Recenzja filmu „San Andreas”: przysposobienie obronne, czyli jak przetrwać katastrofę

Po wielu latach nadszedł smutny zmierzch filmów katastroficznych. Nie da się ukryć, że właściwie wszystko już widzieliśmy, przez co nawet „2012” nakręcone w 2009 roku pozostało jedynie kopią wątków z wielu różnych filmów. „San Andreas” jest kolejnym krokiem milowym – to produkcja, która pokazuje, że nas, widzów, przestało ruszać kolejne trzęsienie ziemi czy niespodziewana apokalipsa. Ot, zrobiło się zwyczajnie nudno. Szczątkowa fabuła, zburzone Los Angeles, zalane San Francisco i Dwayne Johnson brzmią dziwnie znajomo. Nawet jeśli spojrzymy na ten obraz, jak na lekcję pt. „jak być przetrwać katastrofę?” lub „co zrobić by być jak The Rock?”, to nie okaże się on nagle zabawną, żenującą opowiastką. Jest źle, nawet jak na Dwayne’a Johnsona.

Na skutek przesunięcia uskoku San Andreas ciągnącego się wzdłuż Kalifornii dochodzi do trzęsienia ziemi o sile 9 stopi w skali Richtera. Wszyscy sądzą, że to jest prawdziwa katastrofa. Lecz jeden z naukowców badających trzęsienia ziemi, Lawerence (Paul Giamatti), przewiduje, że kolejne trzęsienie, które nawiedzie San Francisco będzie jeszcze silniejsze.  W tym samym czasie Ray (Dwayne Johnson), ratownik straży pożarnej, stara się uratować przed apokalipsą swoją byłą żonę oraz córkę. Niestety, każda z nich znajduje się w innym mieście, a kolejne wstrząsy nieubłaganie nadchodzą…

Na początku należy podkreślić, że niewiele tutaj fabuły. Scenarzysta filmów katastroficznych powinien zdecydowanie nosić jakąś odrębną nazwę, przynajmniej w dzisiejszych czasach, gdyż jego praca polega z grubsza na obejrzeniu wszelkich produkcji gatunku oraz wyłuskanie z niego tego, co… najlepiej akurat może się sprzedać. „San Andreas” to taki miszmasz wszystkiego, co do tej pory zdołaliśmy poznać, przypominający bardziej kino klasy B niż cokolwiek wyższego sortu.

Z grubsza to film o tym, że Dwayne Johnson to człowiek niezniszczalny i nic, nawet Matka Natura i Planeta Ziemia, mu krzywdy nie zrobi. Łączy się to z tym, że produkcję ogląda się nieco jak krótki kurs przetrwania (oczywiście nie przetrwasz, jeśli nie masz przy sobie The Rocka). Na przykład, nasz bohater, udziela przypadkowym ludziom dobrej rady: „podczas trzęsienia najlepiej stanąć przy stabilnej konstrukcji”. Radę wzmacnia oczywiście obecność głównej postaci, na którą Johnson przenosi swoje najlepsze cechy.

Ray oraz jego żona w swojej odwadze posunęli się tak daleko, że zamiast zastanawiać się nad swoją przyszłością, myśleć, czy zdołają przetrwać nim dotrą do córki, roztrząsają w wolnych od ratowania życia chwilach traumę sprzed lat. Przy tym nic nie szkodzi, że główny bohater jest ratownikiem i ma do dyspozycji helikopter. Zamiast udzielać pomocy innym ludziom, ratuje swoją rodzinę latając po całym stanie. To całkowicie w porządku i na pewno nikt do niego o to pretensji mieć nie będzie.

Kluczowym pytaniem w filmie staje się „czy wszystko w porządku?”. Normalną odpowiedzią prawdopodobnie byłby krzyk histerii. Lecz w tym przypadku standardową i właściwą odpowiedzią pozostaje: „Tak”. Wali się na mnie budynek, mam potężny odłamek szkła w nodze, zaraz utonę, ale wszystko jest w najlepszym porządku, jakże mogłoby być inaczej.

Złym bohaterem jest planeta Ziemia, ale gorszym od trzęsienia ziemi okazuje się bogaty egoista, który rozbił rodzinę (w tej roli Ioan Gruffudd). Nowy facet żony Ray’a myśli tylko o własnym przetrwaniu i pozostawia Blake (Alexandra Daddario) na pastwę losu, gdy utknęła w podziemnym garażu (tutaj wkracza angielski chłopiec). To chyba klasyczny element produkcji tego gatunku. Kolejnym, podobnym składnikiem jest kompletne ignorowanie amerykańskich naukowców przez władzę, media i cały świat. Ludzie nauki krzyczą: „będzie źle, chować się do schronów!”, jednak nikt ich nie chce słuchać. Taka produkcja nie może obyć się także bez aktorki z dużym biustem. Daddario w pierwszym ujęciu prezentuje nam się w bikini, potem się ubiera, a gdy nadchodzi apokalipsa w miarę upływu czasu zdejmuje kolejne warstwy ubrania, ratując świat, ładnego Brytyjczyka i jego brata. Kwintesencją istnienia postaci Blake okazuje się scena pod wodą, gdy jej biust faluje, przekształcając się w głównego bohatera sceny.

