Recenzja powieści “Balony” (M. Sajnog): kwieciście mroczne postapo

Porządne literackie postapo to jest “to” w dzisiejszych czasach. To nic, że jesteśmy na ostatniej prostej do zagłady ludzkości! Coraz chętniej zaczytujemy się w wyobrażeniach o naszym końcu czy po prostu upadku. Snujemy różne scenariusze, a w tym pomagają nam pisarze czy scenarzyści z kolejnymi wizjami tego, jak ów upadek może się rozpocząć bądź w jakiej gehennie przyjdzie nam żyć. Swoją cegiełkę do tego zbioru wyobrażeń dokłada także debiutująca autorka, M. Sajnog. Czy jej wizja globalnej katastrofy jest choć trochę intrygująca? Czy zbiera ślady schematów z różnych, znanych już nam, tekstów kultury? Czym wyróżniają się “Balony” na tle innych powieści postapokalipstycznego fantasy? Czytaj dalej “Recenzja powieści “Balony” (M. Sajnog): kwieciście mroczne postapo”

Blogerskie podsumowanie maja

Nieco później niż zazwyczaj publikujemy blogerskie filmowe podsumowanie maja. Miesiąc o tyle ciekawy, że obfitujący w premiery, a jednocześnie bez wyraźnego faworyta na paździerz oraz arcydzieło. Tym razem poznacie opinie:

“Cała prawda o Szekspirze”

Magda: Kenneth Branagh ponownie bierze się za Szekspira. Jednak tym razem nie za jedną z jego sztuk, a za jego życie. I wychodzi mu to całkiem niezłe. Na plus na pewno przepiękne zdjęcia i wspaniałe aktorstwo. W końcu mamy do czynienia ze „śmietanką” brytyjskiego aktorstwa – Judi Dench, Ian McKellen, a i sam Branagh w tytułowej roli sprawdzają się wyśmienicie. Na minus – nieco nieprzemyślany scenariusz i zbyt duża dawka melodramatyzmu rodem z filmów telewizyjnych.

“Iron Sky. Inwazja”

Michał: Film ten docenią jedynie fani „jedynki” i osoby z nietuzinkowym poczuciem humoru. Jeśli z założenia wiesz, że masz kij w dupie i nie będą Cię bawić naziści w kosmosie, to odpuść sobie seans, szkoda Twojego czasu. Jeśli jednak szukasz dobrej zabawy okraszonej mądrościami dotyczącymi współczesnego świata, oglądaj koniecznie! „Inwazja” jest mniej zabawna od „jedynki”, bardziej postawiono tu na zobrazowanie społeczeństwa (choćby „jobsizm”). Ale nie zrozumcie mnie źle: to dalej jest niezwykle szalone, turboprzeszarżowane, kino, w którym Hitler na dinozaurze nie jest czymś niezwykłym. Bawiłem się świetnie i czekam na „trójkę”!

“Smętarz dla zwierzaków”

Michał: Z wielkiej chmury, malutki deszczyk. Film totalnie nie wykorzystał potencjału dzieła Kinga, zawalił klimat, spowodował, że dobrze umotywowani bohaterowie zamienili się w debili. Początek jeszcze zapowiada niezłe kino, jednak po „scenie ciężarówkowej”, niezwykle istotnej dla fabuły, dzieło to zamienia się w niemiłosierny szrot, który ledwo da się oglądać. Zamiast strachu, zaziewacie się na śmierć. Szkoda, bo zdjęcia i muzyka stoją na naprawdę niezłym poziomie.

Magda: Film widziałam na początku maja i miesiąc później, szczerze powiedziawszy, mało z niego pamiętam. Słaby z tego horror, a do prozy Stephena Kinga to się tym bardziej nie umywa. Chociaż przyznam, że pierwsze jakieś 20 minut filmu jest nawet niezłe. Potem robi się już coraz nudniej. Plus za to, że przynajmniej ostatnia scena robi wrażenie.

Ewa: O rany julek, jakie to było ślamazarne, bez polotu i bez pomysłu na siebie. Początkowo wydawało się, że będzie nawet intrygująco, że zaraz akcja ruszy do przodu i poczujecie ten sam dreszczyk, który nie raz czuliście czytając którąś z powieści Kinga. A raczej nie dreszcz, lecz dziwnie obezwładniające poczucie niepokoju. Niestety, im dalej w las, tym gorzej. Dobra podstawa książkowa a marny scenariusz, który w dodatku nie uczynił z bohaterów nic więcej niż papierowe ludzki bez żadnych cech identyfikujących.

“Trzy kroki od siebie”

Magda: Zaskoczył mnie ten film. I to bardzo pozytywnie. Spodziewałam się kolejnej nijakiej historyjki o nastoletniej miłości ze śmiertelną chorobą w tle. A dostałam całkiem dobry film z aktorami, którzy nie tylko dobrze wyglądają, ale i całkiem nieźle radzą sobie na ekranie. Polecam fanom „Gwiazd naszych wina”.

Ewa: Trafiłam na ten film z przypadku i podobnie jak Madzię, zaskoczył mnie bardzo pozytywnie. Dużo tutaj grania na emocjach, dużo łez na ekranie, jak i przed ekranem. Nie jest to żadne novum w temacie dramatów o nastolatkach, którzy chcą być nastolatkami, ale jednak nie mogą, ponieważ są śmiertelnie chorzy. Jednak jest w tym filmie spora konsekwencja w budowaniu szeregu zdarzeń przez twórców scenariusza, co jeszcze lepiej wypada dzięki młodym, bardzo zdolnym aktorom. Co równie ważne – film w niesamowicie prosty sposób przybliża odbiorcom, czym w ogóle jest mukowiscydoza i z czym chorzy muszą się mierzyć na co dzień.

“Topielisko. Klątwa La Llorony”

Magda: Nie powiem – spodziewałam się czegoś lepszego. Starałam się jednak nie zapominać, że James Wan jedynie ten film produkuje, a nie reżyseruje. W ostateczności, jak na pełnometrażowy debiut reżyserski Michaela Chavesa – jest zdecydowanie dobrze. Mamy kilka fajnych jump scare’ów, przez większość czasu film trzyma w napięciu, a duch wygląda realistycznie. Wielki minus za to jak szybko wszystko się potoczyło – w jednym momencie La Llorona zaczyna „nawiedzać” bohaterów, a już w kolejnym mają kogoś do pomocy, kto ma ją unicestwić. Zdecydowanie za mało rozbudowania historii.

Michał: Obejrzałem ten film w IMAXie i była to genialna decyzja! W końcu otrzymałem horror, na którym można się było przestraszyć, w końcu otrzymałem horror, który dostarcza frajdę (dziwnie to brzmi, ale tak jest). Uniwersum „Obecności” to najlepsza sprawa jaka spotkała kino grozy w ostatnich latach, a „La Lllorona” idealnie się w to wpisuje. Przerażająca „bestia”, masa jumpscare’ów (w pewnym momencie jumpscare wyskakuje co kilkadziesiąt sekund), świetne odwołania do tradycji meksykańskiej – ależ to się ogląda! To niezwykle intensywny seans, a scena z „parasolką” to prawdziwa petarda! Szkoda tylko, że w pewnym momencie były ksiądz zaczyna zgrywać Rambo i film trochę traci na klimacie – mimo wszystko, gorąco polecam! Zwłaszcza w IMAX, zwłaszcza w nocy!

“Słodki koniec dnia”

Agata: Chaotyczny, festiwalowy bełkot. Zbyt wiele wątków chciano tutaj poruszyć, przez co zabrakło motywu przewodniego. Nie rozumiem też fenomenu Jandy (w tym konkretnym filmie), za to totalnie rozumiem fenomen Smutniak (tak w ogóle).

Michał: Mógł to być cholernie ważny film. „Mógł” to jednak słowo klucz. Owszem, część film (tak do momentu przemowy) to kino naprawdę dobre, fajnie poprowadzone. Potem nagle „ssrut, prut, pierdut” i wszystko siada. Wygląda to tak, jakby weny scenarzystom starczyło na pół filmu, a potem resztę tekstu wygenerowali w jakimś programie typu „scenariusz maker”. Przyjemnie patrzy się na kreacje Krystyny Jandy i Kasi Smutniak, jednak szkoda, że twórcy nie dali ich postaciom dostatecznie wybrzmieć. Szkoda zmarnowanego potencjału. Jakbym miał to oglądać drugi raz to chyba tylko w tej filmowej klatce (obejrzycie, zobaczycie), bo z własnej woli, powtórki seansu nie zrobię.

“Podły, okrutny, zły”

Agata: Największym zaskoczeniem było to, że Podły… okazał się nadspodziewanie delikatnym seansem. Poza tym, jest dobrze zagrany, ze świetną charakteryzacją, kostiumami i scenografią. Chociaż momentami bywa troszkę chaotyczny, to jednak tworzy spójną, logiczną całość.

Magda: Jako „fanka” seryjnych morderców musiałam iść na ten film do kina. I muszę przyznać, że film jest świetnie skonstruowany. Ted Bundy był człowiekiem, który zwabiał swoje ofiary dzięki temu, że był przystojny, inteligentny, czarujący. Do samego końca utrzymywał, że był niewinny. „Podły, okrutny, zły” jest skonstruowany w taki sposób, że do samego końca nie mamy pewności czy Bundy na pewno jest winny, czy może jednak ktoś go wrobił, zaczynamy zastanawiać się czy na pewno skazano winnego człowieka. Oczywiście, film pomija kilka szczegół – chociażby z samego śledztwa – ale od tego mamy film dokumentalny tego samego reżysera, który pomaga bardziej zagłębić się w całą sprawę.

Michał: Nadspodziewanie dobre kino, które z ciekawej perspektywy ukazuje nam postać Ala Bundy’iego. Albo Teda. Pewnie są spokrewnieni. Nie widzimy tu morderstw Bundy’iego, poznajemy go z perspektywy, jaką wykreował na potrzeby mediów: inteligentnego i szarmanckiego gentlemana, który (prawie) do końca życia opowiadał przed kamerami, że został niewinnie skazany. Ważną perspektywą jest tu obserwowanie akcji ze strony Liz, partnerki Teda. Dzięki temu mamy okazję zobaczyć, jaki był na co dzień, wciąż jednak mając w głowach jego niezwykłą brutalność. Film ten jednak ma szalenie nierówne tempo, czasem jest strasznie chaotyczny, przez co, w paru momentach, naprawdę dziwnie się to ogląda. Gdyby Berlinger lepiej dopasował tempo do długości filmu byłoby  idealnie – zwłaszcza, że aktorzy z Efronem, Malkovichem i Collins na czele, naprawdę dają radę. Smaczkiem jest obecność Jamesa Hetfielda, którego zapewne nie trzeba nikomu przedstawiać – występ krótki, ale frontman Metallici jest widoczny.

Ewa: Znakomity pomysł na ukazanie sprawy seryjnego mordercy z innej perspektywy. Ted Bundy został przedstawiony jako facet, który jest uroczy, przystojny, godny zaufania, rodzinny, kochający. Tak widziała go przez cały czas jego partnerka Liz i tak postrzegamy go my, widzowie. Nie doczekamy się na ekranie ani jednej krwawej sceny czy nawet zakrwawionego narzędzia. Ba, aż chcemy wierzyć tak bardzo, jak członkowie jego “rodziny”, że przecież jest niewinny, tak, jak się zarzeka przed sądem i całym światem. Świetnie też została sportretowana sama Liz jako kobieta uwiązana w toksyczną relację, która przez lata doprowadza się do autodestrukcji za sprawą wyrzutów sumienia. Aktorsko to majstersztyk na każdym polu, począwszy od Efrona, który wznosi się na szczyt swoich możliwości, przez Malkovicha, aż na Collins kończąc.

“Niedobrani”

Magda: Dawno się tak nie uśmiałam na żadnym filmie. Na poprawę humoru działa jak znalazł. Nie przeszkadzają tu nawet kloaczne żarty, które zostały tak wplecione w scenariusz, że nie powodują zażenowania, a rzeczywiście śmieszą.

Agata: Małośmieszny średniak, który pod koniec nie ma już prawie nic wspólnego z komedią. Totalny brak chemii pomiędzy głównymi bohaterami, chociaż (chyba) celowo uwzględniony w scenariuszu, to mimo wszystko strasznie mnie bolał. Bardzo szkoda Charlize Theron na tego typu produkcje, zwłaszcza, że pojawia się w nich coraz częściej.

Michał: Nie rozumiem zachwytów nad tą produkcją. Ok, do połowy jest całkiem zabawnie, nawet nieźle się to ogląda. Potem jednak wszystko siada, a film zmienia się w typowy, hollywoodzki gniotek, który smęci i pierdzi, sztucznie wydłużając czas projekcji. Niby „Niedobrani” mają nam dać jakiś przekaz, jednak totalnie to nie wybrzmiewa. Nie zdziwię się, jak w pewnym momencie przyśniecie, bo sam miałem na to ochotę. Szkoda Charlize na takie produkcje.

“Kraina cudów”

Magda: Wspaniała bajka, ale zdecydowanie bardziej dla dzieci niż dla dorosłych. Kolorowa, zabawna, wciągająca i z pięknym przesłaniem. Jeśli macie dzieci w wieku do lat powiedzmy 10-ciu, to polecam im tę animację pokazać.

Michał: Mądra i przemyślana bajka o tym, że nawet w najtrudniejszych momentach swojego życia, możemy znaleźć dla siebie pocieszenie, że możemy przyciągnąć pozytywną energię i pokonać „złe demony”. Animacja ta skierowana jest może i do młodszego widza, ale i dorośli znajdą tu wiele dla siebie. P.S. Boomer rządzi!

“Hex”

Magda: Ten horror nie broni się niczym. Aktorzy sztywni niczym bela drewna, do tego okropnie irytują manierą z jaką wypowiadają dialogi. Historia ciekawa, bo mamy do czynienia z ludową mitologią Kambodży, ale „skiepszczony” po całości. Nic się w tym filmie kupy nie trzyma. Ani to ciekawe, ani spójne fabularnie. Nie polecam. Marnotrawstwo czasu.

“Tolkien”

Agata: Bardzo lubię tak skrojone kino biograficzne – czyli zamiast wciskać na siłę w dwugodzinny seans kilkadziesiąt lat historii, narrator skupia się na konkretnym etapie życia bohatera. Tutaj śledzimy przede wszystkim szkolne lata Tolkiena, przeplatane traumatycznymi doświadczeniami z czasów wojny. Ciekawy scenariusz, piękne zdjęcia, świetnie dobrani aktorzy i muzyka taka magiczno-fantastyczna.

Michał: Bez zgody rodziny (co mnie akurat nie dziwi patrząc na ich zachowanie), ale jednak do kin trafiła filmowa biografia jednego z największych pisarzy w historii. I wiecie co? Bardzo dobrze, że trafiła! „Tolkien” to kino naprawdę świetne, genialnie zagrane, rewelacyjne od strony wizualnej i przepiękne od strony muzycznej. Jedyne czego żałuję to tego, że to kino… za krótkie! Chciałbym, aby produkcja ta trwała dłużej i jeszcze bardziej zaprezentowała nam złożoność Tolkiena, w tej wybitnej interpretacji Houlta. A swoją drogą: to drugi w tym miesiącu film z Lily Collins, co mnie niezwykle cieszy – dziewczyna ma talent i chciałoby się, żeby grała jeszcze więcej J Sam film, co oczywiste, gorąco polecam – pięknie zrealizowana piękna historia.

“Let’s dance”

Magda: Szłam na ten film z nastawieniem, że obejrzę francuski „Step up” i dostałam francuski „Step up”. I podobnie jak w pierwszej części tego amerykańskiego filmu o tańcu – w „Let’s dance” za mało tańca, a zdecydowanie za dużo romansu.

