Recenzja książki Grahama Mastertona: ,,Siostry krwi”: Potworne siostrzyczki

Muszę zacząć niestety złą informacją – ale ,,Siostry Krwi” Grahama Mastertona to jak na razie ostatnia książka z cyklu o Katie Maguire. Ciężko było mi w związku z tym zabrać się do czytania, bo zarówno chciałam, ale i nie chciałam włączyć się w tą przygodę. Chciałam – bo temat jest świetny, kolejny raz autor rozprawia się z Kościołem, tym razem biorąc pod lupę zakonnice. A nie chciałam, bo wiedziałam, że będę cierpiała na tzw. ,,kac po książkowy’’.  Ale w końcu zebrałam się w sobie i sięgnęłam po ,,Siostry krwi”, a jest to dla mnie pozycja na tyle wyjątkowa, że z autografem Mistrza. Czytaj dalej “Recenzja książki Grahama Mastertona: ,,Siostry krwi”: Potworne siostrzyczki”

Recenzja książki ,,Za zamkniętymi drzwiami” B. A. Paris: Spodziewaj się najgorszego

 

W podróż zazwyczaj staram się zabierać nie książki w wydaniu papierowym, tylko mojego ukochanego kindla, na którym również mam masę pozycji do przeczytania. Wśród różnych z nich znalazłam ,,Za zamkniętymi drzwiami” B. A. Paris. Stwierdziłam, że będzie to dobra, szybka lektura, która tylko ma na celu umilić mi lot samolotem. Jednak w trakcie czytania nie chciałam lądować bez skończenia! Czytaj dalej “Recenzja książki ,,Za zamkniętymi drzwiami” B. A. Paris: Spodziewaj się najgorszego”

Recenzja filmu “Aż do kości”: Netflix młodzież ratuje czy prowokuje?

Ostatnio coraz częściej odnoszę wrażenie, że Netflix chce ratować świat, a właściwie współczesną młodzież. Chce mówić o problemach, które bolą, które w popkulturze są obecnie często pomijane lub traktowane po macoszemu. Kilka miesięcy po premierze “13 powodów” pojawia się “Aż do kości”, produkcja o anoreksji. Jednak czy Netflixowi udaje się podjąć takie tematu szerzej, inaczej, głębiej? Czy twórcy wychodzą poza wygodne schematy, które funkcjonują obecnie w kulturze oraz ludzkiej świadomości? A może jednak próby na nic się nie zdają, a “Aż do kości” jest kolejny tekstem kultury, który o zaburzeniach odżywiania opowiada w ten sam sposób?

Ellen (Lily Collins) zmaga się z anoreksją. Przebywała już w niejednym ośrodku, lecz żaden nie sprawił, że zechciała wyzdrowieć. W końcu trafia do placówki doktora Beckhama (Keanu Reeves), w której stosowane są dość niekonwencjonalne metody leczenia…

“Aż do kości” prezentuje historię tzw. “stereotypowej” anorektyczki, która mocno osiadła w powszechnej świadomości. Biała Amerykanka, z bogatej rodziny, z nieco dysfunkcyjnego domu. Jednak w ośrodku, w którym przebywa jest kilkoro innych młodych osób zmagających się z zaburzeniami odżywiania. Nieco starsza dziewczyna, która jest w ciąży, chłopak, który wskutek kontuzji musiał porzucić swoją karierę w balecie, otyłą dziewczynę, która przełamuje stereotyp, że tylko chudzi ludzie mają tego typu problemy, a także osobę w stadium, w którym musi być karmiona dożylnie. To bardzo ciekawa plejada drugoplanowych postaci. Jednak jest to jednocześnie jeden z największych problemów tej postaci. Żadna z nich nie została rozwinięta, a przecież  o anoreksji wśród mężczyzn prawie się nie mówi, tak, jak o tym, że zaburzenia odżywiania mogą dotknąć każdego, nie tylko dziewczynę marzącą o patologicznie chudej figurze. Nie znajdziemy tutaj żadnego pogłębienia psychologicznego tych bohaterów, którzy mogliby stać się właściwie fundamentem całej produkcji oraz uczynić ją wyjątkową, wyłamującą się z konserwatywnego przedstawienia tego trudnego tematu.

Innowacyjność terapii w ośrodku ma polegać na niekonwencjonalnym podejściu Doktora. Problem zaczyna się w momencie, gdy zorientujemy się, że owego Doktora w filmie prawie nie widzimy. Na czym więc ma polegać kreatywność jego terapii? Że zostawimy pacjentów samopas? Nie będziemy ich kontrolować, tylko jak w przedszkolu przyznawać punkty za dobre sprawowanie? Jasne, kogo obchodzi, czy pacjenci obsesyjnie ćwiczą, robią brzuszki, czy mają środki przeczyszczające, czy nadal obsesyjnie wymiotują… Bardzo mało realizmu w tej opowieści, przez brak konsekwencji, co czyni ją po prostu… żadną i nijaką.

Twórcy omijają także niewygodnych scen. Tylko po trosze obserwujemy skutki fizyczne zaburzeń odżywiania, ponieważ bohaterzy głównie o nich mówią, lecz nie widzimy ich na ekranie. Z jednej strony cieszy to, że nie obserwujemy postaci w najgorszych stadiach fizycznych, z drugiej – brakuje w tej sferze cielesnej nieco dosadności.

Same motywy postępowania głównej bohaterki wydają się dość mętne. Rozumiemy, że ma popapraną rodzinę, dysfunkcyjną, w której realiach nie może się odnaleźć, lecz relacja między Ellen a jej macochą czy matką również nie zostaje przedstawiona w zbyt szczegółowy sposób. Problem leży w głównej mierze w samym metrażu filmu, który jest zdecydowanie za krótki, aby opowiedzieć o tak złożonym i skomplikowanym problemie, jakim jest anoreksja. Powtarzane w nim sceny, zachowania, mantry czy motta zdają się być wszystkim widzom doskonale znane. Zabrakło więc w tym jakiejś głębi, konkretu, historii z krwi i kości. Wydaje mi się, że jednym z niewielu jasnych aspektów jest ukazanie romantycznej relacji dwóch młodych osób z podobnymi problemami (mimo, że można to uznać za kolejną sztampę).

“Aż do kości” jest produkcją zbyt spłyconą, aby mogła rzeczywiście konsekwentnie opowiedzieć o zaburzeniach odżywiania. Jedynie owa relacja dwojga młodych ludzi, którzy przechodzą przez podobne piekło emocjonalne i brak kontroli nad własnym życiem w jakiś sposób mnie przekonała. Może wynika to wyłącznie z własnych doświadczeń, ponieważ wiem, jak doskonale porozumiewa się człowiek z takimi samymi dysfunkcjami psychicznymi. Netflix po raz kolejny utknął “w konserwie”, utrzymał się w standardach i ryzach, nie przełamując tabu w żaden sposób. Może następnym razem się uda.

Ocena: 5/10

Recenzja książki “Alfabet aktywnie. Kolorowanka”: pierwsza edukacja dla przedszkolaka

Mamą jeszcze nie jestem, ale coraz częściej interesuję się pozycjami dla najmłodszych czytelników. Wiecie, jak to się mówi, prawda? „Ale te dzieci szybko rosną!” Nim się obejrzałam mój bratanek skończył już trzy lata. Odziedziczył po mnie całą kolekcję bajek Disneya oraz pozycje, które dla mnie i mojego brata (a jego ojca), były ważną częścią naszego dzieciństwa (jak np. „Porwanie Baltazara Gąbki”). Jednak ostatnimi czasy zaczęłam się rozglądać za książeczkami bardziej edukacyjnymi, które pomogą Lewkowi przygotować się do pójścia do przedszkola, co nieuchronnie zbliża się wielkimi krokami.

„Alfabet aktywnie. Kolorowanka” to jeden z pierwszych tego rodzaju tytułów, który ode mnie otrzyma. Książka ma za zadanie nauczyć dziecko wszystkich liter polskiego alfabetu za pomocą zabaw, a przede wszystkim kolorowanek. Jednak znajdziemy w niej o wiele więcej. Każdy rozdział, czyli każdą literkę, przedstawia zwierzę oraz wierszyk o nim. Maluch zaczynający swoją edukację poznaje zatem nie tylko alfabet, ale także całą plejadę stworzeń żyjących na naszej planecie.

Poznając daną literkę dziecko może także zacząć ćwiczyć swoją pamięć ucząc się, zazwyczaj czterowersowego, wierszyku o danym zwierzęciu. Niektóre z nich nawet wy możecie kojarzyć z najmłodszych lat, jednak wiele z nich jest autorska i niestandardowa. Jeśli mówimy o pierwszych krokach w danym rozdziale jedynie jedna rzecz mnie nie przekonuje – przedstawienie zwierząt w 3D. Książka sygnowana przez kanał telewizyjny TVP ABC powinna wykazać się nieco ciekawszą prezentacją graficzną, tym bardziej, że dla niektórych dzieci będzie to pierwsze spotkanie z alfabetem oraz lekturą edukacyjną.

„Alfabet aktywnie. Kolorowanka” proponuje najmłodszym wiele możliwości rozwoju swoich zmysłów plastycznych oraz rozwija kreatywność. Bardzo dużo w niej kolorowania, wobec tego nadaje się idealnie dla dzieci w wieku wczesno przedszkolnym. Znajdziemy tutaj też ćwiczenia na naukę rysowania oraz bardzo dużo zadań z tzw. „szlaczkami”. To są te najprostsze treningi na inwencję oraz pomysłowość maluchów.

Niemniej, zastaniemy także cały szereg ćwiczeń rozwijających naukę logicznego myślenia, takich, jak różnego rodzaju labirynty czy zadania na spostrzegawczość, takich, jak „znajdź różnicę” lub lustrzane odbicia. Autorzy książki nie zapomnieli także, aby przygotować dzieci do pierwszych kroków w szkole. Dziecko dzięki niej dowie się m.in. co to są sylaby, jakie wyróżniamy figury geometryczne, pozna podstawowe kolory, pory roku, warzywa oraz owoce, a nieco bardziej szczegółową wiedzę uzyska na temat niektórych zwierząt. Jednocześnie niejednokrotnie pojawią się zadania na liczenie. Młody czytelnik będzie miał dzięki temu okazję przećwiczyć wszystkie cyfry.

„Alfabet aktywnie. Kolorowanka” to pozycja, którą śmiało wysyłam swojemu ponad trzyletniemu bratankowi. Pomimo tego, że mam zastrzeżenia co do oprawy graficznej (nieco karykaturalnego przedstawienia zwierząt techniką 3D), to same zadania wydają się być idealne dla dzieci w wieku czterech, pięciu lat. Nie rozwijają tylko jednego rodzaju umiejętności, ale wpływają zarówno na kreatywność, jak i na naukę logicznego myślenia, dostarczając podstawowej wiedzy i ćwicząc pamięć najmłodszych.

Ocena: 7/10

Za egzemplarz książki dziękuję:

Recenzja książki ,,Odyseja nowojorska” Kristophera Jansma: Odyseja, tym razem mało kosmiczna

Mogę zgadywać, ale myślę, że większość z nas na każdym etapie życia mówiła sobie: ,,nasza przyjaźń przetrwa wszystko”, i pomimo rozczarowania dalej brnęliśmy w tym przekonaniu, nawet doświadczając, że nie zawsze tak jest. Kto z nas dwudziesto-kilko latków nadal trzyma się ze swoją najlepszą paczką z podstawówki, gimnazjum, liceum, czy studiów? Jestem pewna, że nie znajdziemy wiele takich przypadków, a to dlatego, że ludzi zmieniają się, wybierają różne drogi, rozjeżdżają się, jedni zakładają rodziny, inny rzucają się w wir pracy, a jeszcze inni zostają wiecznymi imprezowiczami. Do tych wyjątków, których przyjaźń przetrwała czas należą Sarah Sherman, jej chłopak George Murphy, Jacob Blaumann William Cho i Irene Richmond. Czas ich nie rozdzielił, ale czy uda się to zupełnie innemu, nie przewidzianemu przez żadne z nich wydarzenie, czy po ukończonych studiach i wkroczeniu w dorosłe życie nadal będą tą samą zgraną paczką? Czytaj dalej “Recenzja książki ,,Odyseja nowojorska” Kristophera Jansma: Odyseja, tym razem mało kosmiczna”

Recenzja książki ,,Przepisy na szczęście”: Piękno w prostocie – czerp z natury

W moje ręce trafiła kolejna książka kucharska. Chociaż nie wiem, czy to pojęcie jest nadal aktualne, może powinno mówić się, książka z przepisami? Bo obecne wydania nie są stricte księgami kucharskimi, jakie pamiętam z dzieciństwa. Teraz to piękne, kolorowe wydania ze zdrowymi przepisami. Tym razem na warsztat postanowiłam wziąć ,,Przepisy na szczęście” Mai Sobczak, która wcześniej wydała ,,Qmam kaszę” (przyznaję – jeszcze nie czytałam, ale może nadrobię zaległości. Jak w moich oczach wypadła ta pozycja? Czytaj dalej “Recenzja książki ,,Przepisy na szczęście”: Piękno w prostocie – czerp z natury”

Recenzja książki “Wstyd” Rachel Van Dyken, trzeciego tomu serii “Zatraceni”: wszystkie dusze naprawione, czyli ostatnia z księżniczek znajduje księcia

Wydaje mi się, jakby premiera „Utraty” była zaledwie wczoraj. Seria „Zatraceni” ukazała się w Polsce w błyskawicznym tempie, a jeszcze szybciej zyskała przychylność tak wielu czytelniczek New Adult. Pierwszy tom był nieco schematyczny, cukierkowy, lecz świetnie się go czytało; drugi – prezentował się bardziej dorośle, trochę mroczniej; a trzeci? „Wstyd” na szczęście nie popada w sztampowość i przedstawia się jeszcze poważniej. Powiela błędy z poprzednich tomów serii, lecz z łatwością można spostrzec, jak duży poczyniła Rachel Van Dyken postęp w konstruowaniu fabuły.

Podobnie jak poprzednio na okładce widnieje zdjęcie młodej, około dwudziestoletniej dziewczyny. Utrzymany w chromatycznych barwach projekt przedstawia z pewnością główną bohaterkę. Postać ma założony na głowę kaptur oraz nosi skórzaną kurtkę; wyraźnie zaznaczony został makijaż. Dziewczyna sprawia wrażenie lekko zagubionej, lecz przy tym odważnej i zdeterminowanej (modelka może się pochwalić naprawdę przepięknymi oczami).

Lisa, przyjaciółka dwóch małżeństw – Wesa i Kiersten oraz Gabe’a i Sailor, podobnie jak niegdyś jej bliscy, nosi ze sobą bagaż wspomnień oraz cierpienia z przeszłości. Kiedyś przeszła przez prawdziwe piekło, za sprawą swojego chłopaka, o czym do dzisiaj nie może zapomnieć. Jej drogi przecinają się z tajemniczym Tristanem, jednym z wykładowców na jej kierunku. Początkowo mężczyzna jest do niej bardzo wrogo nastawiony, bo Lisa prawdopodobnie związania jest ze śmiercią osoby, na której mu zależało. Pomiędzy tą dwójką iskrzy namiętność, która zajmuje miejsce początkowej niechęci. Czy uda im się uporać z przeszłością? Czy śmierć Taylora wpłynie na ich relacje? Czy Lisa może się już czuć bezpiecznie?

Historia przedstawiona we „Wstydzie” wydaje mi się być jeszcze bardziej mroczna, ociekająca niebezpieczeństwem niż ta w „Toxic”. W tym tomie najlepiej widać, że to seria niejako o ratowaniu samego siebie, o tym, że ludzie, których spotykamy na naszej drodze mogą być tymi, na których czekaliśmy całe życie. O tym, że nawet w wieku kilkunastu lat można się spotkać z poważnymi problemami, z jakimi zazwyczaj borykają się dorośli. O mocy wybaczania oraz o sile zmian, które wprowadzamy w naszą codzienność. O radzeniu sobie z kolejną emocją, kolejnym piętnem, jakim jest wstyd i stawianie czoła popełnionym niegdyś czynom. Wiem, że brzmi to dość płytko, lecz w rzeczywistości być może właśnie takie przekazy najlepiej docierają do kształtujących się dopiero Młodych Dorosłych?

Mimo, że już po kilkudziesięciu stronach oraz poznaniu wszystkich postaci można się z łatwością domyślić zakończenia powieści, nie ujmuje to temu, że to książka, którą znakomicie, lekko się czyta. Dużo zasługi w tym, że po pierwszej części Van Dyken zrezygnowała z bazowania wyłącznie na fabularnych stereotypach. Podobnie jak „Toxic”, nie jest to powieść przerażająco sztampowa. Dodatkowo, pewien rys thrillera czyni ją jeszcze bardziej wciągającą

Ku mojemu rozczarowaniu i tym razem nowy bohater prezentuje się wręcz idealnie. Tristan to już trzeci książę z bajki, jeszcze bardziej majętny i bogaty niż Gabe i Wes razem wzięci. W dodatku jest zaskakująco dobry, cierpliwy oraz wyrozumiały (pomimo płonącej w nim namiętności nie rzuca się od razu na Lisę). Niestety, wszyscy bohaterowie są do bólu doskonali, a jedyne z czym walczą to czyny z przeszłości, których konsekwencje wciąż odczuwają – dopóki nie zaznają katharsis.

Porównując historię Lisy ze „Wstydu” z zarysowaniem jej charakteru w poprzednich tomach pojawiają się pewne niezgodności. W trzecim tomie poznajemy ją jako dziewczynę, która boi się dotyku, a każda znajomość dość szybko się dla niej kończy. W pierwszym przedstawiana była raczej jako ta, która facetów miała na pęczki (a przynajmniej ja ją tak zapamiętałam – pewną siebie, zdecydowaną, flirtującą). Niekiedy odnosiłam wrażenie, że główna bohaterka została w finalnej części bardzo spłaszczona, pomimo, że poprzednie tomy zapowiadały postać raczej dynamiczną i o wiele ciekawszą.

Po raz kolejny Rachel Van Dyken zastosowała dwutorową narrację – wydarzenia śledzimy z perspektywy Lisy oraz Tristana. Tym razem początku rozdziałów zostały jeszcze wzbogacone o fragmenty dziennika Taylora, które opowiadają o wydarzeniach z przeszłości oraz prezentują, jak bardzo zmienił Lisę i jak duży miał na nią wpływ.

Pomimo ewidentnych, irygujących wad, w tym nadmiernej słodyczy i zbyt idealnych bohaterów, uważam, że „Zatraceni” to naprawdę przyzwoita, gatunkowa seria. Wciągająca, być może pouczająca dla młodszych, dorastających odbiorców, trzymająca w napięciu, a przy tym nie obsceniczna czy wulgarna. Zazwyczaj unikam podobnych książek jak ognia, lecz Rachel Van Dyken sprawiła, że udało mi się przekonać do niezobowiązujących młodzieżówek i zacząć je doceniać. Mam nadzieję, że autorka jeszcze czymś nas zaskoczy.

Ocena: 7/10

Recenzja książki Beaty Pawlikowskiej ,,Pyszna książka kulinarna”: Kolorowo i warzywnie, ale przede wszystkim zdrowo!

Ostatnio i mnie pochłonęła fala zdrowego jedzenia. Nie wiem czy to moda, czy po prostu społeczeństwo zaczęło bardziej o siebie dbać i zwracać uwagę na to co je, jakiej jakości są kupowane produkty, czy aby nie zostały za bardzo przetworzone. Równolegle z tym trendem zauważyć można wzmożoną ostatnimi czasy aktywność fizyczną ludzi. I nawet jeżeli inni śmieją się i mówią, że to tylo taka moda i pozory – to ja chętnie tutaj mogę być wyśmiewana i będę podążała za tą modą. BA! Nawet chwalę sobie to, że właśnie takie rzeczy są teraz na fali, czyli świadomość tego, co nas otacza, tego jak złe produkty mają na wpływ na nasz organizm. Przepisów poszukuję głównie w internecie, jednak ciężko jest odnaleźć się w tym gąszczu i masie stron poświęconych zdrowemu odżywianiu, a co za tym stoi czasem ,,pseudo-ekspertkom”. Przeczytałam już jedną książkę kulinarną, która wyszła spod pióra Pani Beaty Pawlikowskiej i często do niej zaglądam, dlatego też z miłą chęcią i ciekawością sięgnęłam po ,,Pyszną książkę kulinarną”, ponieważ wiem, że kto jak kto, ale podróżniczka przede wszystkim ceni sobie zdrową i nieprzetworzoną żywność. Czytaj dalej “Recenzja książki Beaty Pawlikowskiej ,,Pyszna książka kulinarna”: Kolorowo i warzywnie, ale przede wszystkim zdrowo!”