Ilość absurdu w „San Andreas” jest wartością niepoliczalną. Uniwersyteckie biurka są tak zbudowane, że ochronią cię przed każdą formą apokalipsy, a pomimo tego, że właśnie zginęły setki tysięcy ludzi, na ulicach miast nie zobaczysz ani jednego pływającego trupa. Nie przetrwasz, jeśli nie będziesz miał przy sobie przewodnika miasta, które właśnie zostało dotknięte kataklizmem.

Kwintesencją tego obrazu jest jedno z końcowych ujęć, gdy cała uwaga skupiona zostaje na powiewającej amerykańskiej fladze. Tak, Ameryka została ocalona. Tak, jesteśmy niezniszczalni jako naród. Tak, Dwayne Johnson jest nasz. Resztę możecie dopowiedzieć sobie sami.

Katastroficzne filmy właściwie istnieją nadal tylko po to, aby pokazywać „fajne” efekty specjalne. Z przykrością stwierdzam, że w tym przypadku „San Andreas” wyłamuje się z utartych schematów. Najlepiej porównać go z ostatnią częścią „Szybkich i wściekłych”, którzy przy tonie absurdu przynajmniej byli widowiskowi. Produkcja Peytona zwyczajnie nie jest. Oglądanie kolejnych walących się budynków czy zabójczej wali tsunami nie wywołuje żadnych emocji, ewentualnie lekkie ziewnięcie.

„San Andreas” to film, który oglądaliśmy już dziesiątki razy, tyle, że pod innymi tytułami. Jedynym novum jest to, że tym razem zniszczone zostało Los Angeles, a nie standardowo – Nowy Jork (bo ile można się znęcać). Niestety, nie znajdziemy w produkcji Peytona nic oryginalnego, nawet ilość absurdu nie śmieszy dostatecznie, a widowiskowości na próżno szukać.

Ocena: 4/10

Recenzja filmu „Zacznijmy od nowa”: muzyka ratuje ludzkie życia

Jestem tym typem fana filmu “Once”, który nie dość, że kocha jego muzykę, atmosferę, magiczność, wykonawców, reżysera, to ma jeszcze z tym obrazem przepiękne wspomnienia. Trudno uniknąć porównywania “Zacznijmy od nowa” z wcześniejszym obrazem Johna Carneya, skoro fabularnie jest łudząco podobny, a także został stworzony na podobnej zasadzie. Jednak czy jego pierwszy film hollywoodzki wytrwał w przepięknym, idealistycznym przekazie bez skalania go omdlewającą słodkością amerykańskich komedii romantycznych? Zdecydowanie Carney nie ulega wobec klisz i banałów, przedstawiając swoją własną wizję cudowności muzyki, która potrafi ratować ludzkie życia.

Dan (Mark Ruffalo) w latach 90. był wziętym nowojorskim producentem muzycznym, lecz uzależnienie od alkoholu, natłok problemów z żoną sprawił, że całkowicie stracił kontrolę nad swoim życiem. Pomimo zapoznawania się z coraz to nowszymi wokalistami i zespołami, od 9 lat nie zakontraktował żadnego muzyka. Ostatniecznie traci pracę. W trakcie depresyjnej, alkoholowej podróży po barach trafia na występ Grety (Keira Knightley). Słyszy tylko jedną jej piosenkę, lecz w głowie już przygotowuje do niej aranżacje (swoją drogą, to genialna scena) i marzy o podpisaniu z nią kontraktu. Greta też nie przeżywa najlepszego okresu w swoim życiu – opuściła rodzinne miasto, aby być ze swoim chłopakiem w Nowym Jorku. Niestety, facet został popularnym muzykiem i szybko spotkał inną kobietę. Rozczarowana Greta ma już wracać do domu, lecz na jej drodze pojawia się Dan. To spotkanie odmieni życie ich obojga już na zawsze.

“Zacznijmy od nowa” to obraz niezwykle poruszający oraz autentyczny emocjonalnie. Z ekranu przebija szczerość reżysera, bo doskonale wiemy, że przez nastawienie stworzonych przez siebie bohaterów prezentuje swoje własną muzyczną ideologię. Film Irlandczyka wygrywa rozbrajającą wiarygodnością także z powodu umieszczenia pewnych utartych schematów w otoczce niezwykłej atmosfery. Brak w nim słodkości charakterystycznej dla podobnych hollywoodzkich produkcji, popularnych komedii romantycznych. Gdy rozpoczynamy seans nie myślimy o tym, że bardzo byśmy chcieli, aby główna para bohaterów się zeszła po burzliwej kłótni. Jeśli już – oglądamy ich poczynania z wielkim uśmiechem na ustach, zastanawiając się, czy możliwym jest, aby drogi takich wrażliwców się skrzyżowały (w przełomowych momentach życia). Carney tworząc swoich bohaterów, a także całą fabułę filmu,  unika kiczu, ckliwości czy emocjonalnego szantażu widza. Cieszę się, że ta produkcja jest tym, czym jest i nie udaje niczego innego.

Idealistyczny przekaz Irandczyka jest niezwykle prosty – muzyka istnieje ponad podziałami, leczy ludzkie dusze i jest niezastąpionym lirycznym środkiem komunikacji. Obok tak prostej ideologii, Carney analizuje również pewną przemianę rynku muzycznego, która zaszła w ciągu ostatnich dwóch, trzech dekad. Pojmowanie muzyki obecne w latach 90. się zdezaluowało. Dan, który niegdyś założył z przyjacielem niezależną wytwórnię i był wziętym producentem muzycznym, teraz nie może pojąć rzeczywistości, w której się znalazł. Połowa utworów brzmi tak samo, druga połowa jest po prostu zła – wokalnie i instrumentalnie. Dan, tak jak Carney, jest pasjonatem, który nie umie zaprzedać swojej duszy komercji (w przeciwieństwie do jego dawnego wspólnika). Wytwórnia, którą niegdyś stworzył nie ma już nic wspólnego ze słowem “niezależność”, a jego podejście do muzyki odeszło do lamusa. Na tym przykładzie widać także, że irlandzki reżyser stworzył film na zasadzie zestawiania przeciwieństw – komercja i alternatywa, kobieta i mężczyzna, młodość i dojrzałość, optymizm i rezygnacja.

Niestety, “Zacznijmy od nowa” muzycznie zdecydowanie odstaje od “Once”. Pomimo tego, że utwory skomponowane przez Gregga Alexandra są nośne, z chwytającymi za serce tekstami, nie udało się mu stworzyć żadnego utworu, który zostanie w naszych głowach po seansie. Jedynie “Lost Stars” ma potencjał, jednak przearanżowanie go na utwory filmu i jego wykorzystanie fabularne nieco do niego zniechęca. Zabrakło tutaj nie tylko muzycznej wyrazistości, ale także nieco bardziej charyzmatycznych, zapadających w pamięć charakterów. Mimo, że Keira Knightley okazała się przyzwoitą wokalistką, a pewne głosowe niedociągnięcia przytłumił jej urok, czegoś tutaj definitywnie zabrakło (a to, że Adam Levine dobrze śpiewa, wcale nie oznacza, że zakamufluje drewnianą grę aktorską).

Carney stworzył niezwykle uroczą parę z dwójki głównych bohaterów. Uzupełniają się oni na każdej płaszczyźnie, razem się ucząc, wspomagając, dzieląc doświadczeniem. Ich sympatyczność łączy się również z aktorskimi kreacjami Marka Ruffalo i Keiry Knightley. Dla mnie zagrali niezwykle równo, nie walcząc o zainteresowanie widza na ekranie. Stworzyli tandem, który być może szybko umknie naszej pamięci, lecz w trakcie trwania filmu zatrzyma dla nas czas, wywoła uśmiech (szczególnie Knightley rzuca przepełnione humorem kwestie) i zabierze w miejsce, gdzie spełniają się marzenia.

Być może brak tutaj tej magiczności, uniesienia, nieuchwytnego nastroju, ale z pewnością w “Zacznijmy od nowa” jest coś cudownego. Pewnie to głupio zabrzmi, lecz to film dający nadzieję na spełnianie marzeń, o możliwości przeformułowania swojego życia wyłącznie dzięki chęciom i pracy, o hierarchii wartości, o autentycznej pasji. Wyświechtane slogany w koncepcji Johna Carney’a nadal są banałami, lecz brzmiącymi niezwykle wiarygodnie.Warto sięgnąć po pierwszy hollywoodzki film Irlandczyka dla tego ułamka nienamacalności i nastrojowości.

Ocena: 8/10

Recenzja książki Raphaelle Giordano ,,Twoje drugie życie zaczyna się, kiedy zrozumiesz, że życie jest tylko jedno”: Coaching na fali

Książki coachingowe stały się ostatnio bardzo popularne i na czasie. Doradzają nam wszyscy i we wszystkim – celebryci, lekarze, doktorzy, psychologowie, podróżnicy. Ułatwiają i pokazują nam świetne rozwiązania na co dzień, w każdym aspekcie naszego życia – jak być szczęśliwym, jak dbać o dobre relacje z partnerem/dzieckiem/teściową/kolegami z pracy itd., jak podlewać kwiatki, jak dobrze organizować sobie czas, jak dobrze spać. Równie dobrze moglibyśmy wstawać i kłaść się i dla każdej minuty naszego życia znaleźć świetną poradę z książki-poradnika coachingowego. Przecież Ty możesz wszystko, to tylko Twój umysł Cię hamuje i jesteś zwycięzcą! Nigdy nie czytałam tego typu książek, tak więc kiedyś musi być ten pierwszy raz i postanowiłam  go przeżyć z Raphaelle Giordano ,,Twoje drugie życie zaczyna się, kiedy zrozumiesz, że życie jest jedno”. Czytaj dalej “Recenzja książki Raphaelle Giordano ,,Twoje drugie życie zaczyna się, kiedy zrozumiesz, że życie jest tylko jedno”: Coaching na fali”

Recenzja filmu “Riwiera dla dwojga”: wdzięcznie, choć nudno

Są produkcje, którym wybaczamy więcej niż na to zasługują. Najczęściej dzieje się tak, ponieważ film wyreżyserował nasz ulubiony pan XYZ lub zagrał aktor nadrabiający muskulaturą. U mnie zdecydowanie takim typem jest Pierce Brosnan. Nieważne, w jakim gniocie jeden z Bondów zagra, zawsze staram się znaleźć w obrazie, w którym występuje pozytywne strony. Lecz w przypadku “Riwiery dla dwojga” Joela Hopkinsa przychodzi mi to z ogromnym trudem.

Kate (Emma Thompson) i Richard (Pierce Brosnan) od lat są rozwiedzeni. Niby oboje spełnieni, lecz czegoś im w życiu zaczyna brakować. Ona, wykładowczyni na uniwerystecie, tęski za tym, że ktoś czeka na nią w domu. Jej jedynym substytutem związku okazują się nieudane randki z przyjaciółmi przyjaciół i czatowanie w internecie z facetami z całego świata. On, ustatkowany, ale nie szaleńczo bogaty, zamierza lada moment przejść na emeryture. Przeżył kilka(naście) związków z kobietami o wiele od niego młodszymi, poranki spędza na grze w golfa, niebawem będzie już człowiekiem wolnym od pracy. Jednak w ostatnim tygodniu pracy jego życie zostaje wywrócone o 180 stopni. Nowy właściciel kupujący założoną przez niego spółkę bezwzględnie (choć legalnie) go oszukuje, a ich fundusze emerytalne przepadają bezpowrotnie. Richard prosi o pomoc Kate w rozwiązaniu sprawy. Razem wyjeżdżają do Paryża, aby porozmawiać z podłym “młodym wilkiem”. Gdy nie mają już pomysłu w jaki sposób rozwiązać zaistniały problem, dowiadują się, że właściciel spółki Richarda zakupił swojej narzeczonej diament warty 10 milionów dolarów. Wraz z pomocą przyjaciół, Pen (Celia Imrie) i Jerry’ego (Timothy Spall) postanawiają włamać się do rezydencji Vincenta (Laurent Lafitte) na Lazurowym Wybrzeżu w dniu jego ślubu i ukraść drogą błyskotkę.

W “Riwierze dla dwojga” można doszukiwać się pewnych obserwacji dotyczących problemów, jakie dotyka osoby w średnim wieku. Przerażenie przed tym, co nastąpi, gdy nasze dzieci dorosną i nas opuszczą, odejdziemy na emeryturę i co się stanie z naszym życiem. Także strach przed dojmującą samotnością, przed niemożliwością rozmowy z drugim człowiekiem. To także wzniosłe usprawiedliwienie uciekania się do zbrodni. Skoro Vincent ukradł Richardowi i Kate pieniądze, przypuszczają oni absurdalny atak na jego diament. Oczywiście takie rozwiązanie fabularne jest dalece nierealne, lecz przypuśćmy, że w pełni rozumiemy reżyserski banalny zamysł – sprawiedliwość zawsze zwycięża.

Jednak skoro to komedia, powinna ona przede wszystkim śmieszyć, a nie cokolwiek poddawać analizie. Tutaj zaczyna się poważny problem. Nie dość, że fabuła jest totalnie oklepana, to w dodatku koszmarnie nudna. “Riwierze dla dwojga” daleko do bycia zabawnym filmem. Z pewnością to produkcja lekka, nawiązująca do screwball comedies z lat 30. (a konkretnie – comedy of remarriage), bez pretensjonalnej nuty, może nawet wdzięczna. Mimo to, nawet poprawne aktorstwo i plejada gwiazd nie jest w stanie zatuszować scenariuszowych wpadek oraz ewidentnego braku humoru.

Jak już przy aktorstwie jesteśmy, bezapelacyjnie Emma Thompson jest tutaj gwiazdą. Wypada ona najbardziej wyraziście, przepełniona powabem i starająca się bardzo zakamuflować głupotę oraz absurd intrygi, w której udział bierze jej bohaterka. To jedyna postać, którą odważyłabym się nazwać “dość zabawną”. Wspomniałam we wstępie, że nieważne jaką rolę popełni Brosnan, zawsze będę go uwielbiać. Tak jest też w tym przypadku – urzeka mnie fakt, że starzeje się on z niebywałą godnością, nie uciekając się do operacji plastycznych. Jednocześnie drażni mnie, że po roli Bonda nie decyduje się na wybór nieco ambitniejszych ról. Drugoplanowo pojawiaja się Timothy Spall i Celia Imrie, którzy wydają się być na ekranie nieco zdegustowani faktem, że grają w takim gniocie. Jednak jak zawsze wypadają bezbłędnie. Niestety, tak dobrana obsada nie okazała się wystarczająca, aby uratować ten film przed katastrofą.

Joel Hopkins stworzył obraz bez wyraźnej koncepcji. Nudny, z suchymi żartami, nadrabiający jednie klasą występujących w nim aktorów. “Riwierę dla dwojga” z trudem można polecić nawet na wolny, sobotni wieczór. No, chyba, że mówimy o oglądaniu jednym okiem, gdy jednocześnie prasujemy lub gramy ze znajomymi w Scrable.

Ocena: 4/10

Recenzja filmu “Scenariusz na miłość”: to nie jest kolejna hollywoodzka komedia romantyczna

Jestem w stanie zrozumieć, czemu znaczącej większości odbiorców nowy film Marca Lawrence’a nie przypadł do gustu. Zwiastun został zmontowany tak, aby rozreklamować „Scenariusz na miłość” jako niezwykle zabawną komedię romantyczną. Właśnie tego spodziewali się widzowie, którzy udali się do kin – lekkiej, śmiesznej produkcji. Lecz zostali okrutnie oszukani. Filmowi reżysera „Dwóch tygodni na miłość” bliżej do komediodramatu niż do romantycznej, sztampowej komedii. Lawrence’owi udało się uniknąć kolejnych klisz i ukazać dość smutną, lecz podnoszącą na duchu historię o człowieku, który nie potrafi ponownie znaleźć swojej życiowej drogi.

Keith Michaels (Hugh Grant) jest scenarzystą, który piętnaście lat temu podbił Hollywood. Dostał Oscara za swój scenariusz, a film na jego podstawie pokochali dorośli i dzieci na całym świecie. Niestety, smutna rzeczywistość uderzyła do jego drzwi. Teraz jest bez grosza przy duszy, rozwiedziony, nie utrzymuje kontaktu z synem, cierpi na brak weny, a każdy jego pomysł zostaje odrzucony przez wszystkie wytwórnie w Los Angeles. Nie widząc innych ofert, decyduje się na zostanie wykładowcą na małej uczelni w niewielkim miasteczku nieopodal Nowego Jorku. Ma nadzieję, że przetrwa tam swój kryzys twórczy i wróci do dawnej formy. W Binghampton poznaje Holly (Marisa Tomei), która pomaga mu inaczej spojrzeć na siebie oraz nieświadomie czyni go lepszym człowiekiem.

Marc Lawrence w pierwszej kolejności jest scenarzystą, dopiero później reżyserem. Historia Keitha Michaelsa wydaje się być sumą hollywoodzkich obserwacji dotyczących sukcesu oraz późniejszych losów twórców „jednego hitu”. Lawrence z pewnością w jakimś stopniu wzorował wykreowanego bohatera na samym sobie, na swoich doświadczeniach. Oszałamiający sukces w młodym wieku spowodował, że ego Michaelsa urosło do niebotycznych rozmiarów. Pomimo pasma porażek, nie mógł zrozumieć, że jego wenę blokuje gnuśność oraz gburowatość. Brutalność Hollywood wzmaga jego rozczarowanie, gdyż poszukiwanie coraz to nowych twarzy, głosów jest najważniejsze.

Lawrence nie boi się również brutalnie przedstawić swojego stanowiska w sprawie postaci kobiecych w Hollywood. Przez postać Keitha stwierdza, że ma dość całkowitej feminizacji kinematografii. Wręcz stawia nowe rozwiązania. Może zamiast poszukiwać kolejnej kobiecej wojowniczki, stworzyć film, w którym takowej nie ma? Bardziej niż sam feminizm, reżyser komentuje poprawność polityczną, która zawładnęła kinem oraz każdą inną dziedziną sztuki.

Reżyser „Dwóch tygodni na miłość” już po raz czwarty zdecydował się na współpracę z Hugh Grantem. Czuć na ekranie, że panowie dogadują się ze sobą doskonale. Niestety, ma to swoje dobre, jak i złe strony. Grant perfekcyjnie rozumie założenia twórcy, tworząc postać, jakiej oczekiwał. Jednak gorzki ton za bardzo wydziera się z duszy obu panów – rozczarowanych swoimi karierami, a raczej kierunkiem, jaki obrał po paśmie sukcesów. Starają się stworzyć na nowo zabawną komedię z wielopłaszczyznowym przesłaniem, jednak trudno przebić formułkę „każdy ma drugą szansę”, „ludzie się zmieniają”, itd. przez przygnębiające studium hollywoodzkiej kariery. Ostatecznie otrzymujemy letnie żarty, które nijak nas nie rozśmieszają, wielokrotnie widziane zwroty akcji, które są do bólu przewidywalne. Może należałoby zmienić formułę filmu? Zareklamować go  jako niezwykle wnikliwy komediodramat, a znalazłby swoich wiernych odbiorców? Niestety, osoby, które „Scenariusz na miłość” choć trochę zdołałyby docenić, za nic w świecie nie wybiorą się na niego do kina.

Hugh Grant nie starzeje się pięknie, nie jest jak wyrośnięty, niegrzeczny chłopiec, którego włosy przyprószyła siwizna. Na jego twarzy widać zmęczenie, jakąś dozę wypalenia, a także stracił nieco swojego charyzmatycznego uroku. Z pewnymi przeinaczeniami postać, którą gra mogłaby być równie dobrze nim samym. Partnerująca mu na ekranie Marisa Tomei jest jego totalnym przeciwieństwem. Choć pięćdziesięcioletnia, czaruje widza swoim szczerym uśmiechem, nieukrywanymi zmarszczkami. Aktorka nic nie straciła ze swojego zewnętrznego piękna, dojrzewając niczym najlepsze wino.

Mark Lawrence pokazał wreszcie nieco inną twarz niż taśmowego twórcy komedii romantycznych. Okazał się gorzkim ironistą, sumującym swoje twórcze doświadczenie w jednym filmie. Znakomicie pomógł mu w tym Hugh Grant, będący na ekranie niezwykle autentyczny. Gdyby „Scenariusz na miłość” nie udawał czegoś innego niż to, czym jest w rzeczywistości mógłby być naprawdę bardzo dobrym filmem. Jednak ta osnowa sztuczności oraz źle ukierunkowane ambicje wszystko zniszczyły.

Ocena: 6/10

Recenzja filmu “Magia w blasku księżyca”: gdzie ten nowojorski neurotyk?

Kocham Woody’ego Allena miłością wieczną. Nieważne, jakiego filmu by nie popełnił, moje uczucia wobec niego oraz jego twórczości nie ulegną zmianie. Wobec tego ta recenzja pozostaje dla mnie pewnym wyzwaniem. Prawdopodobnie żaden film Allena nie wywołał we mnie tak mieszanych emocji, zmuszając mnie do zastanowienia się, jak go w ogóle ocenić. Bo przecież to już nie ten sam nowojorski neurotyk, którego pamiętamy jako twórcę “Annie Hall”, ale nadal geniusz dialogu. Ten tekst będzie próbą odpowiedzi na pytanie, czy wielkiej fance Woody’ego film się podobał, czy raczej nie.

  Akcja “Magii w blasku księżyca” rozgrywa się w latach 20. XX wieku w Europie. Na początku przenosimy się do Berlina, gdzie swój występ prezentuje Wei Ling Soo, czyli Anglik – iluzjonista przebierający się za Chińczyka (Colin Firth). Stanley Crawford to arogancki, napuszony bufon, w dodatku perfekcjonista. Jednak swoją sławę zawdzięcza nie tylko iluzjonistycznym prezentacjom. Świat poznał go również jako demaskatora wszelkich spirytystów, telepatów, wróżek, etc. Na prośbę przyjaciela Stanley udaje się do Francji, aby uratować przed takową oszustką rodzinę Catledge’ów. Po przybyciu na miejsce, Anglik poznaje piękną Sophie Baker (Emma Stone), kobietę-medium, która rzekomo potrafi czytać w myślach oraz kontaktować się z duchami. Stanley zaczyna mieć coraz więcej wątpliwości, czy dziewczyna rzeczywiście jest oszustką. Powoli zaczyna wierzyć, że może irracjonalny świat również istnieje, tuż obok naszego…

  W obrazie Allena najbardziej kuleje fabuła. Dla niemalże z każdego widzów przebieg wydarzeń będzie oczywisty od pierwszej sceny filmu. Naprawdę zaskoczeń fabularnych tutaj nie ma żadnych. Dodatkowo, pojawia się zbyt dużo “dłużyzn”, gdzie akcja zdecydowanie zbyt spowalnia. Na przykład scena w obserwatorium. Z samej koncepcji kipi romantyzm, ale czegoś jej zabrakło, przez co zamiast się zachwycać, zaczynamy ziewać. Jednak nie ma to aż tak wielkiego znaczenia przy całkowitej atmosferze filmu – miłej, ciepłej, budującej, nastrajającej optymistycznie.

  “Magia w blasku księżyca” to zdecydowanie film autotematyczny. Allen od początku swojej twórczości lubował się w tworzeniu fabuł o pisarzach, komikach czy reżyserach (ba, iluzjonista też już był! Pamiętacie “Scoop-gorący temat”?). Stanley zaczyna wątpić w całą swoją filozofię życiową, a także sens jego działalności artystycznej. Będąc przez całe życie ogromnym sceptykiem, nie kryjąc tego, że wszelka jego aktywność na scenie jest zwykłą iluzją, zaczyna się zastanawiać, czy od wielu, wielu lat nie żył w błędzie. Poza tym, w każdym z filmów Allena można odnaleźć hołd złożony konkretnym dziełom oraz twórcom X Muzy. W “Magii w blasku księżyca” z łatwością dostrzec można nawiązanie do “Błękitnego anioła” Josefa von Sternberga oraz do samej Marleny Dietrich (owszem, to zaledwie kilku sekundowe ujęcie, ale jakże wyraźne i klarowne).

  Ogromnym atutem “Magii w blasku księżyca” jest również obsada aktorska. Colin Firth stara się jak najlepiej wejść w skórę Woody’ego Allena. Widać, że stara się bardzo. Jednak dla mnie jego próby bywały irytujące. Najlepiej oczami wyobraźni wyobrazić sobie na ekranie samego reżysera, wtedy film stanie się doskonały. Znakomicie zdała egzamin również Emma Stone, która zagrała jednocześnie piękne niewiniątko, a zarazem wiecznie głodne dziwadło. Serio, to takie zabawne patrzeć, jak jej postać Sophie Baker, ciągle pożera ciastka, owoce, dodatkowe śniadania. Zaskoczyła mnie również jej mimika, która dodawała jej postaci realizmu.

  Niezmiennie Allen jest mistrzem dialogu. Na tej płaszczyźnie widać u niego najmniejszy spadek formy. Monologi filmowego Stanleya (szczególnie ten ostatni) prawdopodobnie będą bawić wszystkich. Dodatkowo, wszelkie rozmowy, w których uczestniczy bohater grany przez Firtha, ociekają literackimi cytatami bądź nawiązaniami do kultury generalnie.

  Allena nadal nurtują pytania o sens życia oraz istnienie Boga. Stanley, podobnie jak sam reżyser, ma do tematów spraw ostatecznych spory dystans oraz stara się nie przekraczać granicy dzielącej dwa światy – a właściwie wcale jej nie odkrywać. Okazuje się, że receptą na sceptycyzm oraz pesymizm jest miłość. Niezależnie od epoki, wieku, płci, charakteru, bohaterowie Allena pragną tego jednego. I tutaj, po tylu latach, filozofia reżysera się nie zmienia. Miłość jest lekarstwem na całe zło, a przynajmniej pomaga przetrwać człowiekowi do końca.

  Allen przez każdy środek wizualny przenosi nas w czasie do lat 20. XX wieku. Akcja rozgrywa się przede wszystkim we Francji, przy Lazurowym Wybrzeżu. W strojach bohaterów, w postaci Wei Ling Soo, w scenografii nie można nie dostrzec niegdysiejszego zachwytu orientem. W warstwie dźwiękowej króluje Leo Reisman z piosenką Cole’a Portera “You Do Something To Me” z 1929 roku. Obok tego wiodącego utworu znajdziemy szereg kompozycji z lat 20-30 oraz kilka klasycznych symfonii. Jeśli jeszcze nie poczuliście, że skorzystaliście z wehikułu czasu, pozostają jeszcze genialne zdjęcia będące zasługą Dariusa Khondija, operatora, z którym Allen współpracował już dwukrotnie.

  Pomimo tego, że trudno nie zarzucić w ostatnich latach Allenowi wtórności oraz spadku artystycznej formy, to nadal potrafi zaczarować swoich widzów na kilkadziesiąt minut. Zabawne dialogi, dobra gra aktorska, żonglerka parodią oraz absurdem, przeniesienie się w czasie, a także piękne zdjęcia gwarantują, że nie zmarnujecie czasu, jeśli zdecydujecie się na seans “Magii w blasku księżyca”.

Ocena: 7/10

Recenzja książki “Myszka w paski i pierwsza pomoc”: czyli jak mały człowiek ma pomóc drugiemu małemu człowiekowi

Nadszedł rok szkolny, a wraz z nim mój bratanek poszedł po raz pierwszy do przedszkola. Żeby umilić mu czas adaptacji ponownie zaczęłam nadsyłać mu książeczki (na które prawdopodobnie jest jeszcze za mały). Młody często zagląda na MiniMini+ lub na TVP ACB, choć nie wiem dokładnie, jakie bajki ogląda – w tym „Myszkę w paski”, która uczy przedszkolaki, jak zachowywać się w trudnych sytuacjach czy przedstawia dobre maniery, aby dzieci od najmłodszych lat znały zasady savoir-vivre. Nakładem Wydawnictwa Edipresse Książki ukazała się przed wakacjami książeczka, w której Myszka prezentuje standardy pierwszej pomocy.

Pozycja pod szyldem kanały MiniMini+ składa się z dziesięciu rozdziałów. Każdy traktuje o innym kłopocie zdrowotnym, który jest powszechny wśród najmłodszych. Myszka w paski opowiada historie związane z krwawiącym nosem, zakrztuszeniem, drzazgą w palcu, przemarzniętymi dłońmi, poparzeniem czy stłuczonym kolanem. Każdy rozdział zaczyna się od opowieści przedszkolaków – Lenki, Szymka, Zosi i Franka – przedstawiającej dany problem. Kończą się one w sposób, który nie jest najlepszy w przypadku, gdy mamy do czynienia z poszkodowanym maluchem. Wtedy wkracza Myszka w paski, która wyjaśnia dzieciom, jak powinny się zachować w danej sytuacji i poznajemy drugą wersję opowieści, w której postępują one zgodnie ze wskazówkami swojego zwierzęcego doradcy. Po jej przeczytaniu Myszka ponownie przypomina działania, które trzeba podjąć w konkretnym przypadku. Dopiero dziecko może przejść do zadań i zabaw mających na celu utrwalenie poznanych zasad.

Książeczka „Myszka w paski i pierwsza pomoc” przekazuje dzieciom wiedzę na temat umiejętności radzenia sobie w trudnych sytuacjach, wymagających opanowania. W każdym rozdziale podkreślona zostaje zdolność empatii, czyli mentorka przedszkolaków przypomina, aby poszkodowanego przyjaciela pocieszyć, ponieważ prawdopodobnie odczuwa ból. Dzięki temu pozycja, która przedstawia większość typowych dla dzieciaków okaleczeń czy dolegliwości, wiele zyskuje. Podkreślona niejednokrotnie zostaje rola dorosłych, których w niemalże każdym przypadku należy zawiadomić i poinformować o wypadku. Nie zapomniano także o nauce alarmowych numerów telefonów.

Zadania, mające na celu ugruntowanie wiedzy nabytej w trakcie czytania historyjki, są różnorakie. Od kolorowanek, przez labirynty czy szlaczki, po naukę słów (ćwiczenia mające na celu zaznaczenie wszystkich rysunków przedmiotów, których nazwa ma w sobie literę Ł) czy poznawanie norm rozsądnego ubioru adekwatnego do pogody. Na końcu każdego rozdziału znalazło się także miejsce na szkicownik, który dziecko może zapełnić w dowolny sposób.

„Myszka w paski i pierwsza pomoc” nie tylko uczy konkretnych zachowań czy podstawowej higieny, lecz także ogromnej wrażliwości. Każda historia zawiera w sobie przykłady empatii wśród dzieci, którą należy naśladować. Zadowala także wielokrotne powtarzanie reguł postępowania w trudnych sytuacjach, które wymagają od dzieci więcej niż w codzienności. Przypuszczam, że wielu rodziców będzie zadowolonych z efektów, jakie przyniesie praca z tą pozycją.

Ocena: 8/10

Recenzja filmu “Obdarowani”: niewykalkulowane Problemy Milenijne

Ileż to razy narzekam na podobne produkcje… Gwarancja „chusteczkowego seansu” (proszę bez skojarzeń, Panowie) pojawia się nie tylko na poziomie zwiastuna, lecz już w trzyzdaniowym opisie fabuły. Zazwyczaj wybieram tego typu filmy z pełną świadomością nadchodzącego rozczarowania, irytacji spowodowanych głównie manipulowaniem moimi emocjami. Jednak „Obdarowani” zachęcili mnie Chrisem Evansem… i, no cóż, musiałam wybrać jakiś film, który strawi moja mama, a w kinowym repertuarze żaden inny tytuł nie wpisywał się w jej standardy. Bo kogóż ma nie rozczulić płaczący Kapitan Ameryka opiekujący się kilkuletnią, w dodatku bardzo wyjątkową, dziewczynką?

Frank Adler (Chris Evans) mieszka w małym miasteczku na Florydzie zajmując się reperowaniem łodzi. Wychowuje siostrzenicę Mary (Mckenna Grace), która jest genialnym dzieckiem. Mężczyzna pragnie, aby dziewczynka uczyła się w zwykłej szkole, ponieważ taka była wola jej matki. Jednak, gdy Evelyn (Lindsay Duncan), matka Franka, dowiaduje się o jego planach względem Mary, wkracza do ich życia z pozwem i gromadą prawników. Czy uda się znaleźć rozwiązanie, które będzie satysfakcjonowało obie strony? Czy ktokolwiek wie, co jest najlepsze dla wybitnie uzdolnionej Mary?

„Obdarowani” zdają się być zlepkiem doskonale nam znanych filmów. Dostrzeżemy tam motywy fabularne obecne wcześniej w „Sprawie Kramerów”, „Pięknym umyśle” czy „Dowodzie”. Po tych dwóch zdaniach można odnieść wrażenie, że po raz kolejny oglądamy ten sam film. Nic bardziej mylnego. Marc Webb tylko pozornie tworzy prostą, łatwą w odbiorze ckliwą opowieść. Po kilku scenach orientujemy się, że w tym przypadku to nie historia łatwa, lecz wybija z niej jakaś prawdziwość.

Frank staje przed nielada dylematem, podobnie, jak i widz. Trudno nie dostrzec racji po dwóch stronach konfliktu. Z jednej strony rozumiemy troskę mężczyzny o to, aby siostrzenica nie podzieliła losu jego siostry, która nie wychowywała się z normalnymi dziećmi, mając normalne problemy i normalne rozrywki. Z drugiej, czujemy, że Evelyn, tak samo, jak Fran, chce dla dziewczynki dobrze. Chce pielęgnować jej unikatowy talent, który porzucił jej syn, a w pewnym sensie także córka. Dysonans moralny, który odbiorca odczuwa wraz z pozostałymi bohaterami pozostaje nawet po seansie i poznaniu zakończenia całej historii.

Twórca „500 dni miłości” niby kreuje klasyczną hollywoodzką historię, jednak da się w niej wyczuć pewien Sundance’owy klimat. Mimo wszystko to film kameralny, toczący się powoli w dość zamkniętym gronie bohaterów, z delikatnymi pastelowymi kolorami królującymi latem, mający kilka genialnych ujęć (jak ta o zachodzie słońca na plaży). Dochodzi do tego zgrabnie napisany scenariusz obfitujący w dojrzałe oraz dość kreatywne dialogi toczące się między Frankiem a Mary. To właśnie ta dwójka rozładowuje niewątpliwy ciężar historii, który wzrasta wraz z każdą kolejną minutą.

Znakomicie wypada młodziutka Mckenna Grace, której mimika oraz swoboda wywołują bardzo dużo emocji, a Chris Evans po raz kolejny udowadnia, że tak samo, jak w MCU, jego miejsce jest także w kinie indie. Lindsay Duncan jako stylowa femme fatale irytuje (czyli tak, jak być powinno), choć trudno nie przyznać jej bohaterce racji, a Octavia Spencer ponownie wciela się w postać, którą poznaliśmy w „Służących” – wrażliwą, lecz stanowczą oraz walczącą o siebie i najbliższych czarnoskórą kobietę.

„Obdarowanych” z łatwością można źle osądzić i odebrać go cynicznie. Jednak pod warstwą typowego ckliwego, wykalkulowanego na emocje obrazu, kryje się produkcja, która zadaje ważne pytania. Sposób radzenia sobie z genialnymi dziećmi oraz problemy moralne z tego wynikające często bazują na rodzinnych niesnaskach, gdy stajemy się egoistami i zapominamy o dobru dziecka. Zdecydowanie to jedna z lepszych produkcji tego lata oraz widmo szansy na powrót Marca Webba do kina bardziej niezależnego.

Ocena: 8/10

Recenzja książki ,,Chłopiec z Aleppo, który namalował wojnę”: Widzący kolorami

Pisanie książki o wojnie w Syrii jest z jednej strony odważne, a z drugiej strony można zostać posądzonym o wzbogacanie się na czyimś cierpieniu. Dlatego też do ,,Chłopca z Aleppo, który namalował wojnę” podchodziłam bardzo sceptycznie, bo nie wiedziałam, czego można się spodziewać? Czy krwawych opisów, czy może ckliwej opowieści wymuszającej łzy. Wojna to ciężki kawałek historii i na pewno nie taki, którego możemy być dumni. Najgorsze jest to, że dzieje się to na naszych oczach, które niestety tak bardzo próbujemy zamknąć, bo należy pamiętać, że pomimo całej nagonki na uchodźców w Syrii giną ludzie i są to ludzie niewinni i bezbronni. Właśnie to udowodniła mi książka. Czytaj dalej “Recenzja książki ,,Chłopiec z Aleppo, który namalował wojnę”: Widzący kolorami”