Recenzja filmu “Summer Camp”: biegnij, nauczycielko, biegnij

7735401-3Nie oglądam horrorów. Boję się i basta. Te z gatunku gore wywołują u mnie mdłości, a ghost movies przerażają, pozostawiając traumę na parę tygodni. Z uwielbieniem oglądam takie, które zaliczają się do klasy Z lub Ź, ponieważ uważam je za osobny typ sztuki. Do tej kategorii szczególnie należą te, opowiadające o dziwnych, zbuntowanych zwierzętach atakujących ludzi, czy klasyczne slashery (albo ich połączenie). Gdy przeczytałam opis „Summer Camp” stwierdziłam, że nawet nie podejmę się obejrzenia tej produkcji bez czyjegoś nadzoru. Slasher przywodzący u mnie na myśl połączenie „Koszmaru minionego lata” z jakąś brutalną produkcją o zombie wydawał się czymś, co będzie spędzać mi sen z powiek przez kilka dni. Ściągnęłam więc przyjaciela „od oglądania filmów”, żeby w razie potrzeby zasłaniał mi oczy. Cóż, dobrze, że to zrobiłam. Bez niego z pewnością nie dotrwałabym do końca seansu, lecz z zupełnie innych powodów niż przypuszczałam.

Troje wychowawców przylatuje z USA do Hiszpanii, aby opiekować się dzieciakami w trakcie obozu językowego. Na miejscu czeka ich czwarty nauczyciel. Młodzi ludzie zyskują jeden dodatkowy dzień na przygotowania (czyli przede wszystkim integrację), zanim dzieci dotrą do ośrodka. Niestety, zamiast tego, los przygotował dla nich walkę o przetrwanie. Wśród nich i okolicznych mieszkańców rozprzestrzenia się wirus, który zamienia ludzi w krwiożercze monstra. Nikt z nich nie rozumie, dlaczego nagle przemieniają się w kombinację zombie i zwierzęcia ze wścieklizną. Tylko ci, którzy wykażą się dostatecznym sprytem przetrwają walkę i, być może, przeżyją do przyjazdu podopiecznych.

Nawet slasher ma swój schemat i od początku usystematyzowanych bohaterów. Nie może zabraknąć miejsca dla przystojnego cwaniaczka, który chce wyrwać jedną z ponętnych dziewczyn; nieco nieśmiałego intelektualisty (dobrze, jakby nosił okulary) będącym najlepszym przyjacielem tego pierwszego; nieporadnej i gwiazdowatej piękności; oraz tzw. dziewczyny z sąsiedztwa, która zdaje się dawać sobie radę w każdej sytuacji. Ba, nawet schemat kolejności ich umierania zazwyczaj jest taki sam. Podziwiam te horrory, które go przełamują. Jednak „Summer camp” nie należy z pewnością do jednego z nich.

Hiszpańsko-amerykańska produkcja Alberta Marini charakteryzuje się kompletnym brakiem logiki oraz mnóstwem scen, które wywołują w widzu zdziwienie zmieszane ze śmiechem i uczuciem zażenowania. Jak na przykład ta, w której jedna z bohaterek wbija drugiemu bohaterowi w stopę włączoną wiertarkę. I ta wiertarka w tej stopie kręci się, i się kręci, i kręci, a ofiara tak śmiesznie macha tą nogą…  Zaś jeśli chodzi o brak logiki to bohaterowie są w stanie przeżyć niemalże wszystko. Jeśli podejmiecie się obejrzenia tego filmu koniecznie zwróćcie uwagę na wystający konar towarzyszący postaciom odkąd tylko dotarli do Hiszpanii. To kluczowy rekwizyt!

„Summer Camp” utrzymuje nierówne tempo, a przy okazji wychodzi całkowity brak konsekwencji reżysera. Niekiedy zdaje się, że myli ze sobą kilka różnych dróg i nie bardzo wie jaki, w detalu, chciał osiągnąć końcowy efekt. Szaleńczy bieg po lesie przerywany jest statecznymi scenami rozmów, w trakcie których Marini chce pogłębić psychologicznie swoich bohaterów. Ale właściwie po co? Mieliśmy się przestraszyć, a nie analizować na przykład to,  jak jeden z bohaterów czuje się po śmierci przyjaciela. Być może, jeśli tylko zachowałby dynamikę, nawet sceny wywołujące salwy śmiechu, stałyby się nieco mniej zabawne.

Gdyby Marini nie chciał zrobić całkiem poważnego horroru, który wywoływałby przynajmniej w widzu napięcie czy nutkę strachu, a zdystansować się do fabuły mógłby z tego powstać niezły horror klasy Z. Obrał zupełnie przeciwną drogę, która sprawiła, że „Summer Camp” to po prostu słabo nakręcony, nie wywołujący emocji typowych dla dobrego horroru, film, o który zapomina się w dwie godziny po seansie. Ani to do końca zabawne, a tym bardziej przerażające. To ten typ produkcji, który można obejrzeć w gronie znajomych, po kilku drinkach, gdy każdy może wykazać się kreatywnością w tworzeniu komentarzy odnośnie zdarzeń dziejących się na ekranie. Na trzeźwo nie warto.

[embedyt] http://www.youtube.com/watch?v=d1dyn8S0gLU[/embedyt]

Ocena: 2/10

2222222222222222222222

 

Za możliwość obejrzenia filmu dziękuję:

0414250

Ewa Nowicka

Ewa Nowicka

Mam zbyt wiele planów na siebie i nie mogę się zdecydować, który jest najlepszy.
Serialoholiczka uważająca, że kultura popularna jest równie ważna co ta niszowa, a czasem snobistyczna. Na zmianę odwiedza operę i multipleks w poszukiwaniu blockbusterów.
Miłośniczka literatury wszelakiej i stała bywalczyni koncertów.
Absolwentka filmoznawstwa na UŁ. Kosmetyczka. Menadżer sieci sklepów Drogerie Noel.
Publikuję również na: secretum.pl, duzeka.pl oraz filmaster.pl
Ewa Nowicka

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *