Recenzja książki “Kod Himmlera” Przemysława Piotrowskiego: odkrycie tajemnicy Wunderwaffe, czyli tajne misje Hitlera na Antarktydzie

„Kod Himmlera to debiut, który – jak większość w Polsce – przeszedł bez echa. A szkoda, bo rzadko na polskim rynku pojawiają się podobne pozycje – zarówno pod względem umiejętności prowadzenia fabuły, jak i samej gatunkowości.Przemysław Piotrowski umiejętnie połączył w swojej powieści cztery gatunki, tworząc mroczną książkę z odniesieniami do II wojny światowej oraz tajemnic XX wieku.

Na okładce utrzymanej w morskim, seledynowym kolorze widać zakrwawioną dłoń, która wystaje spod śniegu. Taka kolorystyka z pewnością inspirowana jest tym, jak wygląda dzień na Antarktydzie, w mroźnym klimacie. Z oddali widać zarysy dwóch postaci, podążających w nieznanym kierunku. Już po okładce możemy stwierdzić, że będzie to mroczna historia, w której nie zabraknie krwi oraz trupów.

Czytaj dalej “Recenzja książki “Kod Himmlera” Przemysława Piotrowskiego: odkrycie tajemnicy Wunderwaffe, czyli tajne misje Hitlera na Antarktydzie”

Recenzja filmu “Eisenstein w Meksyku”: niecodzienny epizod z życia reżysera

Peter Greenaway od lat ma na świecie rzesze wiernych fanów. Nie jest to reżyser w jakikolwiek sposób znany w maistreamie, lecz w gronie fanatyków X muzy, interesujących się zarówno kinem europejskim, jak i tym na świecie niszowym, znajdziemy tych, którzy na każdy film Brytyjczyka wyczekują z utęsknieniem. Z pewnością nie należę do tych widzów (przynajmniej jeszcze), jednak niejednokrotnie ten twórca zdołał mnie wprawić w osłupienie swoim kunsztem oraz magią obrazu. Jak więc na tle całego dorobku reżysera prezentuje się jego najnowsza produkcja – „Eisenstein w Meksyku”? Czy raczej powraca do poziomu genialnych filmów, takich jak „Kucharz, złodziej, jego żona i jej kochanek”, czy może to kolejny eksperyment, który nie do końca się udał?

1931 rok. Siergiej Eisenstein (Elmer Back) przybywa do Meksyku, aby nakręcić swój najnowszy film.Nie bardzo wie, o czym chce go zrobić, lecz chciałby zrealizować produkcję w kraju, w którym udała się rewolucja kilkanaście lat wcześniej niż w Rosji. Jednak w czasie wyjazdu jego priorytety ulegają zmianie. Już pierwszego dnia poznaje Paomino Canedo (Luis Alberti), który został mianowany jego osobistym przewodnikiem po tym egzotycznym kraju. Po kilku tygodniach pomiędzy mężczyznami zaczyna kwitnąć uczucie i rodzi się romans. Czemu Eisensteinowi nie udało się zrealizować „Que viva México!!”? Czy jego prywatne życie przyczyniło się do stłamszenia ambicji reżyserskich?

Kilkakrotnie na ekranie bohaterowie powtarzają, że „Październik” to film opowiadający o „dziesięciu dniach, które zaszokowały świat”. „Eisenstein w Meksyku” to zatem obraz o dziesięciu dniach, które zaszokowały Eisensteina. Bowiem Greenaway nie tyle skupia się na historii powstania obrazu, co na życiu prywatnym rosyjskiego reżysera. To obraz porażki człowieka, który do tej pory nie wiedział, czym jest seks, który po raz pierwszy prawdopodobnie się zakochał, który został zaślepiony przez uczucie, który nie doczekał się happy endu. Greenaway nie traktuje wcale o reżyserskiej porażce wielkiego filmowego geniusza. Niezwykle podoba mi się taka koncepcja, potraktowanie tematu w ten, a nie w inny sposób. Bo czyżby Greenaway byłby nadal Greenawayem, gdyby potraktował tę historię z powagą i spojrzał na nią od strony zawodowej?

Erotyzm między Eisensteinem a jego przewodnikiem wyczuwalny jest dopiero po kilku scenach. Co ważne, to napięcie między nimi nie wynika z atrakcyjności fizycznej, z pożądania, które generuje się jednym spojrzeniem. Główną rolę w ich romansie odgrywają ich mózgi. Wraz z łóżkowymi doznaniami doświadczają doznań intelektualnych – ich pierwszej wspólnej nocy towarzyszą dysputy dotyczące porównań między Starym Światem a Nowym. Wydaje się, jakby Eisenstein po raz pierwszy spotkał się z kimś, kto go rozumie, a jednocześnie potrafi zaakceptować jego dziwaczne zachowania.

Niestety, niejednokrotnie odnosiłam wrażenie, że do owej idei Greenawaya wdarł się niepotrzebny chaos. Reżyser niekiedy tak wiele chciał przekazać, że ogrom dygresji oraz aluzji przytłacza, a pewne frazy czy kadry bez celu powtarza aż do znudzenia. Owe nawiązania i dyskusje piętrzą się jedna po drugiej dotyczące historii kinematografii, polityki, historii czy zetknięcia się kultur obu światów. Jednak nie można mu odmówić pewnej fantazji w łączeniu aktorskiej kreacji Eisensteina z jego właściwą postacią. Nie dość, że pojawiają się zdjęcia archiwalne reżysera, to także na ekranie prezentują się zdjęcia osób, które żyły w tamtej epoce wraz z Eisensteinem. Bohater raczy nas opowieściami na temat podróży do Hollywood, wymienia kolejne nazwiska, a w wydzielonej części kadru pojawiają się ich portrety. Większość z nich to autentyczne historie, które wydarzyły się w życiu rosyjskiego reżysera, podobnie jak ta główna, czyli podróż do Meksyku i ta jedna filmowa porażka.

Wizualnie króluje barokowy wręcz przepych – niemalże pałacowe wnętrza hotelu to ich główny składnik. Żywe kolory czy misternie skomponowane kadry, jak ten z pochodem śmierci, to kolejny pokaz geniuszu Greenawaya. Niejednokrotnie reżyser dzieli ekran na trzy części, prezentując spojrzenie na tę samą scenę z różnych perspektyw bądź łączy zdjęcia archiwalne czy fragmenty Październiku, Strajku, Pancernika Potiomkina z tym, co dzieje się w filmie.

„Eisenstein w Meksyku” to film, który trudno ocenić, a może nawet przyswoić. Sama koncepcja Greenawaya niezmiernie mnie pociąga, lecz co dalej? Czy ten obraz nie wygląda na końcu jak wydmuszka przepełniona wielkimi hasłami, która zaraz pęknie? A może strona wizualna przyćmiewa oraz tonuje pewien nadmiar treści w wątkach pobocznych? Polecam ten film nie tylko fanom brytyjskiego reżysera, ale także tym, którzy pragną odkrywać nieznane oblicza filmowej Europy.

Ocena: 6/10

 

 

Recenzja serialu “The Affair”, sezonu pierwszego: o zdradzie w dwóch odsłonach

Ileż oglądaliśmy historii o rodzącym się uczuciu? Setki, tysiące, miliony. Ileż obejrzeliśmy opowieści o romansie, o zdradzie, o braku wierności, o namiętności? Trochę mniej setek, tysięcy i milionów. Czy kino lub telewizja są w stanie jeszcze opowiedzieć podobną historię w sposób porywający, niekonwencjonalny, świeży i zaskakujący? Jak się okazało, ku mojemu zdziwieniu, zdecydowanie tak. „The Affair” nie tyle ujmuje samą fabułą, co sposobem prowadzenia narracji, który jest zupełnie inny niż to, co do tej pory widzieliśmy w serialowym świecie.

Noah Solloway (Dominic West) jest pisarzem, ojcem czwórki dzieci i kochającym mężem. Wraz z nastaniem wakacji z całą rodziną opuszcza Nowy Jork, aby spędzić lato na sielskim odludziu, gdzie mieszkają tego teściowie.Początkowo zapowiada się jak kolejny, podobnie spędzony czas, w którym Noah będzie walczył ze swoją niemocą twórczą. Jednak zaraz na początku, w pierwszych dniach od przyjazdu na miejsce, mężczyzna spotyka Alison Bailey (Ruth Wilson). Pomimo tego, że oboje są w związkach małżeńskich, rodzi się pomiędzy nimi uczucie przepełnione namiętnością i pożądaniem. Czy ten romans skończy się po kilku spotkaniach? Czy ktoś dowie się o nim, zanim się skończy? Czy Noah i Alison porzucą swoich partnerów po to, aby być razem?

Jak już wspomniałam, „The Affair” opowiada z pozoru szablonową historię. Jednak twórcy zrobili wszystko, co mogli, aby widz spojrzał na nią z zupełnie innej perspektywy. Każdy odcinek bowiem został podzielony na dwie części – na tę, w której do głosu dochodzi Noah i na tę, w której swoją wersję opowiada Allison. Całą historię scalają jeszcze sceny z przesłuchania, na którym to właśnie dwójka głównych bohaterów referuje wszystko, co się zdarzyło w ciągu ostatnich tygodni. Niestety, odbiorca prędko się nie dowie, w jakiej sprawie jest to przesłuchanie, czemu ma służyć ani kiedy się rozgrywa (po zmianie wyglądu bohaterów możemy się jednak domyśleć, że minęło co najmniej kilka miesięcy).

Wydaje mi się, że zdarzenia opowiadane z perspektywy Noah częściej są bardziej przewidywalne, ukazujące pewne męskie, stereotypowe oczekiwania względem kobiet (choć może mój punkt widzenia uzależniony jest wyłącznie od mojej płci). W jego oczach Allison to ponętna, seksowna, uwodzicielska mężatka  zawsze zadbana, uśmiechnięta, pewna siebie. Podobnie prezentuje sam siebie – jako opiekuńczego ojca i zaangażowanego pisarza, który zbiera materiał do swojej nowej książki. Gdy spoglądamy na te same zdarzenia oczami Allison, spoglądamy na dwójkę zupełnie innych ludzi. Przede wszystkim kobietę cechuje raczej zagubienie, depresja, smutek, poddanie się sytuacji życiowej, w której się znalazła. W tej wizji już nie nosi delikatnego makijażu, a jej włosy trwają w nieładzie.

Gdy zestawiamy ze sobą dwie wersje wydarzeń okaże się, że nie tylko bohaterowie w zupełnie inny sposób postrzegają samych siebie, siebie nawzajem i zdarzenia, które doprowadziły do ich romansu (to chyba nie spoiler, skoro od pierwszego odcinka wiemy, jak prawdopodobnie skończy się ta historia), ale także kłamią. Niejednokrotnie co innego widzimy na ekranie, a co innego dociera do nas z głosu z offu. Okłamują policję, jak i siebie samych, mocno „koloryzując” bieg wydarzeń, które doprowadziły ich do danego momentu. Jedyne, co jest pewne, to to, że oboje skrywają jakieś tajemnice. Zarówno przed sobą, jak i przed światem.

Co ciekawe, bohaterowie wcale nie są skomplikowani – to typowi ludzie, których nagle dotknęło uczucie, którego wcale nie chcieli. Podminowani dramatami codzienności, pomimo posiadania kochających życiowych partnerów, nie mogą przestać się ze sobą spotykać i trwają dalej w tym uczuciu. Zdają sobie sprawę z konsekwencji (przecież to inteligentni ludzie, którzy podobnych historii również znają wiele) utrzymywania swojej relacji, ale emocje nimi targające są nie do ujarzmienia. Swoją drogą, „The Affair” w znakomity sposób ukazuje oddziaływanie tego romansu na otoczenie, w którym żyją bohaterowie.

Produkcja Hagai lebi oraz Sarah’y Treem nie byłaby jednak tak dobra i angażująca, gdyby nie dwójka brytyjskich aktorów (w amerykańskim serialu) wcielająca się w główne role. Pomiędzy Dominiciem Westem i Ruth Wilson czuć w jakiś sposób chemię i doskonałe zgranie na ekranie. Nie wiem, jak oni to zrobili, ale każdy odcinek pochłania wręcz ilością emocji, które się w nim znalazły. Aktorzy także znakomicie lawirują pomiędzy odgrywanymi przez siebie postaciami – w końcu tak naprawdę i West, i Wilson, odgrywają dwie role. W każdej z perspektyw są kimś innym, innym wyobrażeniem i odmienną wizją. Zaskakuje także Maura Tierney wcielająca się w żonę Noah, Helen, która swoją grą sporo dodaje tej przepełnionej emocjami postaci.

„The Affair” to studium namiętności, zdrady, rodzącego się romansu, które nie byłoby prawdopodobnie ciekawsze od niezłego melodramatu, gdyby nie sposób narracji i niezwykła chemia istniejąca między aktorami. Twórcy nie bali się ukazać kontrowersji, dużej ilości seksu, często bardzo odważnego, a w dialogach umieścić sporą ilość przekleństw. Mimo wszystko, wydaje mi się, że to historia wielce niejednoznaczna moralnie, w której trudno jest znienawidzić bohaterów za to, że pokochali kogoś innego. Przecież w życiu nie każdy musi mieć tylko jedną miłość, prawda?

Ocena: 8/10

Recenzja serialu “Atypowy”, sezonu pierwszego: o autyzmie wokół seksu

Ostatnio przy recenzji „Aż do kości” wspominałam, że Netflix chyba obrał sobie za cel ratowanie świata. Przy każdej możliwej okazji stara się uświadamiać swoich odbiorców w jakimś trudnym temacie społecznym. Tym razem padło na „Atypowego” i problem autyzmu. Jednak czy sam wzniosły temat umie podźwignąć cały serial? Czy jednak trzeba do tego dobrze napisanego scenariusza, ciekawie rozpisanych postaci, konsekwencji w prowadzeniu fabuły, jak w przypadku każdego poprawnie zrealizowanego serialu?

Sam (Keir Gilchrist) jest osiemnastolatkiem z autyzmem. Postanawia w końcu wejść w świat randek i zdobyć dziewczynę. Ewentualnie chociaż próbną dziewczynę, zanim będzie gotów poderwać i być w związku ze swoją terapeutką Julią (Amy Okuda). Sam mieszka z mamą (Jennifer Jason Leigh), ojcem (Michael Rapaport) i siostrą Casey (Brigette Lundy-Paine), którzy muszą dostosowywać całe swoje życie pod niego. Rodzinny świat kręci się wokół dziecka z autyzmem, lecz na jak długo, skoro dziecko postanowiło dorosnąć?

„Atypowy” jest serialem, który chce jak najgłębiej przedstawić problem życia ludzi z autyzmem oraz to, jak wygląda życie z taką osobą. Bohaterowie więc co i rusz wygłaszają monologi na temat wypowiadania się o ludziach z takim zaburzeniem (scena w trakcie spotkania grupy wsparcia, w której psycholog krytykuje wypowiedzi ojca Sama), skomplikowanych rytuałów, problemów, jakie stwarza obcowanie z autyzmem i o czym trzeba pamiętać. Jednak w większości wypadków twórcy owe przemowy postaci, szczególnie matki głównego bohatera, wciskają w scenariusz na siłę, tak, jakby tworzyli film edukacyjny do pokazywania w szkole. Ostatecznie efekt przedstawia się wielce nienaturalnie i niekoniecznie pomaga zrozumieć sedno problemu.

Połączenie dorastania, chęci uprawiania seksu z autyzmem mogłoby się wydawać poruszaniem pewnego tabu. Jednak twórcy czynią to w sposób tak infantylny, że wychodzi to niekiedy śmieszne w żenujący sposób. Komizm sytuacyjny w tym przypadku jest zabawny w momencie, gdy główny bohater rozumie, z czego ów komizm wynika. Lecz w większości przypadków nie rozumie. Widz może się wręcz złapać na tym, że śmieje się z autyzmu jako takiego i trudności, jakie przysparza ta choroba, zamiast próbować zrozumieć.

