Recenzja książki ,,Wszystko jest dobrze w moim świecie” Beaty Pawlikowskiej: kolorowo i mądrze

wszystko-jest-dobrze-w-moim-swiecie-b-iext46998873Zbiór myśli Beaty Pawlikowskiej ,,Wszystko jest dobrze w moim świecie” to zestaw porad, wskazówek, złotych rad i przemyśleń autorki na co dzień. Nie jestem pewna, czy warto sięgać po takie gotowe przepisy. Rady „mądrych głów” i „kołczy”, których zalew w mediach jest ostatnio wszechobecny nieco mnie odstręczają. Poza tym, czy trzeba aż z tej okazji wydawać książkę, by umieścić w niej parę motywacyjnych zwrotów?

Na pewno nasze oko będzie cieszyło samo wydanie książki – piękna grafika i przekłuwająca uwagę okładka. Każda ze stron została dopracowana w najdrobniejszym szczególe – jest bardzo kolorowo. Znajdziemy również charakterystyczne dla Pawlikowskiej żółte karteczki z wypowiedziami i jej rysunki postaci. Co ważniejsze, grafika współgra z treścią, nie jest przypadkowa i dopełnia tekst. Znajdziemy nawet miejsca do notatek, gdzie możemy zapisać własne przemyślenia, postanowienia czy refleksje.

Co do samych porad, to znajdziemy tu dużo mądrych myśli, takich, które na pewno przydadzą nam się, jeżeli tylko będziemy chcieli się do nich zastosować i wprowadzić niektóre w życie. Najbardziej spodobało mi się, że Pani Beata radzi nam, by wyprowadzić siebie i swoje myśli na spacer – pozwolić im pobiegać, być swobodnymi, po prostu odprężyć się i nie myśleć o problemach, słabościach, cieszyć się taką chwilą dla siebie. Sporo znajdziemy w tej książce złotych myśli dla ludzi XXI wieku – zabieganych, zapracowanych, którzy zagubili się w codzienności. Pawlikowska mówi o rzeczach tak oczywistych, jednak często w biegu zapominanych przez nas. O tym, by zatrzymać się na chwilę i na spokojnie pobyć z samym sobą.

Kolejną rzeczą, o której zapominamy to to, by nie podążać za tłumem. Warto niekiedy powiedzieć ,,nie”, zawalczyć o swoje i nie bać się nieznanego. Autorka często podkreśla, by odszukać w sobie balans pomiędzy ciałem a duszą.  O czym jeszcze nagminnie zapomina nasze społeczeństwo? O tym, by cieszyć się z drobnostek, ze słońca oświetlającego nasze dni, ze śpiewu ptaków, czy z tego, że po prostu żyjemy. Tu zgodzę się z Panią Beatą, że większość ludzi chce więcej i więcej, i w pogoni za pieniądzem, władzą zapominają o podstawowych rzeczach, które rozświetlają nasze życie i sprawiają, że jest piękne.

Jednak niektóre ,,mądre zdania” są zbyt ogólne – prawdy oklepane, a nie zawsze sprawdzające się ze względu na charakter – mimo wszystko każdy z nas jest inny. Pawlikowska odradza krzyk – a przecież dla niektórych jest to najlepsza forma oczyszczenia się ze złych emocji i wyrzucenia z siebie wszystkiego, co negatywne – jeżeli nie krzyczymy na kogoś, a do ściany – to czemu by nie? Kolejną ,,prawdą objawioną” jest oklepane powiedzenie ,,nie martw się” – jest to chyba jedno z najgorszych stwierdzeń, jakie możemy powiedzieć osobie, która ma problemy. ,,Będzie dobrze, nie martw się” – ile razy można to słyszeć? Dla niektórych, niekiedy, właśnie to zamartwianie powoduje motywację do działania i rozwiązywania problemów.

,,Wszystko jest dobrze w moim świecie” to zbiór bardzo pozytywny i optymistyczny, ale to zasługa przede wszystkim grafiki oraz pięknego wydania książki. Czytając tę pozycję, czułam się jakbym zażywała pigułkę zbioru mądrych myśli Pani Beaty Pawlikowskiej z jej pierwszych trzech tomów ,,Dżungli” – jeżeli przeczytaliście kiedykolwiek te pozycje, to ,,Wszystko jest dobrze w moim świecie” nic nowego nie wniesie, a nawet może zdenerwować.  Wydaje mi się, że Pani Beacie brakuje pomysłów na siebie i zamiast pisać dobre książki podróżnicze, zabiera się za bycie motywatorką. Oczywiście, nie mogę zaprzeczyć, że jest kobietą mądrą, z doświadczeniem zebranym z różnych kultur, ale może właśnie to przede wszystkim o tym powinna pisać? Jak to powiadają, jak się robi wszystko, to tak naprawdę robi się nic, a według mnie wartko skupić się na jednej rzeczy porządnie. Nie potępiam oczywiście tej pozycji – zależy, kto czego od niej oczekuje – dla osób, które będą co jakiś czas zaglądały na pewno będzie to sporą dawką optymizmu i motywacji. Dla mnie jednak to kolejny motywacyjno-optymistyczny powtarzany wciąż tekst ubrany w piękną szatę graficzną.

Ocena: 6/10

6666

Za egzemplarz recenzencki książki dziękuję Wydawnictwu Edipresse Książki:Edipresse Ksiazki_logo (2)

Recenzja serialu “Grace and Frankie”, sezonu drugiego: realność śmiertelności

325440id1_GraceAndFrankie_S2_24w_x_26h_4b4p_1200.inddPo bardzo dobrym pierwszym sezonie serialu nie bardzo wiedziałam, czego spodziewać się w drugim. Cliffhanger, który został zaserwowany w ostatnim odcinku zapowiedział dramat oraz kolejne kryzysy w relacji pomiędzy czwórką przyjaciół. Jednak o czym tak naprawdę będzie opowiadać kolejna odsłona, skoro już twórcy przedstawili najbardziej delikatne problemy ludzi po sześćdziesiątce (a nawet siedemdziesiątce), te będące zazwyczaj tematami tabu? Czy przyjdzie czas na rozliczanie przeszłości i snucie historii o niewykorzystanych szansach? A może o tym, z czym nie potrafi się nikt do końca pogodzić – o umieraniu i o gotowości na śmierć? Bo to, że “Grace and Frankie” nie jest tylko serialem komediowym, ale także bardzo przejmującym i poważnym wiemy na pewno.

Gdy Sol (Sam Waterston) wraca do domu po “pożegnaniu” z Frankie (Lily Tomlin), zastaje Roberta (Martin Sheen) nieprzytomnego na kuchennym stole. Okazuje się, że jego partner miał zawał. Cała rodzina spotyka się w szpitalu – wraz z Frankie i Grace (Jane Fonda). Gdy Robert jest przytomny lekarze stwierdzają, że potrzebna jest operacja. Przerażony śmiercią i tym, że może już nie mieć szansy spełnić swoich marzeń, prosi Sola o to, aby pobrali się jeszcze w szpitalu.Mimo, że byłego męża Frankie dręczą wyrzuty sumienia z powodu zdrady, zgadza się na prośbę Roberta. Frankie i Grace po raz kolejny będą musiały się zmierzyć z miłością swoich mężów, aby stać się poniekąd ich przyjaciółkami i wyruszyć dalej w swojej życiowej drodze.

W drugim sezonie “Grace and Frankie” śmiertelność staje się bardzo namacalna i realna. Przy czym twórcy, będący również już telewizyjnymi weteranami, nie popadają w dramatyzm opowiadając o tym, że umieranie jest rzeczą nieuniknioną i w pewnym wieku musimy się pogodzić z tym, że ktoś może odejść z dnia na dzień. Pierwszym przykładem jest na pewno operacja Roberta, przed którą Grace uświadamia sobie, że życzyła swojemu byłemu mężowi śmierci. Ileż to razy człowiek wykrzykuje coś w złości lub rozpaczy, a potem nie może sobie wybaczyć, gdy nie może już tej osoby przeprosić. Jednak temat ten staje się o wiele poważniejszy w ostatnich odcinkach serialu, gdy poznajemy nową postać. Nie zdradzając zbyt wiele odkrywają one kilka kontrowersyjnych kwestii, jak i w tych epizodach, w których pojawia się bohater cierpiący na Alzheimera. Czy związek z osobą, która Cię nie pamięta, nadal jest związkiem?

Dezycja Sola i Roberta spowodowała nie tylko to, że obaj mogli zacząć nowe, prawdziwe życie i mogli przestać się ukrywać, ale także otworzyło nowe drzwi dla ich byłych żon. Przynajmniej częściowo pogodzone z obecnym stanem rzeczy starają się na nowo przeżywać miłość. Ponownie, jak w pierwszym sezonie, niejednokrotnie zachowują się jak nastolatki przerażone swoimi uczuciami czy pierwszymi pocałunkami. Ba, nawet uciekają w alkohol, gdy nie mogą poradzić sobie ze swoją emocjonalnością i tym, że czują zbyt wiele.

W drugim sezonie pojawia się także wątek biznesowy pomiędzy Frankie i córką Grace, Brianną. Kobieta chce zacząć produkować na masową skalę swój nawilżacz, a młoda buissnesswoman chce wynieść swoją firmę na nowy poziom. Niestety, pomimo przyjaźni i wieloletnich rodzinnych wręcz stosunków, pojawiają się pomiędzy nimi zgrzyty natury… ideologicznej. Jeśli nie wiedzieliście, czym jest olej palmowy, teraz będziecie wiedzieć o nim wszystko. Przy czym twórcy również odsłaniają pewną brutalną prawdę – w dzisiejszym świecie ciężko być proekologicznym w każdym aspekcie, z powodu naszego trybu życia i wyzwań, jakie przed nami stawia rzeczywistość.

Ponownie w przepiękny sposób zostaje przedstawiona relacja Grace i Frankie. Tym razem nie oglądamy już tego, jak kobiety docierają się między sobą, tylko to, jak cudownie razem współegzystują. Rozumieją swoje fobie, przyzwyczajenia i starcia pomiędzy nimi mają jedynie uroczy charakter. Wspierają się na każdym kroku, przeżywają nawzajem swoje mniejsze i większe dramaty, jak i te radosne chwile. Wydaje mi się, że duża zasługa w tym pozaekranowej przyjaźni Tomlin i Fondy, pomiędzy którymi czuć wyraźną chemię.

“Grace and Frankie” to serial, który pokazuje, że nigdy nie jest za późno na zmiany. Na zmiany w naszym życiu, na sięgnięcie po szczęście, jak i na to, żeby udoskonalić swój charakter czy zdać sobie sprawę ze swoich wad. Pomimo, że nie myślałam tak o nim wcześniej, uważam, że to seria, którą powinni oglądać przede wszystkim młodzi ludzie. Aby nauczyć się, że zawsze istnieje szansa na szczęście i realizację marzeń (a przy tym tego, że każda decyzja, którą podejmujemy ma wpływ na innych ludzi i musimy się z tym liczyć).

Ocena: 8/10

88888

Recenzja książki “Czarny charakter” Łukasza Stachniaka: zapal dulca, historia Warszawy okiem przedwojennego przestępcy

Stachniak_Czarny-charakter_popr3_500pcxWarszawa jest miastem pięknym, ciekawym i zaskakującym. Przede wszystkim, jest jednak miastem przedwojennym, z czego sądzę, że nie wszyscy przyjezdni zdają sobie sprawę. Nie wiedzą, jak wyglądała wcześniej i jak szybko zmieniła się w tak wysoko rozwiniętą metropolię. Po ulicach, szczególnie w centrum, nie widać tego, jak bardzo nasza stolica cierpiała podczas wojny – wszystko jest nowe, piękne, odrestaurowane. Mało kto zdaje sobie sprawę ze slangu, jaki istniał przed wojną. Może właśnie dlatego że tak mało prawdziwych warszawiaków zamieszkuje Warszawę, a więcej tu przyjezdnych szukających dobrej pracy i możliwości rozwoju i prestiżu mieszkania w stolicy? Kto z nas wie, kim był bajtel, czomp czy maciornik? Albo co to znaczy, że ktoś kirzy czy karpaczy? Postanowiłam wyruszyć w podróż kilkanaście lat wstecz  – do przedwojennej Warszawy, by poznać słownictwo, kulturę, a także obyczaje przestępcze.

Naszym przewodnikiem jest Ładeczej Lajzer – wnuk  jednego z  przywódców szajki ściągającej haracze, Łokcia. Razem z nim wychowuje się mały Ineczek. Nikt nie wie, skąd się wziął, on sam zresztą tego nie pamięta, ale jest włączony do rodziny. Historia chłopaka pokazuje czytelnikowi, jak wyglądała przestępczość, a także, jaką rolę odgrywał on wraz ze swoim przyjacielem. Byli małymi chłopcami i już zostali przesiąknięci złem ulicy. Poznajemy warunki życia na Twardej, Żelaznej czy Krochmalnej. Wiele się dzieje – przez morderstwa, zemsty, wojny gangów, prowadzenie burdeli, zastraszanie, sutenerstwo. Właśnie w to wszystko włączani są chłopcy, by mogli później sami wstąpić na ścieżkę Łokcia i jego kolegów – uczą się, jak kraść i jak oszukiwać. Łokieć przekazuje im naukę krok po kroku, między innymi uczy ich sposobów załatwiania spraw. Jednak sława i tyrania gangu zostaje przerwana tym, czym normalne życie wszystkich ludzi zostało przerwane – wojną. Dosięgnęła ona również przestępców, którzy z dnia na dzień zostali zdegradowani. Przestali być panami i władcami ulic. Zostali nimi Tymczasowi. Jednak Łokieć i Ineczek, ich znajomi oraz rodziny musieli nauczyć się żyć w nowej rzeczywistości i znajdować dla siebie zajęcia – takie, jak na przykład fałszowanie dowodów czy dokumentów. Po wojnie, która wyniszczyła wszystkich, większość zabrała na zawsze, rozlokowała ludzi po różnych miejscach na świecie, wreszcie zaczyna się moment jednoczenia, odnajdywania znajomych, wracania ,,na ulicę”, do swoich dawnych zajęć. Nic jednak nie jest już takie samo, jak przed wojną. Miasto, ludzie – wszystko się zmieniło, nawet panowanie gangu Łokcia, który musi zostać wskrzeszony przez chłopaków i znów przywrócony do dawnych sił.

,,Czarny charakter”  to historia podzielona na trzy części – pierwsza przedwojenna, pokazuje to, jak działały gangi w Warszawie na początku XX wieku. Opisuje sposoby wymuszeń, zbrodni i szantażowania. Druga opowiada o wojnie, w trakcie której większość przestępców została zamordowana i rozdzielona, lecz siła charakteru i upartość pokazują, że najsilniejsze jednostki mogą przetrwać. Wreszcie trzecia część – to opowieść o Warszawie powojennej, zniszczonej, bez ludzi, ponieważ większość została wymordowana. To stolica bez mieszkań, budynków, które zostały zburzone. To miasto opanowane przez szczury i robactwo. Warszawa stała się cmentarzyskiem trupów, ale też tych, którzy przeżyli i próbują odnaleźć w stolicy swoje miejsce. Jedną z ciekawszych kwestii  w książce, która będzie kilka razy przytaczana, jest pochodzenie małego Ineczka – skąd się wziął, dlaczego Łokieć wprowadził go do rodziny tak szybko i właściwie po co?

,,Czarny charakter” to książka o gangach oraz mafii, jednak nie taka, które są ostatnio ,,na czasie”. Nie jest to nie spowiedź gangstera, który próbuje sprzedać swoje życie. To historia, której „nie powstydziłby” się żaden przestępca, ponieważ opisane w niej zostały drastyczne sposoby tortur w surowych realiach, w których żyją ludzie bez skupułów.

Debiut Łukasza Stachniaka nie powinien przejść bez echa – musi być zauważony. Wszystko przez dokładność, z jaką opisał Warszawę tamtych czasów. Autor bardzo postarał się oddać jej charakter i klimat za sprawą języka czy powiedzeń używanych jeszcze kilkanaście lat temu, a obecnie zupełnie zapomnianych. ,,Czarny charakter” to świetny przewodnik po Warszawie. Na pewno wybiorę się na Twardą, ale spojrzę na nią z zupełnie innej perspektywy – z perspektywy przedwojennego gangstera.

Ocena: 9/10

99999

Recenzja książki “Pod presją” Michelle Falkoff: nie lekceważ problemów nastolatka

pod-presja-b-iext47501329Każdy, komu udało się przeżyć wiek nastoletni oraz okres dorastania, wie, co to znaczy „być pod presją”. Nieważne, czy pod presją rodziców, znajomych, szkoły. Od młodego człowieka zazwyczaj wymaga się więcej, ponieważ właśnie właśnie w tym momencie się jego przyszłość. Przynajmniej w teorii. Jednak jakie konsekwencje niosą ze sobą oczekiwania innych? Czy osoba, która dopiero wkroczy w dorosłość, jest w stanie udźwignąć ciężar presji bez dalekoidących skutków?

Kara od lat nosi przydomek Perfekcyjna. Robi wszystko, aby spełnić oczekiwania rodziców oraz przyjaciółek. Żyje w nieustannym stresie. Wszystko się pogarsza, gdy buzujące hormony sprawiają, że jej twarz nie należy do tych bez skazy i zaczynają się na niej pojawiać drobne wypryski. Brzmi jak błahostka? Nie dla dojrzewającej nastolatki. Wstydząc się swojego wyglądu, dziewczyna zaczyna okłamywać swoje przyjaciółki, ostatecznie tracąc z nimi kontakt. Ostatecznie Kara oddaje się wyłącznie nauce, w czym dopingują ją jej ambitni rodzice. Gdy dochodzi do jednego z najważniejszych egzaminów, nastolatka dostaje ataku paniki. Nie zamierza ryzykować kolejny raz – aby go zaliczyć, w trakcie drugiego terminu, bierze stymulujące pracę mózgu tabletki zaproponowane przez nową koleżankę. Egzamin zaliczony, sprawa odeszła w niepamięć. Lecz czy na pewno? Ktoś przesyła Karze zdjęcie, na którym widnieje ona podczas kupowania tabletek. Ktoś zaczyna ją szantażować. Wkrótce okazuje się, że nie tylko ją…

Początkowo byłam zafascynowana powieścią Michelle Falkoff. Wydawało mi się, że będę miała do czynienia z dobrze skrojoną powieścią psychologiczną o młodzieży. Problem presji nakładanej na nastolatków wciąż pozostaje przemilczany, a przecież żyjemy w świecie, w którym trzeba pracować coraz ciężej i więcej, aby osiągnąć upragniony cel. Miałam ogromną nadzieję, że właśnie ten temat autorka rozwinie najmocniej. Niestety, postanowiła, aby akcję zawiązywał wątek kryminalno-detektywistyczny.

Właściwie każdy z bohaterów zmierza się z czyimiś oczekiwaniami. Jednak to Kara najmocniej odczuwa presję – potrzeba bycia idealną sprawia, że dziewczyna pogrąża się w samotności, nie umiejąc poradzić sobie ze swoimi problemami, oddając się jedynie logicznemu myśleniu. Przez jej postać Falkoff udowadnia, że to, co dla nas może być zwykłą błahostką, dla kogoś innego może oznaczać koniec świata. Każdy młody człowiek patrzy na siebie przez krzywe zwierciadło. Widzi w sobie jedynie (albo przeważnie) wady, umniejszając zalety. Właśnie z tego powodu życie Kary się rozsypuje – zaczyna wstydzić się samej siebie, co doprowadza do zaniechania podejmowania wielu działań.

Pierwszoosobowa narracja pozwala wczuć się nieco bardziej w emocje oraz przeżycia Kary, jednak zabrakło mi w tym wszystkim szczerości oraz głębi. Niby rozumiem przez co przechodzi dziewczyna (załóżmy, że nie tak dawno sama byłam nastolatką) i nie potrafię wczuć się w jej sytuację. Ów rys psychologiczny zanikł pod wątkiem szukania szantażysty, którego tożsamość dla uważnego czytelnika była znana od samego początku. W zasadzie w powieści występują jedynie dwie postacie, które nie są szantażowane, a mają bezpośredni związek ze szkołą. Rozwiązanie wobec tego jest proste od początku, dlatego nie rozumiem, czemu akurat na tym motywie Falkoff skupiła się najmocniej.

„Pod presją” stwarzało pozory rzetelnie napisanej powieści dla młodzieży, która wpisuje się w obecny trend odkrywania problemów nastolatków i zaprzestania ich umniejszania przez dorosłych. Wydawało mi się, że być może będzie w pewien sposób korespondować z popularnym ostatnio serialem „13 powodów” (recenzja tutaj). Niestety, autorka tytułowy temat „bycia pod presją” oraz samego trudu dorastania potraktowała bardzo zachowawczo, schematycznie, nie wnosząc nic więcej niż to, co potrzeba, aby książkę szybko i sprawnie się czytało. A szkoda, bo jej najnowsza powieść miała zadatki na stanie się czymś więcej niż kolejną schematyczną lekturą dla młodzieży.

Ocena: 6/10

6666

Recenzja książki “Dziewczyna z daleka” Magdaleny Knedler: każdy charakter ukształtowała historia

978-83-8083-403-3W książkach, w których odkrywamy na nowo przeszłość jest coś przyciągającego. Nawet już nie wybieram ich bardzo celowo, ale same do mnie trafiają. Może dzieje się tak dlatego że uważam, że każdy ma w sobie cząstkę ,,ciemniejszej” przeszłości i każdy chce coś zataić, ukryć przed światem. Jednak właśnie to odkrywanie jest dla mnie najpiękniejsze – to, jak ludzie się zmieniają pod wpływem wyrzucania z siebie historii. Niesamowite jest także to, jak jedna sytuacja, jedno zdarzenie, jedna rzecz potrafią zmienić życie jednostki, a także ludzi jej otaczających. Chyba właśnie dlatego wybieram takie książki – z fascynacji ludzką psychiką i podejściem do życia, a także różnicami międzypokoleniowymi.

Polska autorka – Magdalena Knedler w ,,Dziewczynie z daleka” porusza bardzo ważne tematy, między innymi wojnę czy obozy pracy. W tym wszystkim znajdziemy również wątek miłosny, ale daleki od banalności. Książka zaczyna się w momencie, gdy przed domem ,,starej Niemki” zostaje znaleziony pijany młody mężczyzna. Nie byłoby w tym nic dziwnego (bo przecież każdemu się zdarza upić), gdyby nie to, że nikt przez przypadek nie chciałby się znaleźć na terenie posesji Nataszy Silsterwitz. Co ciekawsze, przybysz okazuje się być Anglikiem, a rzeczy (stara piersiówka) przy nim znalezione wzbudzają zainteresowanie wnuczki Nataszy, jak i samej staruszki. Tutaj zaczyna się cała akcja, ponieważ Artur Adams przyjechał, by poznać prawdę, a także by porozmawiać z nestorką – ta jednak nie jest skora do jakichkolwiek zwierzeń. Całe szczęście udaje im się przekonać Nataszę do opowiedzenia całej historii swojego życia, tak, by sprawa ze znalezioną przez Adama piersiówką została rozwiązana.

,,Dziewczyna z daleka” to piękna i zarazem smutna historia osadzona w ciężkich oraz trudnych czasach. Co najważniejsze jednak dla mnie to to, że pokazuje, jak bardzo wojna zmienia człowieka, jak różne sytuacje wywołują w człowieku instynkty obronne tak silne, że jest w stanie wydać najbliższych, bądź nawet zabić, by tylko chronić swoje życie. Z każdą kolejną stroną dowiadujemy się i odkrywamy, dlaczego z młodej, pięknej i wiecznie radosnej kobiety wyrosła zgorzkniała, bezuczuciowa staruszka. Taka, która nie kontaktuje się ze swoimi wnukami, nie ma potrzeby spędzania czasu z rodziną – wydaje się być osobą bez uczuć. Ale to właśnie przeszłość wpłynęła i ukształtowała jej nieprzystępny charakter.

Autorka z wielką dokładnością i szczegółowością oddała realia wojny czy zsyłek do obozów pracy. Tu właśnie natykamy się na ten smutny wątek opowieści. Wokół tego właśnie motywu  zbudowana została historia miłosna, która również nie należy do pięknych i kolorowych. Będziemy świadkami wielu krzywd, niesprawiedliwości, bezsensownej śmierci czy zezwierzęcenia ludzi.

W ,,Dziewczynie z daleka” mamy do czynienia z dwoma typami narracji – pierwsza to ta trzecioosobowa, opowiadająca o wydarzeniach aktualnych, dziejących się w momencie przybycia Anglika, a druga to opowieść Nataszy o latach przeżytych w okupacji, o tym co się działo, tak by połączyć historię jej życia z piersiówką i fotografiami przyniesionymi przez autora.

