesa Duhigg’a ,,Siła nawyku”: Moc jest w Twojej głowie!”

Recenzja filmu “Thor: Ragnarok”: kwintesencja marvelowskiego komiksu

17 filmów, 9 lat, miliony fanów na całym świecie. Trzy liczby, które mogą się kojarzyć z Marvel Cinematic Universe. Nasz świat potrzebuje superbohaterów bardziej niż kiedykolwiek oraz bardziej niż kiedykolwiek filmowcy dysponują takimi środkami wyrazu, aby oddać im należyty hołd (oczywiście  mam na myśli głównie o CGI). Historie z komiksów doczekują się należytych adaptacji, których poziom wzrasta z każdym filmem. Lecz dopiero „Strażnicy Galaktyki” pokazali, jak zaczerpnąć całymi garściami z pierwowzoru i stworzyć coś, co na ekranie do złudzenia będzie przypominało komiks. A gdy nastał „Thor: Ragnarok”… no cóż, dostaliśmy w końcu Thora jakiego znamy, wszelkie błędy poprzedników zostały naprawione, a Taika Waititi przypomniał (a może pokazał?), jak MCU powinno robić filmy.

Asgardowi grozi niebezpieczeństwo. Nieznana dotąd siostra Thora (Chris Hemsworth) i Lokiego (Tom Hiddleston), bogini śmierci, postanawia wywołać Ragnarok – tzw. zmierzch bogów. Hela (Cate Blanchett) dąży do zagłady swojej cywilizacji. Thor nie zamierza jednak na to pozwolić. Tworzy drużynę, aby pokonać siostrę. Czytaj dalej “Recenzja filmu “Thor: Ragnarok”: kwintesencja marvelowskiego komiksu”

Recenzja książki Ashlee Vanne ,,Elon Musk. Biografia twórcy PayPal, Tesla, Space”: Geniusz XXI wieku

Biografię twórcy Tesli na swojej półce książkowej mam już trochę czasu, a to dzięki mojemu chłopakowi, który jest wielkim fanem Elona Muska, Tesli i SpaceX. Nieraz pokazywał mi lądowania rakiet, czy właśnie różne modele samochodów elektrycznych. Mnie jednak zastanawiał jego fenomen trochę od innej strony – dlaczego ten człowiek stał się tak bogaty, co sprawiło, że chłopak z RPA tak bardzo zmienił świat i w ciągu kilku lat pokazał ludzkości, że  nie osiągnęliśmy wszystkiego, a tak wiele przed nami. Czytaj dalej “Recenzja książki Ashlee Vanne ,,Elon Musk. Biografia twórcy PayPal, Tesla, Space”: Geniusz XXI wieku”

Recenzja książki Charles’a Martina ,,Pomiędzy nami góry”: uwięzieni

Po powrocie z gór pierwszą książką, która wpadła w moje czytelnicze sidła była ,,Pomiędzy nami góry” Charlesa Martina. Może i dobrze, że zaczęłam ją czytać po, a nie tuż przed wyjazdem. Zawsze mogłabym zacząć sobie wyobrażać rożne katastrofy, uwięzienie, czy też masę wypadków – tak, gdy w głowie zawije pustka, to właśnie takie myśli same się narzucają, nie wiedzieć skąd i po co. Książka okrzyknięta bestsellerem, nawet została sfilmowana i niedługo ma swoją premierę (ja nawet o tym nie wiedziałam) – tak więc sprawdźmy co z tego będzie, i czy rzeczywiście lepiej jej nie czytać przed wyjazdem w góry i czy przekona mnie do pójścia do kina. Czytaj dalej “Recenzja książki Charles’a Martina ,,Pomiędzy nami góry”: uwięzieni”

Recenzja książki Ireny Stanisławskiej ,,Najsztub i Sumińska. O Polsce, strachu i kobietach”: dwa bieguny przy jednym stole

Wywiady rzeki są jednym z moich ulubionych rodzajów rozmów, ponieważ nie są krótkie, można w nich pozwolić naszemu rozmówcy się ,,rozkręcić” i wypytać go o większość rzeczy, które interesują, aby krok po kroku dowiedzieć się i odkrywać nowe karty. To właśnie podczas takich wywiadów na świat wychodzą nowe informacje. Osoba przeprowadzająca taki wywiad musi być profesjonalistą w 100% – dba o dobrą i komfortową atmosferę, tak by rozmowa był jak najmniej sztuczna, przygotowuje dużo tematów i pytań (gdyby rozmówca, nie był skory do dzielenia się), poza tym musi być cierpliwa i budzić zaufanie tak, by pozwolić rozmowie płynąć. W przypadku książki, którą miałam przyjemność czytać, mamy dwóch rozmówców  – Piotra Najsztuba i Dorotę Sumińską i jednego prowadzącego – Irenę Stanisławską. Postacie zostały tak dobrane, by nie zgadzały się ze sobą w każdej kwestii, by mogły dyskutować. Zestawienie dwóch różnych osób – Pani Dorota to kobieta-altruista we wszystkim szukająca dobra, z zawodu weterynarz i miłośniczka zwierząt, a Pan Piotr to natomiast twardy mężczyzna, nie przywiązujący dużej wagi do relacji międzyludzkich, dziennikarz, który nie boi się niczego. Czytaj dalej “Recenzja książki Ireny Stanisławskiej ,,Najsztub i Sumińska. O Polsce, strachu i kobietach”: dwa bieguny przy jednym stole”

Recenzja filmu “Ant-Man”: mrówki są super, czyli komiks i heist movie w jednym

Kończący drugą fazę MCU „Ant-Man” nie był najbardziej wyczekiwanym filmem roku. Wszyscy zacierali rączki na myśl o „Avengersach: Czasie Ultrona”, a opowieść o Langu wydawała się jedynie dodatkiem, potrzebnym do wprowadzenia nowego bohatera, który ma się pojawić w kolejnej części „Kapitana Ameryki” . Bałam się tej produkcji bardzo – po wszelkich informacjach z nią związanych oraz trailerach można było się spodziewać, że nie będzie ona do końca utrzymana w konwencji marvelowskiego filmu o superbohaterze. Niby wszystkie elementy są, ale dodatkowo został on osadzony w kinie gatunkowym. I wiecie co? Marvel (z namaszczeniem Edgara Wrighta) stworzył obraz przynależący do MCU, który cudownie się wyróżnia na wielu płaszczyznach, a przy tym jest wyjątkowo dobrze skonstruowaną rozrywką.

Scott Lang (Paul Rudd) jest inżynierem – włamywaczem, który właśnie wyszedł z więzienia. Rozwiedziony, musi płacić alimenty, na które go nie stać, aby móc widywać się z ukochaną córką Cassie (Abby Ryder Forston). Niespodziewanie otrzymuje propozycję od Hanka Pyma (Michael Douglas), naukowca, który niegdyś sam był superbohaterem, aby pomóc mu wykraść z laboratorium formułę pozwalającą na zmianę rozmiaru istoty żywej. Stworzona przez niego substancja niegdyś pozwalała mu ratować świat, teraz jego dawny uczeń chce ją wykorzystać jako masową broń i sprzedać Hydrze. Wyposażony w kombinezon umożliwiający zmniejszanie, Scott staje się nowym Ant-Manem i wraz z Doktorem Pymem oraz jego córką Hope (Evangeline Lilly) planuje skok, który ma zapobiec katastrofie.

„Ant-Man” został dość mocno osadzony w kinie gatunkowym. Otóż jest to typowy heist movie i zawiera wszystkie elementy dlań charakterystyczne (taka konwencja wyszła od Edgara Wrighta, którego ducha widać w całym obrazie, który miał pierwotnie reżyserować, a został jedynie jego scenarzystą). Przygotowania do skoku, samo planowanie, gromadzenie zespołu, w którym obowiązkowo muszą się znaleźć kierowca i spec komputerowy, oraz jego wykonanie to obowiązkowe składowe tego typu produkcji. Ta przyjemna odmiana w porównaniu z pozostałymi filmami z MCU jednak nie jest totalna. Znajdziemy w nim również ukochane (a jednocześnie doskonale znane) elementy obrazu z superbohaterami – czyli nieodzowny humor, nawiązania do całego uniwersum czy też klasyczne uratowanie świata przed zagrożeniem. Dzięki takiej mieszance „Ant-Man” jest zupełnie innym filmem od pozostałych ze stajni Marvela, co tylko wychodzi mu na plus.

Nie zabrakło także emocjonalnych scen czy wątków dramatycznych. Choć pozostawiają wiele do życzenia i większość z nich prezentuje się dość topornie, jakby zostały wyciągnięte z przeciętnego hollywoodzkiego obrazu, to sam motyw córki, jej utraty, zagubienia ojca jako człowieka i rodzica można zaakceptować bez większych zastrzeżeń (tym bardziej, że podobny problem dotyczy zarówno Scotta, jak i Hanka). Jest też taka cudowna scena, w której dochodzi do szczerej rozmowy pomiędzy dwójką bohaterów, a Lang cały jej dramatyzm doszczętnie psuje komentarzem, który równie dobrze mógłby wypowiedzieć z sali kinowej widz.

Scott Land mógł stać się kolejnym Tony’m Starkiem – zadufanym, pewnym siebie bucem (pomimo, że cudownie uroczym i kochanym przez większość fanów MCU), który na każdą chwilę ma przygotowane zabawne powiedzonko. Jednak zarówno dzięki Ruddowi, jak i twórcom filmu, udało się z niego zrobić bardzo fajnego, spokojnego, nietypowego herosa, któremu nie brakuje poczucia humoru. Bardzo ciekawie wypada również Hank Pym jako emerytowany superbohater. Chce jeszcze ratować świat, wiemy, że bardzo sam chciałby nadal być Ant-Manem, lecz już nie może. Jego potrzeba niesienia pomocy oraz naprawy własnych błędów jednak nie słabnie ani na chwilę. Łączy w sobie cechy mentora, momentami zgorzkniałego faceta, który nie może się pogodzić z przemijającym czasem, a i nie boi rzucić złośliwą uwagą. Przy tym jest wyjątkowo sympatycznym bohaterem, którego trudno nie polubić. Hope nie została w pełni rozwinięta jako postać, ale scena końcowa po napisach obiecuje, że w przyszłości z pewnością się to zmieni. Luis (Michael Pena), przyjaciel Scotta, to najcieplejszy i najbardziej uczynny człowiek, jakiego moglibyście sobie wyobrazić. Gdy kumpel wychodzi z więzienia oferuje mu zostanie u niego, a potem robi mu gofry z bitą śmietaną. Niby przestępca, niby przygłupi, jednak, gdy zaczyna opowiadać swoje historyjki okazuje się, że to kulturalny facet, który reprezentuje sobą coś więcej. Ach, i każdy tekst, który wypowiada wywołuje salwy śmiechu. Darren Cross jako szwarccharakter wypada zdecydowanie blado. Okazał się postacią średnio ciekawą, nijaką, choć z całkiem zrozumiałymi motywacjami. Ostatnim bohaterem, niemalże tak samo ważnym jak Ant-Man, są… mrówki. Wierzcie mi, że po tym filmie zdołacie je pokochać prawie tak samo mocno jak koty.

„Ant-Man” bardzo dobrze nawiązuje do całego uniwersum. Już w retrospektywnej scenie otwierającej film pojawia się Howard Stark i Agentka Carter. Scott Lang jest również superbohaterem świadomym istnienia innych i pyta, czemu nikt nie zadzwoni po Avengersów (to jeden z dialogów, który zapadnie Wam w pamięci dzięki komizmowi). Oczywiście pojawi się także Stan Lee, więc jak zawsze, z niecierpliwością, go wypatrujcie. Nie zabrakło także odniesień popkulturowych, których nie sposób zignorować.

Ponownie Marvel dokonał świetnych wyborów obsadowych. Począwszy od tytułowego Ant-Mana, Paula Rudda. Znany przede wszystkim z ról komediowych aktor doskonale wczuł się w rolę wyluzowanego superbohatera. Zaskakująco dobrze odnalazł się w tego typu komiksowej produkcji Michael Douglas. Wszystkie sceny, w których się pojawia skrada Michael Pena. To typ aktora, którego komizm nie jest wymuszony, a uśmiech mógłby podźwignąć na nogi każdego pogrążonego w rozpaczy. Evangeline Lilly nie miała okazji się wykazać, szczególnie przez to, że obdarzono ją bardzo nienaturalną fryzurą, którą ciężko zaakceptować przez cały czas trwania filmu.

„Ant-Man” okazał się zabawnym, wyluzowanym filmem, w którym wreszcie nie oglądamy ratowania całego świata, zniszczonego Nowego Jorku czy latających miast (choć wiemy, że to kochamy, to widzieliśmy to wszystko nie raz). Tym razem wszystko jest na nieco mniejszą skalę, bo i nasz bohater kurczy się, a nie rozrasta jak Hulk. Przednia rozrywka gwarantowana, z dużą ilością humoru, a także mądrością, że mrówki są super.

Ocena: 9/10

Recenzja książki ,,Przejażdżka” Jacka Ketchuma: Ostra jazda

Mam swoich ulubionych autorów – Kinga Mastertona, Pilipuka, Sapkowskiego, Sandersona, czy innych. Do tego grona zalicza się również Jack Ketchum – moim zdaniem autor jednych z najbardziej pokręconych i wzburzających krew w żyłach książek. Największe dreszcze miałam podczas lektury ,,Dziewczyny z sąsiedztwa”, czy ,,Jedynego dziecka”. Przyznaję, że jego książek nie mogę czytać jedna po drugiej – mój umysł potrzebuje chwili uspokojenia się, by móc przyswoić kolejną dawkę grozy. Poza tym sam King wypowiedział się, że Ketchum jest najprawdopodobniej jednym z najbardziej przerażających facetów w Ameryce. Tak więc z ciekawością i biciem serca sięgnęłam po ,,Przejażdżkę”. Czytaj dalej “Recenzja książki ,,Przejażdżka” Jacka Ketchuma: Ostra jazda”

Recenzja filmu “Ex machina”: co jeśli androidy zaczną śnić o elektrycznych owcach?

Ostatnimi czasy kino science-fiction kojarzy się z blockbusterami, które prześcigają się w ilości efektów specjalnych. Musi być widowiskowo, głośno, walecznie. Alex Garland, twórca „Dredda 3D”, wyłamuje się z panujących trendów tworząc minimalistyczny obraz o sztucznej inteligencji. Z pełną świadomością, że nie przyciągnie przed ekrany rzeszy odbiorców, stawia na kino wymagające cierpliwości oraz intelektualnego wysiłku. Bo w „Ex Machinie” trudno rozpoznać, kto jest człowiekiem, a kto androidem, czy wkraczamy już w sferę boskości, czy pozostajemy marnym, choć ambitnym kaprysem ewolucji.

Caleb (Domhnall Gleeson) to młody programista, który wygrywa firmowy konkurs – nagrodą jest tygodniowy wyjazd do laboratorium szefa firmy – Nathana (Oscar Isaac). Dopiero po dotarciu na miejsce dowiaduje się, jaki jest rzeczywisty cel jego przybycia. Ma za zadanie sprawdzić, czy android stworzony przez jego przełożonego, Ava (Alicia Vikander), zasługuje na miano sztucznej inteligencji. Caleb sprawdza, czy robot pod postacią kobiety rzeczywiście czuje, wzrusza się, reaguje jak człowiek. Jaki będzie wynik testów? Czy Nathan mówi programiście całą prawdę? Jak odróżnić androida od ludzkiej istoty?

„Ex Machina” wymaga od odbiorcy ogromu cierpliwości. W laboratorium Nathana, jak i w całej rzeczywistości przedstawionej przez reżysera, nie można niczego wziąć za pewnik. Od pewnego momentu zastanawiamy się nawet, czy któryś z dwóch męskich bohaterów nie jest maszyną, a nawet oni sami zaczynają wątpić w swoje istnienie. Garland zmusza widza do niemałego intelektualnego wysiłku, zadając mu pytania natury filozoficznej, bo przecież czym byłby film o sztucznej inteligencji bez poruszenia zagrożeń płynących z jej powstania?

Reżyserowi udaje się wprowadzić pewną dość zaskakującą cechę androida – Ava jest bowiem świadoma swojej płci, atrakcyjności. Pomiędzy nią a Calebem od pierwszego spotkania czuć fascynację, którą potęguje manipulacja robota. Nie chcę zdradzić zbyt wiele z intelektualnej układanki, lecz wydaje mi się, że Garlandowi udało się stworzyć naprawdę znaczący film o AI. Prezentacja zagrożeń jest dość bezpośrednia, a sama niejasność istnienia człowieka oraz robota wywołuje dość kontrowersyjne pytania.

W laboratorium mieszkają tylko cztery osoby: Caleb, Nathan, Ava i Kyoko. Czworo aktorów znakomicie spisało się w swoich rolach. Domhnall Gleeson hipnotyzujący, wywołujący sympatię, wzbudza jednocześnie niepokój; przepiękna Alicia Vikander doskonale obojętna, uwodzicielska, a także w jakiś sposób niebezpieczna; przypakowany Oscar Isaac udowadnia, że sprawdza się w każdej nadanej mu roli, nawet tutaj, gdy wciela się w postać bardzo niejasną, niejednoznaczną; Sonoya Mizuno, cudownie „robocia”, automatyczna, nie wyrażająca ani grama emocji jako wszechstronna służąca swojego pana.

Garland postawił na minimalizm w niemalże każdej sferze swojej produkcji. Nieziemskie efekty specjalne, czyli przede wszystkim postura Ava’y, jej budowa, wbijają w fotel. Lecz nie one są tutaj najważniejsze – nie spotkamy się z jakimikolwiek pościgami, futurystyczną bronią czy niezniszczalnymi cyborgami. Brak widowiskowości jest ogromną zaletą „Ex Machiny”. Ascetyczna scenografia ogromnego laboratorium z kilometrami światłowodów połączonych z domem znajdującym się w samym środku rozkwitającej natury. Zestawienie androida, jego „boskiego” twórcy, programisty jako proroka z rajskimi widokami zieleni, wodospadów i głuszy przywołuje na myśl oczywiste skojarzenia. Całości dopełnia wyciszony, lecz intrygujący soundtrack, który również przyczynia się do budowania napięcia.

„Ex Machina” to stonowane science fiction o sztucznej inteligencji, które na pewno nie przyciągnie fanów modnych ostatnio blockbusterów. Wymagające skupienia, cierpliwości, poddające w wątpliwość istotę człowieczeństwa kino jednak ma szansę trafić do grupy odbiorców zafascynowanych tematem,  a także do tych, którzy wolą niejednoznaczną, minimalistyczną rozrywkę.

Ocena: 8/10

Recenzja książki “Charlie Chaplin” Petera Ackroyda: subiektywna biografia

Gdy tylko zobaczyłam zapowiedź książki Petera Ackroyda, wiedziałam, że musi ona trafić na moją półkę.Postać Charliego Chaplina istniała w moim życiu od samych początków mojej fascynacji filmem, a także przyczyniła się do wybrania kierunku studiów. Nigdy jednak nie miałam okazji sięgnąć po biografię artysty (prawdopodobnie stało się tak dlatego, że po prostu nie lubię czytać czyichś życiorysów i zazwyczaj takie pozycje mnie nudzą). „Charlie Chaplin” to treściwa pozycja, która odsłania zarówno te pozytywne aspekty życia legendy, jak i jego mroczne strony.

Dzięki Ackroydowi śledzimy żywot artysty od jego narodzin aż do śmierci, poznając zarówno jego stronę prywatną, jak i zawodową. Jedna z pierwszych legend kina i niekwestionowana jego ikona, Charlie Chaplin, to suma wzlotów, upadków, temperamentu, a także szaleństwa. Autor prezentuje najważniejsze momenty z jego życia, decydując się przy tym niekiedy na odautorskie, subiektywne komentarze, które jawnie prezentują jego stosunek do artysty.

Ackroyd umiejętnie wykazał, że nie można mówić o twórczości Chaplina bez znajomości jego życiorysu.Wychowywał się w biedzie i ubóstwie, razem z bratem trafiali do niejednego ośrodka wychowawczego, ponieważ ojciec nie był obecny w ich życiu, a mama większość czasu spędzała w placówce dla umysłowo chorych. Jego dzieciństwo stało się prawdopodobnie inspiracją do powstania „Charliego trampa”, który w czasie swojej świetności był sławniejszy niż brytyjska królowa. Miało to również wpływ na podejmowane przez niego tematy w późniejszych filmach, takich jak „Gorączka złota” czy „Dzisiejsze czasy”. Mimo, że posiadał olbrzymi majątek, na zawsze w środku pozostał małym Charliem bez domu i rodziców.

Hasło na tylnej części okładki brzmi „Wielki artysta, mały tyran – sugestywna biografia Petera Ackroyda oddaje sprawiedliwość osobie Charliego Chaplina”. O ile pierwsza część zdania sprawdza się w stu procentach, o tyle samo oddawanie sprawiedliwości legendzie kina pozostawia wiele do życzenia. Bowiem autor biografii nie ukrywa swojego stosunku do Chaplina. Za wszelką cenę stara się zdyskredytować jego zasługi, poświęcając więcej miejsca rozpisywaniu się na temat porażek aktora. Nie stroni od pejoratywnych określeń, nie sili się na bycie obiektywnym. Szeroko rozpisuje się na temat jego zdrad, rozwiązłości, zachowania na planie. Niekiedy odnosiłam wrażenie, że autor celowo wybrał takie wypowiedzi ludzi, którzy znali Chaplina, aby jego postać jeszcze bardziej zdyskredytować.

Plusem książki Ackroyda jest jej objętość. Niezwykle zwięzła historia może stać się uzupełnieniem dla fana jednego z największych ikon kinematografii. Autor przytacza wiele anegdot, cytuje przyjaciół artysty, fragmenty autobiografii swojego bohatera, a nawet zapis rozprawy rozwodowej.

W środku znajdziemy jedynie kilka stron, na których znajdują się zdjęcia Chaplina. Szkoda, że nie pojawiały się one tuż obok tekstu, dodatkowo obrazując opisywane wydarzenia (a niekiedy Ackroyd dość szczegółowo opisuje zdjęcia Chaplina).

Niestety, historia Chaplina została stłumiona przez Ackroyda za pomocą jego stosunku do aktora. Choć sięga do różnych źródeł, pozornie stara się przytoczyć różne punkty widzenia, w jego oczach aktor i reżyser raczej pozostał „małym tyranem” niźli „wielkim artystą”. Miejmy jedynie nadzieję, że nikt nie rozpocznie przygody z twórczością mistrza pantomimy od tej biografii. Bowiem „Charlie Chaplin” nie zachęca ani do zapoznania się z jego filmografią, ani do zgłębiania jego życiorysu.

Ocena: 4/10

Recenzja książki “Złote spinki Jeffreya Banksa” Marcina Brzostowskiego: Królik Roger w Sin City

Nie oszukujmy się, ciężko jest sięgać po książki self-publisherów. Zazwyczaj od razu zastanawiamy się, co im poszło nie tak, na jaki kicz i chłam trafimy, dlaczego dany autor nie znalazł wydawcy. Bardzo często w takich przypadkach nastawiamy się na „nie”, nie dając szansy pisarzowi, który sam wydaje swoje książki. Takie wyobrażenia potrafią być wyjątkowo mylące i takim wyjątkiem, przykładem dobrego pióra, jest Marcin Brzostowski.

„Złote spinki Jeffreya Banksa” opowiadają historię pewnego Ministra, gangstera Ezekiela Horna i jego osiłków oraz najlepszej damy do towarzystwa w mieście. Akcja książki rozgrywa się w ciągu jednego dnia w Londynie, gdy każdy z bohaterów zostaje postawiony przed… sytuacją podbramkową.

Od pierwszych akapitów klimat „Złotych spinek Jeffreya Banksa” zaczął mi się kojarzyć z klimatem „Sin City” Franka Millera. Dostrzegałam bohaterów w monochromatycznych barwach, jedynie tytułowy rekwizyt mienił się na żółto. Bądź, w scenie walki, krew z czarnej przemieniała się w czerwoną czy barw nabierał jedynie szalik Chelsea (o tym ważnym aspekcie za chwilę). Wyobrażałam sobie kreskę Franka Millera, komiksowość całej opowieści od jej początku do jej końca. Skąd wzięły się w mojej głowie te konotacje? Ponieważ to kolejne miasto grzechu, które jest Londynem, lecz tak samo mogłoby być Berlinem czy Paryżem. Brak w nim hierarchii wartości, a skorumpowanie, narkotyki, nielegalne interesy są na porządku dziennym – właściwie akceptowalne przez wszystkich.

Czytelnik nie ma prawa zgubić się w rozpoznawaniu postaci. Krótko scharakteryzowani bohaterowie, lecz bardzo konkretnie, posiadają unikatowe cechy. Każdy z nich jest delikatnie przerysowany, jak w komiksie, a autor nie stara się dorabiać do swoich bohaterów niepotrzebnej psychologii, która psułaby lekkość lektury.

Marcin Brzostowski obdarzył swoich bohaterów pewną konkretnością, czego efektem stały się treściwe, wręcz filmowe dialogi. To historia, którą z łatwością można by przenieść na ekran… jednak ten mały. Dlaczego? „Złote spinki Jeffreya Banksa” to świetnie napisana książka, lecz… za krótka. Czytając ostatnie zdanie mamy wrażenie, jakbyśmy znaleźli się na końcu pilotażowego odcinka obiecującego serialu, który mógłby pozostać z nami na lata. Czuć niedosyt, który może zrozumieć jedynie serialoholik pragnący więcej i więcej, zaledwie po pierwszym epizodzie.

Książka Brzostowskiego okraszona jest sporą dozą absurdu, przez co jest przezabawna w dość nietypowy sposób. Otóż w życiu bohaterów niebagatelną rolę odgrywa… kibicowanie klubom piłkarskim. Autor wykorzystuje to w wieloraki sposób. Może być to przyczynek do problemów natury emocjonalnej bądź podstawa groźby śmierci. Gangsterska historia, w której występują wszystkie grzechy główne (cieszę się, że znalazło się także miejsce na adekwatne wulgaryzmy), nie wydaje się dzięki temu być zbyt poważna i patetyczna.

„Złote spinki Jeffreya Banksa” bardzo pozytywnie mnie zaskoczyły swoim klimatem, jak i wyjątkowymi chwytami fabularnymi. Brzostowski ma talent do pisania z dystansem, ogromnym poczuciem humoru i wydaje mi się, że mógłby się sprawdzić jako scenarzysta seriali. Mam nadzieję, że nadejdzie kontynuacja historii Jeffreya Banksa, skoro już poznaliśmy genezę jego spinek.

Ocena: 7/10