Recenzja filmu “Aż do kości”: Netflix młodzież ratuje czy prowokuje?

Ostatnio coraz częściej odnoszę wrażenie, że Netflix chce ratować świat, a właściwie współczesną młodzież. Chce mówić o problemach, które bolą, które w popkulturze są obecnie często pomijane lub traktowane po macoszemu. Kilka miesięcy po premierze “13 powodów” pojawia się “Aż do kości”, produkcja o anoreksji. Jednak czy Netflixowi udaje się podjąć takie tematu szerzej, inaczej, głębiej? Czy twórcy wychodzą poza wygodne schematy, które funkcjonują obecnie w kulturze oraz ludzkiej świadomości? A może jednak próby na nic się nie zdają, a “Aż do kości” jest kolejny tekstem kultury, który o zaburzeniach odżywiania opowiada w ten sam sposób?

Ellen (Lily Collins) zmaga się z anoreksją. Przebywała już w niejednym ośrodku, lecz żaden nie sprawił, że zechciała wyzdrowieć. W końcu trafia do placówki doktora Beckhama (Keanu Reeves), w której stosowane są dość niekonwencjonalne metody leczenia…

“Aż do kości” prezentuje historię tzw. “stereotypowej” anorektyczki, która mocno osiadła w powszechnej świadomości. Biała Amerykanka, z bogatej rodziny, z nieco dysfunkcyjnego domu. Jednak w ośrodku, w którym przebywa jest kilkoro innych młodych osób zmagających się z zaburzeniami odżywiania. Nieco starsza dziewczyna, która jest w ciąży, chłopak, który wskutek kontuzji musiał porzucić swoją karierę w balecie, otyłą dziewczynę, która przełamuje stereotyp, że tylko chudzi ludzie mają tego typu problemy, a także osobę w stadium, w którym musi być karmiona dożylnie. To bardzo ciekawa plejada drugoplanowych postaci. Jednak jest to jednocześnie jeden z największych problemów tej postaci. Żadna z nich nie została rozwinięta, a przecież  o anoreksji wśród mężczyzn prawie się nie mówi, tak, jak o tym, że zaburzenia odżywiania mogą dotknąć każdego, nie tylko dziewczynę marzącą o patologicznie chudej figurze. Nie znajdziemy tutaj żadnego pogłębienia psychologicznego tych bohaterów, którzy mogliby stać się właściwie fundamentem całej produkcji oraz uczynić ją wyjątkową, wyłamującą się z konserwatywnego przedstawienia tego trudnego tematu.

Innowacyjność terapii w ośrodku ma polegać na niekonwencjonalnym podejściu Doktora. Problem zaczyna się w momencie, gdy zorientujemy się, że owego Doktora w filmie prawie nie widzimy. Na czym więc ma polegać kreatywność jego terapii? Że zostawimy pacjentów samopas? Nie będziemy ich kontrolować, tylko jak w przedszkolu przyznawać punkty za dobre sprawowanie? Jasne, kogo obchodzi, czy pacjenci obsesyjnie ćwiczą, robią brzuszki, czy mają środki przeczyszczające, czy nadal obsesyjnie wymiotują… Bardzo mało realizmu w tej opowieści, przez brak konsekwencji, co czyni ją po prostu… żadną i nijaką.

Twórcy omijają także niewygodnych scen. Tylko po trosze obserwujemy skutki fizyczne zaburzeń odżywiania, ponieważ bohaterzy głównie o nich mówią, lecz nie widzimy ich na ekranie. Z jednej strony cieszy to, że nie obserwujemy postaci w najgorszych stadiach fizycznych, z drugiej – brakuje w tej sferze cielesnej nieco dosadności.

Same motywy postępowania głównej bohaterki wydają się dość mętne. Rozumiemy, że ma popapraną rodzinę, dysfunkcyjną, w której realiach nie może się odnaleźć, lecz relacja między Ellen a jej macochą czy matką również nie zostaje przedstawiona w zbyt szczegółowy sposób. Problem leży w głównej mierze w samym metrażu filmu, który jest zdecydowanie za krótki, aby opowiedzieć o tak złożonym i skomplikowanym problemie, jakim jest anoreksja. Powtarzane w nim sceny, zachowania, mantry czy motta zdają się być wszystkim widzom doskonale znane. Zabrakło więc w tym jakiejś głębi, konkretu, historii z krwi i kości. Wydaje mi się, że jednym z niewielu jasnych aspektów jest ukazanie romantycznej relacji dwóch młodych osób z podobnymi problemami (mimo, że można to uznać za kolejną sztampę).

“Aż do kości” jest produkcją zbyt spłyconą, aby mogła rzeczywiście konsekwentnie opowiedzieć o zaburzeniach odżywiania. Jedynie owa relacja dwojga młodych ludzi, którzy przechodzą przez podobne piekło emocjonalne i brak kontroli nad własnym życiem w jakiś sposób mnie przekonała. Może wynika to wyłącznie z własnych doświadczeń, ponieważ wiem, jak doskonale porozumiewa się człowiek z takimi samymi dysfunkcjami psychicznymi. Netflix po raz kolejny utknął “w konserwie”, utrzymał się w standardach i ryzach, nie przełamując tabu w żaden sposób. Może następnym razem się uda.

Ocena: 5/10

Ewa Nowicka

Ewa Nowicka

Mam zbyt wiele planów na siebie i nie mogę się zdecydować, który jest najlepszy.
Serialoholiczka uważająca, że kultura popularna jest równie ważna co ta niszowa, a czasem snobistyczna. Na zmianę odwiedza operę i multipleks w poszukiwaniu blockbusterów.
Miłośniczka literatury wszelakiej i stała bywalczyni koncertów.
Absolwentka filmoznawstwa na UŁ. Kosmetyczka. Menadżer sieci sklepów Drogerie Noel.
Publikuję również na: secretum.pl, duzeka.pl oraz filmaster.pl
Ewa Nowicka

2 przemyślenia nt. „Recenzja filmu “Aż do kości”: Netflix młodzież ratuje czy prowokuje?

  1. Już po samej Twojej recenzji widać, że faktycznie ten film został potraktowany po macoszemu. Czasami lepiej, aby bohaterowie zostali pokazani w najgorszych stadiach, niż żeby wszystko kręciło się wokół suchej opowieści. No nie wiem, według mnie, dzięki zobrazowaniu tych sytuacji, film mógłby bardziej mnie poruszyć? Bardziej wpłynąć na moje emocje? Nie lubię filmów, których tematyka dotyka bolesnych doświadczeń, a emocji, które powinny oddziaływać na widza, nie ma tam zbyt wiele. Obejrzę z czystej ciekawości ten film, ale na nic specjalnego i wyjątkowego nie będę się nastawiała, bo widzę, że nie ma to najmniejszego sensu.

    1. Myślę, że tak, jak sama zauważyłaś – filmowi zabrakło pewnej dosadności. Mogła ona zostać pokazana przez zobrazowanie najgorszych etapów tej wyniszczającej choroby lub w jakiś inny, bardziej kreatywny sposób, nawet przez uniknięcie banału w dialogach. Obejrzyj, ciekawa jestem, czy się ze mną zgodzisz. 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *