Recenzja filmu “Eisenstein w Meksyku”: niecodzienny epizod z życia reżysera

Peter Greenaway od lat ma na świecie rzesze wiernych fanów. Nie jest to reżyser w jakikolwiek sposób znany w maistreamie, lecz w gronie fanatyków X muzy, interesujących się zarówno kinem europejskim, jak i tym na świecie niszowym, znajdziemy tych, którzy na każdy film Brytyjczyka wyczekują z utęsknieniem. Z pewnością nie należę do tych widzów (przynajmniej jeszcze), jednak niejednokrotnie ten twórca zdołał mnie wprawić w osłupienie swoim kunsztem oraz magią obrazu. Jak więc na tle całego dorobku reżysera prezentuje się jego najnowsza produkcja – „Eisenstein w Meksyku”? Czy raczej powraca do poziomu genialnych filmów, takich jak „Kucharz, złodziej, jego żona i jej kochanek”, czy może to kolejny eksperyment, który nie do końca się udał?

1931 rok. Siergiej Eisenstein (Elmer Back) przybywa do Meksyku, aby nakręcić swój najnowszy film.Nie bardzo wie, o czym chce go zrobić, lecz chciałby zrealizować produkcję w kraju, w którym udała się rewolucja kilkanaście lat wcześniej niż w Rosji. Jednak w czasie wyjazdu jego priorytety ulegają zmianie. Już pierwszego dnia poznaje Paomino Canedo (Luis Alberti), który został mianowany jego osobistym przewodnikiem po tym egzotycznym kraju. Po kilku tygodniach pomiędzy mężczyznami zaczyna kwitnąć uczucie i rodzi się romans. Czemu Eisensteinowi nie udało się zrealizować „Que viva México!!”? Czy jego prywatne życie przyczyniło się do stłamszenia ambicji reżyserskich?

Kilkakrotnie na ekranie bohaterowie powtarzają, że „Październik” to film opowiadający o „dziesięciu dniach, które zaszokowały świat”. „Eisenstein w Meksyku” to zatem obraz o dziesięciu dniach, które zaszokowały Eisensteina. Bowiem Greenaway nie tyle skupia się na historii powstania obrazu, co na życiu prywatnym rosyjskiego reżysera. To obraz porażki człowieka, który do tej pory nie wiedział, czym jest seks, który po raz pierwszy prawdopodobnie się zakochał, który został zaślepiony przez uczucie, który nie doczekał się happy endu. Greenaway nie traktuje wcale o reżyserskiej porażce wielkiego filmowego geniusza. Niezwykle podoba mi się taka koncepcja, potraktowanie tematu w ten, a nie w inny sposób. Bo czyżby Greenaway byłby nadal Greenawayem, gdyby potraktował tę historię z powagą i spojrzał na nią od strony zawodowej?

Erotyzm między Eisensteinem a jego przewodnikiem wyczuwalny jest dopiero po kilku scenach. Co ważne, to napięcie między nimi nie wynika z atrakcyjności fizycznej, z pożądania, które generuje się jednym spojrzeniem. Główną rolę w ich romansie odgrywają ich mózgi. Wraz z łóżkowymi doznaniami doświadczają doznań intelektualnych – ich pierwszej wspólnej nocy towarzyszą dysputy dotyczące porównań między Starym Światem a Nowym. Wydaje się, jakby Eisenstein po raz pierwszy spotkał się z kimś, kto go rozumie, a jednocześnie potrafi zaakceptować jego dziwaczne zachowania.

Niestety, niejednokrotnie odnosiłam wrażenie, że do owej idei Greenawaya wdarł się niepotrzebny chaos. Reżyser niekiedy tak wiele chciał przekazać, że ogrom dygresji oraz aluzji przytłacza, a pewne frazy czy kadry bez celu powtarza aż do znudzenia. Owe nawiązania i dyskusje piętrzą się jedna po drugiej dotyczące historii kinematografii, polityki, historii czy zetknięcia się kultur obu światów. Jednak nie można mu odmówić pewnej fantazji w łączeniu aktorskiej kreacji Eisensteina z jego właściwą postacią. Nie dość, że pojawiają się zdjęcia archiwalne reżysera, to także na ekranie prezentują się zdjęcia osób, które żyły w tamtej epoce wraz z Eisensteinem. Bohater raczy nas opowieściami na temat podróży do Hollywood, wymienia kolejne nazwiska, a w wydzielonej części kadru pojawiają się ich portrety. Większość z nich to autentyczne historie, które wydarzyły się w życiu rosyjskiego reżysera, podobnie jak ta główna, czyli podróż do Meksyku i ta jedna filmowa porażka.

Wizualnie króluje barokowy wręcz przepych – niemalże pałacowe wnętrza hotelu to ich główny składnik. Żywe kolory czy misternie skomponowane kadry, jak ten z pochodem śmierci, to kolejny pokaz geniuszu Greenawaya. Niejednokrotnie reżyser dzieli ekran na trzy części, prezentując spojrzenie na tę samą scenę z różnych perspektyw bądź łączy zdjęcia archiwalne czy fragmenty Październiku, Strajku, Pancernika Potiomkina z tym, co dzieje się w filmie.

„Eisenstein w Meksyku” to film, który trudno ocenić, a może nawet przyswoić. Sama koncepcja Greenawaya niezmiernie mnie pociąga, lecz co dalej? Czy ten obraz nie wygląda na końcu jak wydmuszka przepełniona wielkimi hasłami, która zaraz pęknie? A może strona wizualna przyćmiewa oraz tonuje pewien nadmiar treści w wątkach pobocznych? Polecam ten film nie tylko fanom brytyjskiego reżysera, ale także tym, którzy pragną odkrywać nieznane oblicza filmowej Europy.

Ocena: 6/10

 

 

Ewa Nowicka

Ewa Nowicka

Mam zbyt wiele planów na siebie i nie mogę się zdecydować, który jest najlepszy.
Serialoholiczka uważająca, że kultura popularna jest równie ważna co ta niszowa, a czasem snobistyczna. Na zmianę odwiedza operę i multipleks w poszukiwaniu blockbusterów.
Miłośniczka literatury wszelakiej i stała bywalczyni koncertów.
Absolwentka filmoznawstwa na UŁ. Kosmetyczka. Menadżer sieci sklepów Drogerie Noel.
Publikuję również na: secretum.pl, duzeka.pl oraz filmaster.pl
Ewa Nowicka

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *