Recenzja filmu “Scenariusz na miłość”: to nie jest kolejna hollywoodzka komedia romantyczna

Jestem w stanie zrozumieć, czemu znaczącej większości odbiorców nowy film Marca Lawrence’a nie przypadł do gustu. Zwiastun został zmontowany tak, aby rozreklamować „Scenariusz na miłość” jako niezwykle zabawną komedię romantyczną. Właśnie tego spodziewali się widzowie, którzy udali się do kin – lekkiej, śmiesznej produkcji. Lecz zostali okrutnie oszukani. Filmowi reżysera „Dwóch tygodni na miłość” bliżej do komediodramatu niż do romantycznej, sztampowej komedii. Lawrence’owi udało się uniknąć kolejnych klisz i ukazać dość smutną, lecz podnoszącą na duchu historię o człowieku, który nie potrafi ponownie znaleźć swojej życiowej drogi.

Keith Michaels (Hugh Grant) jest scenarzystą, który piętnaście lat temu podbił Hollywood. Dostał Oscara za swój scenariusz, a film na jego podstawie pokochali dorośli i dzieci na całym świecie. Niestety, smutna rzeczywistość uderzyła do jego drzwi. Teraz jest bez grosza przy duszy, rozwiedziony, nie utrzymuje kontaktu z synem, cierpi na brak weny, a każdy jego pomysł zostaje odrzucony przez wszystkie wytwórnie w Los Angeles. Nie widząc innych ofert, decyduje się na zostanie wykładowcą na małej uczelni w niewielkim miasteczku nieopodal Nowego Jorku. Ma nadzieję, że przetrwa tam swój kryzys twórczy i wróci do dawnej formy. W Binghampton poznaje Holly (Marisa Tomei), która pomaga mu inaczej spojrzeć na siebie oraz nieświadomie czyni go lepszym człowiekiem.

Marc Lawrence w pierwszej kolejności jest scenarzystą, dopiero później reżyserem. Historia Keitha Michaelsa wydaje się być sumą hollywoodzkich obserwacji dotyczących sukcesu oraz późniejszych losów twórców „jednego hitu”. Lawrence z pewnością w jakimś stopniu wzorował wykreowanego bohatera na samym sobie, na swoich doświadczeniach. Oszałamiający sukces w młodym wieku spowodował, że ego Michaelsa urosło do niebotycznych rozmiarów. Pomimo pasma porażek, nie mógł zrozumieć, że jego wenę blokuje gnuśność oraz gburowatość. Brutalność Hollywood wzmaga jego rozczarowanie, gdyż poszukiwanie coraz to nowych twarzy, głosów jest najważniejsze.

Lawrence nie boi się również brutalnie przedstawić swojego stanowiska w sprawie postaci kobiecych w Hollywood. Przez postać Keitha stwierdza, że ma dość całkowitej feminizacji kinematografii. Wręcz stawia nowe rozwiązania. Może zamiast poszukiwać kolejnej kobiecej wojowniczki, stworzyć film, w którym takowej nie ma? Bardziej niż sam feminizm, reżyser komentuje poprawność polityczną, która zawładnęła kinem oraz każdą inną dziedziną sztuki.

Reżyser „Dwóch tygodni na miłość” już po raz czwarty zdecydował się na współpracę z Hugh Grantem. Czuć na ekranie, że panowie dogadują się ze sobą doskonale. Niestety, ma to swoje dobre, jak i złe strony. Grant perfekcyjnie rozumie założenia twórcy, tworząc postać, jakiej oczekiwał. Jednak gorzki ton za bardzo wydziera się z duszy obu panów – rozczarowanych swoimi karierami, a raczej kierunkiem, jaki obrał po paśmie sukcesów. Starają się stworzyć na nowo zabawną komedię z wielopłaszczyznowym przesłaniem, jednak trudno przebić formułkę „każdy ma drugą szansę”, „ludzie się zmieniają”, itd. przez przygnębiające studium hollywoodzkiej kariery. Ostatecznie otrzymujemy letnie żarty, które nijak nas nie rozśmieszają, wielokrotnie widziane zwroty akcji, które są do bólu przewidywalne. Może należałoby zmienić formułę filmu? Zareklamować go  jako niezwykle wnikliwy komediodramat, a znalazłby swoich wiernych odbiorców? Niestety, osoby, które „Scenariusz na miłość” choć trochę zdołałyby docenić, za nic w świecie nie wybiorą się na niego do kina.

Hugh Grant nie starzeje się pięknie, nie jest jak wyrośnięty, niegrzeczny chłopiec, którego włosy przyprószyła siwizna. Na jego twarzy widać zmęczenie, jakąś dozę wypalenia, a także stracił nieco swojego charyzmatycznego uroku. Z pewnymi przeinaczeniami postać, którą gra mogłaby być równie dobrze nim samym. Partnerująca mu na ekranie Marisa Tomei jest jego totalnym przeciwieństwem. Choć pięćdziesięcioletnia, czaruje widza swoim szczerym uśmiechem, nieukrywanymi zmarszczkami. Aktorka nic nie straciła ze swojego zewnętrznego piękna, dojrzewając niczym najlepsze wino.

Mark Lawrence pokazał wreszcie nieco inną twarz niż taśmowego twórcy komedii romantycznych. Okazał się gorzkim ironistą, sumującym swoje twórcze doświadczenie w jednym filmie. Znakomicie pomógł mu w tym Hugh Grant, będący na ekranie niezwykle autentyczny. Gdyby „Scenariusz na miłość” nie udawał czegoś innego niż to, czym jest w rzeczywistości mógłby być naprawdę bardzo dobrym filmem. Jednak ta osnowa sztuczności oraz źle ukierunkowane ambicje wszystko zniszczyły.

Ocena: 6/10

Ewa Nowicka

Ewa Nowicka

Mam zbyt wiele planów na siebie i nie mogę się zdecydować, który jest najlepszy.
Serialoholiczka uważająca, że kultura popularna jest równie ważna co ta niszowa, a czasem snobistyczna. Na zmianę odwiedza operę i multipleks w poszukiwaniu blockbusterów.
Miłośniczka literatury wszelakiej i stała bywalczyni koncertów.
Absolwentka filmoznawstwa na UŁ. Kosmetyczka. Menadżer sieci sklepów Drogerie Noel.
Publikuję również na: secretum.pl, duzeka.pl oraz filmaster.pl
Ewa Nowicka

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *