Recenzja serialu “Belfer”, sezonu pierwszego: cała Polska kryminalna

7742747.3Od dłuższego czasu (czyt. kilka lat) prowadzę z mamą spór na temat polskich seriali. Ona twierdzi, że produkcja takie, jak „Na wspólnej” wykazują taki sam poziom jak np. „Gotowe na wszystko”. Niejednokrotnie rodzicielka upierała się, że polskie seriale też mogą być dobre (szczególnie, gdy oglądała „Czas honoru”), a ja sprzeciwiałam się pokazując jej „House of Cards”. Pokochała produkcję z Kevinem Spacey’im, ale jej wrodzony patriotyzm kazał jej wierzyć, że w Polsce też tak dobrze zrealizowany obraz mógłby powstać. A teraz zobaczyłam „Belfra” i mówię: „Mamo, przepraszam, że nie wierzyłam w Polskę serialową”.

W niewielkim miasteczku dochodzi do tragedii – ginie młoda dziewczyna. W kilka dni po jej śmierci do Dobrowic przyjeżdża Paweł Zawadzki (Maciej Stuhr), nauczyciel języka polskiego. Od momentu przybycia do miasteczka podejmuje śledztwo na własną rękę. Dlaczego Zawadzkiego tak interesuje śmierć nastolatki? Co wydarzyło się w jej życiu, że umarła tak młodo? Na jaw wyjdą wszystkie, nawet te długo skrywane, tajemnice, które obciążają sumienia mieszkańców miasteczka.

Na wstępnie warto zaznaczyć, że za scenariusz serialu odpowiada między innymi Jakub Żulczyk. Mimo, że dla pisarza to pierwsze takie doświadczenie, od pierwszego odcinka możemy dostrzec, jak mocno jego styl odbija się w sposobie prowadzenia historii czy nadawania klimatu. Budowane napięcie nie jest wyłącznie zasługą bardzo dobrego montażu, ale także precyzyjnie skonstruowanego scenariusza.

„Belfer” to opowieść wielowątkowa – wątki mnożą się niczym trupy w powieściach Agathy Christie, przeplatając się, łącząc ze sobą czy uzupełniając. Jednak nie można narracji czy dramaturgii zarzucić jakiegokolwiek chaosu. Wszystkie wątki wydają się ważne, mimo że niektóre mogłyby zająć nieco więcej ekranowego czasu, jak ten dotyczący romansu głównego bohatera z pewną miejscową silną kobietą.

Produkcja Łukasza Palkowskiego, odpowiedzialnego za wielokrotnie nagradzanych „Bogów”, zaskakująco dobrze portretuje specyfikę małego miasteczka. Po pierwsze, w gruncie rzeczy wszyscy się mniej więcej znają – czyli nawet jeśli nie są na Ty, każdy zna nazwisko każdego. Po drugie, do tej pory w takich miejscowościach funkcjonują pewne stereotypowy wizerunków. W niemalże każdym podobnym miejscu spotkamy skorumpowanego policjanta, rodzinę trzymającą władzę i grupę biznesmenów współpracujących z radą miasta, aby zarobić krocie. Wierzcie mi, że to nie są wymysły kreatywnych filmowców, tylko nadal funkcjonująca rzeczywistość. Przy czym warto zaznaczyć, że Dobrowice nie prezentują się jako miasteczko, w którym nieprawdopodobnie często ściele się trup. Zdaje się to całkiem realna i przekonująca wizja.

„Belfer” to także dość wiarygodny portret współczesnej młodzieży. Nauczyciele zwracają uczniom uwagę, gdy ci palą papierosy, zamiast dzwonić do rodziców; picie piwa przed rozpoczęciem roku szkolnego przedstawione jest jako coś normalnego, a bunt wobec rodziców jest czymś oczywistym. W tym kontekście niekiedy kuleją jedynie dialogi. Nie wystarczy wrzucić trochę slangu, parę przekleństw, aby zrozumieć sposób porozumiewania się młodzieży. Zresztą, komunikacja między młodymi ludźmi zmienia się bardzo dynamicznie. Ba, nie jestem pewna, czy na pewno zrozumiałabym dzisiejszych 18-latków.

Niebagatelną siłą serialu są także niejednoznaczne postacie. Tutaj nikt nie jest dobry czy zły; nie ma czerni i bieli. Każdy z bohaterów prezentuje swoje odcienie szarości (może oprócz jednej, którą z łatwością można znienawidzić). Nawet Zawadzki ma na koncie swoje grzeszki, amoralność, pochopność w podejmowaniu decyzji czy zbytni egoizm. W pewnym momencie można wręcz pomyśleć, że niemalże każdy z mieszkańców Dobrowic przyczynił się w jakimś stopniu do śmierci nastolatki. W końcu ona też nie różniła się od reszty – prezentowała się jako idealna uczennica i prymuska, a skrywała sekrety, które mogły zniszczyć jej przyszłość.

Jednak przy kreacji tych postaci dużą rolę odegrali także aktorzy – scenariusz i poprowadzenie obsady to nie wszystko. Dawno w polskiej telewizji nie można było zobaczyć takiego kunsztu oraz zaangażowania. Maciej Stuhr nie szarżuje, wygrywa swoje akcenty, grając trochę stereotypowego polonistę, trochę buntownika, trochę faceta, który przez brak walki o swoje, pozostał w życiu sam. Ale to nie on jest tutaj prawdziwą perełką. Sebastian Fabijański prawdopodobnie gra podobną rolę co w „Pitbullu”, ale w tym wydaniu staje się o wiele bardziej wiarygodny. Gangster z uczuciami, z zasadami, honorem. Obok niego świetnie spisuje się Grzegorz Damięcki (tak, z tych Damięckich), który nie miał do tej pory okazji tak mocno zabłysnąć na małym czy dużym ekranie. Jego umiejętności to najwyższy poziom talentu i pracy, co widać szczególnie przy scenach wybuchów złości. Do tego dochodzi plejada młodych aktorów, o których powinniśmy jeszcze nie raz usłyszeć. Mateusz Więcławek to niebywały zdolniacha – wybitnie sobie radzi z nakierowaniem widza na konkretne emocje, których wymaga scenariusz, a Paulina Szostak mogłaby w przyszłości stać się femme fatale lub delikatną, skrzywdzoną dziewczyną. W „Belfrze” pokazała, że jest prawdziwym aktorskim kameleonem. Jedyną nieudźwigniętą, zniszczoną rolą zdaje się być ta Pawła Królikowskiego, który odstaje na tle reszty aktorów – chociażby Krzysztofa Pieczyńskiego, Łukasza Simlata czy Piotra Głowackiego.

Po pierwszym sezonie „Belfra” śmiało mogę powiedzieć, że dla mnie to jeden z najlepszych polskich seriali. I to nie tylko ostatniej dekady. Wbrew zdaniu niektórych odbiorców uważam, że nie można mu przepisać odpowiednika jakiegoś zagranicznego serialu. To świetnie zrealizowany kryminał, trzymający w napięciu, z mrocznym, ciężkim klimatem, nie przesadzony w żadnym momencie. A w dodatku przedstawiający nasze rodzime podwórko a nie mieścinę w USA. Kto jeszcze nie widział niech zobaczy przed jesienią, bo już niebawem doczekamy się drugiego sezonu serialu Palkowskiego.

Ocena: 8/10

88888

Recenzja książki “Księga morza, czyli jak złowić rekina giganta z małego pontonu na wielkim Oceanie o każdej porze roku” Mortena A. Stroksnesa: na dnie oceanu

Stroksnes_Ksiega-morza_mKsiążki podróżnicze zawsze mnie fascynowały – zaczynałam od Cejrowskiego, Pawlikowskiej czy Fiedlera. Od dawna, niestety, w ręce nie wpadła mi żadna książka właśnie z tego gatunku. Aż usłyszałam o ,,Księdze Morza” Mortena A. Stroksnesa. Sam tytuł jest bardzo zachęcający: ,,Księga Morza, czyli jak złowić rekina giganta z małego pontonu na wielkim Oceanie o każdej porze roku”. Piękne wydanie i oprawa graficzna okładki również zachęcają do nabycia tej pozycji do swojej własnej biblioteczki. Czy jednak warto? Czy książka odbuduje moje zamiłowania do literatury przyrodniczej?

Po pierwsze, co może zdziwić, ,,Księga morza” to nie czysto gatunkowa pozycja podróżnicza. Prezentuje się także jako książka naukowa, która nauczy nas wiele na temat morskiego życia. Dowiemy się jak na początku świata kształtowały się lądy czy oceany, jak rozwijało się życie na ziemi i w wodzie. Książka nas naucza, lecz, całe szczęście, nie w nudny, szkolny sposób. Autor we wręcz porywający sposób opowiada interesujące informacje o szeroko pojętym morzu, o których prawdopodobnie byśmy nigdy się nie dowiedzieli siedząc w szkolnej ławce. Czytaj dalej “Recenzja książki “Księga morza, czyli jak złowić rekina giganta z małego pontonu na wielkim Oceanie o każdej porze roku” Mortena A. Stroksnesa: na dnie oceanu”

Recenzja filmu “Strażnicy Galaktyki vol. 2”: galaktyczne dramaty rodzinne

7779933.3Gdy w 2014 roku na ekrany kin wchodzili „Strażnicy Galaktyki” niewielu widzów się tym faktem zainteresowało, a jeszcze mniej wybrało na seans. Nawet część fanów filmowego Iron Mana czy Thora przeszło obok tego tytułu obojętnie. Produkcja nie została szczególnie wypromowana, w porównaniu do wcześniejszych tworów MCU. Dlatego tak dużym zaskoczeniem okazała się jakość „Strażników Galaktyki” oraz to, jak szybko podbiła serca nie tylko miłośników komiksów. Dla dużej części widowni stali się oni najlepszym produktem MCU. Dlatego też oczekiwania wobec części drugiej były ogromne, mimo że nadzieję na znakomite kino podsycało nazwisko Jamesa Gunna.

Tym razem Strażnicy Galaktyki rozpoczynają swoją przygodę od obrony pewnej bogatej planety przed obślizgłym przybyszem z innego ciała niebieskiego. Niefortunnym zbiegiem okoliczności (nazywanym też bezmyślnością Rocketa) nasi najemnicy muszą uciekać przed atakiem władczyni Ayeshy. W trakcie ucieczki przychodzi im na pomoc nieznajomy, wyglądający jak człowiek. Okazuje się, że Peter Quill spotyka swojego ojca. Czy tatuś okaże się tym, za kogo się podaje i zostaną naprawione więzi rodzinne? Co ze Strażnikami Galaktyki, jeśli Star Lord będzie chciał pozostać na planecie swojego ojca?

„Strażnicy Galaktyki vol. 2” opowiadają o relacjach międzyludzkich oraz o radzeniu sobie z rodziną. Właściwie każdy z grupy w taki czy inny sposób mierzy się ze swoją przeszłością, popełnionymi błędami czy problemami z tatusiem. Jednak nie zaznacie tutaj patosu czy moralizatorskiego tonu. James Gunn tak prowadzi historię, aby nadać jej nieco poważniejszy, trochę mroczniejszy klimat, unikając pogrzebania tych elementów, które sprawiały, że „jedynka” była produkcją tak wyjątkową.

Reżyser zgrabnie łączy powagę, humor, groteskę czy ironię, nie popadając w zbędne eksploatowanie któregokolwiek z tych środków. Wszystko stanowi wspaniale skomponowaną całość w klimacie Kina Nowej Przygody, gdzie zarówno oprawa wizualna, jak i struktura fabularna są tak samo istotne. James Gunn, także jako autor scenariusza, dopracowuje elementy swojej opowieści w najdrobniejszych szczegółach, pokazując piękno swojej wizji galaktyki, również za pomocą wybitnie zrealizowanych efektów specjalnych. Nie zaniedbuje przy tym żadnego z bohaterów ani ich problemów.

Ilość popkulturowych odniesień wydaje się niemalże niezliczona. To seans, który każdy geek powinien powtarzać raz do roku, dlatego że za każdym razem wyłapie nowy smaczek. Istna uczta dla fana popkultury okraszona dużą ilością śmiechu będzie przyjemnym doświadczeniem przez lata. Wątpię, aby istnieli tacy fani MCU, którzy do produkcji nigdy nie powrócą.

Ciężko stwierdzić, kto tak naprawdę kradnie całe „show”. Drax i Groot wydają się przodować – pierwszy z nich za pomocą niewybrednych żartów, prostoty i zaraźliwego śmiechu, drugi – za sprawą swojej słodkości. Jednak niektóre sceny należą do Star Lorda i Gamory, którzy w uroczy, licealny sposób udają, że nic ich nie łączy. Nie można zapomnieć także o Rockecie wiecznie sprzeczającym się z Quillem, który jest „fajniejszy”, „lepszy” i bardziej „cool”. Yondu odgrywa o wiele większą rolę niż w poprzedniej części, potrafiąc tym razem rozmiękczyć serce widza i go wzruszyć.

„Strażnicy Galaktyki vol. 2” to także genialnie dobrany soundtrack, czyli „Awesome Mix vol. 2”. Nieprzypadkowy zbiór piosenek, gdzie każda z nich komentuje akcje, jest integralną częścią fabuły. Po raz kolejny spotkamy się ze smaczkami lat 80., czyli takimi artystami jak Cat Stevens czy Electric Light Orchestra.

Drugie spotkanie z bandą galaktycznych outsiderów okazało się tak wyśmienitą rozrywką jak odkrycie ich na kinowym ekranie po raz pierwszy. James Gunn wykorzystał to, co udało się w „jedynce”, jednak zapewnił widzom jeszcze więcej emocji, niekiedy bardzo skrajnych. Autonomiczna opowieść MCU powinna przypodobać się także tym, którzy z owym uniwersum nie mają zbyt wiele wspólnego. Duch kosmosu, luzu, Kina Nowej Przygody powinien zadowolić każdego widza szukającego przyzwoitej, blockbusterowej rozrywki. A o to obecnie coraz trudniej.

Ocena: 9/10

99999

Recenzja książki ,,Powrót do starego domu” Ilony Gołębiewskiej: odnaleźć szczęście

79c2eee39bWspominałam kiedyś, jak bardzo nie lubię określenia ,,literatura kobieca”. Jednak książkę Ilony Gołębiewskiej ,,Powrót do starego domu” mogę takim mianem nazwać – i to bez żadnego przytyku, czy krytyki. Ta książka jest taka od samego początku. Nawet, gdy spojrzymy na okładkę wiemy, że będzie to historia przeznaczona głównie dla kobiet. Książka ma być o miłości, wybaczeniu, a przede wszystkim o  wspomnieniach ukrytych w starym domu. Czy kolejna pozycja o odkrywaniu przyszłości to nie z  dużo dla mnie? Czy ,,Powrót do starego domu” nie będzie kolejną ckliwą książką?

Naszą główną bohaterkę – Alicję – poznajemy w prawdopodobnie najgorszym momencie jej życia.  Zostawił ją mąż dla młodszej kochanki z którą spodziewają się dziecka. Jest w trackie sprawy rozwodowej, która do łatwych nie należy, bo Paweł żąda, by orzeczenie o rozpadzie małżeństwa było z jej winy. A to przecież Alicja jest najmniej winna, jednak według niego, to że nie mogła dać mu dziecka i poroniła dwa razy stanowi o jej winie. Całe szczęście, ma najlepszą przyjaciółkę – Dorotę, która pomaga jej w stawaniu na nogi i ogarnianiu rzeczywistości. Równie pomocny jest mąż Doroty – Maciej, który jako prawnik prowadzi sprawę rozwodową. Alicja, by odstresować się, odpocząć i spojrzeć na sprawy z innej perspektywy, odciąć się od problemów, za namową Doroty, postanawia zamieszkać na jakiś czas w starym domu z lat jej dzieciństwa w Pniewie. Niezamieszkany dom wymaga renowacji, jednak właśnie w nim Ala znajduje ukojenie i odcina się od spraw związanych z Warszawą. Powoli zaczyna pochłaniać ją życie w małej społeczności – remontuje dom, nawiązuje kilka znajomości. Między innymi z Rafałem, który zabiega o względy singielki. W międzyczasie oczywiście wraca do niej chłodna rzeczywistość i sprawa rozwodowa, jednak Dorota, jak i Maciej pomagają swojej przyjaciółce.

Pewnego dnia w swoim ogrodzie Alicja zauważa małego chłopca, który bawi się w astronautę. Z dnia na dzień zaczynają się do siebie przekonywać, a Alicja poznaje jego straszną historię – mały Michałek jest sierotą, a wychowuje go starsza babcia Jasia. W końcu relacje pomiędzy Alicją, babcią Jasią i Michałkiem stają się coraz bardziej rodzinne. O względy Ali zaczyna ubiegać się dwóch panów. W międzyczasie dowiadujemy się historii jej rodziny, a także szukania odpowiedzi na pytanie, dlaczego rodzice z dnia na dzień postanowili opuścić Pniewy i zamieszkać w Warszawie.

,,Powrót do starego domu” to książka lekka i przyjemna. Przede wszystkim o poszukiwaniu siebie, odnajdywaniu szczęścia i spokoju ducha. Alicja jest bardzo zdziwiona tym, jak  starsi ludzie z tej małej społeczności ją zapamiętali a  w szoku jest, gdy ci ludzie ją rozpoznają, po tylu latach nie pokazywania się w Pniewach. Alicja nawiązuje szereg znajomości, których nie potrafiła budować będąc w małżeństwie z Pawłem i mieszkając w Warszawie. W wieku trzydziestu siedmiu lat uczy się, jak wygląda przyjaźń, miłość, tęsknota, a także poleganie na sobie.

W historii znajdziemy wiele wątków i wiele różnych postaci. Zaczynając od Alicji – dość naiwnej i dobrodusznej kobiety, jednak wierzącej, że dobro jest w każdym, włączając w to Dorotę i Macieja – małżeństwo z pozoru szczęśliwe, jednak przechodzące przez kryzys, rodziców Alicji, którzy pomimo, że nie żyją pozostają w jej pamięci,  tak samo jak dziadek. Specyficzną osobą jest Dziad, czyli miejscowy staruszek, który jest przez wszystkich unikany, a dorośli straszą nim swoje dzieci, ale Alicja jako jedyna stara się zrozumieć jego historię, co doprowadzi  ją do wielu odkryć. Rafał – zaborczy mężczyzna zakochany w Alicji po uszy, a także Adam, który jest zdystansowany. Najważniejszą jednak postacią jest mały Michałek, który razem z Alicją buduje rodzinę, pokazuje jej czym jest miłość i to, że warto mieć marzenia i je spełniać. Dzięki tym wszystkim ludziom Alicja zdaje sobie sprawę, że szczęście to ludzie i miłość.

Od początku wiedziałam czego się spodziewać po ,,Powrocie do starego domu” oraz jak dalej będą toczyć się losy bohaterów – takie historie są przewidywalne, ale może właśnie za to są lubiane przez czytelników?  Nie musimy zbyt dużo się wysilać, a miło spędzamy czas na relaksującej powieści, która zabiera nas do starego domu, wiejskiego klimatu, poszukiwania szczęścia i pokazuje nam, że jest ono na wyciągniecie ręki, ze nawet jeżeli jesteśmy w najgorszym momencie życia, to szczęście samo do nas przyjdzie, nie należy go szukać, ale tez nie można się przed nim bronić i zamykać drzwi. I taka właśnie jest książka Ilony Gołębiewskiej – refleksyjna, ciepła, z poczuciem humoru, a momentami wzruszająca.

 

Ocena: 8/10

88888

Recenzja książki “Magia olewania” Sarah Knight: budżet rzeczy, na których nam zależy

magia-olewania-b-iext47920349Należą do tego typu osób, które wiecznie się przejmują. Przejmuję się, gdy robię imprezę i zastanawiam się, czy kupiłam wystarczającą ilość coli; gdy ktoś niespodziewanie mnie odwiedza, a ja nie mam zmytej podłogi; gdy niezbyt uprzejmie odezwę się do przyjaciółki i myślę, czy się na mnie obraziła. Przeżywam wszystko za bardzo i zdecydowanie brakuje mi dystansu. Przy czym (co oczywiste) jestem osobą szalenie nieasertywną, dającą się wykorzystywać i mówiącą na wszystko „TAK”. Gdy na jednej z promocji wypatrzyłam „Magię olewania” od razu pomyślałam, że prawdopodobnie ta lektura nie zmieni mojego życia, ale może przyczyni się do podjęcia małych kroków, aby nieznacznie je ulepszyć. Czy filozofia Knight okazała się stworzona dla mnie? Czy to kolejny poradnik powtarzający to samo, co inne?

Sarah Knight pewnego dnia porzuciła pracę w korporacji i rozpoczęła karierę wolnego strzelca. Ta decyzja pozwoliła jej na nieprzejmowanie się tym, co zawsze ją irytowało, a co robiła tylko i wyłącznie ze względu na innych. W „Magii olewania” przedstawia nowy sposób na życie, czyli metodę, jak zacząć odpuszczać rzeczy, które są nieistotne oraz jak zacząć oddzielać to, czym się powinniśmy przejmować, od tego o czym nie warto nawet myśleć.

Temat gospodarowania swoim czasem to obecnie temat niezwykle nośny. Niemalże każdy, niezależnie od wieku, zadaje sobie pytanie, jak w dobie wszechobecnego pędu wyselekcjonować rzeczy ważne, ważniejsze i nieważne. Powstaje na ten temat coraz więcej poradników, cieszących się mniejszym lub większym zainteresowaniem. Czym wyróżnia się w szczególności „Magia olewania”? To pozycja szalenie zabawna, która gwarantuje wbrew pozorom liczne wybuchy śmiechu i niezłą rozrywkę. Najwięcej radości przynoszą przykładowe sytuacje przytaczane przez autorkę, z którymi każdy w taki, czy inny sposób w swoim życiu się zetknął. To również znakomity sposób, aby łatwiej dotrzeć do czytelnika, zmobilizować go i sprawić, że szybciej utożsami się z historią Knight.

Już na samym początku Amerykanka zaznacza, że reorganizacja „budżetu rzeczy, na których nam zależy” to dość długi proces, wymagający konsekwencji oraz samoświadomości. Metoda Zero Żalu uwzględnia trzy podstawowe zasady – szczerość, uprzejmość i tzw. „nie bycie suką”. Wydaje się, że rzeczy, o których pisze, są dość oczywiste dla większości czytelników. Nawet tych, którzy, tak, jak ja, cierpią na nadmierne przejmowanie się oraz stresowanie sprawami, które tak naprawdę ich nie obchodzą.

Jak w podobnych lekturach znajdziemy strony, które za zadanie ma wypełnić sam czytelnik. Głównie to miejsca na wypisanie rzeczy, które zamierzamy zacząć olewać, a które są dla nas istotne. Autorka zwraca się do czytelnika wprost, pisze do niego per „ty”, to kolejny zabieg mający na celu zmniejszenie dystansu.

To, czego zabrakło mi w lekturze, to brak większych konkretów, aby przystąpić do działania. Niestety, nie poczułam się zmobilizowana do tego, aby zmienić swoje życie. Zdaję sobie sprawę, że powinnam pozmieniać priorytety, jednak nie znalazłam naprawę rozwiązania, pomimo wykonania wszystkich zadań. Czy olewanie niektórych spraw może sprawić, że będziemy szczęśliwsi? Z pewnością. Jednak czy nieranienie uczuć innych to taka prosta sprawa? Wątpię. Nie zawsze będziemy potrafili przekonująco, szczerze i uprzejmie komuś wyjaśnić, że ta konkretna sprawa, która wpływa na tę osobę, nas zwyczajnie nie obchodzi. Obawiam się, że niektóre metody przytoczone przez autorkę mogą spowodować zniszczenie relacji międzyludzkich, na którym nam zależy.

„Magia olewania” sprawdziła się jako przyjemne, łatwo podane, źródło rozrywki. W prosty sposób utożsamimy się z autorką oraz jej historią, wyłapując elementy wspólne dla naszych żyć. Pomimo, że metoda Zero Żalu brzmi pięknie, uważam, że w praktyce nie zawsze się sprawdzi. Olewanie może być zgubne oraz egoistyczne, dlatego wszędzie warto znaleźć konsensus. Czasem wyjście na quiz do pubu z przyjaciółmi (czego nie znosimy), nie jest takie złe, jeśli im sprawi to radość. A radość naszych bliskich to nasza radość, czyż nie?

Ocena: 6/10

6666

Recenzja książki “Pomieszkanie” Grega Baxtera: modernizm, niedopowiedzenia, jednostka i ludzkość

Baxter_Pomiesz_F-337x535Obecnie, w natłoku informacji, pracy, obowiązków i z nadmiarem stresu, nawet najbardziej wymagający czytelnicy prawdopodobnie częściej zwracają uwagę na samą fabułę powieści, a nie jej język czy styl. Okazuje się, że stwierdzenie “dzisiaj więcej osób pisze książki niż je czyta” wcale nie jest tak absurdalne, jak mogłoby się z pozoru wydawać. Rynek wydawniczy zostaje zarzucany kilkudziesięcioma premierami miesięcznie, a prym wiodą przede wszystkim reprezentanci literatury kobiecej czy fantastyka. Mimo, że zwracamy uwagę na barwne opisy, nadal o tym, czy wciągnie nas książka decyduje przede wszystkim sama akcja. Nie dziwię się więc, że w morzu owych propozycji gdzieś umknęła szerszemu gronu debiutancka powieść Grega Baxtera. Bowiem “Pomieszkanie” to pozycja niezwykle enigmatyczna, w której najważniejszy jest właśnie sam język i sportretowanie jednocześnie jednostki, jak i całego pokolenia.

Możecie zupełnie się ze mną nie zgodzić, ale przy pierwszym spojrzeniu na okładkę powieści, byłam przekonana, że oto prezentuje się kolejny kryminał. Przedstawia zimny, opustoszały, miejski krajobraz, w którego centralnym punkcie znajduje się mężczyzna. Maszeruje przed siebie, zwrócony tyłem do czytelnika. W jego postawie wyczuć można pewną rezygnację, poddanie się, pogodzenie z tym, co jest.

Zimne, zaśnieżone europejskie miasto. Czterdziestojednoletni Amerykanin pomimo, że przeprowadził się tam już jakiś czas temu, wciąż mieszka w hotelu. Postanawia znaleźć lokum, w którym mógłby zatrzymać się na dłużej. Nie ma niczego, oprócz kilku książek, jednak dysponuje całkiem niezłymi zasobami finansowymi. Nie mówi chętnie o sobie, dopiero, gdy musi przyznaje się, że służył na misji wojskowej w Iraku. W zamarzniętym europejskim miasteczku poznaje Saskę – dwudziestopięcioletnią dziewczynę, która pragnie zostać kolekcjonerem sztuki. Imprezowiczkę, która podchodzi do życia z wielkim dystansem, zaczyna łączyć z mężczyzną coś więcej niż tylko zwykła znajomość.

“Pomieszkanie”, wbrew pozorom, to powieść, która traktuje o wielu bardzo ważnych, współczesnych sprawach. Ważnych zarówno w zakresie jednostki, jak i w zakresie pokolenia. Zacznijmy jednak od tej drugiej. Po pierwsze, nasi bohaterowie to ludzie, którzy są zupełnie z innych światów. Nie dość, że dzieli ich kilkanaście lat różnicy, przez co ich życiowe doświadczenia zupełnie się różnią, to pochodzą także z innych kontynentów. Taka konfrontacja powoduje zarówno konieczność dostosowywania się na takim codziennym poziomie zwyczajów i tradycji, jak i pewne niezrozumienie na poziomie postrzegania świata. Bowiem każde z nich wychowywało się w innym świecie. Szybko zmieniający się świat spowodował, że szesnaście lat różnicy pomiędzy nimi tworzy ogromną przepaść nie do przeskoczenia.

Amerykanin, wojskowy, służył w Iraku. Wie, czym jest przemoc, która musiała się stać dla niego codziennością. Saska reprezentuje już pokolenie, która z wojną nie miało nic wspólnego. Dodatkowo to, że jest Europejką ma w tym kontekście ogromne znaczenie. Amerykanie po II wojnie światowej zdołali wywołać już niejedną wojnę i zaburzyć spokój w więcej niż jednym kraju. Europejczycy, doświadczeni o wiele bardziej zniszczeniem i powojenną traumą, robią wszystko, aby uniknąć przemocy. Stali się o wiele bardziej tolerancyjni (przynajmniej w teorii), wyrozumiali, pomocni wobec innych nacji.

Dawno nie czytałam powieści, która tak ujęłaby mnie spojrzeniem na współczesny świat i nas samych. Baxter bardzo słusznie porównywany jest do Ernesta Hemingwaya czy Harukiego Murakamiego. Ze stron “Pomieszkania” wypływa chwytający za serce nostalgiczny nastrój, przed którym nie można przejść obojętnie. Tutaj nie znajdziecie akcji – znajdziecie Was samych i uczucia, które są Wam o wiele bliższe niż zdajecie sobie z tego sprawę.

Ocena: 8/10

88888

Recenzja książki “Tajemnica zamku”, pierwszego tomu sagi rodu Cantendorfów Krystyny Mirek: romans, śmierć i tajemnice

saga-rodu-cantendorfow-tom-1-tajemnica-zamku-b-iext47447486Czasem potrzebujemy się oderwać od świata rzeczywistego, nawet od literatury ,którą czytamy na co dzień i zrobić coś ,,na opak”. Nawet nasz mózg domaga się tzw. „resetu” . I takim właśnie literackim odmóżdżaczem jest ,,Tajemnica zamku” Krystyny Mirek – książka nawet została przedstawiona jako pozycja ,,lekka”, dlatego nie wymagam od niej górnolotnych treści, ani tego, że wniesie coś ważnego do mojego życia i wywróci je do góry nogami. Miałam nadzieję, że umili mi czas; sprawi, iż na chwilę oderwę się od tego, co czytam zazwyczaj, czyli od fantastyki, kryminału i zaprowadzi mnie do świata intryg, możnowładców, romansów i zamkowego życia. Czy to się udało?

Każda z poślubionych przez hrabię kobiet po pewnym czasie umiera w niewyjaśnionych okolicznościach, jednak nie można go za nic oskarżyć, ponieważ są to zazwyczaj przyczyny naturalne. Jednak dziwnie składa się, że wszystkie po kolei odchodzą. Kolejne boją się go poślubić, a mężczyzna musi mieć przecież potomka. Dlatego też rodzina Miltonów, będąca na skraju bankructwa, chce, aby ich najmłodsza córka wyszła za hrabiego Aleksandra, co pomogłoby im pozbyć się przeogromnych długów. Jak to zazwyczaj bywa córka ma już miłość swojego życia i ani na myśl jej nie przyjdzie, żeby zostać żoną hrabiego. Kochanka Aleksandra – Isabelle – jest mężatką, lecz jej mąż nie przywiązuje do niej wielkiej wagi. Dla niej zaś liczy się, że jest starszy i ma ogromny majątek, który po jego śmierci będzie jej przepisany. Dlatego też ze swoim romansem nie może się za bardzo publicznie obnosić. Jednak, gdy mąż umiera, na jaw wychodzą niespodziewane sekrety, a miłość i związek Izabelle z młodym hrabią staje pod znakiem zapytania.

W ,,Tajemnicy zamku” pojawia wiele barwnych bohaterów – typowych dla tego właśnie gatunku literackiego. Między innymi przedstawione zostają: „wiedźma”, której wszyscy się boją – chodzą nawet plotki, że to ona stoi za śmiercią żon hrabiego;  Izabella – podlotek uwikłany w romans, który wyszedł za mąż wyłącznie dla pieniędzy i swojej wygody; dwie siostry – Kate i Amelia – będące swoimi przeciwieństwami. Pierwsza z nich to raczej chłopczyca, a druga to zakochana romantyczka. Ich rodzice to małżeństwo na skraju bankructwa. Można ich określić jako ludzi, którzy od dawna nie mają ze sobą nic wspólnego i nie dzielą nawet ze sobą łózka, a łączy ich jedynie formalność oraz potomstwo. W powieści pojawia się także dużo ciotek, dam dworu, które, jak to zazwyczaj bywa, są najmądrzejsze i chcą znaleźć jak najlepszą żonę dla Aleksandra. Gosposia, która wręcz nie może zaakceptować Izabelli i robi jej na złość to najciekawsza reprezentantka służby. Każda z tych postaci została ukształtowana dość sztampowo oraz rozpisana według typowego dla tego typu powieści schematu. Wiemy, czego możemy się po nich spodziewać, ich zachowania i wybory nie będą nas ani dziwić, ani szokować.

Książka Krystyny Mirek jest napisana językiem prostym, takim , jakim powinna – łatwo przyswajalnym dla czytelnika. Odbiorca przy tej lekturze nie powinien zbyt dużo myśleć, a jedynie odprężyć się i bezboleśnie ,,przejść” przez powieść. Przy okazji sami możemy wytężyć nasze komórki i zastanowić się, jakie sekrety kryje w sobie zamek Cantendorów.

,,Tajemnica zamku” to książka nade poprawna, wpisująca się we wszystkie warunki i założenia tego gatunku. Nie zaskoczy nawet niewytrwanego czytelnika, jednak nie powinna nikogo zbytnio zanudzić. Chociaż jest mi bardzo daleko od czytania tego typu książek, to na pewno nie uważam, że jest to lektura zła. Raczej należy do gatunku mniej ambitnych, nastawionych na czystą rozrywkę. Tak, jak wiele osób ogląda seriale w telewizji, typu ,,Na wspólnej” czy ,,M jak Miłość”, to właśnie dla tych osób dedykowana jest książka autorstwa Krystyny Mirek.

Ocena: 6/10

66666

Recenzja książki “Beduinki na Instagramie” Aleksandry Chrobak: nowoczesność walczy z tradycją

beduinki-na-instagramie-moje-zycie-w-emiratach-w-iext43178097W stereotypowej świadomości Zjednoczone Emiraty Arabskie mogą kojarzyć się z brakiem deszczu, wiecznym upałem, wieżowcami, dwoma porami roku (przy czym trudno nam, Polakom, byłoby odróżnić jedną od drugiej) i kobietami, które mają mało praw oraz zawsze noszą na twarzy zasłony. Nawet jeśli odrzucimy to schematyczne myślenie, nie wyobrazimy sobie takiego obrazu tego świata, który przedstawia nam Aleksandra Chrobak. Nie powiem, że to miejsce, w którym chciałabym mieszkać, lecz z pewnością to miejsce zaprezentowane zostało przez młodą polonistkę w taki sposób, w jaki żadne media go nam nie zaprezentowały do tej pory.

Okładka książki to zdjęcie najbardziej charakterystycznego miejsca w Emiratach, czyli Meczetu Szejka Zajeda. Połowę projektu zajmuje napisany na błękitnym tle (tak błękitnym jak przepiękne, bezchmurne niebo jakie można tam spotkać) białymi literami tytuł książki. Nad nim znalazło się miejsce dla imienia oraz nazwiska autorki, sporządzonego w nieco jaśniejszym odcieniu błękitu. Oba napisy, oprócz przepięknego tła, zdobią także wzory typowe dla tamtejszych witraży. Czytaj dalej “Recenzja książki “Beduinki na Instagramie” Aleksandry Chrobak: nowoczesność walczy z tradycją”