“John Wick 3”

Michał:Potężne rozczarowanie. Z charyzmatycznych i bezczelnych bohaterów, twórcy zrobili tym razem skończonych idiotów, którzy podejmują tak debilne decyzje, jak Polacy wybierający PiS. Na „trójce” wymęczyłem się niemiłosiernie – przerywniki miedzy scenami akcji są wręcz żenujące, takiego chłamu wstydziłby się chyba nawet Patryk Vega (choć on chyba akurat niczego się nie wstydzi). Sceny rozmów, sceny z Sędziną to jest jakiś dramat, autentycznie miałem ochotę wyjść z kina. A, że takich kijowych zapychaczy jest tu od groma, seans naprawdę często się wlecze. Co gorsze – sceny akcji dalej wyglądają ok, ale w stosunku do „dwójki” ich poziom gwałtownie spadł. Nie ma tu już opadu kopary, wszystko to już było wcześniej – za wyjątkiem scen z psami, które są najlepszymi w tej produkcji. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że czeka nas jeszcze „czwórka” – po słabiutkiej „trójce” już się boję o poziom kolejnej części.

Ewa: W opozycji do Michała – bawiłam się świetnie! Przepiękny i widowiskowy taniec walki, szalone tempo akcji czy klimat, jaki towarzyszy filmowi to główne, lecz to nie jedyne atuty produkcji. Rewelacyjne zdjęcia nadające jeszcze więcej mroku Nowemu Jorkowi, psy wgryzające się wręcz w sceny, przepiękna Halle Berry, klimatyczna muzyka to kolejne składowe sukcesu trzeciej części przygód Baby Jagi. Jednak przede wszystkim świetnie się to ogląda za sprawą braku cięć w choreografii w większości scen, a to wszystko za sprawą Keanu Reevesa, który niewiele korzysta z kaskaderów. Kochajmy wszyscy Keanu i cieszmy się, że prawda o jego nieśmiertelności wyszła w końcu na jaw.

“Wymarzony”

Magda: Cóż za piękny film. Takich filmów mi obecnie bardzo brakuje. Kameralnych, spokojnych, pięknie nakręconych, na ważny temat. Jedynie wątek prywatnego życia pani pedagog bym z tego filmu wyrzuciła, bo był tu całkowicie zbędny.

Michał: Spore zaskoczenie – spodziewałem się typowego, smęcącego dramatu, a otrzymałem kino niezwykle piękne i poruszające. Historia, którą przedstawia nam Herry na pierwszy rzut oka może wydawać się schematyczną, jednak, kiedy zaczyna się seans, wiemy już, że taką nie będzie. Z jednej strony otrzymujemy opowieść smutną, wręcz depresyjną, z drugiej jednak niezwykle pozytywną i ukazującą, że życie jest przepięknym darem. To wspaniała  opowieść o miłości, o tym, że dobro zawsze do nas wróci. „Wymarzony” ukazuje nam, iż jedna decyzja może wywołać prawdziwy rollercoaster emocji i to nie tylko u osób, których decyzja ta dotyczy. Dzieło Herry ma parę zbyt wolnych momentów, jednak generalnie to naprawdę wspaniałe kino. Polecam!

“Panda i banda”

Magda: Uwielbiam filmy animowane, ale niestety i w tym gatunku możemy się natknąć na słaby film. I tak jest w przypadku „Pandy i bandy”. Wizualnie film wygląda ok. Jeżeli chodzi o scenariusz – mamy tutaj motyw, który świetnie znamy już z pierwszej „Epoki lodowcowej”, a który tam ukazany był o niebo lepiej. Zabawny też raczej ten film nie jest. Lepiej wybrać dla swojej pociechy coś innego.

“Gloria Bell”

Magda: Rzadko się zdarza, żebym podczas seansu miała ochotę wyjść z sali kinowej. Choćby nie wiem jak słaby był film – zazwyczaj nie mam problemu z wysiedzeniem na nim do końca. A właśnie taki problem miałam z „Glorią Bell”. Ten film jest tak nudny, że to aż fizycznie boli. Przez drugą połowę seansu, sprawdzałam godzinę dosłownie co 2 minuty, byle by jak najszybciej stamtąd wyjść. W tych nudnych filmach najbardziej nie znoszę zakończenia – pojawia się scena, która będzie świetna jako zakończenie, ale to jeszcze nie zakończenie, za kilka minut ponownie mamy podobną scenę, ale to też jeszcze nie koniec. Jakby reżyser chciał wydłużyć nasze męczarnie. W „Glorii Bell” mamy ze trzy czy nawet cztery takie sceny. Im bliżej końca tym jest coraz gorzej. Nic kompletnie ten film do mojego życia nie wniósł, poza niezmierną, wręcz bolesną nudą.

“Brightburn: Syn ciemności”

 

Michał: Co by było, gdyby Superman nie stanął po jasnej stronie mocy? Odpowiedzi na to pytanie udzielają nam panowie Gunnowie wraz z panem Yaroveskim. Czy czuję się usatysfakcjonowany odpowiedzią? Oj tak, cholernie, cholernie, tak! „Brightburn” to spełnienie marzeń fana Z-klasowych produkcji! Zamiast strachu jest tu śmiech, zamiast dobrego aktorstwa jest aktorstwo przeciętne, a zamiast fajnych dialogów są tu dialogi bekowe – ale wiecie co jest w tym najważniejsze? Świadomość twórców, że te wszystkie, potencjalnie złe elementy, tak naprawdę okażą się największą siłą tej produkcji! „Brightburn” dostarczył mi ogromnej frajdy, udowodnił, że filmy powstające z serca zawsze będą tymi najwspanialszymi. Odwrócenie dzieciństwa Supermana okazało się kapitalnym zabiegiem – bo przecież wszyscy wiemy, że o postać Supermana tu chodziło (ale licencji nie było). Dzieje się tu wiele, akcja jest brutalna, a przeciętne efekty specjalne stanowią idealne dopełnienie tego wspaniałego dzieła. Jedyne, czego bym się przyczepił to długość produkcji – jest o wiele, o wiele za krótka L Gunnowie rządzą!

“Aladyn”

Magda: Zawsze mogło być lepiej, ale najgorzej nie jest. W końcu to film Guy’a Ritchiego. No i w końcu to Aladyn. Mamy ładne piosenki, ciekawą fabułę, do tego Dżin w wykonaniu Willa Smitha może i nie umywa się do animowanej wersji w wykonaniu Robina Williamsa, ale nie jest też aż tak zły jak wszyscy (łącznie ze mną) początkowo zakładali. To czego mi tu najbardziej zabrakło to chemia między Aladynem i Dżasminą.

Michał: Lekko mówiąc: spodziewałem się „kasztana”. Ciężko było być optymistą widząc tą słabą kampanię marketingową. A tu zonk! Guy Ritchie znowu dokonał rzeczy wielkiej – przerobił klasyczną animację, dodał sporo swoich znaków rozpoznawczych (cięty, choć nie aż tak mocno jak zawsze [ale to przecież film dla wszystkich], humor czy łotrzykowe sceny w swoim stylu), świetnie poprowadził aktorów i finalnie oddał w nasze ręce dzieło naprawdę bardzo dobre! Nie nudziłem się, sporo się śmiałem, ba, nie wkurzały mnie nawet wstawki musicalowe! „Aladyn” Ritchiego to efekciarskie, dowcipne kino, które można pokochać. Wady są (troszku irytujących scenek), jednak w ogólnym rozrachunku film wychodzi zdecydowanie na plus. Polecam! P.S. Will Smith jako Dżin wymiata! Serio! Choć show kradną i tak Abu i Jago 😉

“Słońce też jest gwiazdą”

Magda: Nie spodziewałam się niczego dobrego po tym filmie. Poszłam na niego bardziej dla zabicia czasu niż z ciekawości. Przynajmniej się nie zawiodłam. Fabuła oklepana, aktorzy sztywni, zero między nimi chemii. Widać, że się starają, ale nie wyszło. Nicola Yoon nie pisze jakichś rewelacyjnych książek, więc nie ma się co dziwić, że filmy na ich podstawie też rewelacyjne nie są.

Michał: Wyobraźcie sobie wszelkie schematy filmów romantycznych, połączcie je ze sobą, dodajcie do tego przeciętnych aktorów i otrzymacie ten obraz. Niby są tu dobre zdjęcia, jest ciekawy montaż, są nawet ze dwie fajne sceny, ale generalnie, strasznie się wynudziłem bezjajecznością tej produkcji… Lepsze od tego jest nawet ziewanie przy meczach kadry Brzęczka.

“Herezja”

Michał: Budżet tej produkcji zwrócił się pierwszym sprzedanym biletem – patrząc na tła, jakość, efekty, jestem przekonany, że film kosztował około jednego szylinga tanzańskiego (tak, istnieje taka waluta, ma ciekawy przelicznik). Ten film to tak wielka kupa, że aż brakuje słów by to opisać. „Herezja” to istna katorga dla oczu, uszu i całego ciała – tu nie ma nawet jednego elementu, który można by wskazać nawet jako jedynie żenujący. Tu wszystko jest gunfem… Ciekawostka – główną rolę w tym czymś gra siostra bardzo lubianej przeze mnie Gemmy Arterton, Hannah. Mam cenną radę dla Hani: nie graj już w niczym innym! BŁAGAM!

“Pokemon. Detektyw Pikachu”

Agata: Całe szczęście, udało się obejrzeć w kinie film z napisami, bo bez głosu Reynoldsa, byłyby to trudne do zniesienia, niemiłosiernie infantylne prawie dwie godziny. Fabuła jest przeraźliwie prosta, skrojona pod widzów na miarę zielonego kółeczka w rogu TV. To oczywiście ma swoje uzasadnienie i dałoby się przeżyć, gdyby nie fakt, że wykorzystane tutaj szablony przewałkowane zostały już setki razy w filmach dla małoletnich.

Magda: Nastawiałam się na świetne kino, dostałam kino dobre. Spodziewałam się jednak większych zachwytów. Pokemony zrobione są rewelacyjnie. Duet Pikachu – Psyduck – wielki plus. Fabuła też jest w porządku. Ja się bawiłam świetnie. Super wrócić do czasów młodości.

Michał: Ryan Reynolds jako Pikachu – czy to mogło się w ogóle nie udać?! „Detektyw Pikachu” jest tym, czego oczekiwałem: dowcipną i barwną opowieścią rozgrywającą się w świecie, w którym ludzie i pokemony dzielą ze sobą świat. Pośmiejecie się sporo, popodziwiacie bardzo fajne efekty specjalne (choć w paru momentach można je było podrasować), pokochacie pokemonowych bohaterów. Prawda jest jednak taka, że jest to kino skierowane zdecydowanie do młodszego widza i to młodsi widzowie będą się na tym dziele bawić najlepiej. „Starsi” przewidzą fabułę bardzo szybciutko, a i z lekka będą się czasem irytować przeciętnymi kreacjami aktorskimi. Osobiście (jako trzydziestoletni staruch) nie będę jednak narzekać – fajnie spędziłem czas, nie nudziłem się, a Psyduck i Pikachu to prawdziwe perełki tego obrazu. Nie wiem, jak film prezentuje się w wersji z polskim dubbingiem, ale z napisami dał radę (choć szkoda, że Reynolds nie miał jakiś przemyconych, dwuznacznych tekstów). „Detektyw Pikachu” to kino idealne, gdy masz wolne dwie godzinki i chcesz się zrelaksować.

“Dzień czekolady”

Agata: Najładniejszy tytuł w tym miesiącu, jednak sam film już niestety nie. Supercharakteryzacja, głośne (lecz niewyświechtane) nazwiska w obsadzie oraz zupełnie nieuzasadnione wstawki fantasy. Fabuła niby ambitna, ukazanie jej pseudoambitne, a tempo akcji niczym na wyścigach ślimaków z leniwcami.

Michał: Film o radzeniu sobie ze stratą, w którym wątek fantasy jest wciśnięty totalnie na siłę, bez żadnego pomysłu. „Dzień Czekolady” jest ładny wizualnie, niby niesie przesłanie, ale w czasie krótkiej projekcji, generalnie, towarzyszy nam nuda. Szkoda potencjału, szkoda aktorów.

“Paskudy. Ugglydolls”

Magda: Najlepsza animacja miesiąca maja. I co z tego, że morał jest tak oklepany, że bardziej już być nie mógł? I co z tego, że zwiastun pokazał nam wszystko co w tym filmie najważniejsze? Pomimo tego wszystkiego „Paskudy” to świetnie zrobiona animacja, z wpadającymi w ucho piosenkami i uroczymi postaciami. Polecam wszystkim dzieciom (dorosłym też).

 

Filmem miesiąca zdecydowanie został “Podły, okrutny, zły”, lecz parę ósemeczek przy niektórych filmach też możecie wypatrzeć. Po raz kolejny najgorszy paździerz prawdopodobnie obejrzał Michał (:

Recenzja książki “Międzynarodowy Dzień Mafii” (Marcin Brzostowski): gdy Krzysztof Jarzyna ze Szczecina przeszedł na emeryturę

Im dłużej żyję na tym świecie, tym bardziej zaczynam odczuwać, że brakuje nam książek z dystansem. Z dystansem do rzeczywistości, do podejmowanych tematów, do swoich bohaterów, do siebie samych (i nie, nie mam tutaj na myśli tworów zwyczajnie złych czy obrażających inteligencję czytelników jak “365 dni”). Książek, które są zabawne, lekkie, lecz nie ogłupiające. Nie każdy tekst kultury musi być określony gatunkowo, jak i nie każdy musi mieć wielką do wypełnienia misję. W tę lukę wpasowuje się ze swoim piórem Marcin Brzostowski, tworzący krótkie powieści pełne absurdu, czarnego humoru czy satyry. Czytaj dalej “Recenzja książki “Międzynarodowy Dzień Mafii” (Marcin Brzostowski): gdy Krzysztof Jarzyna ze Szczecina przeszedł na emeryturę”

Blogerskie podsumowanie stycznia

Wow, po raz pierwszy blogerskie filmowe podsumowanie miesiąca (choć w mocno okrojonym składzie) na Popkulturze! Znajdziecie tutaj opinie (oprócz moich):

“Mój piękny syn”

Monika: Piękny film o desperacji i walce z nałogiem. Zarówno syna, czyli tego kogo problem dotyczy bezpośrednio, jak i jego ojca. Obraz pokazujący, jak poszkodowani są najbliżsi, gdy cała uwaga skupiona jest na jednej konkretnej osobie, która wydaje się nam –  pomocy potrzebuje najbardziej. Genialny Carell, nie mogłam oderwać oczu.

Emilia: „Mój piękny syn” to film skrojony pod masową publiczność, dlatego nie epatuje „brzydką” twarzą narkomanii. Nie ma dzieciaków w brudnych, przepoconych podkoszulkach śpiących na ulicy ze strzykawkami u boku. Są za to emocje, których wszystkie odcienie malują się na twarzach aktorów. Aktorskie kreacje to najmocniejsza strona filmu, zarówno Carell jak i Timothée Chalamet dają tu wyśmienity popis aktorski. Wiedzą, kiedy pociągnąć za emocjonalne sznurki, kiedy stonować swoją postać, by odpowiednio wpłynąć na uczucia widza. I choćby dla tego duetu warto ten film obejrzeć.

Madzia: Kiedy zobaczyłam trailer filmu gdzieś przy okazji w internecie, byłam święcie przekonana, że idę na film o uzależnieniu i o tym jak rodzina pomaga (bądź nie) z tego uzależnienia wyjść. Jakie było moje zdziwienie, gdy okazało się, że wcale nie o tym ten film traktuje. Tzn. jest to podstawa do historii, ale jednak „Mój piękny syn” to przede wszystkim historia ojca i syna. O ich stosunkach i miłości jednego do drugiego. Przy tym wszystkim jest to film przede wszystkim ładny – takie „pocztówkowe” spojrzenie na nałóg, na osobę z nim się zmagającą oraz jej rodzinę. Jak ktoś lubi ładne filmy – polecam.

“Bumblebee”

Monika: Nie jestem fanką Transformersów (chwila na oburzenie męskiej części czytelników), ale sympatyczny garbusik przemieniający się w jeszcze sympatyczniejszego Bumblebee ucieszył moje oko. Kilka razy zaśmiałam się nawet do ekranu.

Madzia: No to mamy zaskoczenie już na samym początku roku! Filmy z serii „Transformers” przestałam oglądać mniej więcej w tym czasie, kiedy Megan Fox przestała w nich grać (choć te dwa fakty nie miały ze sobą nic wspólnego). Jednak Bumblebee od samego początku był moją ulubioną postacią, więc nie mogłam nie iść na film o jego przygodach. I, ku mojemu zdziwieniu, wcale się nie zawiodłam. Kawał dobrej rozrywki, o milion razy lepszy niż wszystkie części „Transformers” razem wzięte.

Michał: Seria „Transformers” nigdy (lekko mówiąc) nie należała do moich ulubionych. Filmy te prezentowały poziom ocierający się o dno, a Michael Bay dążył w nich chyba tylko do tego, by wysadzić wszystko, co się da. No szmiry straszne. Ale, o dziwo, „Bumblebee” to niezwykle pozytywne zaskoczenie! Zmiana reżysera, cofnięcie akcji do lat 80 XX wieku, oddanie głosu innej obsadzie i nowej scenarzystce, spowodowały, że powstał film, który okazał się rewelacyjnym blockbusterem! Masa humoru, dobrze napisani bohaterowie, rozpierducha ograniczona do minimum oraz położenie dużego nacisku na relacje rodzinne spowodowały, że otrzymaliśmy kino niezwykle przyjemne, niezwykle wciągające i powodujące, że po zakończeniu projekcji mamy wrażenie niedosytu. Niedosytu, bo tak dobrze, żadnego filmu z serii „Transformers” się nie oglądało. Osobne pochwały kieruję ku Hailee Steifeld, która idealnie odnalazła się w roli zbuntowanej, acz charyzmatycznej, nastolatki – świetna kreacja. No i brawo dla jej bohaterki za gust (choć może i dla samej Hailee?) – koszulki Motorhead i Stonesów robią robotę <3

“Zabawa zabawa”

Monika: Mało który reżyser zna się na psychice kobiet tak dobrze, jak Kinga Dębska. W tym wypadku oglądamy upadek trzech kobiet na poziomie, które w pewnym momencie niczym nie różnią się od tych “z pod sklepu”. Chciałabym napisać, że jest to kolejny film o walce z nałogiem, ale nie ma tu jej, jest za to obezwładniająca bezradność. Jak to często przy nałogach bywa. Oklaski dla Agaty Kuleszy, Doroty Kolak i nie odstającej Marii Dębskiej. Wiele osób pisze o urwanym zakończeniu, dla mnie było ono symbolem: “Co zrobisz, jak nic nie zrobisz?”.

Ewa: Kinga Dębska czuje swoje bohaterki, jak mało która reżyserka. Nie piętnuje ich, nie użala się nad nimi, nie rozkłada czerwonego dywanu nad ich paskudnym/niepaskudnym losem. Jej mocną stroną jest przedstawianie naturalnego stanu rzeczy, o którym, w przypadku tego filmu, niewiele jeszcze w Polsce się mówi. Świetny scenariuszowo, doskonałe castingowe wybory i wyborny epizodyczny występ Mariana Dziędziela, który, jak zdystansowany do rzeczywistości filozof rzecze, że wódka jest najlepsza, bo najlepszego świra daje.

Michał: Na filmy Kingi Dębskiej mogę chodzić w ciemno. Reżyserka ta tworzy kino niezwykle mądre i idealnie przedstawiające obraz współczesnej Polski. Podobnie jest i z jej najnowszym filmem. Reżyserka zwraca tym razem uwagę na problem alkoholizmu wśród kobiet, ukazuje, jak wielkie zniszczenie może przynieść im w życiu. Dzięki wybornym kreacjom Agaty Kuleszy, Marii Dębskiej (bardzo mocno zaplusowała u mnie tą kreacją – choć do tej pory mam w pamięci jej rolę w żenującym „Pech to nie grzech”) oraz Marcina Dorocińskiego obraz wciąga nas w świat przedstawiony już od pierwszych chwil. Szkoda, że tym razem Kinga Dębska nie pokusiła się jednak o dłuższe kino – seans jest krótki i intensywny, jednak niektóre wątki chciałbym zobaczyć w wersji bardziej rozbudowanej.

“Sekretny świat kotów”

Madzia: Uwielbiam polskich tłumaczy tytułów. Szłam na film myśląc, że zobaczę kolejną część „Sekretnego życia zwierzaków domowych”, a dostałam kompletnie oderwaną od tego filmu chińską (!) animację. Żeby nie było – nie mam nic do azjatyckich animacji – studio Ghibli na przykład zawsze wypuszcza animacje, którymi się zachwycam i które uwielbiam. „Sekretny świat kotów” to jednak zdecydowanie bajeczka dla dzieci. I to raczej takich młodszych dzieci – 5 lat max. Dzieciom raczej się spodoba, dorośli się wynudzą.

“Władca Paryża”

Madzia:  Gdybym wiedziała, że w tym filmie gra Vincent Kassel, pewnie w życiu bym na niego nie poszła. I nic takiego bym raczej nie straciła. „Właca Paryża” to dla mnie film niedokończony. Jest kilka wątków, które warto byłoby jeszcze rozwinąć, które wydają się być potraktowane po macoszemu. No ale wtedy dostalibyśmy pewnie ok. 4-godzinny film. Do tego, może to wina zmęczenia, ale były momenty kiedy patrzyłam na zegarek i marzyłam tylko o tym, żeby wreszcie wyjść z sali kinowej.

“Sergio i Siergiej”

Ewa: Ujmująca historia o przyjaźni, która wprawi widza w dobry nastrój. Niektóre dialogi bolą uszy, niektóre “efekty specjalne” również, jednak ostateczne pozostawia pozytywne (choć krótkie) wrażenie. Najpiękniejsza jest tutaj Hawana – pełna życia i koloru, którą oglądamy z perspektywy dziecięcej wyobraźni (czyli mocno podkoloryzowanej). Miała chyba z tego wyjść bardziej polityczna satyra niż sympatyczny film o radiowej komunikacji, ale może koniec końców wyszło to twórcom na dobre.

“Vice”

Monika: Anty-laurka dla podobno największego z wiceprezydentów – Dicka Cheneya. Gorzka i smutna prawda o największych grzechach ówczesnej polityki. Najbardziej wymownym momentem filmu jest pytanie – W co wierzymy? – skierowane przez młodego adepta polityki oraz głośny śmiech polityka, który na tym zawodzie zjadł już zęby. A co do tego, że Christian Bale jest aktorem z prawdziwego zdarzenia nikt nie ma wątpliwości.

Ewa: Dzieło niemalże doskonałe. Adam McKay po raz kolejny udowodnił, że przekracza kolejne reżyserskie granice. Celowe oszukiwanie widza, przełamywanie czwartej ściany, cięty, inteligentny humor, metafory w obrazie i dźwięku, doskonały montaż. Orany, jakie to było dobre! Kreacje aktorskie na miarę najważniejszych nagród filmowych – szczególnie Christian Bale i Steve Carell. Otwierający oczy obraz światowej polityki, pełnej machinacji, intryg, w której absolutnie nie ma miejsca na skrupuły.

Emilia: Nie jestem fanką kina politycznego. Szczególnie w wersji amerykańskiej, bo ich system polityczny jest strasznie zawiły 🙂 Jednak Bale w roli Dicka Cheneya jest niesamowicie charyzmatyczny. Dynamiczna historia o szarej eminencji amerykańskiej polityki, który udowadnia, że wystarczy odrobina sprytu i inteligencji, by wspiąć się na szczyt i pociągać za najważniejsze sznurki. Świetny montaż, ekscytująca narracja pełna twistów. Warto!

Madzia: Nie cierpię Christiana Bale’a. I to tak bardzo, że unikam jak ognia filmów z jego udziałem. Nie mogłam się jednak oprzeć pokusie zobaczenia Sama Rockwell’a w roli Busha. I nie żałuję – bo nie ma czego. W końcu to film Adama McKay’a. Może i „Vice” jest filmem nieco słabszym niż „Big Short”, jednak dostarcza równie dobrej rozrywki.

Michał: Adam McKay w swoim „Big Short” udowodnił, że ma olbrzymi potencjał reżyserski. Filmem „Vice” nie tylko utwierdził mnie w tym przekonaniu, ale i spowodował, że na jego kolejne dzieło będę czekał z wypiekami na twarzy! To szalona, postmodernistyczna jazda bez trzymanki! Humor miesza się tu z rzeczywistością, polityczni idioci zestawiani są tu z geniuszami napędzającymi kraj, USA wydaje się tu być państwem, które tylko cudem trzyma się na nogach. McKay w niezwykle barwny i dowcipny sposób opowiada tu historię Dicka Cheneya, jednego z najbardziej rozpoznawalnych człeków współczesnych Stanów Zjednoczonych. Jego życie i chęć do przejęcia jak największej władzy idealnie uzupełniają się z szaloną wizją fabularną reżysera. W tym wszystkie idealnie odnajduje się, co zaskoczeniem nie jest, Christian Bale. Aktor wybitny, wszechstronny, niesamowity. Tym razem, ledwo rozpoznawalny po kolejnej metamorfozie, Bale atakuje ze zdwojoną siłą. Brawurowa rola Cheneya zasługuje na wszelkie możliwe laury – wybitna kreacja! Świetnie wypada też Sam Rockwell portretujący George’a W.  Busha – w bardzo dobrym stylu oddaje zachowania byłego prezydenta oraz ukazuje to, co wszyscy już doskonale wiedzą: był zwyczajną marionetką w rękach ludzi o wiele inteligentniejszych niż on sam. „Vice” to kino wspaniałe, które koniecznie trzeba znać!

“Ralph Demolka w Internecie”

Monika: Trzeba mieć bezgraniczną wyobraźnię by stworzyć cały świat – jak np. J.K. Rowling. Jednak równie niezła wyobraźnia przydaje się do przedstawienia w błyskotliwy sposób świata, w którym już żyjemy. Brawo! Nieźle się bawiłam!

Ewa: Dobrze poprowadzona zabawa z popkulturą – nawiązania do MCU, King Konga, Star Wars – która sprawi, że lepiej będą się na tym filmie bawić dorośli niźli ich pociechy. Wielki szacunek dla twórców za pomysł zobrazowania w ten sposób internetu. W którymś momencie jednak może się okazać, że śmiejemy się z samych siebie – z naszego ograniczonego zastosowania medium względem jego możliwości, z którego korzystamy w każdej godzinie dnie. Dla dzieciaków świetna rozrywka, zabawna i pouczająca, jak to animacja o przyjaźni – o oddaniu, odwadze, rezygnacji z egoizmu.

Madzia: Długo przyszło nam czekać na sequel „Ralpha Demolki”, ale zdecydowanie było warto. Jest kolorowo, jest zabawnie – jest po prostu świetna rozrywka i odstresowanie się od całego świata spoza sali kinowej, a przecież właśnie tego powinien dostarczać nam film. I uwierzcie mi na słowo – bawiłam się równie świetnie co dzieci na sali ze mną.

Michał: Tym razem nasz niezbyt ogarniający, acz sympatyczny, bohater trafia do czeluści piekieł, do miejsca zwanego internetem. Wraz z Wandelopą muszą zdobyć pad do automatu z grą, aby maszyna nie trafiła na złom. Punkt wyjścia staje się tu początkiem niezwykle zabawnej historii, która choć ma parę dłużyzn, wciąga widza od samego początku. Film ten w świetny sposób ukazuje prawa rządzące współczesnymi mediami, ukazuje głupotę widzów youtube’a, pokazuje do czego prowadzi popularność i konsumpcjonizm. Masa kapitalnych cameo (Baby Groot, Szturmowcy, Iron Man…), świetne dialogi, mocna piosenka „Spaliny i Krew” (dlaczego wciąż nie ma jej w internecie?!) – tak, Ralph powrócił w bardzo dobrym stylu!

“Underdog”

Monika: Jeżeli coś w Polsce nie jest reklamowane jako “najlepsza komedia roku” to są spore szanse, że będzie to dobry film. Nawet jeśli tyczy się KSW. Mnie o dziwo się podobało.

Madzia: Przez nadmiar pracy chyba stałam się filmowym ignorantem, bo idąc na „Underdog” nie wiedziałam nawet, że to polski film. Fakt – najbardziej lubię chodzić na filmy, o których nie wiem nic, ale tutaj to już chyba była przesada. Tak czy siak – film mnie zaskoczył i to bardzo pozytywnie. Lubos jak zwykle na ekranie daje czadu i nawet Chalidow jakoś strasznie nie przeszkadza. To co przeszkadza w odbiorze tego filmu to muzyka – nie wiem to brak pieniędzy, czy taki pomysł reżyserski, ale nie zgrywała się ona w ogóle z tym co widzieliśmy na ekranie.

Michał: Po tej produkcji spodziewałem się wszystkiego, co najgorsze, a otrzymałem coś, co najgorsze zdecydowanie nie było. Film debiutującego jako reżyser Macieja Kawulskiego (który, jak wszyscy wiemy, na MMA zjadł zęby) okazał się pozytywną niespodzianką! Fajne kreacje aktorskie Lubosa i Chalidowa, niezwykle efekciarsko nakręcone walki, bardzo dobre zdjęcia i parę naprawdę niezłych one-linerów spowodowały, że dzieło to okazało całkiem niezłą odpowiedzią na klasyczne „kino walki” rodem z USA (choć do tego poziomu jeszcze sporo zabrakło). Niestety, film ten ma jedną, ale cholernie potężną, wadę – ścieżkę dźwiękową! Tak źle dobranej do produkcji muzyki dawno nie słyszałem! Soundtrack prezentuje się tak, jakby randomowo wylosowaną playlistę wkleić, bez żadnego pomyślunku, do filmu i uznać, że może coś z tego będzie. No nie będzie! Autentycznie w pewnych momentach od muzyki bolała mnie już głowa, utwory powodowały, że nie byłem w stanie skupić się na tym, co dzieje się na ekranie! Kto zaakceptował ten soundtrack?! Na minus zaliczyłbym też słabo umotywowane zakończenie – jest totalnie z „pupy”… Nie zmienia to jednak faktu, że otrzymaliśmy niezły film, który nie powoduje bólu zębów. Warto się z tą produkcją zapoznać.

“Powrót Bena”

Michał: Oglądacie filmy festiwalowe? To pokochacie to dzieło. Filmy festiwalowe wydają się Wam co rok takie same? Mocno się wynudzicie. Dla mnie to kolejny film o życiu, jakich otrzymaliśmy już pierdyliardy, który tak naprawdę nie ma się czym wyróżnić. Jest poprawny i tyle można o nim rzec. Wspomnę tylko, że dzieło to widziałem 8 stycznia i teraz nic już z niego nie pamiętam. Ba, nawet nie pamiętam kreacji Julii Roberts, która miała ciągnąć ten film. Nuda.

“Glass”

Monika: Rozczarowanie miesiąca. Przykład na to, że nawet największe nazwiska nie ocalą kulejącego scenariusza. A szkoda! Split podobał mi się bardzo, bardzo! Już nawet nie chcę o tym pisać. Serce pęka!

Michał: Mieliśmy otrzymać zwieńczenie trylogii i otrzymaliśmy. Szkoda tylko, że tak słabe. Przez ¾ projekcji nie dzieje się nic, a gdy coś zaczyna się dziać,  to bzdura goni bzdurę. Ma to parę smaczków (choćby to, że aktor grający syna Willisa w „Niezniszczalnym”, gra syna Willisa również i w „Glass”), ma niezłą rolę McAvoya (choć tym razem przeszarżował), miało chęć na bycie czymś innym. Szkoda, że to ostatnie zdecydowanie się nie udało. Shyamalan, niestety, wrócił do swojej, znanej z ostatnich lat, formy. Do zapomnienia.

“Dom, który zbudował Jack”

Michał: Spytacie, dlaczego hejter von Triera poszedł na ten film? Po pierwsze – ciekawość. Po drugie – Unlimited. No i co tu mogę rzec – chyba tylko to co zwykle. Ten totalny psychopata nakręcił film, który spodoba się chyba tylko innym psychopatom. Albo fanom von Triera, których nigdy nie rozumiałem. Najnowsze dzieło psychola to kompletnie idiotyczna, choć podobno metaforyczna, opowieść o debilach żyjących wśród innych debili. Czytaj: von Trier w swoim świecie. O ile pierwszy segment nawet dało się strawić (dzięki Umie), tak reszta tej produkcji to jeden wielki fapping von Triera do swojej własnej twórczości. Lars ukazał nam to, o czym wszyscy wiedzieli: onanizuje się do swoich filmów krzycząc przy tym, że jest bogiem. Seans „Domu…” to posrane doświadczenie, które ledwo da się przeżyć (z mojej sali połowa osób wyszła w trakcie projekcji). Jeśli lubicie schizy von Triera, to dalej będziecie go kochać. Jeśli zaś twierdzicie, że to skończony pojeb – omińcie to zdecydowanie. Mam nadzieję, że Lars skończy tam, gdzie dawno powinien być – w zamkniętym ośrodku psychiatrycznym.

“Diablo. Wyścig o wszystko”

Michał: Do pewnego momentu myślałem, że będzie to najgorsza projekcja 2019 roku (w recenzji jednego z poniższych filmów dowiecie się dlaczego jednak nie była). Ten film to zło! Bzdurny, drewniany, pocięty, idiotyczny. Ktoś, dysponując pięcioma groszami budżetu, postanowił nakręcić film o nielegalnych wyścigach samochodowych i efekt był do przewidzenia. Tego nie da się oglądać! Co gorsze – w filmie, który miał opowiadać o wyścigach samochodowych, te są najgorszym elementem projekcji! Na ekranie zamiast szybkości widzimy pościgi, w których wypożyczone autka, aby ich nie zarysować lub ich nie zniszczyć, poruszają się z prędkością 3 km/h! Co gorsze – nikt nie pomyślał, że będzie to na ekranie cholernie widoczne  i nie pofatygowano się nawet, by dodać efekt przyspieszający obraz! „Diablo” to dzieło sztuczne, fatalne, irytujące i pozostawiające po sobie niesmak. Totalna padaka!

“Asteriks i Obeliks. Tajemnica magicznego wywaru”

Michał: Jako turbofan przygód kultowych Galów czekałem na tę projekcję z olbrzymimi nadziejami. Twórcy… nie tylko je spełnili, ale nawet i je przebili! Świetna historia, potężna dawka humoru, rewelacyjna strona wizualna (zwróćcie uwagę na tła – część z nich jest malowana ręcznie!) – ten film to spełnienie marzeń każdego, kto uwielbia Asteriksa i Obeliksa! Olbrzymim atutem produkcji jest kapitalny polski dubbing, który skierowany jest bardziej ku dorosłemu odbiorcy (masa „współczesnych” smaczków do wyłapania!). Jestem zachwycony – do „Tajemnicy magicznego wywaru” będę wracał wielokrotnie!

“Miszmasz, czyli Kogel Mogel 3”

Michał: Mamy styczeń, a ja już widziałem dwa najgorsze filmy (mam przynajmniej taką nadzieję) 2019 roku! Przy okazji „Diablo” zaspoilerowałem Wam właśnie dzieło Piwowarskiego. O tym czymś można tylko napisać jedno: wszyscy, podkreślam WSZYSCY, którzy przyłożyli rękę do powstania tego gunfa, powinni zostać skazani na dożywocie w więzieniu na Księżycu. Bez skafandrów. Ten film zadawał mi ból większy niż najgorsze tortury, tu nie ma niczego, o czym można by napisać, że było chociaż przyzwoite. To zlepek idiotycznych scen, w których idioci wykonują idiotyczne czynności. Nie wspominając już o tym, że pewien polityczny fragment jest żenujący nawet jak na standardy pisiorówy, pani Łepkowskiej. „Kogel Mogel 3” to skandal, dzieło, którego nie umieściłbym na półce nawet koło „Kac Wawy”. To dzieło tak złe jak „Smoleńsk” i trzymam kciuki, by obie te produkcje zdechły zakurzone na półkach magazynów…

“Maria, królowa Szkotów”

Michał: Olbrzymie nadzieje, olbrzymie rozczarowanie! Nuda, historyczne bzdury, beznadziejne aktorstwo, fatalne dialogi… Absolutnie nie dziwię się, że film przechodzi przez kina bez echa! Oglądanie tego to katorga, produkcja dłuży się, zdaje się nie mieć końca. Jeszcze dałoby się to wybaczyć, w końcu to kostiumówka, gdyby aktorzy dawali coś od siebie. A tu ch…, du.. i kamieni kupa! Ronanowa udowadnia, że jest przehajpowaną aktoreczką, równie fatalnie radzą sobie partnerujący jej Lowden i Alwyn. Dlaczego nie wspominam o Margot Robbie? Powód jest prosty – na ekranie znajduje się łącznie koło 5 minut, a żadna ze scen z jej udziałem nie wnosi nic do fabuły (no może prócz sceny w chatce). Kurna mać! Masz Margot Robbie w obsadzie i nie pozwalasz jej grać?! Trza być naprawdę skończonym debilem – brawo pani Rourke. Ten film to idealny przepis na to, jak spieprzyć zajebiście wielkie potencjał historyczny. Omijajcie ten padzioch, bo szkoda nerwów. No chyba, że chcecie tylko podziwiać zdjęcia, to wtedy możecie przed ekranem zasiąść.

“Złe wychowanie Cameron Post”

Emilia: Pewne tematy aż wołają o poruszające filmy. Takie, które dadzą do myślenia, wywołają krzyk sprzeciwu, zachęcą do dyskusji i podania w wątpliwość przekonań niektórych. „Złe wychowanie Cameron Post” nie robi żadnej z tych rzeczy, a szkoda, bo porusza temat ważny dla dzisiejszej rzeczywistości, w której żyjemy. Największym mankamentem filmu jest to, że nie angażuje widza. Oglądałam go z całkowitą obojętnością. Brakuje mi w nim emocji, poruszenia, czegoś, co wywołałoby mój wewnętrzny sprzeciw. Oczywiście, praktyki ośrodka, który pod banderą religii i wiary, próbuje wmówić młodym ludziom, że są chorzy są absurdalne. Jednak mam wrażenie, że nawet bohaterów nie oburza to tak jak mnie, dlatego trudno mi uwierzyć w ich dramat.

Michał: Kolejne kino festiwalowe, które to miało zamiar być ambitne, a wyszło lipne i nudne. Punkt wyjścia jakiś nawet jest, jednak później staje się to, co dzieje się z każdym filmem festiwalowym: nie dzieje się tu nic. Bohaterowie snują się i pieprzą pseudoambitne frazesy, z których totalnie nic nie wynika. Nawet starająca się grać Moretzowa nie jest w stanie udźwignąć tak przeciętnego scenariusza. Choć fani Oscarów i innych takich syfów pewnie się ze mną nie zgodzą i stwierdzą, że to kino, co najmniej, dobre…

“Nienawiść, którą dajesz”

Emilia: „Nienawiść, którą dajesz” wydaje się być zrobionym pod gimnazjalistów. Proste chwyty manipulujące emocjami, kilka patetycznie wypowiedzianych kwestii, a wszystko w aurze kiepskiej powieści young adult. Być może młodsze pokolenie to łyknie i nawet wysmaruje kilka tweedów o tym, jak bardzo poruszył ich seans, nie zapominając przy tym dorzucić hashtagu #blacklivesmatter. Brakuje tu prawdziwych emocji, mięsa, poczucia, że wszystko co pada z ust bohaterów to nie tylko frazesy wepchnięte tam przez scenarzystów. Temat jest zbyt ważny, by tak naiwnie go przedstawiać.

Michał: Mógł to być niezwykle ważny głos czarnoskórej części amerykańskiego społeczeństwa i przez dłuższy czas projekcji nim był. Mniej więcej w ¾  czasu trwania, film zmienia się jednak w mocno przeidealizowany obraz, który mógłby wybrzmieć dostatecznie chyba tylko w latach 50 i 60… Gwałtowna i dziwna zmiana narracji mocno wpływa na to, że z dzieła naprawdę mocnego i przejmującego, „Nienawiść, którą dajesz” zmienia się w swoją własną parodię. A szkoda, bo gdyby bohaterka posłuchała mądrej rady policjanta, wujka Ramosa (kapitalny Common!) o tym, jak działają stróże prawa (nawet czarnoskórzy) mogliśmy otrzymać naprawdę wybitne kino. Szkoda, że Tillman Jr. się w tym wszystkim pogubił, bo przez dłuższą część seansu, obraz ten, po prostu, jest petardą.

“O psie, który wrócił do domu”

Michał: Tytuł i trailer ukazały nam już obraz finału projekcji, co jest bzdurą nawet jak na kino familijne. Pytanie tylko, czy można ten film traktować jako kino familijne? Osobiście, osób poniżej 13 roku życia na seans bym nie zabrał. Bywa brutalnie, twórcy dość mocno prezentują choćby obraz weterana wojennego we współczesnej Ameryce, nie szczędzą także i zwierzaków. Historia, ukazująca świat ludzi i świat zwierząt, mimo schematu podróży psa, wciąga, a nawet powoduje lekkie wzruszenie. Piękne zdjęcia, ciekawe spojrzenie na Amerykę oczami niewinnych zwierząt, mocne wątki – dzieło Smitha to kawał dobrego kina, choć zdecydowanie skierowanego bardziej do dojrzałego odbiorcy.

 

Bez żadnych wątpliwości możemy stwierdzić, że filmem miesiąca został “Vice” – obejrzeliśmy go wszyscy i wszyscy najwyżej oceniliśmy. W sprawie najgorszego… cóż, ufamy Michałowi vel Wikingowi! That’s all Folks!

Recenzja książki “Uwikłana” (Natasha Preston): aborcja i zdrada ważniejsze od seryjnego mordercy

Natasha Preston przyzwyczaiła nas, że z każdą kolejną książką, opowiadane przez nią historie stają się coraz bardziej mroczne. Choć należą one do literatury young adult, dotyczą nastoletnich miłości, relacji chłopak – dziewczyna, to także traktować je należy jak thrillery. Doskonale to widać po najnowszej powieści autorki, “Uwikłanej”. Mimo, że jak zawsze przeżywamy wraz z bohaterami kryzysy przyjaźni czy związków, to za rogiem czai się seryjny morderca, którego wszyscy znają od lat. Lecz kto może nienawidzić tak bardzo swoich najbliższych znajomych, że zaczyna ich zabijać? Czytaj dalej “Recenzja książki “Uwikłana” (Natasha Preston): aborcja i zdrada ważniejsze od seryjnego mordercy”

Recenzja serialu “Sex Education”, sezonu pierwszego: banan nie do zjedzenia

W naszym kraju temat seksu nadal pozostaje tabu. W szkołach widać to chyba jednak najmocniej. Mimo, że wszyscy zdajemy sobie sprawę z dojrzewania i jego konsekwencji, z odkrywania przez nastolatków seksualności, z tego, w którym okresie większość ludzi przechodzi przez pierwsze intymne doświadczenia, postanawiamy nie edukować (my jako społeczeństwo) uczniów w tych sprawach i udawać, że rozmowy o seksie są czymś złym. Oglądając nowy serial Netflixa, “Sex Education”, łatwo zrozumieć, dlaczego takie podejście ciągnie za sobą liczne konsekwencje, szczególnie na poziomie braku komunikacji. Uświadamiająca, ciepła, wzruszająca, zabawna produkcja ze znakomicie napisanymi bohaterami o wieku nastoletnim i seksie to coś, czego zdecydowanie brakowało nam od lat (choć o tym nie wiedzieliśmy). Czytaj dalej “Recenzja serialu “Sex Education”, sezonu pierwszego: banan nie do zjedzenia”

Recenzja książki “Story of Bad Boys II”, drugiego tomu serii “Story of Bad Boys” Mathilde Aloha: miłość ci wszystko wybaczy

Recenzja pierwszego tomu “Story of Bad Boys” być może nie była w pełni peanem pochwalnym, jednak opis pozytywnych wrażeń bił z każdego akapitu. Starałam się wtedy być w miarę zachowawcza, będąc pełna obaw, że druga część historii nie dorówna jej początkowi. Ależ się zaskoczyłam! Kolejna odsłona serii, nie dość, że utrzymuje poziom, to zachowuje wrażenie “serialowości”, budząc nowe emocje, przygotowując czytelnika na wielki finał. Lecz czy cukierkowości nie jest w niej zbyt wiele? Czy da się czytać cały czas o prawdziwej miłości, którą los co chwila wystawia na próbę? Czytaj dalej “Recenzja książki “Story of Bad Boys II”, drugiego tomu serii “Story of Bad Boys” Mathilde Aloha: miłość ci wszystko wybaczy”

Recenzja filmu “Sergio i Siergiej” (reż. Ernesto Daranas): kubański marksista na ratunek radzieckiemu kosmonaucie

Ponoć pierwszy seans kinowy w danym roku ma dla kinofila duże znaczenie. Mówi się, że wyznacza on trend na cały przyszły rok. Nie zrodziło się we mnie nigdy takie przekonanie, jednak jeśli tak rzeczywiście jest, to anno domini 2019 w sali kinowej mi nie straszny. Bowiem “Sergio i Siergiej” to przyjemna, mocno ironiczna historia, która wprawiła mnie w pozytywny nastrój, choć nie zatrzęsła moim pojmowaniem świata. Czytaj dalej “Recenzja filmu “Sergio i Siergiej” (reż. Ernesto Daranas): kubański marksista na ratunek radzieckiemu kosmonaucie”

Recenzja książki “Nasze małżeństwo” (Tayari Jones): wszystkie błędy naszych uczuć

Uwielbiam książki, które wprowadzają mnie w stan całkowitego dysonansu moralnego. Nie wiem, któremu bohaterowi kibicuję, którą perspektywę przyjmuję, która jest zgodna z moim kodeksem życiowym. Gdy rzucam co i rusz książkę w kąt, ponieważ się denerwuję tym, co nastąpi dalej czy tym, co powinnam myśleć według kanonu a co myślę naprawdę. To są prawdziwe powieści – te, które pobudzają naszą moralność i emocjonalność, niekoniecznie w kwestiach, nad którymi na co dzień się zastanawiamy.

Czytaj dalej “Recenzja książki “Nasze małżeństwo” (Tayari Jones): wszystkie błędy naszych uczuć”

Recenzja książki “Będziesz moja” (Natasha Preston): raz, dwa, trzy, dziś umierasz ty

Któż z nas nie oglądał przynajmniej jednego slashera? Szczególnie takiego, w którym w tajemniczych okolicznościach giną reprezentanci konkretnej paczki nastolatków. Wystarczy, że przypomnimy sobie “Krzyk” czy “Teksańską masakrę piłą mechaniczną”. W niektórych produkcjach wiemy od początku, kto stoi za morderstwami, w innych – trochę jak w kryminale – czekamy na ujawnienie sprawcy, snując domysły i mnożąc teorie wraz z bohaterami. A jak taki motyw sprawdza się w literaturze? Czy “Będziesz moja” Natashy Preston to przykład książkowego slashera, który budzi żywe emocje, w tym nieco strachu? Czy raczej plasuje się, niczym thriller klasy Z, jako żenujące zestawienie schematów fabularnych? Czytaj dalej “Recenzja książki “Będziesz moja” (Natasha Preston): raz, dwa, trzy, dziś umierasz ty”