,,Dziewczyna z daleka” to historia piękna, choć główna postać może nas denerwować swoją oschłością i bezdusznością. Sprawia wrażenie takiej, która myśli, że nikt poza nią się nie liczy, jednak poznając kolejne wydarzenia z jej przeszłości, a także obserwując bieg współczesnych wydarzeń, zaczynamy pojmować, dlaczego stała się tym, kim jest i możemy nawet jej współczuć i zapłakać nad strasznym losem, którego doświadczyła mając zaledwie dwadzieścia lat.

Jako kolejna książka odnosząca się do przeszłości jest to pozycja godna zwrócenia uwagi. Historia potrafi wciągnąć, tak, że nie wiemy kiedy, a już znaleźliśmy się na ostatniej stronie. Po lekturze przychodzi chwila zadumy, ponieważ koniec potrafi również wbić w fotel. Autorce udało się opisać historię ciężką w sposób łatwo przyswajalny, tak, że nie odczuwamy ani zmęczenia książką, ani nawet niechęci. Wręcz przeciwnie, biegniemy po stronach z napięciem i zaciekawieniem, co wydarzy się dalej.

Ocena: 7/10

77777

Recenzja książki “Pragnienie” Richarda Flanagana: kolonializm i barbarzyństwo w XIX wieku

Flanagan_Pragnienie_mCo czyni nas „człowiekiem cywilizowanym” – tak można zaprezentować książkę Richarda Flangana ,,Pragnienie”.  W takim razie powinniśmy zadać sobie pytanie, co różni ,,białego człowieka” od ,,kolorowego”? To temat teraz bardzo aktualny, jeżeli odniesiemy go do wydarzeń w ostatnich czasach, chodzi mi tutaj o wszechobecny rasizm. Jakie są jego przyczyny? Czy to nieznajomość innych kultur, lęk przed nieznanym go potęguje? Właśnie na te pytanie stara się odpowiedzieć Flangan.

Akcja osadzona jest w XIX wieku, gdzie spotykamy się z pisarzem Dickensem i panią Jane Franklin, która przychodzi do niego z prośbą o napisanie sztuki. I to nie byle jakiej sztuki – takiej, gdzie główną postacią będzie jej mąż, który wyruszył na wyprawę podróżniczą i, niestety, z niej nie powrócił. Wszyscy dookoła kobiety byli przekonani, że mężczyzna zginął, a jego współtowarzysze posunęli się do kanibalizmu. Żona jednak  nie traci wiary i utrzymuje, że tak na pewno się nie stało – jej celem jest oczyszczenie imienia męża. Zanim jednak o sztuce, to wcześniej dowiadujemy się o epizodzie z życia małżeństwa, gdy to adoptowali małą Aborygenkę. Stało się tak, ponieważ zamieszkali w kolonii karnej i tam właśnie mała Mathinna zauroczyła Lady Jane, której nie dane było zajść w ciążę. Dziewczynka zostaje wyrwana ze swojego naturalnego środowiska, gdzie miała mnóstwo ,,mam” i ,,tatusiów”. Wrzucona do świata kompletnie jej nieznajomego musi ,,zachowywać się” z gracją, ale nie to jest dla niej najgorsze… Najuciążliwsze i nie do zaakceptowania staje się noszenie butów, które ją ograniczają i sprawiają, że nie czuje się wolnym, swobodnym człowiekiem. Dziewczynka uczy się pisać, funkcjonować w świecie ,,białych”, jednak z czasem  zaczynają wychodzić na jaw różnice kulturowe. Zaprowadzona do znajomych państwa Franklinów przynosi im wstyd, ponieważ nie zachowuje się ,,należycie” – otoczenie mówi o niej jako o ,,dzikusce”, której nie można reformować. Po wielu próbach postanawiają oddać dziewczynkę z powrotem do adopcji. W tym momencie zaczyna się najsmutniejsza historia Mathinny, która znowu jest zagubiona, nie wie, co zrobiła źle, nie jest świadoma swojego ,,niedopasowania” do środowiska.

Kolejnym ważnym wątkiem jest życie i charakter Dickensa. Został on przedstawiony jako mąż niekochający – jego żona urodziła mu dziesiątkę dzieci i od tego czasu para zaczęła się od siebie oddalać, a mąż zaczął gardzić otyłą i leniwą żoną, którą dodatkowo obwinia za złe wychowywanie ich potomstwa. Podczas prób i wystawiania spektaklu wdaje się w romans z młodą aktorką, która pociąga go coraz bardziej. Okazuje się mężczyzną bez serca, ale jednak z wielkim talentem. Wystawia sztukę, o którą prosiła go lady Franklin i poznaje różnice pomiędzy ludźmi czy kulturami. Jednak przede wszystkim zaczyna zgłębiać tematykę barbarzyństwa.  W dodatku sam w tej sztuce jest aktorem.

Książka ,,Pragnienie” to świetnie przedstawiony kontrast pomiędzy ludźmi z tak zwanych ,,wyższych sfer” a ludźmi wyzwolonymi, nieuznającymi żadnych reguł, zasad, żyjących w zgodzie ze sobą i naturą. Pokazuje przede wszystkim, że różnice leżą w podejściu ludzi do życia. Zaznacza również, jak wielką rolę odgrywają w rozwoju dziecka rodzice i jak bardzo biorą za nie odpowiedzialność – na przykładzie małej Mathinny takie porzucenie ją przez matkę adopcyjną sprawiło, że jej życie posypało się jak domek z kart. Stała się nieprzystosowana do otaczającego ją świata, do którego nie potrafiła się wpasować.

Kolejnym ważnym wątkiem jest pokazanie braku szacunku męża do żony, tego, jak osoby nie potrafią ze sobą funkcjonować, jak kiedyś mężczyźni wymagali od kobiet wychowywania dzieci i spełniania miliona różnych funkcji.

Nie można zapomnieć o wpływie kolonizacji i osiedleń ,,białych”, którzy wypleniani tubylców zamieszkujących tamtejsze tereny. Ludzie bez żadnych skrupułów niszczyli kulturę, dziedzictwo innych, tylko dlatego że nie byli tacy jak oni – kazali im się albo dostosowywać, albo zakańczali ich życie.  Teraz wydaje nam się to niewyobrażalne, ale kiedyś było to na porządku dziennym. Nie do końca jestem w stanie pojąć, dlaczego tak się działo – czy to przez ten lęk przed nieznanym, a może chęć pokazania wyższości jednych nad drugimi?

„Pragnienie” jest książką wielowątkową poruszającą szereg problemów i wiele historii, a przede wszystkim problemów, które moim zdaniem są aktualne nawet teraz, w XXI wieku, tylko przybierają inną formę. Według mnie jest to po prostu wpisane w naturę ludzką i pomimo setek lat, które dzielą nas od bohaterów książki, myślę że można byłoby ją zastosować do naszego pokolenia i odnaleźlibyśmy w tym wszystkim smutną analogię.

Ocena: 6/10

 

6666

Recenzja serialu “13 powodów”, sezonu pierwszego: potrzebny czy lekceważący?

7783926.3Rzadko zdarza się, żeby można było napisać o serialu „potrzebny” w znaczeniu edukacyjnym, socjologicznym, wychowawczym, a nie tylko kulturowym. Jedna z najnowszych produkcji Netflixa taka właśnie jest – potrzebna na wielu poziomach, ze względu na to, że temat samobójstwa czy samookaleczeń pozostaje w strefie tabu. Szczególnie w naszym kraju. Historia Hannah wkradła się po cichu do repertuaru widzów Netflixa, na każdego działając w taki czy inny sposób. Fart chciał, że natrafiłam na serial w dniu jego premiery, połykając go w ciągu pierwszego weekendu. Od tamtej pory obejrzałam go dwukrotnie, sam finał – wielokrotnie. Dlaczego? Ponieważ jego premiera zbiegła się z moim nawrotem depresji.

„13 powodów” to adaptacja powieści Jay’a Ashera o tym samym tytule. Hannah Baker (Katherine Langford) popełnia samobójstwo. Tuż przed śmiercią pozostawia swojemu znajomemu 13 kaset magnetofonowych. Każda z nich jest jednym z powodów, dla których odebrała sobie życie. Jedna kaseta to jedna historia. Jedna kaseta to jedna osoba, która przyczyniła się do jej śmierci. Hannah żąda, aby każdy z bohaterów nagrań przesłuchał je i przekazał kolejnej osobie. W końcu docierają one do Clay’a (Dylan Minnette), który był zakochany w dziewczynie. Okazuje się, że on także znalazł się na jednej z kaset… Słuchanie nagrań przez Clay’a staje się początkiem jego krucjaty – szukania prawdy oraz sprawiedliwości.

„13 powodów” to serial, który opowiada o nastolatkach, ale nie do nich został skierowany. Większość odcinków ze względu na sceny szeroko pojętej przemocy dedykowany jest dla wieku 16+. Problem polega na tym, że produkcja nie uwzględnia do końca wiedzy oraz doświadczeń widza, który jest jego odbiorcą. Ci, będący już poza wiekiem nastoletnim, nie pamiętają, jak ogromną wagę przywiązywali do wydarzeń, które teraz wydawałyby się nic nieznaczącą błahostką. Wobec tego z odcinka na odcinek twórcy nadają historii Hannah coraz więcej tragizmu, wplatając w jej życie wydarzenia, do których niekoniecznie musiało dojść, aby dziewczyna odebrała sobie życie.

Od pierwszego odcinka odnieść można wrażenie, że twórcy serialu za wszelką cenę chcą utrzymać jego napięcie. Wychodzi im to znakomicie. Ciężko rozstać się z produkcją chociażby na chwilę. Jednak czy był to zabieg potrzebny? Oglądamy dramat życia nastolatki, a nie thriller czy kryminał. Jednocześnie ciężar wydarzeń niekiedy pozostaje trudny do wytrzymania. Hannah miała wystarczająco dużo powodów, aby się zabić już w trzecim, czwartym lub piątym odcinku. Dlaczego? Ponieważ nigdy nie wiemy, co staje się najważniejszym bodźcem zaburzającym psychikę danego człowieka. Czasem stan emocjonalny danej osoby, tym bardziej nastolatka, może pozostać na tyle rozchwiany, że wystarczy jedno odtrącenie miłosny, aby pojawiła się pierwsza samobójcza myśl.

Osoba będąca w depresji to w pewien sposób osoba ułomna. Z zaburzeniami, które sprawiają, że widzi rzeczywistość zniekształconą. Obarcza wszystkich winą, widzi tragedię w najmniejszej klęsce, potrafi rozpłakać się z powodu jednego słowa wymierzonego w jej stronę. Często nie może zrozumieć punktu widzenia innych ludzi, a siebie postrzega w sposób karykaturalny. Dlatego narracja niekiedy sugeruje, że Hannah była dość jednoznaczna w swoich osądach – nie próbowała szukać drugiego dnia i zrozumieć innego człowieka. To o tyle ciekawe, że jeśli zastanowimy się nad pozostałymi postaciami, każdy z nich mógł skończyć jak Hannah. Wcale nie mieli łatwiej w codzienności, gdybyśmy przyjrzeli się im tak samo blisko, jak głównej bohaterce, pewnie usłyszelibyśmy podobnie dramatyczną historię człowieka wrażliwego.

W tym momencie pojawia się jedno z pytań, na które nawet po dwóch seansach serialu, nie umiem odpowiedzieć jednoznacznie. Czy w tej produkcji mamy do czynienia z bohaterami stereotypowymi? Czy może są to bohaterowie jedynie pozornie stereotypowi? Popularny prymus, przewodniczący szkolnej rady, który zrobi wszystko, aby utrzymać swoją reputację; sportowiec, który musi pochwalić się wyczynami z nową dziewczyną przez kolegami z drużyny; outsider, który trzyma się z boku… Brzmi schematycznie, prawda? Jednak za każdą z tych postaci czają się emocje, których byśmy nie dostrzegli w prawdziwym życiu. Każda z tych postaci nosi potężną maskę, która pozwala im przeżyć liceum. O ironio, ciężko polubić któregokolwiek z nich. Nawet Clay’a czy Hannah.

Ukazana w serialu brutalność, znieczulica oraz cyberprzemoc budzą nie tylko przerażenie w widzu, ale także obrzydzenie. Czy my, chodząc do szkoły, też potrafiliśmy tak gnoić innych, nie zdając sobie sprawy z konsekwencji? Czy platformy społecznościowe i rozwarstwienie społeczne powodują, że zjawisko gnębienia się wzmaga? Czy to po prostu inne metody, ale skutki te same? Z pewnością nie możemy osądzać bohaterów jako złych, przynajmniej nie wszystkich. Raczej nieświadomych oraz niedojrzałych emocjonalnie. Czy każdy szesnastolatek musi wiedzieć, że jego tolerancja może sprawiać komuś ból (jakkolwiek dziwnie to brzmi)?

Świetnie poprowadzone retrospekcje przeplatają się z aktualnymi wydarzeniami, bez problemu pozwalając odróżnić dwie płaszczyzny czasowe. Na podobne słowa pochwały zasługuje sam sposób narracji, wykorzystanie kaset magnetofonowych jako łącznika między dwoma światami.

„13 powodów” ukazuje, że nie potrzeba wielkich nazwisk, aby stworzyć doborową obsadę. Wiarygodni w swoich rolach młodzi aktorzy nie walczą o uwagę na ekranie, lecz tworzą jedność. Nie zwracamy uwagi jedynie na Dylana Minnette czy Katherine Lanford. Tak samo wyraziste kreacje tworzą Alisha Boe w roli Jessici czy Brandon Flynn w roli Justina. Dodatkową wisienką na torcie staje się obecność Kate Walsh, która znakomicie wypada jako matka w żałobie.

Nie sposób nie zwrócić uwagi na genialny soundtrack serialu. Utwory, które możemy zakwalifikować dość ogólnie jako należące do alternatywnego rocka, czyli „Love Will Tear Us Apart” czy „Fascination Street”, nadają produkcji niepowtarzalnego charakteru. Wszystkie jednak, zarówno te wykonywane przez Chromatics, M83, The Moth&The Flame, jak i Selenę Gomez, można określić jako romantyczne i smutne w warstwie tekstowej.

Mam nadzieję, że w wielu kręgach „13 powodów” wywoła potrzebną dyskusję na temat depresji, samobójstw oraz cyberprzemocy. Mimo, że jest to produkcja niepozbawiona wad, może pozostać dosadnym nośnikiem pomocy. Już teraz możemy dostrzec na portalach społecznościowych falę wyznań młodych ludzi, którzy zaczynają otwarcie mówić o swoich problemach z poczuciem własnej wartości czy ogólnym stanem psychicznym. W całej tej historii jest jakaś prawdziwość, którą trudno znieść. Może dlatego że wiemy, że takie osoby jak Hannah otaczają nas na co dzień? Może dlatego że uświadamiamy sobie, że czasem nieważne, czy widzimy, czy ktoś się rozsypuje, (czy na odwrót – nie umiemy tego dostrzec) pewnych rzeczy nie powstrzymamy?

Ocena: 7/10

77777

[embedyt] http://www.youtube.com/watch?v=lzZXkIRV6Gw[/embedyt]