Poboczne wątki „Atypowego” mogłyby stworzyć co najmniej dwa odrębne seriale. Matka, której całe życie kręciło się wokół autyzmu, nagle zaczyna rozumieć, że zaczyna dla niej brakować miejsca w rodzinie, że przestaje być potrzebna, a jednocześnie – że w końcu potrzebuje wyjść ze swojej roli. Przynajmniej na kilka godzin dziennie. Kobieta niby ma cały grafik zajęty, ale prawie nie widać, gdy te obowiązki wykonuje czy, chociażby, pracuje. Swoje miejsce w tym momencie życia Sama znajduje ojciec, który do tej pory syna nieco się wstydził. Doradza mu w kwestiach randkowania, podejścia do kobiet oraz pomaga mu przejść przez ten nadwrażliwy moment dojrzewania. Siostra Sama, Casey (notabene świetnie zagrana rola Brigette Lundy-Paine), bardzo kocha swojego brata, lecz jej pozycja w rodzinie jest bardzo słaba. Rodzice, co niejednokrotnie w bezczelny sposób (naprawdę można to było zrobić inaczej) ukazują, stawiają dziecko z autyzmem na piedestale, zapominając często o przyszłości swojego drugiego potomka. Mimo, że każdy z tych wątków wydaje się bardzo interesujący (przynajmniej dla mnie), wszystkie zostały przedstawione w sposób wielce sztampowy i powierzchowny.

Ostatecznie „Atypowy” to pozytywny serial, któremu po prostu nie wychodzi realizacja początkowych założeń. Wszechobecna sztuczność wygłaszanych rad, brak realizmu, nadmiar niewłaściwego komizmu, słabo rozpisane, choć sympatyczne postacie, czynią z niego produkcję, która popełnia kardynalne błędy. „Atypowemu” zabrakło nieco poważniejszego podejścia, głębszego spojrzenia i być może zrezygnowania z połowy elementów komediowych, aby stać się obrazem, który warto zapamiętać.

Ocena: 7/10

Recenzja książki Daniela Silvy ,,Czarna wdowa”: Kobiety-bomby

W czasach ogarniętych terroryzmem, gdzie prawie codziennie otrzymujemy mrożące krew w żyłach informacje na temat ataków, zabójstw o podłożu terrorystycznym, naprawdę trzeba mieć odwagę, żeby napisać książkę o kobietach-samobójczyniach, które wysadzają się w imię Allaha. Tego wyzwania podjął się Daniel Silva – autor ,,Czarnej wdowy”. Nie jest to opowieść prawdziwa – jedynie fikcja literacka, ale na pewno swoje podłoże i inspirację miała w wydarzeniach, których jesteśmy obserwatorami. Czytaj dalej “Recenzja książki Daniela Silvy ,,Czarna wdowa”: Kobiety-bomby”

Recenzja książki ,,Projekt zdrowie. Szwedzki poradnik inteligenta”: Rusz się!

Większość osób, które mnie zna wie, że ostatnio dostałam świra na punkcie zdrowego żywienia i trybu życia. Staram się ograniczać śmieciowe jedzenie i zwiększać ruch do maksimum. Do tej pory chodziłam na treningi, a później siedziałam w mieszkaniu przy komputerze, czy książce – w pracy też cały czas na krześle. Dlatego też postanowiłam wprowadzić większą dawkę ruchu do codziennego funkcjonowania – dużo spacerować, jeździć na rowerze – a że pogoda sprzyja, to jak do tej pory wychodzi mi to idealnie. Jak wiemy Szwedzi są perfekcjonistami we wszystkim, dlatego też postanowili napisać książkę ,,Projekt zdrowie. Szwedzki poradnik inteligenta”.   Czytaj dalej “Recenzja książki ,,Projekt zdrowie. Szwedzki poradnik inteligenta”: Rusz się!”

Recenzja książki ,,Raki pustelniki” Anne B. Radge: Tajemnic część dalsza

Po przeczytaniu ,,Sagi rodu Neshov” stwierdziłam, że zakończenie było idealne – pozostawiło nam dużo do zastanowienia, przemyślenia i dopowiedzenia sobie. Dlatego też zdziwiłam się, gdy zobaczyłam, że Anne B. Radge napisała kontynuację – ,,Raki Pustelniki”. Byłam bardzo ciekawa, jak to wyszło, bo jak wiem z doświadczenia, czasami kolejne części nie są trafione. Jak będzie wyglądało życie po wyjawieniu tajemnicy, którą kryła rodzina? Jestem tego bardzo ciekawa, dlatego zacierałam ręce z niecierpliwości. Czytaj dalej “Recenzja książki ,,Raki pustelniki” Anne B. Radge: Tajemnic część dalsza”