Recenzja książki “Córka Stalina” Rosemary Sullivan: naznaczona nazwiskiem

Sullivan_Corka-stalinaZ historią jestem na bakier. Niestety, ale złe nauczanie w liceum ma swoje skutki. Jednak jestem zdania, że powinniśmy znać swoją historię i wiedzieć, co działo się kilkanaście lat temu po to, by rozumieć teraźniejszość. Sama staram się nadrabiać wiedzę teraz, czytając książki czy oglądając programy dokumentalne. Dlatego też zdecydowałam się sięgnąć po ,,Córkę Stalina”, która łączy w sobie zarówno tło historyczne, jak i biograficzne.

Pierwsze, co rzuca nam się w oczy to objętość – książka jest wręcz “potężna”, ma około 600 stron, co przyznam, że trochę mnie przeraziło – ,,a jeżeli nie dam rady przebrnąć przez książkę historyczną”. Moje lęki całe szczęście zostały szybko przepędzone, ponieważ ,,Córka Stalina” pochłania w całości. Drugą ważną rzeczą jest duża ilość zdjęć Stalina, jego rodziny, a także samej Swietłany – odnoszą się one do wszystkich etapów ich życia i pokazują zmiany, jakie zachodziły na przestrzeni lat.

Zaczynamy od przedmowy i ogólnego wprowadzania czytelnika w temat, przede wszystkim przedstawienie drzewa genealogicznego oraz zależności występujących w rodzinie. Śledzimy każdy etap życia Swietłany – najpierw od jej najmłodszych lat, gdy nie ma kontaktu z matką, a wychowywana jest przede wszystkim przez niańkę. Stajemy się świadkiem samobójstwa jej rodzicielki i tego, jaki wpływ na Swietłanę miało to wydarzenie –  zakłamanie i nie powiedzenie jej prawdy o śmierci rodzicielki. Córka Stalina będąc nastolatką nadal była niczego nie świadomą kobietą, która nie zdawała sobie do końca sprawy z tego, jakim potworem jest jej ojciec, została ukryta pod szczelnym kloszem. Nie domyślała się, dlaczego większość członków rodziny zaczęła znikać z jej życia. Szczegółowo opisywane są jej relacje z ojcem, to jak pisywali do siebie listy, pełne uczuć. Jednak im kobieta stawała się starsza, tym bardziej się buntowała – pierwszym takim objawem było wyjście w młodym wieku za mąż. W końcu dochodzimy do śmierci Stalina i pokazania, jak inni bili się o jego stołek i manipulowali Swietłaną. Ta, nie mogąc znieść życia w zniewolonym ZSRR postanowiła poszukać schronienia w Stanach – i właśnie w tym momencie zaczyna się właściwa część książki – część o życiu i historii córki Stalina – jednej z najbardziej napiętnowanych nazwisk na świecie.

Ważną, a zarówno najsmutniejszą historią w jej życiu to relacje Swietłany z mężczyznami – każdy kolejny jej związek był nieudany, a jeżeli wchodziła ona w bliższe zbliżenie, to od razu wymagała zaręczyn i ślubu – despotyczny  charakter odziedziczyła po ojcu. Niestety, ale nie jest w stanie wybrać mężczyzny dopasowanego dla niej – związki zazwyczaj rozpadają się. Z jednej strony Swietłana ma delikatną osobowość, potrzebuje miłości i tego, by ktoś się nią zaopiekował, ale gdy już znajduje taką osobę chce koniecznie trzymać ją tylko dla siebie i na wyłączność, czego większość jej partnerów nie potrafiło znieść.

Depresja i złe stany psychiczne w tej rodzinie to niestety nic nowego – matka, która nie mogła znieść Stalina, samotności, nie potrafiła poradzić sobie z życiem i wybrała śmierć. Chorobę odziedziczyła po niej Swietłana, która również miała myśli samobójcze, była rozchwiana emocjonalnie, popadała w różne stany – od euforii po smutek.

Można bardzo dużo dowiedzieć się z biografii na temat historii – na przykład to jak Stalin wydawał wyroki śmierci na ludzi, którzy mu przeszkadzali, jak wyglądał spisek lekarzy, czy też jak funkcjonowała cała machina polityczna. To, jak nie widząc czemu trafiało się do obozu, jak przepływały informacje. Po śmierci Stalina ludzie myśleli, że odzyskali wolność, co nie do końca było prawdą. Najbardziej przekonała się o tym Swietłana, która w każdej minucie swojego życia była pod ścisłą obserwacją i tylko pomyłka urzędnika umożliwiła jej ucieczkę z ZSSR.

,,Córka Stalina” to świetna praca reporterska. Autorka dzielnie stawiła czoła z zebraniem tak wielkiej ilości informacji od tak dużej liczby osób, które nie zawsze były skore do rozmowy. Rzetelna biografia Swietłany napisana jest językiem zadziwiająco zrozumiałym i interesującym – autorka nie zanudza, a zaciekawia poprzez wprowadzanie listów, zapisków, które zdobyła od ludzi. Poza tym wszystkie wspominki i wypowiedzi rozmówców, również nadają autentyczności każdemu wydarzeniu. To, co dla czytelnika może wydać się abstrakcją, staje się jeszcze bardziej realne właśnie dzięki tym wypowiedziom i zdjęciom.

Dzieło Rosemary Sullivan to bardzo smutna historia dziecka naznaczonego nazwiskiem swojego rodzica. Na myśl przychodzi mi syn Pablo Escobara, który również był zmuszony zmienić nazwisko i nie chciał być utożsamiany z poczynaniami swojego ojca. Swietłana próbowała wykładać na uczelni, ale pytania padające od studentów nie dotyczyły treści, a jej ojca.  Ciężko żyć takim ludziom, którzy naznaczeni zostali przez swoich rodziców, pomimo tego, że odcinają się od tego wszystkiego grubą kreską.

Ocena: 9/10

99999

Recenzja książki “Sfejsowani. Jak media społecznościowe wpływają na nasze życie, emocje i relacje z innymi” Dr Susan Flores: wyloguj się!

sfejsowani-jak-media-spolecznosciowe-wplywaja-na-nasze-zycie-emocje-i-relacje-z-innymiFacebook ma przeogromny wpływ na życie każdego z nas. W przeciągu kilkunastu lat zmienił oblicze mediów społecznościowych, przepływu informacji, prywatności i dzielenia się nią z innymi, ale także stał się platformą reklamową. Zrewolucjonizował życie w sieci, jak i poza nim. Z mojego punktu widzenia Facebook ostatnio trochę wymiera (może ludziom się znudził?) Jednak na pewno jest platformą, na której ludzie gromadzą się i tworzą grupy, czy to motywujące do ćwiczeń, czy na temat gier – łatwiej znaleźć osoby o podobnych upodobaniach do naszych niż w rzeczywistości. Książka doktor Suzany Flores ,,Sfejsowani” ma odpowiedzieć na pytania, dlaczego Facebook jest taki ważny w naszym życiu, jak wpływa na relacje z innymi, a także dlaczego warto się czasem z niego wylogować.

Okładka jest spójna z tekstem – w dobrze nam znanym kolorze Faceboooka – niebieskim, a u góry z paskiem powiadomień i z dwiema postaciami, które wyświetlają się, gdy użytkownik nie ma swojego zdjęcia profilowego. Książka ma nam odpowiedzieć na pytanie jak korzystać z tego medium, żeby zyskać, a  nie stracić. Nadmienić jeszcze trzeba, że doktor Suzana Flores to aktywna zawodowo  terapeutka od spraw uzależnień i zachowań kompulsywnych.

Ludzie teraz są cały czas online, każdy z nas przez cały czas jest włączony w życie internetowe. Oczywiście staram się nie generalizować, ale nie oszukujmy się – jadąc tramwajem, pociągiem większość  siedzi z nosami w telefonie, są cały czas w sieci. Nawet mi zdarza się przeglądać bezmyślnie Facebooka, nie wiedząc po co, dlatego też na ,,Sfejsowanych” czekałam z niecierpliwością.

Książka jest podzielona na rozdziały tematycznie. Autorka  postanowiła omówić zagadnienia według kolejnych problemów, czyli na przykład skupiła się na relacjach międzyludzkimch, później opowiedziała o zdjęciach profilowych, przechodząc przez to, co umieszczamy na naszej osi czas, po omówienie typu osobowości użytkowników Facebooka. Najciekawszym dla mnie było studium przypadku miłości i romansów – to, jak bardzo opisywani prze nią ludzie korzystają z platformy do flirtowania.  Autorka przenalizowała  i opisała takie zachowania, jak zdradzanie, szukanie miłości czy też tylko przelotnych znajomości. Co ciekawsze, udało jej się zebrać bardzo dużo wypowiedzi ludzi, którzy potrafili zniszczyć sobie swoje realne życie poprzez krętactwa na Facebooku. Wiele osób myśli, że życie online nie łączy się z tym realnym. W jak wielkim bywają szoku, gdy okazuje się, że te dwie dziedziny życia jednak się przenikają.

Oczywiście nie obeszłoby się bez dramatów, na przykład zrywanie ze sobą na Facebooku – ja zawsze myślałam, że robią to ludzie dla żartu, by stworzyć śmieszne memy, czy screeny, ale okazuje się, że to prawda! Niektórzy tak bardzo przenieśli swoje życie prywatne do sieci, że nie odróżniają, co jest prawdą, a co fikcją, ale coraz częściej można powiedzieć, że to życie na Facebooku jest ważniejsze – to, czy zameldujesz się w restauracji, czy oznaczysz się jako ,,w związku/wolny”, czy wstawisz piękne zdjęcia z wakacji (inaczej się nie liczą), zdjęcia na siłowni, zdjęcia szczęśliwych ludzi. Ale także wpisy – przepełnione prywatnymi informacjami, które nie każdego mogą interesować i nie każdy chce czytać o tym, czy smakowało ci dzisiaj śniadanie, czy wizyta u ginekologa wypadła w porządku, bądź czy twoje dziecko robi zdrową kupkę.

Ciekawe również jest wyróżnienie i podzielenie użytkowników Facebooka na różne typy – poprzez stalkera, flirciarza, cierpiętnika po manipulatora. Studium każdego przypadku jest bardzo ciekawe i czytając zaczynamy się zastanawiać, czy wśród naszych znajomych nie mamy czasem któregoś z tego typu. Autorka oczywiście podaje jak się przed nimi bronić, tak by nie zostać uwikłanym w różne historie i gierki.

,,Sfejsowani” to również zbiór przemyśleń, ale co ważniejsze popartych badaniami naukowymi, których powstało bardzo dużo. To również zebranie pojęć, które powstały tylko i wyłącznie po to, by opisać problemy, zachowania na Facebooku – słowa, które nie istniały wcześniej, a wywodzą się właśnie z tej platformy. Zainteresować może zbiór porad i wskazówek, jak oderwać się do niebieskiego okienka i jak sprawdzić, czy samemu nie jest się przez przypadek uzależnionym.

Książka doktor Suzany Flowers to bardzo ciekawa analiza zachowań międzyludzkich i relacji pomiędzy nimi. Tego, jak życie na Facebooku wpływa na rzeczywistość, jak błahe sytuacja jak na przykład nie polubienie zdjęcia przyjaciółki prowadzą do kłótni. Myślę, że większość osób znajdzie tu masę wskazówek, jak nie popaść w pętlę samonapędzającej się machiny komentarzy, a także jak ,,wyłączyć się”. Bo przecież prawdziwe życie jest tu i teraz, a nie w niebieskim pudełku, które nie powinno zdominować i zawładać naszym życiem.

Ocena: 8/1088888

Recenzja książki “Dowód ontologiczny” Andrzeja Ballo: Anzelma historia frapująca

978-83-8083-368-5,,Dowód ontologiczny” to jedna z dziwniejszych książek, jakie dane mi było ostatnio przeczytać. Z jednej strony nastawiłam się na bardzo filozoficzną pozycję, przez którą będę musiała przebrnąć z bólem serca i zapomnieć. Bo z czym może nam może się kojarzyć historia o matematyku i to na dodatek takim, który jest alkoholikiem i uwielbia filozofować? Nie mogłam przeskoczyć swoich uprzedzeń i zmniejszyć mojego zdystansowania do książki Andrzeja Ballo. Jak jednak wypadła? Czy pierwsze wrażenie było mylne?

Anzelm Zaostry to nauczyciel matematyki w liceum. Codziennie do pracy dojeżdża tramwajem numer trzydzieści dwa. Monotonia, po pracy alkohol, dzieci w szkole denerwujące, ale nie przeszkadzają mu aż tak bardzo, udaje mu się nawet je ignorować. Z czasem poznajemy prawdziwy charakter głównego bohatera – flirciarz, alkoholik, jednak wyjątkowo błyskotliwy. Przeczy jakiemukolwiek istnieniu czasu – uważa, że jest to wymysł ludzki, który jedynie przeszkadza, a w niczym nie pomaga. W tramwaju poznaje ponętną kobietę – Edytę, która okazuje się być dyrektorką liceum, w którym uczy Anzelm. Wdaje się z nią w romans, a ich erotyczne schadzki mają miejsce szkole. Przy okazji poznaje Ewę – uczennicę, która wręczyła mu napisane przez siebie przemyślenia. Następnie poznaje matkę Ewy i seksowną lekarkę. Z tymi kobietami również Azelm uprawia seks i prowadzi romanse. Przy okazji w jego życie wkracza jego była kobieta – Scholastyka. Mężczyzna tak bardzo nie może uwierzyć w swoje szczęście, że aż przestaje pić z tej radości. Jednak z czasem wszystko mu się miesza – kobiety, kolejność wydarzeń, co z którą robił, co było najpierw, co potem –  zupełnie, jakby jego teoria o nieistnieniu czasu była prawdziwa.

Bardzo ciekawą koncepcją jest wprowadzenie komentatorów sytuacji, mianowicie Zmysłów Anzelma – Wzroku, Węchu, Dotyku i Słuchu. Dowiadujemy się, co je denerwuje, a co lubią. Na przykład, gdy mężczyzna budzi się na kacu Słuch denerwują wszystkie dźwięki, Węch ma problem z oddechem mężczyzny, a Wzrok widzi niewyraźnie. Jest to świetny zabieg personifikacji, dzięki któremu zostajemy wyrwani z danej historii i poznajemy ją z innej strony – dawno nie spotkałam się z takim świetnym pomysłem.

Kolejną wartościową rzeczą jest nieprzypadkowość. Autor zadbał o ty, by każda najdrobniejsza rzecz w książce miała znaczenie. Zaczynając od nazwisk i imion bohaterów – Anzelm, Kołakowska, Scholastyka, po numer tramwaju, a kończąc na tytule książki ,,Dowodzie ontologicznym”. Chociaż na początku nic nam się nie klei to z czasem zaczynamy rozumieć i łączyć wszystkie fakty, co jest według mnie bardzo dobrą umiejętnością budowania fabuły.

Przechodząc do najważniejszej kwestii – do zbudowanie postaci Anzelma – chylę czoła. Przede wszystkim, budzi on we mnie skrajne uczucia – odrzuca mnie od niego jego alkoholizm, niefrasobliwość i lekkość życia. Za to przyciąga mnie do siebie jego poczucie humoru i pewność siebie. Polubiłam go za jego cięty język i umiejętność dostosowania żartów do każdej sytuacji, jaka przydarza mu się w życiu. Gra słów jest niebywała, aż chce się zapisać wszystkie te żarty i inteligentne odpowiedzi, by móc używać ich w towarzystwie. Anzelm umie wybrnąć z każdej sytuacji, nawet wtedy, gdy na przykład przychodzi do uczniów z założonymi spodniami na lewą stronę potrafi przekonać ich, że było to celowe i miało za zadanie pobudzenie ich kreatywności. Poza byciem nadwornym żartownisiem, Anzelm jest filozofem. To właśnie w nim cenię, że oprócz ciągłego rozbawiania czytelnika potrafi kazać mu pomyśleć, zatrzymać się i zastanowić. Porusza wiele tematów jak miłość, poligamia i, co najważniejsze, czas. Czy jest on pojęciem potrzebnym? Po co nam nazywanie wszystkiego, klasyfikowanie? Porusza temat bardzo bliski większości ludziom, czyli brak czasu na wszystko, ciągłe zabieganie, zatracenie się  w pracy, gdy tak naprawdę można żyć powoli, nie spieszyć się.

,,Dowód ontologiczny” to książka mądra i elokwentna. Spełnia swoje zadania – potrafimy się śmiać do rozpuku, ale też zatrzymać się i wraz z bohaterem popaść w zadumę. Co ważniejsze, nie jesteśmy obojętni, bo nie możemy, autor wymusza na nas zaangażowanie się w powieść i historię Anzelma. Z czasem jesteśmy również tak samo skołowani jak główny bohater – nie wiemy co jest prawdą, a co fikcją.

Ocena: 9/10

99999

Recenzja książki “Śmiechu warte, czyli z czego śmiał się PRL” Michała Zawadzkiego: praktyczny przewodnik po PRL-u

i-smiechu-warte-czyli-z-czego-smial-sie-prlMoja praca licencjacka dotyczyła polskiej muzyki rockowej w latach siedemdziesiątych. Aby ją napisać musiałam zapoznać się z tłem historycznym i kulturowym tamtych czasów. Między innymi dzięki temu zaczęłam się interesować PRL-em, tym, jak żyło się wtedy ludziom, a przede wszystkim, jak artyści obchodzili cenzurę. Pamiętam także jak będąc dzieckiem oglądało się u mnie w domu seriale i filmy powstałe właśnie w czasach PRL-u, a ja sama uwielbiałam oglądać ,,Wojnę domową” . Tekst piosenki ze wstępu znałam na pamięć! Dlatego też z wielką chęcią i nadzieją sięgnęłam po książkę Michała Zawadzkiego ,,Śmiechu warte, czyli z czego śmiał się PRL”.

Już sam tytuł książki jest intrygujący, bo jak dobrze wiadomo w czasach PRL-u nie za bardzo było się z czego śmiać – duża cenzura, niezbyt luksusowe warunki codzienności, czyli stanie w kolejkach i permanentny brak jedzenia. Lecz ludzie jakoś musieli sobie w tych czasach radzić i właśnie rozładowywali to w najlepszy sposób w jaki można, czyli śmiechem. Okładka książki również nawiązuje do tamtych czasów – grafika, czcionka maszynowa, a także prostokąt z napisanym w środku ,,zaakceptowano”, który był używany przez cenzorów, gdy wyrażali zgodę na publikację jakiegoś tekstu. Lektura została podzielona na rozdziały tematycznie, najpierw jednak jesteśmy wprowadzeni w całe tło historyczne.  Następnie przenosimy się po kolei do filmu, serialu, kabaretu i sceny muzycznej. Przed każdym rozdziałem mamy sentencję z filmu, np. z ,,Misia”. Co lepsze, są one napisane właśnie czcionką maszynową, co wprowadza też miły klimat tamtych czasów. W książce znajduje się dużo smaczków, dzięki którym nie raz i nie dwa uśmiechniemy się, a nawet wybuchniemy śmiechem. Bo jak nie roześmiać się, gdy mowa o sposobach omijania cenzury? To, na jakie pomysły wpadali twórcy, jest naprawdę godne pochwały i oklasków. Wtedy właśnie zdajemy sobie sprawę, że ,,Polak potrafi”. Ponadto znajdziemy wiele wspomnień, między innymi Barei czy Tyma. Zawarto także wiele kultowych już w naszej kulturze tekstów i nawet jeżeli nie pamiętamy skąd dokładnie je znamy, to Michał Zawadzki nam o tym przypomni.

Dla mnie, najciekawszym rozdziałem był ten dotyczący filmu, gdzie przedstawione zostały nie dość, że metody obejścia cenzury, to jeszcze kulisy ich powstawania. Przecież telewizor w tamtych czasach był, jakby nie patrzeć, dobrem luksusowym, na który na początku nie każdy mógł sobie pozwolić. Ludzie chodzili więc do kin. Dobrze znane wszystkim filmy Barei czy innych reżyserów –  ich humor, ponadczasowość i krytyka władz są teraz kultowe. Do tej pory śmiejemy się i powtarzamy teksty z ,,Misia” czy ,,Seksmisji”. Co do seriali, to czasy PRL-u kojarzą mi się przede wszystkim z ,,Czterema pancernymi i psem”, który był oglądany u mnie w domu po tysiąc razy, nieważne, że nie w kolejności, ale zawsze gościł na ekranie. Będąc dzieciakiem uwielbiałam ,,Wojnę domową”. Teraz jednak widzę, jak dużo mam do nadrobienia, oczywiście większość seriali była mi znana i oglądana, ale na pewno nie wszystkie. Plusem jest to, że autor tłumaczy tło kulturowe i sposób wyśmiewania cenzorów, na przykład to, jak zostało użyte w ,,Zmiennikach”.

Książka jest napisana językiem prostym, bardzo zrozumiałym. Jednak warto jakiś ogólny zarys historyczny znać, na przykład takie pojęcia jak wentyl bezpieczeństwa. Ciekawym dodatkiem są zdjęcia z tamtego okresu, albo są to kadry z filmów, albo zdjęcia, albo po prostu plakaty, wszystko to urozmaica treść. Ponadto wielkie brawa za tak dokładną analizę, zbadanie i zgłębienie tematu. Nie jest on ani łatwy, ale na pewno przyjemny i ciekawy. Michał Zawadzki przemyślał wszystko – zarówno wstęp, kolejność rozdziałów i zakończenie, po grafikę, dobranie cytatów, czy umieszczenie zdjęć – każdy szczegół jest precyzyjnie dopracowany. Tak jak autor wspomina, książka jest dla każdego – dla starszych, którzy będą wspominać czasy, które przeżyli i, a na ich oczach tworzyła się historia, byli świadkami jednego z ważniejszych okresów Polski. Dla tych młodszych, którzy albo byli dziećmi w tamtych czasach, albo urodzili się trochę później i historię znają jedynie od rodziców, ciotek i wujów czy także z telewizji. Ale może również zainteresować najmłodszych, dla których PRL to odległa historia i traktują ją jako coś niemożliwego i bardzo odległego.

Jedyne czego zabrakło mi w książce, to omówienia sceny muzycznej, ale rockowej, tej z Jarocina. Mówię o tym z perspektywy osoby, która napisała o tym pracę i wiem, że temat ten jest bardzo ciekawy, ponieważ to, jak muzycy radzili sobie z cenzorami jest piękne. Jednak z drugiej strony rozumiem, że to motyw szeroki i rozległy do opisania, że nie zasługuje na rozdział, ale na całą obszerną książkę.

Ocena: 9/10

99999

Recenzja filmu “Bodom”: Finlandia nowym pionierem horroru

1000x1493_okp2vbIleż razy, gdy czytamy opis jakiegoś filmu myślimy “o rany, widziałem taką fabułę już co najmniej trzy razy”? Nie ma znaczenia, o jakim gatunku mówimy. Powtarzalność wpisała się we współczesne kino tak silnie, jak wszelkie innowacje oraz nowe pomysły. Podobnie ma się sprawa z finlandzkim “Bodom”. Schemat slashera bije już po pierwszym zdaniu opisującym fabułę produkcji. Ale kto nie próbuje, ten nie poznaje nic nowego. Może to jednak przełomowe dzieło z gatunku horroru?

Latem 1960 roku czwórka spośród piątki nastolatków zostaje brutalnie zamordowana w trakcie biwakowania nad jeziorem. Masakrę przeżywa tylko jedno z nich, jednak nic nie pamięta z koszmarnej nocy. Morderca pozostaje więc na wolności. Legenda głosi, że do dziś ukrywa się w pobliskich lasach. Wykorzystuje to kolejna grupa nastolatków, która pięćdziesiąt lat po masakrze dociera do miejsca zdarzenia. Niektórzy z nich mają nadzieję na rozwiązanie zagadki morderstw poprzez odtworzenie wydarzeń z tamtej nocy. Jednak gdy zapada zmrok, okazuje się, że nie każdy przyjechał z takimi samymi intencjami…

Początkowo „Bodom” zapowiada się jak klasyczny slasher. Grupa nastolatków w lesie stara się przetrwać noc i nie wpaść w sidła mordercy. Czekamy aż po kolei wszyscy zaczną ginąć, obstawiając, którzy z bohaterów przeżyją. Jednak po kilkunastu minutach następuje zwrot akcji, który całkowicie wybija widza ze znanego schematu. Mimo że łatwo domyślić się pewnych rozwiązań fabularnych, które na pewno będą miały miejsce, to zaskoczenie przy pierwszym zwrocie akcji zwala z nóg. Nie spodziewałam się czegoś takiego w niszowym finlandzkim horrorze.

Wbrew założeniom sporo dowiadujemy się o bohaterach, o ich wzajemnych relacjach, o ich historii. Na pierwszy plan szczególnie wysuwa się Ida (Nelly Hirst-Gee), która przeżyła szkalowanie w szkole za sprawą nagich zdjęć, które rzekomo zobaczyła cała szkoła. Jej historię poznajemy najbardziej szczegółowo oraz najłatwiej jest nam zrozumieć jej zachowania. Po raz pierwszy oglądając horror miałam jakiekolwiek uczucia względem bohaterów. Zazwyczaj wpisywałam ich w szablon znanych mi postaci, krzyczałam tylko „uciekaj”, „biegnij”, lecz nie zastanawiałam się, czy ich polubiłam, czy nie. Tym razem zostałam miło zaskoczona. Było mi smutno, gdy niektórzy z nich zostali zabici, bo przecież w moim poczuciu ostatecznie powinny zginąć zupełnie inne postaci.

„Bodom” prezentuje kilka zwrotów akcji, które nie są koniecznie typowe dla tego rodzaju horroru. Od pierwszych minut filmu możemy się domyślić, że morderca pewnie się pojawi. Zaskoczeniem staje się moment, w którym ten postanawia się ujawnić. Wydaje mi się, że przede wszystkim dzięki tym twistom produkcja tak mocno wciąga, nie pozwalając widzowi oderwać się od ekranu.

Nie można się doczepić do złej gry aktorskiej, nieumiejętnego budowania napięcia czy niespełniających oczekiwań zdjęć. Wszystko jest poprawne, a w przypadku takiej produkcji – niczego więcej nie trzeba. Jedynym minusem okazuje się zakończenie filmu, które sprawia wrażenie urwanego. Nagle zamiast krwawej jatki dostajemy malownicze zdjęcia lasu. Można było dokleić jeszcze trochę taśmy i prezentowałoby się to o wiele składniej.

„Bodom” polecam przede wszystkim tym, którzy wielkimi wielbicielami horroru nie są. Nie uświadczycie tutaj morza krwi, ale gwarantuje Wam, że pewne zabiegi fabularne Was zaskoczą. W morzu slasherowych produkcji, które oferuje nam już cały świat, ta zdecydowanie się wyróżnia, zachęcając do tego, aby odkrywać tytuły nie tylko stricte kinowe.

Recenzja książki “Mężczyzna w chwili, gdy zostaje sam” Dominika Fórmanowicza: w poszukiwaniu siebie

mezczyzna-gdy-zostaje-sam-w-domuSzukanie siebie, swojego powołania, celu w życiu – któż z nas nie musiał się z tym zmagać? Któż nie bił się z myślami, co dalej, czasem może nawet walczył z bezsilnością, gdy nie wiadomo było, co zrobić? Myślę, że pewnie większość ludzi przechodziła przez podobny etap w życiu. Etap kryzysu, niewiedzy i zwątpienia. Co zrobić ze swoim życiem? Znajdujemy wtedy różne środki, by znaleźć odpowiedź na to pytanie, a ostatecznie każdy podąża własną drogą. Jedni podejmują się rzeczy, których nie robili nigdy, zaczynają uprawiać sport, czytać książki, malować obrazy, studiują, chodzą na kursy – ogólnie stawiają na rozwój osobisty. Inni imprezują, zwiedzają nowe miejsca, a jeszcze inni – nie robią nic. Każdy człowiek to inny przypadek. A jak to by było, gdyby spróbować odnaleźć siebie podczas samotnego podróżowania, gdy człowiek wystawiony jest na przeróżne przeciwności losu, sam na sam z naturą, sam w sytuacjach kryzysowych, sam w niespotykanych miejscach? Właśnie o tym jest książka Dawiada Fórmanowicza ,,Mężczyzna w chwili, gdy zostaje sam”.

Ta książka to zapis podróży do Santiago de Compostelo – pewnego dnia nasz bohater stwierdza, że wyruszy właśnie tam, słynną trasą uczęszczaną przez pielgrzymów i w ten sposób stawi czoła sam sobie. Decyduje się na to w momencie, gdy masa innych młodych ludzi z całego świata również wyrusza tą samą Drogą do tego samego miejsca. Ale cele i przyczyny każdego są inne, mają różne problemy i uciekają od nich, chcą uzyskać odpowiedzi na pytania, wymienić doświadczenia z innymi, dla niektórych będzie to ukojenie bólu (jak w przypadku dziewczyny, której zmarł mąż). Bohater spotyka różnych ludzi i nawiązuje z nimi kontakty. Między innymi z Mishą, Lucy, Mandolo, czy Eniko. Każda z tych osób wpłynie na kształt Drogi mężczyzny i wniesie coś do jego życia.

Bohater to Polak, zmęczony swoim życiem, z niewypalonym pomysłem na firmę graficzną, niespełniony pisarz, którego skrytą umiejętnością jest gra na ukulele. Wyrusza w Drogę sam, by poznać siebie. Jednak otacza go masa młodych ludzi, przez co czasem jest zmęczony, bo liczył właśnie na samotność.

Co do samego celu, świetnie opisane jest to, jak ludzie dowiadują się w trakcie podróży po co idą, jakie są ich cele życiowe, jak przewartościowują swoje priorytety i ideały. Jednak Droga to nie tylko mądrość i szukanie siebie, to także dużo młodych ludzi, a tam gdzie młodzi tam są także i imprezy, i alkohol; miłości i romanse. Bardzo podobało mi się to, w jaki sposób autor zestawił ze sobą tak wiele różnych charakterów, które nasz bohater spotyka po drodze. A także to, że ciężko iść samemu, ale jeżeli się chce to można wszystko, nawet ludzi traktować jako dodatek do Drogi, a nie sam cel w sobie. Przecież można od nich nauczyć się tak wielu rzeczy, dowiedzieć o innych kulturach i rozszerzyć horyzonty. Jest to piękna analogia naszego życia, która pokazuje by skupić się na swoim celu, ale również przeżywać każdą chwilę otaczając się innymi.

Kolejnym ważnym tematem, który został poruszony to wyznaczanie sobie punktów. W pewnym momencie dwójka z bohaterów stwierdza, że samo dojście do miasta nie jest już takie ekscytujące, że chcą iść dale,j i dalej, i dalej, i może koniec sam im się ukaże.

Fórmanowicz postanowił pokazać uczucie rodzące się pomiędzy dwojgiem młodych ludzi – godziny spędzone na rozmowach, wzajemne pożądanie ciał. Ilustruje to, że miłość możemy poznać w każdym, nawet najmniej spodziewanym momencie życia,  szczególnie, gdy bardzo tego nie chcemy. Co do samego wątku, nieważne jak się rozwiąże ta relacja, ważniejsze jest ukazanie chemii rodzącej się pomiędzy obcymi ludźmi.

Czytając ,,Mężczyznę w chwili, gdy zostaje sam” czujemy, że jesteśmy obok bohatera i towarzyszymy mu fizycznie, a nie tylko z kart książki. Opisu w powieści są tak dokładne i świetne, że samo wizualizuje nam się w głowie. Brawa za opis detali, schronisk, oddanie klimatu Drogi. Nie jest to zwykły opis trasy, to coś więcej.

Przede wszystkim jednak należy docenić świetną analizę charakterów ludzkich, analogi Drogi do życia i do codziennych sytuacji, w jakich jesteśmy stawiani. Myślę, że każdy z tej pozycji wybierze coś dla siebie i zauważy pewne związki z własnym życiem. Historia pokazuje nam, że to nie my sami przeżywamy nasze życie i poznajemy odpowiedzi na pytania, ale przy pomocy innych. Ale w tym wszystkim musimy pamiętać, by wtedy, gdy to potrzebne, pobyć samemu z własnymi myślami.

Ocena: 9/10

99999

Recenzja filmu “Bridget Jones 3”: to zawsze był pan Darcy

7745999.3Ciężko byłoby znaleźć na świecie osobę, posiadającą dostęp do telewizji czy książek, która nie miałaby bladego pojęcia, kim jest Bridget Jones. To postać, która piętnaście lat temu pokazała nam, kobietom, że nie mamy się czego wstydzić, że każda z nas przeżywa podobne dylematy. Zastanawiająca się, czy na pierwszą randkę założyć seksowną bieliznę, czy raczej wyszczuplające majtki, wprowadziła także nowy rodzaj bohaterki do gatunku, jakim jest komedia romantyczna. Dlatego ponowne spotkanie z Bridget było przeze mnie wyczekiwane tak, jak spotkanie z dawną znajomą, która być może ruszyła do przodu, ale nadal bliska jest mojemu sercu.

Jones (Renee Zellweger) spotykamy ponownie w jej urodziny – tym razem Brytyjka kończy 43 lata. Nie dziwi specjalnie, że po raz kolejny spędza je samotnie. Rozstała się z Markiem (Colin Firth), który teraz ma żonę; Daniel (Hugh Grant) zaginął w katastrofie lotniczej i został uznany za zmarłego; a Bridget, bez partnera, tęskni za seksem. Wraz z przyjaciółką z pracy wybiera się na muzyczny festiwal, na którym poznaje Jacka (Patrick Dempsey). Przygoda trwająca jedną noc ma być jedynie miłym wspomnieniem, jednak Jones nie ma pojęcia, jak bardzo się myli. Kilka tygodni później okazuje się, że kobieta jest w ciąży. A przecież w tym samym czasie spotkała się także z Markiem i spędziła z nim noc. Więc… kim jest ojciec dziecka? Czy Bridget powie obu mężczyznom o swoim stanie? A jeśli tak, czy uświadomi ich, że obaj są potencjalnymi tatusiami?

Bridget przez te kilka lat schudła (jak sama twierdzi, osiągnęła swoją wymarzoną wagę), oraz zdobyła pracę jako producentka telewizyjna, w której się spełnia i czuje się w swoim żywiole. Wcale nie przeżywamy zaskoczenia, gdy okazuje się, że nasza bohaterka, kobieta, która zrewolucjonizowała podejście wielu z nas do własnej samotności, nadal jest singielką. Wiemy jednak, że ostatecznie skończy z jakimś mężczyzną – a podświadomie zdajemy sobie sprawę, że to zawsze był i będzie pan Darcy. Przecież nieważne, jak wiele nas dzieli, czy według algorytmu matematycznego jesteśmy do siebie dopasowani, czy nie, jak postrzegamy rzeczywistość i jakie mamy priorytety – czasem miłość nie wybiera i możemy być dla siebie stworzeni, mimo, że nikt nigdy nie powiedziałby, że te dwie osoby mogą ze sobą wytrzymać w jednym pokoju. Tak właśnie wygląda relacja Bridget z Markiem. To przykład pary, która udowadnia nam, że czasem warto być razem na przekór wszystkim i kierować się wyłącznie sercem.

Jednak, gdy w życiu Jones pojawia się Jack, nawet my, widzowie, tak, jak i sama bohaterka, zastanawiamy się nad wyborem. Mark i Qwant nie są skontrastowanymi postaciami, tak, jak było w poprzednich częściach z Markiem i Danielem. Tym razem obaj mężczyźni zabiegający o względy Bridget reprezentują o wiele więcej pozytywnych cech niż tych negatywnych. Przy każdym z nich kobieta czuje się szczęśliwa, każdy stara się być odpowiedzialny, każdy cieszy się na myśl o posiadaniu dziecka, każdy jest na swój sposób uroczy. Jednak konkurenci, pomimo niewielkich spięć i używania niewielkich zgryźliwości, szanują się i wzajemnie troszczą o wybrankę ich serc. To dopiero dylemat, prawda? Wybrać pomiędzy panem Idealnym a panem Doskonałym. Pozostaje kierowanie się tylko pytaniem – z którym z nich chciałabym się zestarzeć?

Pomimo tego, że widać ślady po operacjach plastycznych Zellweger i trudno nie zwrócić uwagi na sztuczne napięcie jej twarzy, aktorka nadal prezentuje się w roli samotnej czterdziestolatki wyjątkowo naturalnie. Colin Firth, przyprószony siwizną, przypomina literackiego pana Darcy’ego, a od Patricka Dempsey’ego bije ten urok i ciepło, które oglądaliśmy w pierwszych sezonach “Chirurgów”. Pomiędzy aktorami czuć nić porozumienia, bezpretensjonalność i sporą dozę rozluźnienia.

Bez wahania mogę stwierdzić, że trzecia część przygód niezdarnej, choć niezwykle emocjonalnej Brytyjki, to najlepsza odsłona serii. Lekka, z pierwszorzędnym humorem, jest niewymuszoną historią, którą w jakiś sposób doskonale znamy, a jednocześnie oglądamy się w niej jak w lustrze. Nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że oglądam na ekranie jedną z wersji swojej przyszłości. I wiecie co? Nie miałabym nic przeciwko, żeby tak wyglądała.

Ocena: 8/10

88888

Recenzja książki “Metoda cross-treningu” Broussala-Dervala Aureliena: technika czyni mistrza!

metoda-crosstreningu_okladkaZakochałam się w ćwiczeniach jakiś czas temu. Pamiętam początki, które były ciężkie i podążałam na ,,ślepo”, nie wiedząc, na jakie zajęcia chodzić, co wybierać, jak ćwiczyć, z jaką intensywnością, co jeść, jaką suplementacje stosować. Przecież o to właśnie w tym wszystkim chodzi – o prowadzenie ,,zdrowego” i aktywnego stylu życia, który ostatnio jest taki modny. Nigdy bym nie pomyślała, że dojdę do tego momentu, by wyjść z zajęć grupowych na strefę siłową, na wolne ciężary, gdzie zazwyczaj otaczają mnie (jak to mam w zwyczaju ich nazywać) “dziki”. W tym moim ,,coming out-cie” bardzo pomogły mi zajęcia cross-fitowe. Dlaczego? Ponieważ poznałam na nich postawy i technikę, zrozumiałam jak bardzo ważna jest ona w wykonywaniu nawet najprostszych ćwiczeń. Zdałam sobie sprawę także z tego, jak istotna jest rozgrzewka, a na koniec rozciąganie się. A w życiu nie chodzi, by ,,przyładować” dużo ciężaru, a o to, by wykonywać ćwiczenia poprawnie technicznie, żeby po pierwsze miały jakiś skutek, a po drugie, żeby nie zrobić sobie krzywdy. A w dodatku właśnie w moje ręce trafiła piękna książka ,,Metoda cross-treningu”.

To co, pierwsze rzuciło się w moje oczy, to piękna grafika i opracowanie wydania – aż musiałam najpierw przekartkować i popaść w zachwyt. Nie dość, że mamy zdjęcia oraz każde ćwiczenie uchwycone krok po kroku, to jeszcze grafik postarał się i w wielu miejscach dołączył rysunki anatomiczne człowieka zaznaczając, jakie mięśnie są wykorzystywane i jak pracują przy wykonywaniu danego ćwiczenia – moim zdaniem mistrzostwo świata. Uświadamia nas to, jak wiele partii mięśniowych jest zaangażowanych przy podnoszeniu ciężarów.

Znakomicie, że sami autorzy zaznaczają, że nie jest to podręcznik dla początkujących, że ważniejszy jest trener na siłowni, który jest w stanie na bieżąco korygować to, co robimy źle i to nad czym musimy pracować, a także jaki ciężar jest dla nas odpowiedni. Poza tym, książka zaczyna się odpowiedzialnie – dużą wagę należy przyłożyć do rozgrzewki, o czym zapomina większość ćwiczących, traktując ją jako coś nudnego i nieistotnego – a to właśnie dzięki niej rozgrzewamy nasze ciało i przygotowujemy mięśnie do pracy.

Każdy rozdział jest skarbnicą wiedzy, nie tylko dla cross-fitowców, ale także dla osób chcących pracować na wolnych ciężarach – pokazywana na zdjęciach i opisywana krok po kroku technika jest przedstawiona dokładnie i z wielką precyzją i szczegółowością. Ważne jest to, że autorzy zwracają uwagę na najczęstsze błędy ćwiczących starając się je podkreślać tak, byśmy ich nie popełniali. Zwracają uwagę, że przede wszystkim najpierw musimy opanować technikę, a dopiero później możemy folgować z ciężarem.  Bardzo podoba mi się podejście anatomiczne, czyli wszystkie rysunki, na których opisane są poszczególne mięśnie, a obok nich wyjaśniony wpływ ćwiczeń na nie, ale także to, jak źle wykonywane ćwiczenia bardzo niszczą nasz organizm.

Autorzy wzięli na siebie duża odpowiedzialność za ćwiczących i na pewno nie zawiedli! Nie raz i nie dwa podkreślają jak ważna jest technika, a nie ciężary, zaznaczają, że jeżeli czegoś nie umiemy, mamy to trenować ,,pod okiem trenera”, tak byśmy nie zrobili sobie krzywdy. Nasze oczy cieszy piękne wydanie książki, masa zdjęć pokazujących prawidłowe postawy, a także grafiki i anatomia człowieka. Myślę, że dla większości będą też przydatne WODy oraz zamieszczony na końcu plan treningowy.

Muszę przyznać, że bardzo doceniłam książkę, która pokazała mi i po raz tysięczny podkreśliła, co jest najważniejsze w treningu. A poza tym sprawiła, że zaczęłam czerpać z niej inspiracje i dodaję teraz do swoich treningów powoli ćwiczenia, które były w niej opisywane – także odwagi! Nieśmiało przyznam, że jedyną rzeczą, która odstraszała mnie przed ćwiczeniami siłowymi, było cardio, które trzeba ,,przykręcić” po treningu –  i tu znajdziemy masę alternatyw dla znienawidzonej (przynajmniej przeze mnie) i wyjątkowo nudnej bieżni. Dzięki książce nasze treningi nie będą monotonne, a sama zacznę po nią często sięgać, w ramach przypomnienia sobie informacji, czy zaczerpnięcia inspiracji.

Ocena: 8/10

88888

Za egzemplarz recenzencki książki dziękuję bardzo:

logo

Recenzja filmu “Moonlight”: kategoria: skrojone pod Oscara

7774878.6 (1)Muszę przyznać, że od kilku dni mam okropny problem z produkcją Barry’ego Jenkinsa. Z jednej strony staram się zrozumieć jego liryczność oraz uniwersalność, z drugiej – nie mogę się pogodzić ze sztampowością samej historii. Trudno nie uznać, że “Moonlight” należy do kategorii filmów skrojonych pod Oscara. Czy jest jednak filmem przełomowym? W zakresie zaprezentowanej intymności, przedstawionych problemów, podjęcia, jak twierdzą niektórzy, tematów tabu?

Ubogi, czarny chłopiec dorasta w jednej z najniebezpieczniejszych dzielnic Miami. Little, jak nazywają go koledzy, stara się znaleźć swoje miejsce w świecie. Matka chłopca coraz mocniej pogrąża się w wyniszczającym ją nałogu narkotykowym. Na szczęście Chiron/Little, poznaje Juana (Mahershala Ali), który staje się dla niego swego rodzaju ojcem zastępczym. Czysty, widny, przestrzenny dom mężczyzny, w którym mieszka ze swoją dziewczyną Teresą (Janelle Monae), staje się dla chłopca oazą stabilności, spokoju, bezpieczeństwa. Obserwujemy życie Chirona na jego trzech etapach – dzieciństwa, nastoletniości oraz dorosłości. W każdym z nich główny bohater nadal stara się odnaleźć samego siebie.

Trudno nie oprzeć się wrażeniu, że najważniejszym powodem, dla którego produkcja Jenkinsa otrzymała Oscara, jest sama charakterystyka głównego bohatera. Czarnoskóry gej mieszkający z niedbającą o niego matką narkomanką, bez ojca, gnębiony przez kolegów. Oscara czuć nosem już po jednym zdaniu. Nie dajcie się zwieść – to naprawdę sztampowa historia. Jedynie opowiedziana w przemyślany sposób. Bowiem Jenkins prezentuje najważniejsze pod względem emocjonalnym wydarzenia z życia chłopca, pomijając wszystko to, co pomiędzy. Wbrew pozorom niezwykle usystematyzowany schemat opowieści sprawia, że ta historia wiele zyskuje. Prawdopodobnie gdyby nie to, byłaby stawiana w o wiele gorszym świetle.

Wszystko to zostało opakowane w pięknie skomponowane kadry; niemalże romantyczne sceny przepełnione małymi, udramatyzowanymi gestami mieszają się z tymi przepełnionymi przemocą i brakiem zrozumienia. Skupienie się na niewielkich gestach, obserwacja każdego najdrobniejszego drgnięcia ust, grymasu czy spojrzenia do pewnego momentu urzekały nawet i mnie. Starałam się dostrzec coś unikatowego w zabawie światłem i nocą. Jednak im dalej w las, tym bardziej te zabiegi stawały się nijakie. Mimo że w ostatniej sekwencji, opowiadającej o Blacku, niektórych zbliżenia oraz detale mogły uderzyć ze zdwojoną siłą. Patrząc na miotającego się w sobie samym dorosłego faceta, zabrakło mi do tego cierpliwości. To wszystko mogło się perfekcyjnie uzupełnić, jednak nawet w sferze wizualnej zdecydowanie brakowało mi szczerości. Uczucie sztuczności i zimnej kalkulacji nie opuściło mnie do końca seansu – zarówno oceniając scenariusz, jak i mise-en-scene.

Trudno za to nie zwrócić uwagi na aktorski popis dwójki czarnoskórych aktorów: Janelle Monae i Mahershala Ali. Aktorka wznosi się na szczyty swoich możliwości w momentach, w których najbardziej widać pogłębiające się szaleństwo bohaterki, w którą się wciela. Monae gra kochającą matkę, by po chwili zamienić się w sadystyczną szantażystkę. Mahershala Ali święci triumfy właściwie w każdej scenie, w której się pojawia, chociaż najlepiej wypada w scenie kłótni z matką Chirona.

„Moonlight”, choć nie jest filmem złym, prezentuje się raczej jako pusta, bezrefleksyjna wydmuszka, która widzowi oferuje złote góry, a pozostawia z ogromnym niedosytem. Hollywood po raz kolejny pokazało, że – jak mawia Ken Loach – w stosunku do kinematografii światowej nie ma zbyt wiele do zaoferowania. A przynajmniej nie wnosi nic odkrywczego i porywającego. Nadal będę uważać, że poprawność polityczna kieruje każdym wyborem Akademii.

Ocena: 6/10

6666

Recenzja filmu “XOXO”: rave wiecznie żywy

11559390a256a3272d34eb381847a771Wszyscy stali czytelnicy i wszyscy moi znajomi wiedzą, że jestem muzycznym freakiem. Bywam na większości ważniejszych koncertów w Polsce, a przede wszystkim na naszych rodzimych festiwalach. Nie dziwi więc, że moja praca licencjacka traktowała o biografiach muzyków rockowych i „pożeram” każdy film, który muzyki w jakikolwiek sposób dotyczy. Dziś padło na wyprodukowany przez Netflixa obraz „XOXO”, który być może nie zachwyca soundtrackiem (chociaż pojawia się w nim najlepszy remix Disclosure), ale przedstawieniem imprez typu rave, które od lat 90. do dziś cieszą się niesłabnącą popularnością.

Ethan (Graham Phillips) jest młodym muzykiem, który za sprawą jednego utworu opublikowanego na Youtubie zyskuje niezwykłą popularność. Milion wyświetleń w krótkim czasie powoduje, że zostaje zaproszony na jeden z bardziej znanych i obleganych festiwali elektro w Ameryce – XOXO. Niestety, od początku los rzuca mu kłody pod nogi w drodze na jego pierwszy występ.Jednocześnie poznajemy także historię Krystal, która w przeciwieństwie do swoich przyjaciółek, ma nadzieję na poznanie prawdziwej bratniej duszy oraz parę, dla której XOXO jest ostatnim wspólnym dniem razem przed rozstaniem.

To film o przyjaźni, o radzeniu sobie z presją ze strony rodziców, o walczeniu z oczekiwaniami, jakie inni kierują w naszą stronę, o podejmowaniu własnych wyborów i radzeniu sobie z ich konsekwencjami, o przymusowych rozstaniach, o tym, że czasem każdy z nas musi iść w swoja stronę, a związki na odległość mogą nie przetrwać, o tym, że czasem warto żyć chwilą, a przede wszystkim o skontrastowaniu prawdziwej pasji z robieniem kariery (coś o czym od jakiegoś czasu śpiewa Taco Hemingway). Wydaje się, że to film o wszystkim i o niczym? Nie, to film o nas. O naszym pokoleniu dzisiejszych dwudziestolatków, którzy nie bardzo wiedzą, czy nadal powinni się bawić, czy powinni wydorośleć.

Jest jednak w tym świecie ktoś, kto znajduje się tam całkiem przypadkiem. Były właściciel sklepu muzycznego neguje tę rzeczywistość, nie podoba mu się początkowo, że trafia na festiwal, który “nic sobą nie reprezentuje”. Nie lubi ani tej muzyki, ani kultury, ale przybywa na XOXO. Mimo, że dobrze się bawi, nie akceptuje tego, jakie przekonania żywią artyści muzyki elektronicznej stawiający na pierwszym miejscu ilość dolarów na koncie. Podobnie Ethan i Krystal zdają się nie pasować do tego świata. Świata wyuzdanego, pełnego prawie nagich dziewczyn, świata, w którym żyje się tylko tu i teraz, nie wyznając żadnych wartości.

Od strony wizualnej o wiele lepiej prezentuje się niż „We Are Your Friends”, który fabularnie i tematycznie jest bardzo podobny. Najlepiej określić ją słowem „teledyskowość”, jednak najbardziej porywają sceny, w których przedstawiony jest świat z perspektywy menadżera Ethana, gdy ten jest naćpany. Przemieszcza się w nietypowy sposób, nie potrafi odróżnić rzeczywistości od narkotykowych wizji, ogląda świat w slowmotion.  W każdej scenie uderza ilość kolorów, także w strojach bohaterów i postaci epizodycznych.

„XOXO” nie jest w żaden sposób nowatorskim filmem, lecz prezentuje rzeczywistość subkultury oscylującej wokół muzyki elektronicznej w wyjątkowo wiarygodny sposób. Jako osoba bywająca na rave’ach mogę potwierdzić, że ten świat właśnie tak wygląda. Wbrew pozorom jest pełen sprzeczności, mimo, że wydaje się wyłącznie kolorowy. A jednocześnie produkcja Netflixa pokazuje w jakiś sposób, na jakie przeszkody trafiają dzisiejsi dwudziestolatkowie. I to wcale w naprawdę niebanalny sposób.

Ocena: 7/10

77777